Przejdź do treści

Zjeść ciastko i mieć ciastko

fotolia-49051908-s.jpg

W ostatnim numerze Chcemy Być Rodzicami ukazał się felieton Izy (www.krotki.blog.pl) pt. Zjeść ciastko i mieć ciastko. W felietonie tym Iza opisywała swoje uczucia po odwiedzinach w Ośrodku Adopcyjnym. Do felietonu zamieszczamy komentarz Magdaleny Modlibowskiej, matki adopcyjnej i autorki m.in. „Księgi Adoptowanego Dziecka”

Zjeść ciastko i mieć ciastko, Iza, krotki.blog.pl

Kiedy zakończyć walkę z niepłodnością i rozpocząć starania o adopcję? Czy jest jakaś granica, za którą wiemy, że nie ma już odwrotu?

Pytanie o moment zakończenia leczenia spędza sen z powiek niejednej niepłodnej parze. Czy dwie, trzy nieudane inseminacje to górna granica naszej wytrzymałości na ingerencję medyczną? A może mamy za sobą 10 transferów in vitro? 10 transferów, które się nie udały, ale przecież jest szansa, że kolejna próba w końcu się powiedzie…

Wielu osobom, u których przedłuża się leczenie (to nieskuteczne, ale wciąż dające nadzieję), trudno zaakceptować fakt, że podejście do adopcji oznacza całkowite zamknięcie procesu leczenia. Ośrodki adopcyjne z kolei nie akceptują działania na dwa fronty – prób leczenia i ubiegania się o adopcję. Wymagają zakończenia terapii i przepracowania straty, pogodzenia się z tym, że nie mogę mieć „swoich” dzieci.

Obie drogi, zarówno leczenie, jak i proces adopcyjny, trwają jednak bardzo długo. Nie ma nikogo, kto powie, która ścieżkę należy wybrać. Chcąc wykorzystać w pełni pierwszą możliwość, a potem rozpocząć i przejść drugą – poświęcamy bardzo dużo czasu. Część osób powie, że ten czas straciła…

Przyglądamy się z mężem sprawie adopcji, najpierw tylko przez dziurkę od klucza. Wybraliśmy się do ośrodka adopcyjnego na otwarte spotkanie dla par zainteresowanych tematem. Było kilka małżeństw takich jak my – zwykłych ludzi, którzy na ustach mają uśmiechy, za sobą dużo przejść, a chcą po prostu normalnie żyć.

Pracownica ośrodka tłumaczyła nam, na czym polega proces adopcyjny, czego możemy się spodziewać, ile czasu potrwa cała procedura szkoleń oraz oczekiwanie na dziecko.

– Mówiła pani, że proces adopcyjny trwa bardzo długo i lepiej pomyśleć o tym wcześniej – zwróciłam się do prowadzącej. – Jednak zazwyczaj pary nie wiedzą wcześniej, że powinny były zacząć starania o adopcję. Czy można więc zacząć szkolenie adopcyjne, kiedy ma się np. transfery in vitro?

– Nie, nie, absolutnie nie, trzeba zakończyć leczenie, to konieczny warunek – ucięła nasza informatorka, nie dając nawet możliwości negocjowania o jeden zarodek.

Kilka osób na spotkaniu podniosło głowy, najwidoczniej usłyszały o tej zasadzie po raz pierwszy.

– Jak to, nie można się już leczyć? – zapytała dziewczyna siedząca na drugim końcu sali.

– Nie. Wymagamy zaświadczenia od lekarza o przyczynach nieposiadania dziecka na drodze naturalnej.

– A kiedy trzeba je przynieść? – sąsiadka drąży temat. – Można na koniec szkolenia…?

Do tego muru doszliśmy nie tylko my…

Kiedy przerwać leczenie?

Ktoś mądry poradził mi kiedyś, aby po zbadaniu wszelkich parametrów medycznych zapytać samą siebie, ile jest we mnie sił: fizycznych i psychicznych. Jak wiele czasu potrzebuję na pozbieranie się po smutkach? Jak w związku z tym planować swoją przyszłość?

Co teraz zrobić?  Dziś wiem, że skłamię. Skłamiemy z mężem oboje. Mam z tym problem. Przykro mi i trudno się do tego przyznać. Dawać sobie i innym przyzwolenie na mówienie nieprawdy. Ale zrobię to. Miałam kilka transferów. Straciłam dwie ciąże. Został mi jeden zarodek, który z powodów zdrowotnych musi na mnie zaczekać dłużej. Skłamię, bo nie mam większych złudzeń, że się uda, a nie zostawię naszego zarodka w zamrażarce.

Sądząc po reakcji osób na spotkaniu w ośrodku, mam wrażenie, że nie jesteśmy jedyną parą, która podejmie taką decyzję.

KOMENTARZ MAGDALENY MODLIBOWSKIEJ:


Obydwie drogi – choć prowadzą do rodzicielstwa – są czymś zupełnie innym. Obydwie mają swoją specyfikę przebiegu i konkretne warunki jakie trzeba spełnić. Specyfika adopcji jest taka, że wymaga przeżycia straty, nawet jeśli się jest zdrowym i nie leczy niepłodności. Trzeba przeżyć stratę biologicznego rodzicielstwa, żeby móc w pełni świadomie przyjąć do rodziny i do serca dziecko urodzone z innej pary. Dziecko, które już jest na świecie i ma swoją historię.

Jest w adopcji miejsce na  egoizm bycia rodzicem, ale musi mieć on wsparcie altruizmu, żeby w efekcie powstała szczęśliwa rodzina. Tego altruizmu pomagają szukać psychologowie z ośrodka adopcyjnego. Mogą go nie znaleźć…

Jak potwierdzają pracownicy ośrodków, znakomita większość par leczących niepłodność ma już dość sprawdzania, procedur i chce jak najszybciej zamknąć temat adopcji. Z czego to wynika? być może z przekonania, że tych dzieci do przygarnięcia tak dużo, to wystarczy że ja chcę dziecko i już po sprawie. Ale adopcja z całą pewnością nie jest dobra drogą dla każdego kto chce zostać rodzicem. Dlatego ośrodki adopcyjne – abstrahując od jakości ich funkcjonowania – pomagają zweryfikować kto tym rodzicem adopcyjnym może zostać, a kto nie.

Nasuwa mi się takie porównanie. Jeśli lekarz który przygotowuje parę do transferu, wskaże na konieczność wykonania dodatkowych badań medycznych, wiadomo – dla dobra przyszłego dziecka, czy para ma w sobie gotowość wykonania ich? Podzielenia się z lekarzem wynikami? Czy myśli o ukryciu pewnych wyników, żeby jednak przyspieszyć transfer, żeby przypadkiem nie okazało się, że ten wynik będzie dyskwalifikacją do dalszego postępowania tą drogą? Ufamy lekarzowi, jego doświadczeniu, wiemy, że nie prosi nas o takie czy inne badania dla własnego widzimisię ale dla dobra transferu, kobiety, ciąży, dziecka wreszcie. On wie wszystko o procedurze i warunkach zapewniających jak najlepszy efekt. Pracownik ośrodka wie wszystko o adopcji i warunkach zapewniających powstanie szczęśliwej rodziny z dobrze zakorzenionym w niej dzieckiem i jego własną historią.

„Skłamałam kochanie, żeby zostać twoją mamą.” – nie umiałabym powiedzieć tego do mojej adopcyjnej córki, którą wychowuję w uczciwości, co do jej korzeni biologicznych i akceptacji jej tożsamości.

„Skłamałam, bo pragnęłam Ciebie ale wciąż chciałam mieć „swoje” dziecko i nie umiałam się pogodzić z tym, że go nie urodzę” – wiem, można tego nie mówić dziecku, wiem jednak jak trudno byłoby to ukryć w rodzinie zbudowanej na wzajemnym szacunku wszystkich jej członków.

Współczuję parom, które przechodzą multum badań i na końcu nie otrzymują kwalifikacji do procedury medycznego wspomagania. Nie wiem jak to jest być w takiej sytuacji. Ale wiem z całą pewnością, że to nie daje zielonego światła do adopcji i przyjęcia dziecka. Rozumiem, że każdy kto wchodzi do ośrodka ma jedno wielkie pragnienie, pragnienie dziecka. Ale czy to jest pragnienie adoptowanego dziecka? A co to znaczy adoptować dziecko? Warto się otworzyć i zrozumieć co to znaczy. Z doświadczenia wnioskuję, że większość wciąż widzi w niej swoje spełnienie marzenia o dziecku, a nie widzi człowieka, który już jest, żyje i ma swój świat. Przyjęcie takiego człowieka do rodziny jest szczególnym zadaniem, i wymaga szczególnej postawy. Nie jest tym samym, co poczęcie nowego życia w swojej rodzinie.

Gratuluję Izie postawienia kroku w kierunku adopcji, życzę otwartości i wytrwałości w podążaniu tą drogą, albo pokory w przyjęciu faktu, że ta droga nie jest dla niej.
felieton: Iza, krotki.blog.pl, komentarz: Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Ciało po porodzie – szczere zdjęcia! Kobiecość, piękno, macierzyństwo niejedno ma imię

Foto: Mikaela Shannon Photography & Graphic Design Facebook
Foto: Mikaela Shannon Photography & Graphic Design Facebook

Ciało, kobiecość, seksualność i macierzyństwo – tematy, które są ze sobą nierozerwalnie związane. Często niestety stoją ze sobą w sprzeczności. Nie jest wcale łatwo zachować idealne ciało, urodzić dziecko i wciąż być w stanie sprostać społecznym standardom piękna. Te zdjęcia pokazują, że bycie mamą to powód do dumy, także ze swojego ciała!

Jestem mamą!

Seria zdjęć wykonanych przez Mikaelę Shannon, kanadyjską fotografkę, w niezwykle szczery sposób pokazuje, jak wygląda kobiece ciało po porodzie. U wielu kobiet zmienia się brzuch, pojawiają się dodatkowe krągłości, czy rozstępy. Paradoksalnie – do przyjętych kanonów – może to być powód do dumy i powinien być! „Chciałabym, by mamy nigdy nie czuły, że ich ciało nie jest już równie piękne, jak było kiedyś” – powiedziała fotografka.

Shannon postanowiła stworzyć swój projekt, po tym, gdy wiele matek wyraziło zainteresowanie udziałem w poporodowych sesjach. „Love Your Postpartum” (w wolnym tłumaczeniu „Kochaj swoje poporodowe ciało”), bo taką nazwę nosi seria fotografii, pokazuje kobietom, że warto darzyć swoje ciało pozytywnymi emocjami i szanować je. Nawet jeśli zmieniło się po ciąży, nawet jeśli nie wpisuje się w wykreowane przez społeczeństwo wizje – to wciąż jest ono nasze. Pozwala kobietom być matkami, pozwala wyrażać swoją ekspresję, pozwala realizować siebie. Każda kobieta jest kimś znacznie więcej, niż swoim ciałem. Jest sumą doświadczeń, przeżyć, piękna, które w sobie niesie.

Gdzie jest piękno?

W dzisiejszym świecie jest to bardzo trudne i nieraz natrafić można na sprzeczne komunikaty. Z jednej strony, bądź matką, bo to gwarantuje poczucie kobiecości. Z drugiej, ciąża może zniszczyć twoje ciało, a to ono jest swego rodzaju wizytówką człowieczeństwa. Czy oby na pewno?

Grunt to mieć odpowiedni dystans i silne poczucie, że wokół nas jest coś znacznie ważniejszego, niż tylko ładny obrazek. Oczywiście szalenie istotne jest dobre samopoczucie związane z byciem we własnej skórze, akceptacja i samozadowolenie. Tylko, czy jest to głównym celem? A może tylko środkiem do realizacji innych potrzeb? Projekt Shannon jest kolejną serią zdjęć, która porusza ten jakże ważny i trudny problem. Pokazywaliśmy niedawno na naszym portalu inne fotografie – „The Honest Body Project” – piękno nie zawsze jest perfekcyjne! >>KLIK<<

Źródło: „Daily Mail”

Foto: Mikaela Shannon Photography & Graphic Design Facebook

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Czy adopcja jest dobrą opcją? – rozmowa z dr Agnieszką Regulską

adopcja

Zagadnienie adopcji rodzi szereg pytań. Na wiele z nich odpowiedziała nam Agnieszka Regulska, doktor nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki

Czy adopcja jest dobrą opcją?

Zdecydowanie tak. O rodzicielstwie nie świadczy bowiem jedynie fakt biologicznego poczęcia, ale miłość do dziecka, zaangażowanie w jego wychowanie, traktowanie go podmiotowo, a nie przedmiotowo. To zadanie na wiele lat, czego trzeba być świadomym przed podjęciem decyzji o adopcji. Należy spodziewać się zarówno pozytywnych, jak i negatywnych konsekwencji, które niejednokrotnie mogą nas zaskoczyć. Pamiętajmy chociażby o doświadczeniu przez dziecko negatywnych postaw w środowisku pochodzenia. W momencie adopcji nikt nie „wykasuje” jego wcześniejszych problemów, nikt nie wymaże jego przeżyć. Z tym trzeba będzie się dojrzale zmierzyć. I najważniejsze – adopcja ma być przede wszystkim odpowiedzią na potrzeby dziecka, a dopiero w dalszej kolejności przysposabiających, o czym wielu dorosłych niestety zapomina.

Pomówmy o genach, o osobowości dziecka. Wielu z nas obawia się adopcji właśnie dlatego, że spodziewamy się najgorszego.

Jestem pedagogiem i mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że na osobowość dziecka wpływa bardzo wiele czynników, nie tylko dziedziczenie. Czynniki genetyczne są modyfikowane przez środowisko, w którym człowiek się wychowuje (zarówno to najbliższe – rodzice, rodzeństwo, jak i dalsze – koledzy, nauczyciele). W pedagogice mówimy jeszcze o czynnikach osobowościowych, czyli indywidualnych cechach i predyspozycjach, np. asertywność albo pewność siebie bądź przeciwnie – konformizm, uległość. Wszystkie te czynniki oddziałują na nas przez całe życie. Czynniki genetyczne z pewnością nie są dominujące.

Nie decydujemy się na adopcję w obawie przed reakcjami społecznymi. Zgadza się pani z tym stwierdzeniem?

Nie wydaje mi się, aby tego rodzaju obawy mogły być najważniejszym czynnikiem stawiającym adopcję pod znakiem zapytania. Jeśli w pełni świadomie zdecydowaliśmy się na ten krok, reakcje społeczne nie mogą nas powstrzymywać. Poza tym chcę podkreślić, że adopcja nie ma w społeczeństwie negatywnych konotacji. Raczej podziwiamy osoby, które zdecydowały się na przyjęcie niespokrewnionego dziecka.

Czasem słyszą one jednak od najbliższych: „Nie wiadomo kogo masz w domu, co z niego wyrośnie, a może to będzie alkoholik, narkoman, okradnie cię albo zamorduje”…

Adoptując niemowlę, nie powinniśmy się tego obawiać. Oddziaływania wychowawcze rozpoczynamy „od początku”, zatem to rodzice adopcyjni będą mieli decydujący wpływ na funkcjonowanie społeczne dziecka. Wiele zależy od tego, czy będzie ono kochane, akceptowane, dobrze traktowane. Problemy, o których pani mówi, mogą się pojawić natomiast, jeśli zdecydujemy się na przykład na adopcję nastolatka. Zasadnicze zręby jego osobowości zostały już ukształtowane.

Na niepłodność w Polsce cierpi ok. 1,5 mln par. Dlaczego tak niewiele z nich decyduje się na adopcję?

Jest to splot różnych czynników. Poczynając od tych związanych z niezrozumieniem istoty adopcji, a kończąc na decyzji o życiu bez dzieci, co trzeba uszanować. Brak potomstwa nie przekreśla szans na spełnione życie, na realizację siebie i szczęście.

Czy to prawda, że samotne kobiety często otrzymują bardziej chore, obciążone dzieci?

Nie mam informacji, aby samotne matki z zasady były gorzej traktowane przy adopcji. To pod kątem potrzeb dziecka weryfikuje się aktualnych kandydatów. Wybiera się takich, którzy najpełniej zabezpieczą potrzeby dziecka. Pamiętajmy, dziecko nie może być traktowane przez nowych rodziców jak ich wymarzony „projekt”.

Czy dziecko powinno wiedzieć, że jest adoptowane?

Każdy z nas ma prawo do wiedzy o swoim pochodzeniu, tożsamości. Zatajenie faktu adopcji jest równoznaczne z okłamywaniem dziecka w najbardziej fundamentalnych kwestiach. Również od strony formalno-prawnej dopuszcza się udostępnienie dziecku – kiedy osiągnie pełnoletniość – utajnionego aktu urodzenia, czyli tego, w którym wpisani są rodzice biologiczni – może poznać ich personalia, nawiązać kontakt. Te spotkania często kończą się niestety rozczarowaniem.

Są też względy psychologiczne i pedagogiczne. Już w trakcie przygotowań do adopcji kandydaci uczeni są, kiedy i jak informować dziecko o fakcie adopcji. Dobrym momentem na rozpoczęcie rozmów na ten temat jest już okres wczesnoprzedszkolny. Co bardzo ważne, w żadnym wypadku nie należy przekazywać dziecku negatywnych informacji o rodzicach biologicznych, to dostarczyłoby mu jedynie niepotrzebnych cierpień. Jeśli otoczymy dziecko miłością, damy mu poczucie bezpieczeństwa, łatwiej będzie mu poradzić sobie ze zrozumieniem i akceptacją takiej formy rodzicielstwa.

Czy w pierwszej fazie po adopcji rodzice mogą liczyć na szczególne wsparcie?

Rodzina adopcyjna jest traktowana tak jak każda inna. Ma takie same prawa do wszystkich form poradnictwa rodzinnego, pomocy socjalnej, finansowej jak rodzina naturalna. I na tych samych zasadach rozliczana jest z ewentualnych zaniedbań. Wiele ośrodków adopcyjnych wspiera nowe rodziny w początkowych okresach ich funkcjonowania. Od opieki po adopcji ważniejsze jest właściwe przygotowanie kandydatów.

Jakie dostrzega pani problemy w polskim prawie adopcyjnym?

Adopcja jest procedurą sądową i wiąże się z tym problem zbyt długiego weryfikowania sytuacji prawnej dziecka, wskutek czego postępowania adopcyjne toczą się nieraz latami. To jedno. Kolejna kwestia to przygotowanie kandydatów. Tu oczywiście pewnych rzeczy nie można przyspieszyć. Wyobraźmy sobie takie sytuacje jak zaburzenia psychiczne – czasem zaświadczenia, które przedstawiają kandydaci, nie odzwierciedlają stanu faktycznego. Ważny jest więc kontakt […]

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego

Tęczowe dziecko: „Ciąża po stracie może pojawić się szybko, ale towarzyszące jej emocje, to już zupełnie inna historia”

tęczowe dziecko

Wiele lat temu w pewnej rodzinie urodziło się dziecko. Dziewczynka, zdrowa, w terminie. Rodzina była spora, ale dość typowa jak na tamte czasy – trzech chłopców i dwie dziewczynki. Rosła w poczuciu bycia uwielbianą przez ojca, kochaną przez starsze rodzeństwo i nieustannie pilnowaną przez matkę. Kiedy była dzieckiem, matka nigdy nie spuszczała z niej oka, karmiła ją długą piersią, z opowieści dziewczynka wiedziała, że w niemowlęctwie często była dodatkowo monitorowana przez maszynę mierzącą oddech.

Jej matka mówiła, że dziewczynka nigdy nie płakała. Nie miała powodu. Jej wszystkie zachcianki i pragnienia były spełniane w mgnieniu oka, ale też w miarę możliwości rodziców w tamtych niełatwych ekonomicznie czasach. Była więc postrzegana przez rodzinę jako bardzo grzeczne i spokojne niemowlę, które wyrosło na zadowolone z życia dziecko.

Dziewczynka zawsze wiedziała, że miała starszego brata, który zmarł jako niemowlę. Znała jego imię, często się o nim mówiło w domu, wiedziała, kiedy przypadały jego urodziny. Usłyszała też kilka razy, że „gdyby jej brat nie zmarł, jej by nie było”. Nie zostało to jednak nigdy powiedziane bezpośrednio do niej, usłyszała rozmowy rodziców i starszych braci. Kiedy dzieci w szkole opowiadały o swoich rodzinach, ona również mówiła o swoich rodzicach i rodzeństwie. Także tym, które zmarło przed jej narodzinami, informując jednocześnie mocno zaskoczonych kolegów, że ona „urodziła się dlatego, że zmarł jej brat”.

Śmierć, odchodzenie, strata…

Temat śmierci zawsze był obecny w jej życiu, podobnie jak poczucie winy. Im była starsza, tym bardziej jasne było dla niej, jak wielkie poczucie winy miała jej matka, kobieta gorliwie wierząca, przekonana, że śmierć dziecka była karą za stosowanie antykoncepcji. Kiedy dziewczynka trochę podrosła policzyła, że jej rodzice byli bardzo młodzi, kiedy zmarł ich syn. Ona natomiast urodziła się dlatego, że jego zabrakło w dramatycznych okolicznościach. Rosła więc w przekonaniu, że powinna zrobić w swoim życiu coś nietuzinkowego, zostać kimś wyjątkowym.

Były wiec fantazje o misjach, medycynie uprawianej gdzieś w ubogich rejonach świata, było pragnienie możliwie najlepszych ocen, które przyniosłyby rodzicom dumę z niej. Ale to często się nie udawało. Nie była wybitnie uzdolniona, ciężka praca też nie zawsze przynosiła zamierzone efekty. Rosło więc poczucie winy i wstydu. Z czasem pojawiła się depresja, poczucie bycia niewiele wartą, zajmującą nie swoje miejsce. Ilekroć jednak myślała o tym, dlaczego tak się czuje, nie znajdowała żadnego uzasadnienia. Przecież nikt nigdy nie powiedział nic wprost, rodzice byli bliscy i wspierający. Dopiero w terapii, a i to nie od razu, zaczęła łączyć fakty. To, co było częścią jej życia, co nie było żadną tajemnicą, miało jednak na nią wpływ. Czy była to sama śmierć dziecka, czy bardziej trauma młodych rodziców, którzy nie mieli szans przepracować żałoby? Można się zastanawiać.

Tęczowe dzieci

W tamtych czasach nieznane było pojęcie „tęczowych dzieci”.  Jednym ze sposobów radzenia sobie ze stratą była właśnie kolejna ciąża. O „tęczowych dzieciach” mówi się od niedawna, choć sama sytuacja jest znana od zawsze. „Rainbow baby” to dziecko, które rodzi się krótko po śmierci innego dziecka: w niemowlęctwie, poronieniu lub po narodzinach martwego dziecka. Nazwa „tęczowa” wiąże się z tęczą, która przychodzi po burzy. Sugeruje więc szczęśliwe zakończenie po bardzo trudnym, dramatycznym nawet ciągu wydarzeń.

Zakończenie, choć wyczekiwane i radosne, nie jest łatwe do osiągnięcia. Ciąża po stracie może pojawić się szybko i bez większego wysiłku, ale emocje, które jej towarzyszą, to już zupełnie inna historia. Wiele kobiet, które jej doświadczyły mówi wręcz, że normalna ciąża po stracie nie jest możliwa. Trudno się cieszyć i być podekscytowanym, kiedy skupia się na każdym, najdrobniejszym objawie. Kobietom w ciąży po stracie towarzyszy nie tylko lęk, ale również poczucie winy, wynikające z tego, że znowu są w ciąży, że „zapomniały” o tamtym dziecku, że po prostu próbują żyć dalej i być szczęśliwe. Czasami ma to również bardzo praktyczny wymiar; mają rzeczy przygotowane lub nawet używane przez dziecko, którego już nie ma. Czy mają więc prawo z nich korzystać? Czy trzeba wszystko wymienić, a jeśli tak, to czy nie potwierdza to tezy, że utracone dziecko zostało zbyt szybko zapomniane? Pytań i wątpliwości może być wiele.

Również otoczenie może uznać, że kolejna ciąża rozwiązuje problem. Inni z kolei uznają, że pojawia się dziecko- zastępstwo, że za szybko, że nie ten moment. A w rodzicach może to z kolei uruchamiać nieświadome lęki i wątpliwości.

Przeżyć i kochać

Rodzicielstwo po stracie może wydawać sprawą oczywistą, być może nawet dla niektórych rodziców problem jest sztuczny. Przecież każde dziecko traktowane jest w wyjątkowy, niepowtarzalny sposób. Również te, którą rodzą po stracie. Jednak siła i jakoś emocji doświadczanych podczas śmierci dziecka lub straty ciąży jest niebanalna, a żałoba konieczna. I w żałobie właśnie leży zasadnicze źródło zdrowienia. Nieprzeżyta żałoba, zaprzeczone cierpienie związane ze stratą rzeczywiście może doprowadzić donie zamierzonego przecież obciążania kolejnego dziecka własnymi emocjami.

Również wielu dorosłych nie jest świadomych tego, że pojawiło się „w zastępstwie” za kogoś. Czują, że żyją w czymś cieniu, bywają porównywani do zmarłego dziecko, słyszą że urodzili się, ponieważ inne zmarło. Albo też starają się nie zawieść za wszelką cenę, być idealni, wszystko robić perfekcyjnie.

Narodziny to powód do radości i celebracji, ale czasami przebiegają w cieniu tragedii. Wtedy trzeba dokonać niezwykle trudnej sztuki pogodzenia uczuć związanych ze stratą i z początkiem. Znaleźć sposób na pamiętanie, które nie obciąża.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Dziś pracujemy o dwie godziny krócej

Kilkaset firm w Polsce weźmie dziś udział w szóstej już odsłonie akcji „Dwie godziny dla rodziny”. Tegoroczne hasło przewodnie to „Gotowanie na rodzinnym planie”. Wielu z nas wyjdzie z pracy dwie godziny wcześniej, by spędzić ten czas z rodziną.

Każdego roku, 15 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rodzin ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych w 1993 roku. Inicjatorem polskich obchodów jest Fundacja Humanites – Sztuka Wychowania.

Polacy to szczególnie zapracowany naród. Zwykle spędzamy w pracy więcej niż osiem godzin dziennie, wielu z nas poświęca także dla pracy rodzinne weekendy. Akcja „Dwie godziny dla rodziny” ma na celu uświadomienie jak wielką wartością jest rodzina, budowanie relacji i dbałość o nie.

Dwie wspólnie spędzone godziny być może nie załatwią problemu, ale mogą nam wiele uświadomić.

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego