Przejdź do treści

100 dni walki o maleńkie życie

100 dni walki o maleńkie życie

Kajetan przyszedł na świat w 28. tygodniu ciąży, a więc o 12 tygodni wcześniej niż ten świat się go spodziewał. Ważył niewiele ponad kilogram – tyle co trzy pomarańcze. Rodzice bali się przy nim oddychać…

– Trudno sobie wyobrazić bardziej delikatne i kruche stworzenie niż takie maleństwo. Dzieci urodzone w terminie są maleńkie, a Kaj był od nich trzykrotnie mniejszy – mówi pani Ewelina, mama Kajetana.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

– Straciliśmy już Córeczkę w wyniku przedwczesnego porodu, dlatego tak trudno było nam uwierzyć, że Kaj z tego wyjdzie. W skali Apgar, oceniającej stan noworodków po narodzinach, dostał zaledwie 2 na 10 punktów. Serce matki jest w takich momentach bliskie pęknięcia. Na szczęście okazał się być bardzo waleczny – dodaje. – W takich chwilach potrzebna jest świadomość, że nasze dziecko jest w najlepszych rękach, że ma zapewnioną świetną opiekę, doskonałych oddanych lekarzy i możliwie najlepszy sprzęt medyczny.

Zobacz także: Najmłodszy wcześniak świata ma już trzy lata. „To cud”

Chłopiec przebył szalenie trudną drogę. Ciężka postać dysplazji oskrzelowo-płucnej, bezdechy, wylew dokomorowy, zapalenie płuc, niedokrwistość, wiele tygodni pod respiratorem, sześciokrotne przetaczanie krwi to tylko kilka z wielu walk, które musiał stoczyć.

– Oddział neonatologiczny naszego szpitala posiada tzw. III stopień referencyjności. Oznacza to, że pod względem kwalifikacji personelu oraz zaplecza medycznego jesteśmy przygotowani do ratowania wcześniaków w najtrudniejszych sytuacjach, takich jak Kajtek. On miał wyjątkowo trudny start – był z nami przez blisko 100 dni, ale każda akcja ratowania jego życia, każda spędzona przy jego łóżku noc była niczym wobec radości z widoku tej rodziny wychodzącej ze szpitala – mówi dr Beata Rzepecka-Węglarz, ordynator Oddziału Neonatologicznego Szpitala Położniczo-Ginekologicznego UJASTEK.

Rzeczywiście Polska nie ma powodów do kompleksów, a już na pewno nie ma ich Małopolska, w której każdego roku ratuje się ok. 2000 wcześniaków. Kadry z amerykańskich filmów niczym nie różnią się od dnia codziennego w UJASTKU. Nie ma już śladów po zamkniętych oddziałach, gdzie rodzice oglądają swoje maleństwa przez szybę. Doktor Rzepecka-Węglarz wielki nacisk kładzie na przygotowywanie i zachęcanie rodziców do kangurowania wcześniaków, czyli kontaktu skóra przy skórze na klatce piersiowej rodzica.

Zobacz także: Jak wygląda cesarskie cięcie? Zobacz film!

„Maleńkie ciałko przylgnęło do moich piersi i… uspokoiło się!”

– Nigdy nie zapomnę tej chwili: w pierwszych tygodniach po narodzinach Kajowi nagle zaczęła spadać saturacja pod respiratorem; był niespokojny, widzieliśmy, że dzieje się coś złego. Spodziewałam się, że za chwilę zaczną się jakieś skomplikowane procedury medyczne, kolejne kable, urządzenia, leki. Tymczasem pani ordynator powiedziała coś czego zupełnie się nie spodziewałam: “natychmiast podajcie go mamie!” Zaplątani w rurki przytuliliśmy się do siebie – maleńkie ciałko przylgnęło do moich piersi i… uspokoiło się! – wspomina wzruszona pani Ewelina.

Mama Kajetana skończyła pedagogikę specjalną, więc rozumie jak ważne w procesie zdrowienia jest bezpieczeństwo emocjonalne i bliskość kochających osób. Do przełamania strachu zachęca innych rodziców.

– Człowiek zwyczajnie się boi, że zrobi tej kruszynie krzywdę, na przykład przez inną florę bakteryjną. Ale warto się przemóc i uświadomić sobie, że nasz oddech, głos, dotyk i zapach są naszemu dziecku najbliższe od pierwszych chwil życia. Lekarze i pielęgniarki, dla których nie znajduję słów wdzięczności, dbają o stan ciała wcześniaków, my jesteśmy konieczni by wesprzeć ich od strony duchowo-emocjonalnej. Chciałabym też skorzystać z okazji, by powiedzieć mamom ważną rzecz, jakiej nauczyła mnie nasza historia: jeśli w ciąży czujecie jakiekolwiek niepokojące sygnały nie bagatelizujcie ich, lecz konsultujcie z lekarzem. Intuicja w tym obszarze połączona z wyborem szpitala gotowego nieść pomoc wcześniakom może ocalić życie waszych dzieci – dodaje pani Ewelina.

Tagi:

Stracili synka, dziś oczekują córeczki – jak sobie z tym wszystkim poradzili?

Do trzeciego miesiąca wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Na jednym z badań okazało się jednak, że ich synek ma poważną wadę serca. Zaraz po urodzeniu miała uratować go operacja. Nie udało się. Dzisiaj Caitlin znów jest w ciąży – jak sobie z tym wszystkim radzi?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Caitlin i jej mąż Tony dowiedzieli się, że będą rodzicami w lipcu 2017 roku. Pierwszy trymestr przebiegał bardzo spokojnie, bez żadnych porannych mdłości, czy zmęczenia. Dopiero po tych kilku miesiącach przyszedł ogromny cios. Okazało się, że ich dziecko ma zespół hipoplazji lewego serca.

Jest to wrodzona wada, która objawia się niewykształceniem prawidłowej lewej komory serca. W okresie płodowym możliwy jest prawidłowy rozwój, waga dziecka jest w normie, a ciąża donoszona. Wszystko dzięki temu, że natlenowana krew dostarczana jest póki co przez organizm mamy. Kiedy jednak maluch przychodzi na świat i ma tylko jedną funkcjonującą komorę serca, która zaopatruje zarówno krążenie płucne, jak i systemowe, to niestety przeciążenia okazują się być zbyt wielkie. Szybko też postępują, co widać poprzez utrudnione oddychanie malucha, słaby puls i niebieski odcień skóry.

Odchodząca nadzieja…

Z pomocą małemu Thaxtonowi miała przyjść operacja. W takiej też myśli i nadziei przez kolejne kilkanaście tygodni trwali rodzice chłopczyka. Niestety w 34. tygodniu ciąży okazało się, że kondycja serca dziecka drastycznie spadła i wada okazuje się być w jego przypadku nieoperacyjna. „Nie przeżyłby pierwszej operacji” – mówi Caitlin. – „Medycy odmówili operowania go wiedząc, że będzie cierpiał, a i tak nie przetrwa. Thaxton urodził się więc od razu będąc pod opieką paliatywną” – słowa mamy cytuje „Daily Mail”.

Chłopiec urodził się w 38. tygodniu ciąży. Pojawiła się nawet nadzieja, że może uda się jeszcze jakkolwiek powalczyć… niestety. Thaxton odszedł po dwóch dniach. „Bałam się, że będzie cierpiał, ale był w stanie odejść we śnie” – opowiada Caitlin.

Zobacz też: Jak kobiety doświadczają poronienia – trudne historie zapisane w zdjęciach!

Nowe życie przed nimi!

Po ośmiu miesiącach od tych tragicznych dni okazało się, że Caitlin znów jest w ciąży! Piękna wiadomość, ale jakże wiele lęku przyniosła ze sobą. Przyszli rodzice nie spodziewali się bowiem, że tak szybko znów będą oczekiwali na maleństwo. Co więcej, byli przerażeni, że sytuacja się powtórzy. Że znów będą musieli mierzyć się z chorobą i śmiercią. Na szczęście wszystko jest w jak najlepszym porządku! Już za kilka miesięcy urodzi się mała dziewczynka, której rodzice na pewno nie zapomną też o tym, że przed nią na świecie pojawił się jej starszy brat: „Thaxton zawsze będzie częścią naszej rodziny, nawet jeśli fizycznie go z nami nie ma” – podsumowuje (już za chwilę) mama.

Swoją trudną historią Caitlin dzieli się nie bez przyczyny. Chce zdjąć tabu z tematu, jakim jest śmierć dziecka. Chce pokazywać, że wciąż można z nią normalnie porozmawiać, że wciąż chce angażować się w życie. Skąd taki pomysł? Zauważyła bowiem, że nawet po jakimś czasie od tych przeżyć, wiele osób wciąż ma obawę przed rozmową z nią. Nie wiedzą co i jak mają mówić – a czasami wystarczy po prostu być i nie dystansować się od osoby przeżywającą tak ogromną stratę.

Czas trudów vs czas harmonii

Nieraz niestety czas ciąży, który powinien być jak najbardziej spokojny, okazuje się być okresem podejmowania najtrudniejszych decyzji. Czasami takich, które są wręcz ponadludzkie. Jedną z takich musiała podjąć Christy, która była w ciąży z trojaczkami. Dwójka z nich dzieliła ze sobą łożysko, czego efektem mogła być za mała ilość krwi dla jednego z nich, dla drugiego zaś za duża. Był to stan, który zagrażał ich życiu. „Dostałam wybór, by zakończyć ciążę jednego z dzieci, albo ryzykować życie obojga bliźniąt” – cytowaliśmy jej słowa >>TUTAJ<< Na szczęście ta historia zakończyła się happy endem, a Christy może cieszyć się trójką zdrowych maluchów. Oby córeczka Caitlin i Tony’ego także przyszła na świat cała i zdrowa. Po tylu przeżyciach, jakich doświadczyli, nie ma już chyba innej możliwości!

Zobacz też: Gdy cierpienie dotyka bliską ci osobę – jak pomóc po poronieniu?

Źródła: „Daily Mail” / sercedziecka.org.pl

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Nie mogła zajść w kolejną ciążę… dziś ma SIEDMIORO dzieci!

historia adopcyjna

Amy, 36-letnia pielęgniarka, dorastała jako jedynaczka i jak wiele dzieci niemających rodzeństwa, zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Obecnie ma… siedmioro dzieci, a sposób, w jaki stawała się ich mamą, jest wręcz historią na kilka sezonów dobrego serialu!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Amy i jej mąż Damian przez lata starali się o kolejne dziecko. Ich bliźniaki pojawiły się na świecie niedługo po ślubie, kiedy jednak 5 lat później chcieli powiększyć rodzinę, wciąż i wciąż im się nie udawało. Zaczęli rozważać wtedy zagraniczną adopcję, oboje pracowali jednak w szpitalu i na co dzień widzieli wiele potrzebujących maluchów.

Stąd też pojawił im się pomysł zostania rodziną zastępczą, by w przyszłości mieć też nadzieję na adopcję. Kiedy w 2016 roku małżeństwo stało się licencjonowanymi rodzicami zastępczymi, ich bliźniaki miały już 12 lat, a Damian był także ojcem 20-letniego Gabriela.  

Zobacz też: Rodzina adopcyjna a rodzina zastępcza. Jakie są podobieństwa i różnice?

Nowa droga

TEN telefon otrzymali zaledwie tydzień po zakończeniu programu szkoleniowego, a w Sylwestra trafiła do nich mała Julianna. „To było jak przyniesienie do domu naszego własnego dziecka. Było to najlepsze uczucie. Tyle radości. To było tak, jak byśmy rozpoczynali nowe życie” – słowa Amy cytuje „people.com”.

Już wtedy czuli, że będą chcieli adoptować dziewczynę i w kwietniu 2017 roku tak też się stało. Co ciekawe, w tym samym miesiącu urodził się chłopiec, który nieco później także dołączył do rodziny.

Pomimo, że Amy i Damian planowali wziąć pod swoje skrzydła tylko jednego maluszka, kiedy dostali kolejny telefon, nie wahali się. Co więcej, w maju 2018 okazało się, że najmłodsze z ich dzieci będzie miało nowego braciszka.

Rodzice i tak licznej już gromadki dostali więc pytanie, czy nie zostaliby opiekunami nieurodzonego jeszcze chłopca, a wszystko po to, aby rodzeństwo miało szansę wychowywać się razem. „Potrzebowaliśmy jednego dnia, by przemyśleć zaaranżowanie przestrzeni w domu i powiedzieliśmy „tak” – opowiada Amy. Kiedy trwali więc w oczekiwaniu… znów dostali telefon!

Mała dziewczynka trafiła do ich domu w październiku, a nowo narodzony chłopczyk zaledwie 10 dni po niej. Julianna ma więc obecnie około 2 lat, jeden z chłopców jest o 4 miesiące młodszy, dziewczynka ma około 3 miesięcy, a najmłodsze z dzieci zaledwie dwa tygodnie mniej. Miała to być sytuacja tymczasowa, tymczasem teraz rodzina ma nadzieję, że już zawsze właśnie tak to będzie wyglądało! Julianna jest już oficjalnie córką Amy i Damiana, procesy adopcyjne pozostałej trójki są w toku.

Zdecydowanie bycie rodziną adopcyjną stanowi wyzwanie, w przypadku Amy i Damiana pojawiają się jeszcze dodatkowe, trudne sytuacje zewnętrzne. Dzieci różnią się kolorem skóry, co niestety nie dla wszystkich jest zrozumiałe i zdarza się, że pojawiają się niełatwe komentarze.

Amy jednak podkreśla, że kocha adopcyjne dzieciaki tak samo, jak te, które urodziła. I owszem, chciała mieć dużą rodzinę, ale nie spodziewała się, że aż tak!

Zobacz też: Poznaj Kalani i Jarani – siostry bliźniaczki o różnych… kolorach skóry!

Historia adopcyjna z happy endem

Jest to jedna z tych historii, które dają nadzieję zarówno rodzicom chcącym stworzyć rodzinę adopcyjną, jak i maluchom oczekującym na to, że ktoś zapewni im prawdziwy dom. Każdy kraj ma oczywiście inne procedury, wymagania, ograniczenia, ale podobne historie dzieją się na całym świecie – także u nas.

Na pewno jedną z nich jest doświadczenie małego Wiktora, który urodził się z zespołem Downa. Jego nowi rodzice, aby móc poznać chłopca, przejechali 2,5 tysiąca km! Marina i Erik z Kalifornii wzięli pod swoje skrzydła podopiecznego fundacji „Dom w Łodzi”. Co więcej, ich historia przypomina opisaną tu rodzinę Amy i Damiana – nowi rodzice Wiktora już przed nim mieli bowiem ośmioro dziec! [przeczytaj więcej: KLIK]! Śmiało można więc opisać to jako „happy end”.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Tutaj kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło:People.com

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Odłożyła leczenie, by dać dziecku szansę na przeżycie. Smutny finał historii dzielnej matki

Nastolatka chora na białaczkę urodziła syna
Brianna postanowiła podjąć pełne leczenie dopiero po urodzeniu dziecka – fot. Facebook - Brianna Rawlings

Gdy była w ciąży dowiedziała się, że choruje białaczkę. Stanęła wówczas przed dramatycznym wyborem. Zdecydowała o odłożeniu leczenia, by zwiększyć szanse na przeżycie swojego nienarodzonego dziecka.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

19-letnia Brianna Rawlings była w 17 tygodniu ciąży, gdy z ust lekarzy padła diagnoza: złośliwa i rzadka odmiana białaczki. Nastolatka z Sydney stanęła wówczas przed dramatycznym wyborem: usunąć ciążę i całkowicie skupić się na leczeniu, czy urodzić dziecko i odłożyć terapię. Dziewczyna podjęła decyzję o donoszeniu ciąży, decydując się tym samym na opóźnienie leczenia i ratowania własnego życia.

Brianna trafiła do szpitala w Sydney, gdzie przyjmowała jedynie lekkie dawki chemioterapii. Pełne leczenie postanowiła podjąć dopiero po urodzeniu dziecka.

Zobacz też: Zrezygnowała z chemioterapii, by donosić ciążę. Carrie DeKlyen nie żyje

Nastolatka chora na białaczkę urodziła syna

Kiedy dziewczyna zaczęła cierpieć z powodu wyniszczającej gorączki i przewlekłego bólu, lekarze zdecydowali o przyspieszeniu porodu. Nastolatka urodziła synka Kydena przez cesarskie na początku września, czyli trzy miesiące przed planowanym terminem. Brianna była wówczas w 26 tygodniu ciąży. „Nic nie czyni mnie bardziej szczęśliwą niż patrzenie, jak mój syn staje się większy i silniejszy” – pisała na Facebooku Rawlings.

Niestety, po 12 dniach dziecko zmarło z powodu infekcji żołądka. „To było 12 najlepszych dni mojego życia” napisała Rawlings i choć doświadczyła ogromnej tragedii, musiała skupić się na własnej walce o życie. – To dla mnie bardzo bolesne, długie, wyczerpujące doświadczenie. Choć Kydena nie ma już wśród nas, dał mi siłę, by iść dalej i pokonać [białaczkę – red.] – mówiła wówczas w rozmowie w „Daily Mail”.

Stan nastolatki zaczął się stopniowo poprawiać – badania krwi dawały coraz lepsze wyniki, a mięśnie zaczęły działać sprawniej. Dziewczyna mogła już nawet opuszczać szpital na jednodniowe wycieczki. W pewnym momencie sytuacja uległa zmianie.

Zobacz też: Leczenie nowotworu podczas ciąży nie wyklucza urodzenia zdrowego dziecka

Smutny finał historii dzielnej matki

Briannę czekała operacja przeszczepu szpiku kostnego, dawcą miał zostać jej młodszy brat, Tyrone. Do operacji jednak nie doszło, a lekarze orzekli, że jedyną opcją ratunku dla nastolatki będzie terapia lekiem, którego jedna dawka kosztowała trzy tysiące dolarów. Nastolatka miała przyjmować medykament w trzytygodniowych odstępach.

Rodzina Brianny rozpoczęła zbiórkę na leczenie, jednak po dwóch dawkach leku dziewczyna przegrała walkę z białaczką. O śmierci nastolatki poinformowała 1 stycznia jej siostra. Informacja pojawiła się na stronie zbiórki.

Nasza Piękna Brianna doszła do końca swej podróży na ziemi i połączyła się ze swoim maleńkim Kyden’em.

Jesteśmy zrozpaczeni, ale jednocześni pogodzeni z myślą, że już dłużej nie cierpi, nie musi żyć w niepewności, co przyniesie jutro.

Kochamy Cię najmocniej na świecie, nasza ukochana dziewczynko. Leć wysoko i prowadź tych, którzy nie wiedzą jak żyć na ziemi bez twojego zaraźliwego uśmiechu.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: New York Post, Daily Star, TVN24

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Niezwykłe bliźniaki z Brisbane – 2 plemniki zapłodniły 1 komórkę jajową

Niezwykłe bliźniaki z Brisbane – 2 plemniki zapłodniły 1 komórkę jajową
fot.Pixabay

Niezwykłe rodzeństwo – chłopiec i dziewczynka, rozwinęło się z jednej komórki jajowej zapłodnionej przez dwa plemniki. To drugi taki zarejestrowany przypadek w historii i pierwszy, który został zaobserwowany jeszcze w trakcie ciąży.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Niezwykłe bliźniaki pół-identyczne

Dwoje dzieci z jednej komórki jajowej to nic niezwykłego, wszystkie bliźnięta jednojajowe rozwijają się w ten sposób. Jednak w przypadku bliźniąt jednojajowych komórka zapłodniona zostaje przez jeden plemnik, a dzieci są zawsze tej samej płci – mają identyczny materiał genetyczny.

Początkowo lekarze uznali, że australijskie bliźniaki to taki właśnie przypadek. Prawda wyszła na jaw w 14 tygodniu ciąży w trakcie badania USG. Lekarze odkryli, że bliźniaki są różnej płci. Niezwykłe bliźniaki z Brisbane – bo tak zaczęto o nich mówić – to drugi taki  przypadek zarejestrowany w historii medycyny. Prawdopodobnie było ich więcej, jednak wcześniej technologia nie pozwalała na identyfikację tego ewenementu.

Zobacz też: Bliźnięta poczęte dzięki in vitro mają dwóch ojców. Niesamowita historia niezwykłego rodzeństwa

Jedna komórka, dwa plemniki

Do komórki jajowej matki bliźniaków w jednym momencie dostały się dwa plemniki ich ojca. To niecodzienne połączenie dało trzy zestawy chromosomów – jeden od matki, dwa od ojca. Według dr. Gabbetta, który badał przypadek bliźniaków, zwykle w takich sytuacjach zarodek nie rozwija się dalej. W przypadku bliźniąt z Brisbane musiało dojść do rozdzielenia się zestawów chromosomów na grupy komórek, które rozdzieliły się, tworząc dwa niezależnie rozwijające się zarodki. Część komórek zawierało chromosomy jednego plemnika, część chromosomy drugiego. W rezultacie dzieci posiadają tylko połowę DNA ojca.

Niezwykłe bliźniaki z Brisbane – 2 plemniki zapłodniły 1 komórkę jajową

Zobacz też: Czy dzięki in vitro można zajść w ciążę z bliźniakami obu płci?

Pierwsze dzieci pół-identyczne

Pierwszy zarejestrowany przypadek chłopca i dziewczynki z jednej komórki jajowej został zarejestrowany w 2007 roku w Stanach Zjednoczonych. Lekarze, już po porodzie, zwrócili uwagę na to, że dzieci były identyczne, miały jednak różne cechy płciowe. Wykonane zostały testy DNA noworodków, które wykazały, że dzieci mają identyczny materiał genetyczny matki i połowę materiału ojca.

Naukowcy podejrzewali, że takich przypadków jest więcej. By to sprawdzić, zebrali próbki DNA 968 par bliźniąt dwujajowych i ich rodziców, po czym poddali zebrane próbki analizie pod kątem dziedziczenia. Wśród tej grupy nie znaleziono drugiego przypadku, w którym dzieci dzieliłyby się ojcowskim DNA na pół.

Ten fenomen znany jest od tamtej pory jako “bliźnięta pół-identyczne” (semi-identical twins).

Źródło: Science Daily

 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.