fbpx
Przejdź do treści

19 dni po porodzie straciłam syna, kolejną ciążę poroniłam. Boję się, ale staram się o dziecko

O pierwszą ciążę się nie starałam, miałam wtedy inne plany. Studia, remont mieszkania – nie myślałam o macierzyństwie.

Ciąża (bliźniacza) na początku  przebiegała  prawidłowo. Jednak koło 20 tygodnia mój  brzuch zaczął  się napinać  i stawiać. Sześć tygodni później  lekarze zaczęli podawać mi sterydy na rozwój  płuc u dzieci. Miałam  też już pierwsze skurcze. Od tej pory leżałam w łóżku, rzadko wstawałam, starałam się oszczędzać. W 27 tygodniu założono mi krążek pessar, ponieważ szyjka macicy gwałtownie  się  skracała. Z nadzieją, że będzie lepiej zmieniałam opiekę lekarską, z publicznej na prywatną.

Wiara

Na każdym USG sprawdzaliśmy wagę naszych chłopaków. Okazało się, że jeden z chłopców ma tylko jedną nerkę. W 31 tygodniu ostatni raz byłam u lekarza, docisnął  mi krążek  na szyjce, żeby się lepiej trzymał i poinformował, że za dwa tygodnie będę rodziła. Następnego dnia byłam niespokojna i dziwnie się czułam. Kolejnego chłopcy byli bardzo aktywni, pojawiły się skurcze. Gdy poszłam  do toalety zauważyłam , że krążek  pessar już się wysunął.  Sączyły się wody  płodowe. Byłam w szoku,  szybko pojechaliśmy  do szpitala, w ciągu godziny miałam cesarskie cięcie.

Przed porodem  wiedziałam, że chłopcy będą wcześniakami, a wczesny poród zawsze wiąże się z ryzykiem. Ale nigdy nie przeszło mi przez myśl, że wszystko skończy się tragicznie.

Nadzieja

Na początku,  gdy chłopcy przyszli  na świat nie mogłam być razem z nimi. Leżałam w innym szpitalu.  Dopiero po czterech dniach od porodu mogłam  zobaczyć synów. Byli bardzo mali, jeden leżał podłączony do aparatury, drugi miał tylko czujnik. Bałam się o nich. Chciałam, żeby szybko nabrali sił i opuścili szpitalne mury. Początkowo wszystko szło sprawnie i bez problemów – obaj ładnie  przybierali na wadze, pierwszy synek zamiast respiratora  miał już tylko tlen, a później zaczął  samodzielnie oddychać.  Drugi bez problemów oddechowych rósł, dostawał  coraz więcej mojego mleka. Po kilkunastu dniach na OIOMie lekarze przenieśli chłopców na oddział patologii noworodka. Byłam przekonana, że jesteśmy coraz  bliżej powrotu do domu. Mogłam razem z synami zostać na oddziale. Przez dwa dni uczyłam  się życia  z nimi i opieki. Udało mi się pierwszy raz nakarmić silniejszego synka z butelki. To było coś niesamowitego!

Nagle silniejszy synek zaczął mieć  problemy z brzuszkiem i wypróżnieniem. Zaczął być płaczliwy i ulewał, co wcześniej  mu się nie  zdarzało. Wypróżniał się krwią,  brzuch miał jak balon. Nie zapomnę  nigdy jego płaczu  i mojej  bezradności …

Lekarze bagatelizowali moje obawy. Nikt z personelu nie chciał mi pomóc. Nikt nie widział problemu, kazali nam czekać do rana. To była najgorsza noc mojego życia… Synek był już tak wyczerpany, że tylko lekko pojękiwał.

Lekarze, którzy rano przyszli byli zszokowani. Szybko zrobili USG, o które  prosiłam  dzień  wcześniej.  Okazało się, że syn ma powietrze w brzuszku. Trafił na OIOM. Zadzwoniłam do swojego partnera, gdy przyjechał  po dwóch  godzinach, ja bezradnie  siedziałam  przy drugim synku. Nikt nie chciał udzielić mi żadnych informacji. Nie wiedziałam, co się dzieje. Dopiero po kilku godzinach lekarze powiedzieli nam, że konieczna jest operacja jelita, ponieważ prawdopodobnie  zrobiła się dziura, którą trzeba zaszyć, a w najgorszym wypadku wyprowadzić stomie.

Lekarze nie mogli ustabilizować  parametrów  życiowych mojego dziecka, operacja się opóźniała. Około godziny 22 pojechali na blok. Operacja trwała ponad dwie godziny. Po wyjściu  lekarza od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Powiedzieli mi, że jelito grube zgniło. Nie było, co ratować. Dali naszemu dziecku  kilka procent szans  na przeżycie.

Nie mogliśmy zostać razem na noc, musieliśmy przyjść dopiero następnego dnia rano. Lekarze spytali, czy dziecko chcemy ochrzcić. Chcieliśmy, choć domyślaliśmy się, co to znaczy…  Byłam roztrzęsiona, nie wierzyłam  w to, co się dzieje.  Przecież mój synek  był zdrowy, rósł, świetnie sobie radził i co?

Miłość

Niestety to był koniec. Mogliśmy zostać z synem, dopóki  jego serduszko się nie zatrzyma. Staliśmy przy nim, jednocześnie go żegnałam i prosiłam, żeby został. Bałam się tej chwili. Pytałam  lekarza, czy nie mogą nic zrobić,  przecież on był zdrowy. Niestety. Lekarz kazał nam czekać na ostatnie chwile. Godzinę później mój syn zmarł. Okropne,  beznadziejne chwile, pełne bólu, rozpaczy, niesprawiedliwości.

Do tej pory nie pożegnałam się z nim. Nie chcę się z nim  żegnać. Przecież to mój syn… Rozstaliśmy się tylko na chwilę.

Teraz staram się o kolejną ciążę. Bardzo boję się powtórki, pięć miesięcy temu poroniłam. Byłam w ósmym tygodniu.

Ból nie mija i nie minie.

Historii czytelniczki wysłuchała Magda Dubrawska.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Magda Dubrawska

dziennikarka Chcemy Być Rodzicami, doktorantka socjologii.