Przejdź do treści

5 pomysłów na budowanie więzi z dzieckiem

Gdy dziecko rozpoczyna swoją historię życia w rodzinie, po prostu wyrasta z niej, jak roślina wyrasta z ziarna posadzonego w danej doniczce. Ale, gdy dziecko dołącza do rodziny już z rozpoczętą swoja historią w innej doniczce, potrzeba trochę więcej specyficznej troski, aby pomóc budować w rodzinie trwałe więzi.

1. NAUCZ SIEBIE I DZIECKO KONTAKTU WZROKOWEGO
Jednym z najlepszych, a przede wszystkim pierwszych sposobów budowania relacji z dzieckiem (lub z kimkolwiek innym) jest wdrożenie kontaktu wzrokowego jako swojego nawyku. Bezpośredni kontakt wzrokowy jest korzystny dla dziecka i może pomóc zwiększyć jego koncentrację na danej chwili, rozmowie. Usprawnia jego zdolność do nawiązywania relacji także z innymi ludźmi. Kontakt wzrokowy pokazuje, że cenisz swoje dziecko. Nawiązuj kontakt wzrokowy zawsze, gdy mówisz coś do dziecka, a także gdy ono coś mówi do Ciebie. Rób to także wtedy, gdy jest jeszcze bardzo małe i jego „mówienie” jest poza werbalne. Dzieci, które nie miały w niemowlęctwie jednego stałego opiekuna, często nie są nauczone kontaktu wzrokowego w ogóle, wręcz go unikają, zwłaszcza na początku. Dzieci, które były wykorzystywane, często boją się kontaktu wzrokowego z powodu wcześniejszych urazów. Warto pamiętać, że w niektórych kulturach przedłużony kontakt wzrokowy może być postrzegany jako negatywny, arogancki. Potrzeba dużo cierpliwości, aby wypracować nawyk patrzenia sobie w oczy w każdej sytuacji, gdy jesteś z dzieckiem. W trakcie nawiązywania najdrobniejszego nawet kontaktu, wykonaj następujące ćwiczenia:
  • przesuwaj swoją głowę tak, aby dziecko mogło zobaczyć twoją twarz;
  • przestawaj mówić do dziecka co chwilę i spokojnie czekaj aż dziecko zwróci swoją uwagę na ciebie, być może popatrzy;
  • używaj zwrotu „pozwól, że spojrzę w twoje oczy”;
UWAGA: Nigdy nie używaj kontaktu wzrokowego jako wymówki, aby dać dziecku wyraz swojego zdenerwowania i milczącej reprymendy. Przysłowiowy wzrok bazyliszka nie pomoże budować więzi.
 
2. ZMNIEJSZ WSZELKIE ŹRÓDŁA STRESU W ŻYCIU RODZINNYM

Życie jest stresujące. Dodaj RAD (Reactive Attachment Disorder), FAS (Fetal Alkohol Syndrom), objawy choroby sierocej, albo po prostu problemy z zachowaniem i przystosowaniem się do nowych rodzinnych warunków, a życie rodziny może stać się chaotycznym stresującym bałaganem. A przecież niektóre z tych stresorów pochodzą od nas samych. Jako rodzice mamy tendencję do porównywania naszych dzieci do naszych oczekiwań. Na przykład oczekujemy, że 5-latek powinien grzecznie siedzieć przy stole w restauracji. Ale dr Karyn Purvis twierdzi, że dzieci nie rozwijają się równomiernie i do 40% dzieci może być młodszych rozwojowo niż wskazywałby na to wiek. Aby zmniejszyć stres w rodzinie, musimy być gotowi dostosować nasze oczekiwania do tego, jak rozwija się dziecko i ustalić niejako własne rozumienie co jest „w normie”. Bycie doskonałym rodzicem nie powinno być celem. Powinno nim być podążanie za dzieckiem i jego tempem rozwoju. W momencie, gdy zaczynamy doceniać te chwile, które są nam dane, żeby być z dzieckiem i towarzyszyć mu w zdobywaniu coraz większych umiejętności, ograniczamy dodatkowe źródła stresu. Będąc nastawionym na przyjmowanie tego, co do nas przychodzi wraz z dzieckiem, możemy łatwiej stworzyć silną więź rodzinną.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

3. WSPÓLNE POSIŁKI CAŁEJ RODZINY
Szereg badań naukowych pokazuje, że w rodzinach, które przynajmniej jeden posiłek dziennie jedzą razem, jest mniejsze prawdopodobieństwo, że dzieci w przyszłości będą sięgać po używki czy leki, zachorują na depresję lub różne typy zaburzeń odżywiania, nabawią się nadwagi, pomyślą o samobójstwie. A to dopiero początek listy korzyści ze wspólnych, rodzinnych posiłków. Czas wspólnego siadania do stołu to pora, kiedy można rozmawiać, co u kogo się wydarzyło w ciągu dnia, jakie kto ma plany na dalszą jego część lub kolejny dzień, często jest to okazja do omawiania sprawy dotyczącej całej rodziny i wspólnego decydowania o wspólnym spędzaniu czasu w wakacje czy w weekend. Takie rodzinne obiady czy kolacje są silnym elementem więziotwórczym rodziny. Dzieci przychodzące do rodziny z dysfunkcyjnych środowisk lub z opieki instytucjonalnej często w ogóle nie doświadczały takich wspólnych posiłków. Na początku dzieci mogą mieć problem z dołączaniem do rodzinnego posiłku lub będą chciały uciekać zaraz po opróżnieniu talerza. Dobrym sposobem jest zaangażowanie dziecka w przygotowywanie posiłku lub stołu, współdecydowanie jakie potrawy się pojawią na stole. Planując i przygotowując posiłki razem z dziećmi, dajemy im poczucie przynależności do rodziny na zasadach partnerskich, podnosimy ich indywidualne poczucie wartości, a przy okazji zachęca to je do jedzenia tego, co jest przygotowane. Nawet te „wstrętne”, zdrowe warzywa, smakują lepiej, gdy dziecko samodzielnie je przygotowuje. Oczywiście na miarę swoich możliwości i umiejętności. Bardzo polecam książkę Jespera Juula „Uśmiechnij się, siadamy do stołu”, z której można ściągnąć nie tylko pomysły, ale też dowiedzieć się, jak wielką wartość więziotwórczą mają wspólne posiłki.

4. WIELKIE I MAŁE RYTUAŁY

Dotychczasowe życie dziecka mogło wyglądać bardzo chaotycznie (dysfunkcyjna rodzina), a mogło mieć narzucony bardzo restrykcyjny tryb rytuałów (placówka instytucjonalna). Codzienne czynności, jakie dla danej rodziny są naturalne, dla nowego członka rodziny mogą być obce i wywoływać niepokój. Jednak to, co dziecku jest potrzebne, to stałe punkty życia rodziny, według których będzie coraz spokojniej tworzyć swój bezpieczny świat. Uporządkowany plan dnia jest dla dziecka drogowskazem, dzięki któremu wie, co za chwilę nastąpi – nie musi wtedy być w ciągłym stanie czuwania lecz może się zrelaksować dzięki świadomości, że po tej czynności na pewno nastąpi kolejna – kiedy to się dzieje, dziecko uspokaja się i wycisza. Niektóre rytuały rodzinne tworzą się w sposób naturalny i nikt się nad nimi nie zastanawia, np. mycie rąk po przyjściu do domu, czy mówienie sobie dobranoc przed zaśnięciem. Inne wymagają wdrożenia w nawyk. Do tych naturalnych nowy członek rodziny przywyknie, gdy je rozpozna i zrozumie. Rodzice mogą mu w tym pomóc, wyjaśniając i przypominając. Warto też wprowadzić nowe zwyczaje wynikające z faktu pojawienia się dziecka w rodzinie. Mogą one dotyczyć elementów pielęgnacji, czytania lub opowiadania bajek na dobranoc, spędzania wolnego czasu. Ważne, aby były dostosowane do możliwości i preferencji dziecka. Jeśli dziecko wykazuje całkowicie odmienne preferencje niż rodzice, najlepszym rozwiązaniem jest znalezienie nowych przez wspólne poszukiwania. W mojej rodzinie dzieciom zawsze śpiewaliśmy na dobranoc, jednak najmłodsze dziecko w bardzo wyraźny sposób manifestowało niezadowolenie (być może chodzi o moje umiejętności, nie zaprzeczam;)), i tak wieczorny rytuał zasypiania został zamieniony na czytanie. A czytaliśmy lektury starszych sióstr, więc wszyscy byli zadowoleni. Wolny czas spędzany całą rodziną to też ważny element więziotwórczy. Czy to będzie wspólne przygotowywanie posiłków omówione w poprzednim punkcie, czy spacery po lesie, istotne jest, żeby miały stałe pory i dotyczyły każdego członka rodziny. Angażowanie dziecka od pierwszych wspólnych chwil w aktualne rytuały rodziny i tworzenie nowych zaowocuje szybko w postaci ciepłej i dającej wsparcie atmosfery w domu.
 
5. TROSKA O KAŻDEGO CZŁONKA RODZINY
Właściwie chodzi o to, żeby każdy członek rodziny pozostawił przestrzeń na swoje indywidualne potrzeby i pamiętał o trosce o samego siebie. Nikt lepiej niż on sam nie wie, czego potrzebuje i jakie są granice jego wytrzymałości. To na rodzicu spoczywa podwójna odpowiedzialność – z jednej strony ma pomóc dziecku w regulowaniu emocji, jakie przeżywa, z drugiej zaś ma zadbać o własną kondycję emocjonalną. Rodzic, który potrafi zadbać o swoje potrzeby oraz zainteresowania jest najlepszym nauczycielem dla dziecka, tego jak powinno się ono troszczyć o siebie i innych. Naukowcy już dzisiaj udowodnili, że dziecko uczy się regulowania swoich emocji poprzez bliską relację z opiekunem. A rodzice często swoje emocje traktują jak intruzów, ganiąc się za wybuch złości, czy wymagając od siebie kontrolowania emocji w sytuacjach szczególnych wyzwań. Zadbać o siebie, to nie tylko akceptacja emocji, ale też potoczna chwila oddechu od rodzicielstwa. Zajęcie się swoimi pasjami, spotkanie z przyjaciółmi bez dzieci, czas na pielęgnowanie swojego zdrowia. To także skorzystanie ze wsparcia ekspertów, wtedy gdy czujemy się zbyt słabi na troskę o budowanie więzi w rodzinie.

—————————————————————
Magdalena Modlibowska – szefowa działu Adopcja w magazynie Chcemy Być Rodzicami, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książki „Odczarować adopcję”, „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów adopcyjnych, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” – powieść, która działa terapeutycznie

dlaczego nie chcecie mieć dziecka?

Anita Miller w książce “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka” opisuje trudną drogę do rodzicielstwa Ani i Jacka. Zaczęli od zakochania, pełni szczęścia i pewności, że chcą założyć rodzinę. Później pojawiła się diagnoza, klinika leczenia niepłodności, depresja Ani, dni przeleżane w łóżku i przepłakane noce. Był gabinet psychiatryczny, “dobre rady” bliskich, nietaktowne pytania dalszych, ból, strach i samotność. Swoje szczęście znaleźli zupełnie gdzie indziej, niż się spodziewali. Zagościło w ich życiu po telefonie z ośrodka adopcyjnego.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Gdy wygrała walkę z niepłodnością postanowiła zostać… dawczynią macicy!

Opowieść o „staraczce”

Książka Anity Miller to portret kobiety, która zatraciła się w swoim pragnieniu bycia matką. Autorka szczerze i bez przesadnego owijania w bawałnę relacjonuje myśli, emocje i doświadczenia bohaterki, tak bardzo autentyczne, prawdopodobne i powszechne wśród kobiet leczących się z powodu niepłodności.

Ania – staraczka z powieści Miller, to młoda, realizująca się zawodowo kobieta, na którą diagnoza “endometrioza” spada jak grom z jasnego nieba. Niepłodność i słabe rokowania leczenia, cztery nieudane próby zapłodnienia in vitro kończą się depresją, myślami samobójczymi i wycofaniem z życia. W pewnym momencie, powodowana poczuciem winy i bezradnością, Ania chce nawet rozstać się ze swoim partnerem, by nie rujnować jego szans na bycie ojcem i szczęśliwe życie.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o in vitro i niepłodności?

Olśnienie

Bohaterka Anity Miller tak silnie skupia się na swoim celu – zajściu w ciążę, że traci z oczu swoje pasje i inne niż macierzyństwo życiowe cele. Na przemian odzyskuje i traci nadzieję, załamuje się i staje do walki, leczenie niepłodności pochłania całą jej energię.

Któregoś dnia przychodzi do niej olśnienie, wyzwalająca myśl: “Ja wcale nie chcę być w ciąży, ja chcę mieć dziecko! Mogę adoptować dziecko!”.  

Zobacz też: Wsparcie po poronieniu – powstały dedykowane kartki okolicznościowe

Literatura terapeutyczna

Dla kobiet leczących niepłodność powieść “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” może działać teraputycznie. Pozwala obserwować procesy wewnętrzne bohaterki, daje przestrzeń na porównanie ich ze swoimi własnymi przeżyciami, refleksję nad tym, co przeżywamy. Czytanie o podobnych do naszych perypetiach życiowych bohaterki pozwala nam dostrzec, na które doświadczenia mogłybyśmy spojrzeć inaczej, daje możliwość zobaczenia ich niejako z boku.

To może być doskonały punkt wyjścia do pracy nad trudnymi emocjami i pierwszy krok do odzyskania spokoju. I, co bardzo ważne, zobaczenia, że to, co przeżywamy jest też udziałem  innych kobiet, jest całkowicie normalna i adekwatną reakcją na trudną sytuację.

Nie chodzi o to, żeby koniecznie – tak, jak bohaterka – szukać szczęścia w adopcji. Raczej o to, by spokojnie przyjrzeć się jej i swoim własnym przeżyciom i wyciągnąć z tej refleksji wnioski dla siebie.

Dla osób, które nie mają doświadczenia niepłodności, ale mają bliskie osoby, które starają się o dziecko lub pracują z takimi osobami, książka Miller to szansa na lepsze wczucie się w stan umysłowy osoby w tym położeniu. A to może pociągać za sobą lepsze zrozumienie tej osoby oraz efektywniejszą komunikację i wsparcie.

E-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami znajdziesz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Gdy najmłodsi odchodzą – rola hospicjum dla dzieci

Fundacja Gajusz udziela wsparcia nieuleczalnie chorym dzieciom i ich rodzinom oraz dzieciom, które zaraz po urodzeniu zostały oddane przez rodziców do okna życia lub pozostawione w szpitalu. Kampania „Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wsparcie 24/7

Fundacja Gajusz prowadzi hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci. Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze Fundacji towarzyszą dzieciom i ich rodzinom w tym najtrudniejszym dla nich momencie życia, wspierają ich w trakcie choroby i śmierci dziecka.

Hospicjum działa w trzech trybach: domowym, stacjonarnym i perinatalnym. Stan zdrowia części dzieci umożliwia im przebywanie w rodzinnym domu. W takich sytuacjach wystarczajacym rozwiązaniem jest pomoc dochodząca. Lekarze, pielegniarki i wolontariusze Fundacji zjawiają się na telefon w domu malucha, by udzielić mu fachowej pomocy. Jeśli stan dziecka jest ciężki,  mimo to dziecko pozostaje w domu, pracownicy i wolontariusze Fundacji spędzają czas w domu dziecka i wspierają je nieprzerwanie tak długo, jak to konieczne.

W hospicjum stacjonarnym Fundacji Gajusz mieszka kilkanaścioro dzieci. Każde z nich wymaga specjalistycznej opieki medycznej, ale także czułości i bliskości. Dlatego opiekunki, pielęgniarki, lekarze i wolontariusze dbają, by miały wszystko, czego potrzebują. Jak  przyznają same pielegniarki i opiekunki: nigdy nie wiadomo, ile wspólnego czasu im zostało. Ale robią wszystko, by wspólnie z małymi pacjentami przejść przez najtrudniejsze chwile.

Kiedy dzień urodzin to dzień śmierci

Opieka hospicyjna perinatalna zaczyna się, kiedy chory maluch jest jeszcze w brzuchu mamy. Są to przypadki, w których w trakcie ciąży rozpoznano tak zwaną wadę letalną, a matka zdecydowała się donosić ciążę. Kiedy wiadomo, że dziecko nie przeżyje porodu lub umrze niedługo po przyjściu na świat i nie ma możliwości zastosowania skutecznego leczenia, lekarze, pielęgniarki, wolontariusze i psycholodzy towarzyszą rodzicom. Są z nimi od momentu diagnozy do końca ciąży i w trakcie porodu. Jeśli dziecko przeżyje, zostaje objęte całodobową opieką hospicjum domowego lub stacjonarnego.

Do tej grupy wad genetycznych należą na przykład nieprawi­dłowości chromosomowe np. trisomia 13 (zespół Patau), trisomia 18 (zespół Edwardsa), zespoły wad wrodzonych, wady wrodzone poszczególnych na­rządów lub układów, np. agenezja ne­rek, czy bezczaszkowie.

Kampania “Zmierzch” 

Właśnie o dzieciach, które umierają chwilę po urodzeniu opowiada film zrealizowany przez Fundację Gajusz w ramach kampanii. Kampania “Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych. Zaprosiliśmy do udziału w niej niezwykłych ochotników, którzy odczytali poruszający list mamy żegnającej nowo narodzone dziecko – piszą twórcy kampanii. Podkreślają, że skierowanie do hospicjum nie zawsze oznacza, że dzieci szybko nas opuszczą. Niektórzy podopieczni korzystają z pomocy hospicjum przez wiele miesięcy, a nawet lat. Pracownicy hospicjom mówią, że zdarzają się też cuda – niektóre dzieci udaje się wyleczyć i zostają wypisane do domu. Głosem kampanii jest Grzegorz Turnau. Jego utwór pt. „Zmierzch” stał się motywem przewodnim akcji.

Kiedy rodzina dowiaduje się, że ich maleństwo jest nieuleczalnie chore, razem przechodzimy przez zmierzch. By rozproszyć zmrok, trzeba mieć przynajmniej świeczkę. W naszym przypadku to wiedza i doświadczenie oraz profesjonalny ekwipunek, tj. leki oraz sprzęt medyczny. Ciemność będzie bolesna i przerażająca, ale światło pozwoli ją odrobinę rozjaśnić, by ostrożnie stawiać kroki w kierunku poranka   czytamy na stronie kampanii “Zmierzch”.

Pomoc psychoonkologiczna

Fundacja Gajusz zapewnia też pomoc psychologiczną dla dzieci chorujących na nowotwory i ich rodzin. Codziennie zespół psychologów pojawia się na oddziale onkologicznym łódzkiego szpitala dziecięcego, gdzie pomaga dzieciom i ich rodzinom we wszystkich szczególnie trudnych momentach: wspiera lekarzy w trakcie przekazywania diagnozy, spędza czas z rodzicami i pomaga im rozmawiać z dzieckiem o chorobie, udziela wsparcia w trakcie nawrotu choroby lub pogorszenia się stanu zdrowia dziecka.

Tuli Luli

Tuli Luli to ośrodek preadopcyjny Fundacji Gajusz. Trafiają tu niemowlęta, którymi nie mogą lub nie chcą zajmować się ich biologiczni rodzice. Pozostają z pracownikami Fundacji i wolontariuszami do momentu znalezienia rodziny adopcyjnej. Dzieci czują się w Tuli Luli jak w domu – śpią w sypialniach, o których wystrój zadbali projektanci. Żadne dziecko ani przez chwilę nie czuje się samotne, każdy podopieczny Fundacji ma swojego opiekuna i wolontariuszy, chętnych do tulenia, przewijania i zabaw. W razie potrzeby, na przykład w przypadku wcześniaków, dziećmi zajmuje się również fizjoterapeuta i logopeda.

Wychowawców i podopiecznych ośrodka Tuli Luli poznasz oglądając [WIDEO].

By wesprzeć działania Fundacji Gajusz i pomóc dzieciom można: Przekazać 1% podatku na rzecz Fundacji, Wpłacić darowiznę, Zostać wolontariuszką/wolontariuszem Fundacji [klik]

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Gdy marzenie o dziecku staje się rzeczywistością. „Wymarzony” w polskich kinach!

Już 24 maja 2019 r. w polskich kinach odbędzie się premiera filmu „Wymarzony”. To przejmująca opowieść o miłości, poszukiwaniu szczęścia i bezgranicznym pragnieniu rodzicielstwa.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Wymarzony” to dramat z dużą dawką humoru, wyreżyserowany przez francuską artystkę Jeanne Herry. W obsadzie filmu znajdziemy plejadę znakomitych aktorów, m.in. nagrodzoną w 1998 r. Złotą Palmą Élodie Bouchez czy kilkukrotnie nominowanego do Cezarów Gilles Lellouche.

Zobacz też: 10 filmów o niepłodności. Musisz je zobaczyć!

„Wymarzony” – film dla osób starających się o dziecko

Głównym bohaterem „Wymarzonego” jest maleńki Theo, który zaraz po narodzinach zostaje oddany przez swoją biologiczną matkę do adopcji. Tymczasowym opiekunem noworodka zostaje Jean, a między mężczyzną a chłopcem tworzy się wyjątkowa więź. Jean ze zdumieniem odkrywa, jak dużo Theo rozumie ze swojej sytuacji i jak wiele potrzebuje uczucia.

W dramacie pojawia się też postać Alice, która od wielu lat marzy o dziecku. Wie też, że nigdy nie będzie mogła urodzić własnego. Opieka społeczna wytypowała właśnie Alice jako idealną kandydatkę na matkę dla malucha. Jak potoczy się pierwsze spotkanie Alice i Theo? Czy kobieta okaże się dobrą matką? Jak chłopiec zniesie rozłąkę z Jeanem?

Zobacz też: Książki o in vitro. Poznaj listę najważniejszych pozycji

Premiera w polskich kinach

Polscy widzowie odpowiedzi na te pytania poznają 24 maja. Na co mogą liczyć? Z pewnością na ogromną dawkę emocji, wzruszeń, ale i wiele zabawnych momentów. Ten film może się okazać szczególnie ważny i poruszający dla osób walczących z niepłodnością i osób marzących o dziecku.

Film otrzymał już siedem nominacji do Cezara, prestiżowej, francuskiej nagrody filmowej przyznawanej przez Akademię Sztuk i Techniki Filmowej. RTL określiło film jako „największe wzruszenie tego roku”, natomiast magazyn ELLE zwięźle podsumował dzieło francuskiej reżyser jako „poruszające”.

Tu kupisz e-magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: www.filweb.pl

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Dzieci premiera Morawieckiego na okładce „SE” i wiadomość o tym, że są adoptowane – kto aż tak przekroczył granice?!

Fot. Flickr Kancelaria Premiera, Public domain / okładka "Super Expressu" || * Twarze dzieci zamazała redakcja.

W ostatnich dniach przetoczyła się przez media dyskusja, czy okładka „Super Expressu” przedstawiająca premiera Morawieckiego z rodziną, była przekroczeniem granic przez gazetę, czy jednak „ustawką”. Co najbardziej uderzające, okładka pokazała małych bohaterów tej historii bez ukrytych twarzy i z wielkim napisem: „Morawiecki adoptował dwoje dzieci”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Po publikacji zawrzało. Początkowo niemalże wszyscy dziennikarze, niezależnie od swoich upodobań politycznych, stanęli po stronie premiera. „SE” został solidnie skrytykowany, jako prasa wchodząca w zbyt intymne szczegóły życia polityka oraz co najważniejsze, potencjalnie szkodliwa dla jego dzieci. Pojawiały się nawet głosy, że do tej pory nie wiedziały one o tym, iż są adoptowane. Na szczęście szybko wątpliwości w tej sprawie zostały rozwiane – dzieci miały tego świadomość.

Wielki, trudny znak zapytania

Szybko jednak pojawiły się wątpliwości, czy oby na pewno nie była to tzw. ustawka z tabloidem. Czy w okresie przedwyborczym nie zostało to wykorzystane do kreowania wizerunku człowieka rodzinnego, dobrego, tworzącego dom potrzebującym dzieciom. Co więcej, czy nie jest to też forma zdyskredytowania książki, która ma ukazać się pod koniec maja i będzie opisywała wiele, zapewne niełatwych dla premiera kwestii – „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego (swoją drogą, ona także budzi wiele wątpliwości w zakresie etyki, bowiem pierwszy z wymienionych tu autorów był kiedyś podwładnym premiera).

Wielu dziennikarzy głośno mówi, iż prawdopodobnie fakt adopcji stał się jedną z politycznych zagrywek. Wskazywać może na to chociażby dość „lekkie” przyjęcie sprawy przez szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Michała Dworczyka. Początkowo okazywał on oburzenie, a później sam udzielił wywiadu „SE”. Czy gdyby rzeczywiście tak rażące wkroczenie w prywatność premiera było zaskoczeniem dla jego otoczenia politycznego, to nie skończyłoby się to po prostu sądem i rozmowami za pośrednictwem prawników?

Co więcej, jak wskazuje dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem (robi to anonimowo), redakcja raczej nie narażałaby się w kwestii publikacji twarzy dzieci, gdyby nie była spokojna o dalszy ciąg sprawy: „Są tu dwie możliwości: albo w redakcji pracują same tumany, w co osobiście nie wierzę, albo redakcja dobrze wiedziała, że nie musi obawiać się pozwu na grube pieniądze” – mówi w rozmowie z naTemat.

Opinie dziennikarzy, źródło – Twitter:

* Twarze dzieci zamazała redakcja, nie będziemy pokazywać ich na naszym portalu.

Koniec końców

Wątpliwości jest w tej sprawie znacznie więcej. Co jednak budzi największe oburzenie – niezależnie już od faktu, kto stał za publikacją zdjęć – to niewątpliwie wykorzystanie dzieci. Zarówno w przypadku, gdyby było to niezależnie działanie „SE”, jak i zupełnie pozbawiona wyobraźni emocjonalnej ustawka, to niestety podjęli się jej dorośli ludzie. Ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni móc przewidzieć konsekwencje. Sęk w tym, że owe ewentualne konsekwencje poniosą przede wszystkim dzieci.

Czy naprawdę tak trudno jest wyobrazić sobie, jak ogromny wpływ ma na życie człowieka fakt, iż jest adoptowany? Z iloma traumami może się to wiązać? Z iloma relacjami do przepracowania? Że może jest to coś, czym dzieci nie chciałyby się nigdy dzielić, a teraz de facto nie mają już szansy o tym zdecydować?

Być może w tym przypadku okaże się, że nie odbije się to negatywnie na najmłodszych bohaterach tej historii – oby. Decydując się jednak na takie publikacje, lepiej chyba założyć „najgorsze” i prewencyjnie powstrzymać się przed tymi kilkoma zdjęciami i słowami. Znakomicie sprawdza się tu zdanie Tocqueville’a: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka” – wolność dzieci niewątpliwie została w tym wypadku naruszona.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Źródła: wirtualnemedia / naTemat

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.