Przejdź do treści

„Zdrowie na Szpilkach” – jak dbać o siebie w codziennym pędzie

Fot. Aneta Grinberg-Iwańska

Aktywne kobiety na co dzień łączą rolę matki, atrakcyjnej kobiety oraz odnoszą sukcesy zawodowe. Ciągła presja i życie w biegu sprawiają, że za swoje wysiłki płacą wysoką cenę – zdrowiem. Jak zadbać o siebie we współczesnym świecie? Opowiadały lekarki oraz gwiazdy: m.in. dziennikarka Beata Sadowska i wokalistka Patrycja Markowska.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Polki – piękne – odnoszące sukcesy – zabiegane. Ale czy zdrowe?

Statystyki są bezlitosne. Pokazują, że aż 74 proc. z nas odczuwa silny stres przynajmniej raz w tygodniu, a przeszło co piąta walczy z nim codziennie, co negatywnie wpływa na ogólną kondycję psycho-fizyczną kobiet. Z myślą o nich G-Pharma Consulting przygotowała kampanię społeczną „Zdrowie na Szpilkach”. Celem akcji jest edukacja oraz budowanie świadomości w zakresie profilaktyki oraz konieczności kompleksowego podejścia do zdrowia kobiet. Intensywne życie oraz nadmiar obowiązków odbiją coraz większe piętno na samopoczuciu kobiet.

Polki przyzwyczaiły się do nadmiaru obowiązków i nie potrafią znaleźć czasu dla siebie. Jest on jednak niezbędny do utrzymania równowagi w życiu. W ramach kampanii „Zdrowie na Szpilkach” chcemy zmotywować kobiety do aktywnego dbania o swoje zdrowie – regularnego wykonywania badań profilaktycznych, dbania o prawidłową dietę i aktywność fizyczną oraz realizowania swoich pasji i ambicji – mówiła Marta Pelc, założycielka firmy G-Pharma Consulting, inicjatora kampanii społecznej „Zdrowie na Szpilkach.

Statystyki są przerażające! Kobiety badajcie się!

Depresja dotyka kobiety dwukrotnie częściej niż mężczyzn (jak podaje WHO). Przeszło co druga choruje na nadwagę lub otyłość Instytut Żywienia i Żywności), powodujące poważne schorzenia kariologiczne, będące przyczyną 51 proc. wszystkich zgonów Polek (źródło GUS).
– A czy wiecie, że w Polsce kobiety częściej umierają na choroby krążenia niż na raka ?! A czego boją się bardziej? Zapytane o profilaktykę będą myślały o badaniu piersi niż serca – mówiła na konferencji prof. dr hab. n. med. Janina Stępińska, kardiolog.
Podane dalej informacje odnośnie badań profilaktycznych wprawiały w osłupienie uczestników konferencji. Okazuje się, że tylko ok. 20 proc. z nich korzysta z darmowych badań cytologicznych, a przeszło co trzecia w ogóle nie bada się pod kątem raka piersi (Ośrodek badawczy DELab UW).
Słyszałam, że tak jest, że nawet jeśli zrobią bezpłatne badania, to nie odbierają wyników badań – zabrała głos Beata Sadowska, dziennikarka.
– A mnie krew zalewa, jak na pytanie, czy badała ostatnio pani piersi, kobieta odpowiada, mój facet mi bada – mówi prof. dr hab. n. med. Violetta Skrzypulec-Plinta, ginekolog – położnik, seksuolog.

Czytaj też: 6 symptomów raka jajnika 

Jak podano na konferencji Polki mają również zaniżoną samoocenę dotyczącą wyglądu. Ze swojej sylwetki w pełni zadowolona jest jedynie 20 proc. kobiet.
– Pamiętajcie, że nie ma diety cud, która sprawi, że będziecie czuły się cudownie i wyglądały pięknie – mówiła prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska – gastroenterolog. – Tu nie można działać akcyjnie, tylko zbilansowana dieta i przemyślany sposób odżywiania i sposób życia gwarantuje równowagę organizmu.

Start kampanii Zdrowie na Szpilkach

– Jestem zaszczycona, że w gronie tak wybitnych kobiet możemy zapoczątkować akcję i przekazać innym kobietom przesłanie. Jakie? Że troska o siebie, to klucz do spełnienia się we wszystkich pozostałych wymiarach życia. Dlatego do udziału w naszym projekcie zostały zaproszone kobiety, które odniosły sukces w różnych dziedzinach życia i które podzielą się swoimi doświadczeniami z Polkami – ponieważ kobieta sukcesu, to kobieta zdrowa.” – mówi Marta Pelc, założycielka firmy G-Pharma Consulting, inicjatora kampanii społecznej „Zdrowie na Szpilkach”.

Gwiazdy, które cenią zdrowie i czas tylko dla siebie

„Ty jesteś tutaj dobrym przykładem” – powiedziała Agata Młynarska, dziennikarka telewizyjna do Beaty Sadowskiej.
– Mam dwóch małych synków, jestem aktywna zawodowo, biorę udział w treningach, startuję w trithlonach, prowadzę z przyjaciółmi kawiarnię w Gdańsku, więc mam bardzo dużo ról do połączenia, ale znajduję w tym wszystkim czas dla siebie – mówi Beata Sadowska, dziennikarka. – Nauczyłam się tego zdrowego egoizmu, bo to ważne dla ciała i dla mojej głowy. Zdarza się czasem, że synek szarpie mnie za nogawkę, żebym nie wychodziła, ale wiem, że wrócę bardziej spokojna, spełniona, to będę miała więcej energii na zabawę z nim.
– Zazdroszczę ci, bo ja tak nie potrafię, jestem jednym wielkim wyrzutem sumienia, jak robię coś dla siebie – skwitowała Patrycja Markowska, wokalistka.

Chodzi o to, by umieć zatrzymać się w tym biegu i pomyśleć o sobie i być w tym wszystkim szczęśliwą- mówiła prowadząca Agata Młynarska zapowiadając kolejną rozmówczynię.
– Czuję się szczęściarą, bo tak wybrałam. Bez względu na to czy miałam pieniądze, czy ich nie miałam, czy byłam porzucana, jak mi się wiodło, czy upadałam, zawsze wyznawałam filozofię szczęściary i to przyniosło rezultaty – opowiadała Beata Kapcewicz, coache i autorka książki. – Nadal jednak szukam sposobu, by żyć jeszcze pełniej, bardziej świadomie i szczęśliwie. Wierzę, że szczęście to wybór i można je sobie wypracować, dzielić się swoim doświadczeniami i praktykami, by inni też mogli spróbować i zdecydować, czy chcą wejść na tę ścieżkę.

Ambasadorkami projektu „Zdrowie na Szpilkach” zostały Agata Młynarska – dziennikarka i publicystka, Patrycja Markowska – piosenkarka, Beata Sadowska – dziennikarka oraz Paulina Koziejowska – prezenterka telewizyjna.
W gronie ekspertek wspierających projekt znalazły się m.in. prof. dr hab. n. med. Dominika Dudek – psychiatra, prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska – gastroenterolog, prof. dr hab. n. med. Violetta Skrzypulec-Plinta – ginekolog, endokrynolog, seksuolog oraz prof. dr hab. n. med. Janina Stępińska – kardiolog, które podzielą się z Polkami swoją wiedzą z zakresu profilaktyki oraz ochrony zdrowia.

Ponadto w ramach kampanii w Warszawie, Gdańsku, Łodzi, Wrocławiu i Krakowie odbędą się warsztaty ,,Zdrowie na Szpilkach”, podczas których uczestniczki będą mogły osobiście spotkać się z ambasadorkami oraz ekspertkami i ekspertami z zakresu różnych obszarów medycyny, kosmetologii, zdrowego żywienia, aktywności fizycznej oraz rozwoju osobistego.

Bieżące informacje na temat kampanii ,,Zdrowie na Szpilkach” można śledzić na stronie internetowej zdrowienaszpilkach.com oraz na Facebooku.

Organizatorem kampanii ,,Zdrowie na Szpilkach” jest firma G-Pharma Consulting. Partnerami projektu są: Prudential, Soti Natural, LaQ, Panache, Klinika Methode oraz Fundacja MSD dla Zdrowia Kobiet. Kampania organizowana jest pod patronatem portalu Chcemy Być Rodzicami.

POLECAMY:

12 objawów raka piersi- tę grafikę powinna znać każda kobieta 

 

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Prof. Chazan powołany na świętokrzyskiego konsultanta ds. ginekologii i położnictwa. Mimo protestów!

Prof. Bogdan Chazan: wojewódzki konsultant ds. ginekologii i położnictwa

Prof. Bogdan Chazan, znany ze skrajnie konserwatywnych poglądów oraz stanowczego sprzeciwu wobec zabiegów in vitro i aborcji, został świętokrzyskim konsultantem ds. ginekologii i położnictwa. Powołała go na to stanowisko – mimo licznych protestów – wojewoda świętokrzyska Agata Wojtyszek.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Informacja o nominacji prof. Chazana na świętokrzyskiego konsultanta ds. ginekologii i położnictwa pojawiła się na stronie Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego w Kielcach. Okazuje się, że decyzja w tej sprawie zapadła już 10 kwietnia. Potwierdziła to rzeczniczka wojewody Diana Głownia.

– Potwierdzam, pani wojewoda powołała prof. Bogdana Chazana na tę funkcję ze względu na jego ogromny dorobek naukowy i zawodowy – mówiła „Gazecie Wyborczej”.

Konsultant spoza województwa

Sprawa jest o tyle bardziej kontrowersyjna, że służby wojewody nie wystąpiły z prośbą o opinię o kandydaturze prof. Chazana do Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej (ŚIL). Zwróciły się o to jedynie do izby w Warszawie, do której należy prof. Chazan. Prezes ŚIL zwracał uwagę, że to działanie wbrew procedurom.

CZYTAJ TEŻ: Kontrowersje wokół kandydatury prof. Chazana na konsultanta ds. położnictwa. „To naplucie pacjentkom w twarz”

Co więcej, prof. Chazan zawodowo nie pracuje nawet w żadnym ze świętokrzyskich szpitali. Jego związek z tym regionem ogranicza się do prowadzenia wykładów na Wydziale Lekarskim i Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

– Po raz pierwszy konsultantem został lekarz, który w regionie nie prowadzi praktyki – podkreślał w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Grzegorz Świercz, zastępca kierownika Kliniki Ginekologii i Położnictwa Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach.

Radna PO: „Skandaliczna decyzja i kpina z kobiet”

Działacze lokalnych struktur Platformy Obywatelskiej mają obawy, że powołanie prof. Chazana na wojewódzkiego konsultanta ds. ginekologii i położnictwa może zniweczyć wieloletnią pracę świętokrzyskich lekarzy i obniżyć jakość opieki nad pacjentkami.

– To skandaliczna decyzja i kpina z kobiet, którym konsultant powinien pomagać – mówiła „Gazecie Wyborczej” Agata Wojda, kielecka radna PO i pełnomocniczka zarządu regionu świętokrzyskiego PO ds. równego traktowania.

Przed dwoma miesiącami przypominała,  że prof. Chazan uważa, że „pigułka dzień po może wpływać na niepłodność kobiet, co nie ma potwierdzenia w badaniach medycznych”.

– Jest też absolutnym przeciwnikiem ustawy o in vitro, a ostatnie jego stwierdzenie, że za próbę legalnie dokonanej aborcji powinien być karany nawet taksówkarz, który wiezie kobietę na ten zabieg, jest tak kuriozalne, że budzi ogromną śmieszność – komentowała w lutowej rozmowie z portalem Onet.pl.

Wojewódzki konsultant ds. ginekologii i położnictwa zajmuje się m.in. prognozowaniem potrzeb zdrowotnych oraz opiniowaniem wniosków o skierowanie pacjenta do leczenia poza granicami kraju.

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Byli na słynnym wykładzie prof. Chazana! „Nie był merytoryczny”

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

„Ten zawód pozwala mi czynić coś dobrego” – poznaj kobiety, które SĄ dla innych kobiet! Oto „Położne na medal”

Fot. Facebook Położna na medal

Każdy człowiek stara się wybrać dla siebie ścieżkę, która najbardziej mu pasuje. Niektóre z tych dróg wymagają więcej, inne mniej wysiłku. Gdy jednak wyborem staje się zawód położnej, można być pewną, że wyzwań nie zabraknie. Jak widzą swój zawód laureatki plebiscytu „Położna na medal”? Kim są położne, które zdobyły serca kobiet?

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kobieta musi czuć w położnej oparcie. Ta osoba, która stoi po drugiej stronie, bierze sprawy w swoje ręce. Przeprowadza kobietę przez poród.
Elżbieta Wójtowicz
„Lubię to co robię i mam do tego pasję”

Pierwsze miejsce zdobyła w tym roku Monika Wójcik z województwa małopolskiego. Zdobyła niemal 1400 głosów. „Wspaniała położna z pasją! Mająca w sobie skromność i pracowitość, a zwłaszcza empatię, której teraz tak mało wokół” – mówią o niej pacjentki. Nic więc dziwnego, że została zgłoszona do konkursu. I chociaż było to dla niej zaskoczeniem, to na pewno dodającym energii i dumy: „Tak, to jest niesamowite uczucie i kopniak motywacyjny do dalszej pracy. Polecam takie przeżycie każdemu!” – mówi w rozmowie z nami zwyciężczyni plebiscytu „Położna na medal”.

Fot. Facebook Położna na medal

Chcemy Być Rodzicami: Pomówmy o konkretach – jak to się stało, że została pani położną?

Monika Wójcik: Moja prababcia była akuszerką. Odbierała porody domowe, bo tak się właśnie wtedy rodziło. W kolejnych zaś pokoleniach siostra mojej mamy została położną, teraz już emerytowaną i kuzynka mojej mamy. W rodzinie mam także wiele pielęgniarek. Można więc śmiało powiedzieć, że jest to zawód, który przechodzi u mnie z pokolenia na pokolenie.

Jestem zatem ciekawa, jaką dało to pani perspektywę. Wyobrażam sobie, że jeszcze zanim sama zaczęła pani pracować, musiała pani słyszeć wiele opowieści. Rozminęły się one z rzeczywistością, czy może potwierdziły?

Szczególnie duże wsparcie miałam ze strony cioci. Na studiach dużo uczyłyśmy się z książek, natomiast równie wiele dowiedziałam się właśnie od siostry mojej mamy. Przedstawiała mi ona swoje doświadczenie. Tym samym przybliżyła wiele praktycznych aspektów związanych z naszym zawodem i tym, jak to tak naprawdę na tej porodówce wygląda.

Niemniej jednak, po skończeniu studiów, poszłam na zupełnie inny oddział, który prawie w ogóle nie kojarzony jest z położnictwem – oddział noworodkowy, neonatologiczny. W tym zaś miejscu wiele zawdzięczam koleżankom, do których to grupy dołączyłam. To one pokazały mi od A do Z, jak wygląda praca z noworodkami. W trakcie kształcenia położnych jest to oddział dość pobieżnie traktowany i wszystkiego musiałam uczyć się niemal od zera.

Wystraszyło to panią, czy może jeszcze bardziej zachęciło do pracy?

Powiem szczerze, że zachęciło. Neonatologia zawsze mnie interesowała. Jest to dziedzina medycyny, która ciągle się rozwija i z roku na rok bardzo wiele się zmienia.

Jeśli już mowa o latach, od kiedy wykonuje pani swój zawód?

Zawód wykonuję od 2008 roku – w tym roku minie 10 lat. Natomiast w szpitalu pracuję od 2009 roku.

Czy w tym okresie zauważył może już pani zmiany w położnictwie, być może w nauczaniu nowych położnych?

Niekoniecznie, chociaż być może położnictwo rzeczywiście bardziej otwiera się właśnie na noworodki. Dawniej na oddziale noworodkowym pracowały pielęgniarki i w wielu szpitalach dalej tak jest. Często nie są to położne, pomimo że mamy do tego kwalifikacje i spokojnie możemy pracować także tam.

Jeśli zaś chodzi o porównania, to słyszałam od cioci wiele opowieści o tym, jak wyglądało to w latach 80-tych i na początku 90-tych. To, jak się dawniej rodziło, a jak wyglądają porody teraz, jest ogromną zmianą. Chociażby fakt, iż zarówno na porodówkach, jak i salach poporodowych, mogą być obecnie ojcowie, czy też inne osoby towarzyszące. Nie ma już swego rodzaju reżimu, który zabraniał bycia z kobietą w tych jakże trudnych pierwszych dniach. Szpitale zdecydowanie otwierają się na ludzi.

Wydaje się to być słuszne, jeśli weźmiemy po uwagę wsparcie emocjonalne, a emocji wokół porodu jest przecież bardzo dużo.

Zarówno wokół samego porodu, jak i po nim. Jest wtedy ogromna huśtawka hormonalna, duży spadek progesteronu, który po prostu nie pozwala kobiecie np. opanować łez. Miałam niedawno sytuację, gdy pacjentka przyszła do dyżurki po paracetamol i się… rozpłakała. Tak to wygląda po porodzie i wspaniale, jeżeli ktoś z bliskich jest wtedy przy kobiecie i ją wspiera. My też staramy się załagodzić trudne początki, ale oparcie ze strony rodziny jest najważniejsze.

No właśnie, położne opiekują się nie tylko stroną medyczną, ale wspomnianymi już emocjami. Zastanawiam się, jak duży jest to element pani pracy?

Powiedziałabym, że duży i bardzo znaczący. Przykładowo, często spotykam się z postawą mam, które od razu muszą umieć i wiedzieć wszystko najlepiej, a wszelkie pomyłki traktują w straszne emocjonalny i wręcz ambicjonalny sposób. Nawet zapięcie pampersa, które nie zawsze wychodzi, jest obarczone własną krytyką: „Jejku, co to się stało?!”. No nic się nie stało, dzieciątko się posikało, trzeba je tylko przebrać i tyle. Staram się pokazać im podejście nieoceniające i absolutnie pozbawione oskarżeń. W pierwszych dniach spokojne wytłumaczenie tego, co się właściwie dzieje, jest mamom bardzo potrzebne.

We współczesnym świecie oceniania jest bardzo dużo. Oceniania i właśnie presji bycia najlepszą.

Co więcej, wszędzie pełno jest często sprzecznych ze sobą informacji. Te biedne mamy naczytają się ich z różnych źródeł i tak naprawdę po porodzie nie wiedzą co zrobić. Tu czytały tak, tam inaczej i jak w tym całym zamieszaniu sprawić, żeby wszystko było dobrze?! Trzeba tu powolutku, małymi kroczkami pokazać co, dlaczego i jak. Dzięki temu zazwyczaj mama wychodzi z oddziału już uspokojona, zadowolona i gotowa do dalszej drogi.

A czy wybrałaby pani tę pracę jeszcze raz?

Jest to trudne pytanie. Na razie wydaje mi się, że tak. Ja jednak po prostu lubię to co robię i mam do tego pasję.

 

„Zmiana stała się za naszym pośrednictwem – nas położnych”

Zdecydowanie pasję do położnictwa ma także Elżbieta Wójtowicz, którą w konkursie „Położna na medal” organizowanym przez Akademię Malucha Alantan doceniono 1250 głosami. Zajęła ona drugie miejsce i jak mówi, jest to dla niej ogromnie wzruszające przeżycie: „Dowiedziałam się o tym ze łzą w oku. Jest to wielka gratyfikacja i muszę powiedzieć, że po ogłoszeniu konkursu spotkałam się z niesamowitymi dowodami wdzięczności. Panie zaczęły do mnie pisać, wysyłać wiadomości, a nawet przychodzić do szpitala. Pojawiły się kobiety, które spotkałam 20-kilka lat temu. Mówiły, że rodziły ze mną i pamiętają mnie. Jest to coś, co pozwala nam w tym ciężkim zawodzie żyć w autentycznym poczuciu dobrze spełnionej pracy” – mówi w rozmowie z nami.

Takie słowa oddają sensu podobnych konkursów. Pokazują, jak wielką rolę możemy spełniać swoją pracą w życiu innych ludzi. Dają też o wiele szerszą perspektywę na daną profesję. W tym wypadku doświadczenie pani Elżbiety tę perspektywę zwiększa dodatkowo, bowiem historie, o których wspominała w rozmowie z nami zwyciężczyni, Monika Wójcik, pani Elżbieta przeżyła na własnej skórze.

Fot. Facebook Położna na medal

Elżbieta Wójtowicz: Pracuję 34 lata. Gdy zaczynałam pracę, położnictwo i opieka nad kobietą rodzącą wyglądały po prostu anachronicznie. Kobiety były wtedy moim zdaniem wręcz ubezwłasnowolnione i nie mogłam na to patrzeć. Pracuję w dużym szpitalu, wiec porodówka również była bardzo duża. Znajdowało się tam 5 łóżek porodowych i sala z szóstym, oddzielnym łóżkiem. Nie było sprzętu jednorazowego użytku. Cały sprzęt był wyjaławiany na trakcie porodowym, my to wszystko robiłyśmy. Gotowałyśmy strzykawki, gotowałyśmy igły – to były właśnie te czasy. Kobieta, gdy miała mieć podłączoną kroplówkę, musiała mieć igłę wielorazowego użytku, która w każdym momencie się wysuwała. Trzeba było jej obwiązać i unieruchomić rękę na specjalnej desce. To wszystko wyglądało strasznie.

Nie było też aparatów do słuchania tętna płodu. Jeśli któraś z nas miała ebonitową słuchawkę (Pinarda), to już było znakomicie, ale były to głównie słuchawki metalowe. Przykładałyśmy je do brzucha, słuchałyśmy tętna i tak przechodząc przez całą porodówkę – zaczynając od pierwszego łóżka, kończąc na piątym – wracałyśmy z powrotem i robiłyśmy to samo. Te czasy były okropne także i dla nas, pracowników.

Przyszłam do pracy w towarzystwie czterech moich rówieśniczek, weszłyśmy w stary skład. Byłyśmy przerażone tym, co widziałyśmy i powolutku, przy pomocy naszych wspaniałych młodych lekarzy, którzy mieli tyle lat ile my, zaczęłyśmy zmieniać pewne zwyczaje.

Chcemy Być Rodzicami: Musiało być to bardzo trudne. Nie zawsze nowe pokolenia spotykają się z przychylnością starszych.

My naprawdę wiedziałyśmy na czym polega poród i dobre jego prowadzenie, takie prawdziwe – kobiece. Ruch, zmiana pozycji, indywidualna opieka, to wszystko jest kobiecie bardzo potrzebne.

Powoli zaczęła wykruszać się starsza kadra, pojawił się nowy sprzęt do monitorowania, detektory do wysłuchiwania tętna płodu, pojawiły się pierwsze aparaty USG. Jednak lata 80-te to przede wszystkim zamknięte porodówki, drzwi bez klamek, kobieta bez swojej bielizny i żadnej własnej rzeczy. Przyszła mama nie mogła pić, nie mogła jeść, ewentualnie trochę wody. Teraz jest zupełnie inaczej i muszę powiedzieć, że zmiana stała się za naszym pośrednictwem – nas położnych. To my zaczęłyśmy zmieniać ten świat, ponieważ dostrzegłyśmy potrzeby kobiet. Wiedziałyśmy na czym ma polegać poród prowadzony w dobrej, ciepłej atmosferze. Gdy mamy dobrą współpracę z rodzącą, porody wyglądają zupełnie inaczej i nie muszą się ciągnąć wiele godzin, tak jak to było kiedyś.

Słyszę tutaj przede wszystkim ogromne pokłady empatii i podstawową zmianę, jaka musiała zajść, czyli otwarcie się także na tę stronę związaną z emocjami kobiety.

Przede wszystkim przestało się je traktować instrumentalnie. To jest najważniejsze. Trzeba było dostrzec człowieczeństwo, bo człowiek w stosunku do drugiego człowieka musi umieć je okazać. Obojętnie czy to jest kobieta, czy mężczyzna – położnictwo to taki zawód, który wymaga właśnie zachowywania się po ludzku. Pojawia się wtedy więź emocjonalna, empatia, życzliwość, ciepło, troska. Niezbędne jest też wpatrzenie się w człowieka razem z przeżywanymi przez niego trudnościami, a w czasie porodu wcale nie są to proste momenty. Ból i stres zmienia ludzi. Pojawiający się strach i lęk wywołują także w każdej z nas niekoniecznie łatwe emocje, z którymi musimy sobie radzić.

Rozumiem, że muszą mieć panie umiejętność zachowania dystansu?

Ogromnego dystansu, ale do porodu trafiają przeróżne kobiety. Różnie wykształcone, różnie wychowane, mające przeróżne oczekiwania i należy tym oczekiwaniom sprostać. Trzeba być osobą, która dopasowuje się i stara się odnaleźć potrzeby każdej kobiety, w każdym momencie.

Skoro została pani tak doceniona, to zakładam, że musi to być pani silna umiejętność. Jestem ciekawa czy też ma pani poczucie, że ta nagroda jest swego rodzaju podziękowaniem od pacjentek?

Jest to niezwykle wzruszające, ponieważ traktuję to jako ukoronowanie mojej 34-letniej praktyki zawodowej, która jest naprawdę ciężka. Chcę to podkreślić – nasza praca jest bardzo ciężka, niezwykle odpowiedzialna i wyczerpująca. Widzimy wiele bardzo stresujących sytuacji i tak naprawdę nigdy nie wiemy, jak skończy się poród. Jest to bowiem dynamika i dopóki nie położy się dzieciaczka na brzuchu mamy, dopóki nie usłyszy się jego płaczu, nie dotknie się ciałka, to każda z nas, położnych towarzysząca kobiecie rodzącej, ma na swoich barkach ogromny bagaż stresu. Pomimo jednak, że mam w sobie jakiś pokład niepokoju, nie mogę tego pokazać kobiecie, która rodzi. Gdy wszystko kończy się bezpiecznie, dla rodziców jest to ogromne szczęście, dla mnie także duża ulga.

Istotne jest w takim razie ogromne zaangażowanie ze strony położnej.

Równie ważne jest to, iż praca na trakcie porodowym wymaga pracy zespołowej. Nie da się tam pracować w pojedynkę. Na porodówkach niezbędne jest wspieranie siebie w trudnych momentach, dodawanie sobie otuchy, uzupełnianie wzajemnej wiedzy i ogromna życzliwość. To, z kim się pracuje, jest bardzo ważne, ponieważ atmosfera wpływa na jakość naszej pracy.

Na traktach porodowych pracują wybrane osoby. To nie są dziewczyny z przypadku, przynajmniej nie powinny być. Jeżeli zespół jest w miarę stałą, zgraną grupą, to na pewno atmosfera na porodówce dla wszystkich pań jest jak najlepsza.

Nie ukrywam, że bardzo ważna jest także współpraca położnych z lekarzami. Akurat ja pracuję w ośrodku, gdzie mam dużą samodzielność, otrzymuję wiele życzliwości i sympatii. Mam bardzo dobry zespół lekarski i myślę, że nasz ośrodek jest dzięki temu nie tylko na dobrym medycznym poziomie, ale także międzyludzkim. Jest to bardzo ważne.

Mówi pani, że nie da się tam być z przypadku. Czy zatem wszyscy mają w sobie tyle determinacji do pracy na porodówce?

Ludzie pytają czasem, skąd bierze się siłę do takiej właśnie pracy. Jest to bowiem praca dwuzmianowa, noce, całe dnie – po 12 godzin. Po wielu latach pracy nie ukrywam, że czasami po wielogodzinnym dyżurze i dużej ilości porodów, człowiek po prostu nie ma siły się podnieść. Czasami jednak to nie ilość porodów jest wyznacznikiem wykonanej pracy, tylko to, co się dzieje. Wystarczy jeden poród, który jest bardzo obciążający psychicznie, wymagający ogromnego nakładu pracy, a nawet moich wielkich emocji. Jest to coś, co potrafi zabrać mi ogromną ilość energii. Skąd ją zatem biorę, mam jeszcze siłę rozmawiać i uśmiechać się? Przede wszystkim daje mi ją rodzina, która jest oparciem i akumulatorem. Oni mnie ładują i to dzięki nim czuję się dobrze. Mam rodzinę, która pozwala mi na spełnianie się w stosunku do innych ludzi.

Czyli niezbędna jest równowaga?

Dokładnie, bo człowiek szczęśliwy potrafi oddać szczęście innemu człowiekowi. Mam w sobie taką świadomość, że wybrałam zawód, którego wykonywanie pozwala mi czynić coś dobrego. I tu nie chodzi o jakieś górnolotne stwierdzenia. Skoro jednak jestem położną, to powinnam to robić tak, jak umiem najlepiej.

Przede wszystkim empatia, człowieczeństwo, troska, zaopiekownie się, zrozumienie, współczucie, ale też stawianie granic. Kobieta musi wiedzieć, że ma do czynienia z kimś, kto nie będzie razem z nią płakał. Kobieta musi czuć w położnej oparcie. Ta osoba, która stoi po drugiej stronie, bierze sprawy w swoje ręce. Przeprowadza kobietę przez poród i wskazuje jej takie, czy inne ścieżki, wiarygodnie mówiąc o tym, co będzie się działo. Mam takie swoje motto: „Wspaniałe są owoce dobrych wysiłków”. To jest bardzo ważne w moim życiu.

Plebiscyt „Położna na medal” wydaje się być tym owocem.

Dla tych osób, które biorą w nim udział i widzą, że ktoś oddaje na nie głosy, jest to coś niezwykle budującego. Jest to docenienie człowieka poza murami szpitala, co jest swego rodzaju świadectwem naszej pracy. Dzięki temu widzę, że zasiałam jakieś małe ziarenko, które zostawiłam w myślach, w duszy, w emocjach kobiety i to powoduje, że chce się żyć.

 

Zobacz też:

Gala finałowa kampanii i konkursu „Położna na medal”

Wcześniak w domu – jak się o niego zatroszczyć? Sprawdź, co radzi położna

Jak dobrze przygotować się do porodu? Rozmowa z położną – ambasadorka 4. edycji kampanii „Położna na medal”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Od 20 lat pomagają opuszczonym maluchom. Bo „samotność nie jest dla dzieci”

Zapłakane dziecko /Ilustracja do tekstu: Fundacja Gajusz i Tuli Luli pomagają opuszczonym dzieciom. Bo samotność nie jest dla dzieci
Fot.: Pixabay.com

Gdy leczenie jej kilkumiesięcznego syna na szpitalnym oddziale onkologicznym przedłużało się o kolejne tygodnie, w akcie desperacji i deficytu nadziei Tisa postanowiła przekupić Boga. Obiecała, że założy fundację, by pomagać dzieciom, przy których nie ma rodziców. Żeby żaden maluch nie umierał samotnie.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Jej syn Gajusz urodził się 2 lipca 1996 roku. – 10 punktów w skali Apgar i 4 kilogramy szczęścia – wspomina. Ale czysta radość nie trwała długo. Kilka miesięcy po narodzinach niemowlę poważnie zachorowało.

– Mam przed oczyma bobix, czyli plastikową, przezroczystą tubę, w której robili mojemu dziecku RTG płuc. Pamiętam pielęgniarkę i słyszę jej słowa: „Mam noworodka w ciężkim stanie!”. Nie mogę przypomnieć sobie lekarza ani tego, co wtedy powiedział. Mój mąż zapytał, czy dziecko przeżyje. Byłam wściekła, że w ogóle mógł pomyśleć o czymś tak strasznym – mówi Tisa Żawrocka-Kwiatowska, założycielka Fundacji Gajusz.

Na oddziale onkologicznym spędzili wiele tygodni. Sami, bez wsparcia personelu, bo w tamtych czasach rodziców nie traktowano podmiotowo. Lekarz prowadzący nie rozmawiał, niewiele tłumaczył. W sali obok umierała samotnie podopieczna domu dziecka, dwuletnia Paulinka, chora na białaczkę. Jej odejście bardzo bolało i przerażało.

Wiosną 1997 r. choroba nadal atakowała Gajusza. Wtedy, w akcie desperacji, histerii i deficytu nadziei, Tisa postanowiła przekupić Boga. Obiecała, że założy fundację, by pomagać dzieciom, przy których nie ma rodziców. Żeby ani jedna Paulinka nie umierała już samotnie. Kilka dni później jej syn wyzdrowiał. Tak po prostu.

Przeczytaj również: Walczył z nowotworem, aby poznać najmłodszą siostrę

20 lutego 1998 roku odebrałam dokumenty z sądu w Warszawie. Miałam 28 lat i 12 dni – wspomina. – Nie miałam żadnej merytorycznej wiedzy, ale postanowiłam zdobyć jej jak najwięcej i jak najszybciej.

Dobry duch, który utuli

24 grudnia 2002 roku przy Fundacji Gajusz powstał NZOZ psychologiczny, a 5 stycznia 2005 roku – hospicjum domowe. W 2012 roku odbyła się szalona przeprowadzka do remontowanego jeszcze budynku przy ulicy Dąbrowskiego 87. W 2013 roku powstał tam Pałac – Hospicjum Stacjonarne dla Dzieci i Hospicjum Perinatalne.

Najnowsze „dziecko” Gajusza narodziło się październiku 2016 rok. To Tuli Luli, czyli Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny, który opiekuje się opuszczonymi dziećmi w wieku od 3 dni do roku. – W dniu otwarcia myślałam o zmarłej w grudniu 1996 roku Paulince, dwuletniej dziewczynce z domu dziecka. Czułam, że to jej dobry duch czuwa nad Tulisiami – mówi Tisa.

Pierwszy mieszkaniec Tuli Luli niedawno skończył rok, najmłodszy ma zaledwie parę dni. W ciągu kilkunastu miesięcy działania ośrodka preadopcyjnego utulonych zostało tu ponad 30 dzieci. Większość z nich już jest lub za chwilę będzie z nowymi rodzicami. Dzięki systematycznej pracy całego zespołu dwoje dzieci wróciło do rodzin biologicznych. Tych emocjonujących chwil jest tak wiele, że trudno je zliczyć.

– Nigdy nie zapomnę dnia, w którym pojawiła się u nas pewna mała istotka – mówi Jolanta Kałużna, dyrektor Tuli Luli. – Ważyła ledwie 2 kilogramy, chowała się w ubrankach i beciku. Drobna twarzyczka z przepięknym uśmiechem. Nadal z zaufaniem do dorosłych, pomimo przeżytych trudnych chwil – rozstania z mamą oraz miesięcznego samotnego pobytu w szpitalu.

Maleńka skradła serca wielu opiekunów ośrodka, ale tylko trzech dostąpiło zaszczytu tulenia i całowania tycich stópek. Dlaczego? Bo w Tuli Luli nie panuje zasada „im więcej, tym lepiej”, tylko: „zawsze pomyśl o dziecku”. Owszem – całowania maluszka nigdy dość, ale całowania odpowiedzialnego, z podobnym naciskiem, zapachem i delikatnością. Układ nerwowy dziecka nie lubi chaosu, tylko powtarzalność i pewien porządek. W Tuli Luli dbają o to specjaliści, opiekunki i wolontariusze. Ludzie wyjątkowi, z sercem na dłoni, ale też z ogromnym doświadczeniem i wiedzą.

Tuli Luli, czyli namiastka domu

Narodziny dziecka w każdym domu powodują zmiany. A co się dzieje, gdy – jak w Tuli Luli – pojawia się 20 dzieci? W tej sytuacji potrzebne są ręce do pracy. Tylko dzięki nim mogła powstać wózkownia, czyli garaż dla niemowlęcych wózków. Nie sposób przecież trzymać ich aż tylu w pokoikach. Przy wyjściu z ośrodka pojawił się też taras, aby maluchy mogły łapać każdy promień słońca. Konieczne okazało się kupno 7-osobowego samochodu, by wygodnie i bezpiecznie dojeżdżać na zajęcia dla bobasów, konsultacje medyczne czy basen.

Ale Tuli Luli to nie jest idealne miejsce dla maluszków – takim byłby tylko kochający dom. Skoro jednak muszą znaleźć się na pewien czas w ośrodku, to niech on będzie wystarczająco dobry dla nich. Dobry, czyli z rodzinną atmosferą, ciepłymi ludźmi, przyjazną przestrzenią.

Dziś Fundacja Gajusz codziennie otacza opieką ponad 200 dzieci, ma prawie 60 000 fanów na Facebooku i współpracuje z niemal setką specjalistów (lekarze, pielęgniarki, psychologowie, rehabilitanci, duchowni, opiekunki, wychowawcy, salowe, księgowe, pracownicy działu obsługi darczyńcy, prawnicy, koordynator wolontariatu, pracownicy socjalni, logopedzi, sekretarka, graficy) oraz z wolontariuszami. Pomoc świadczona jest wyłącznie dzięki darczyńcom.

Chcesz wspomóc Fundację Gajusz?
Przekaż 1% swojego podatku: KRS 0000 109 866

Więcej informacji na temat działalności Fundacji Gajusz na coteraz.org.

POLECAMY TEŻ: WOŚP wesprze dziecięcą psychiatrię. Oddziały wyglądają, jakby zatrzymały się w czasie

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Bezpłatne warsztaty z refleksologii dla par starających się o dziecko. Wejdź i zapisz się już dziś!

bezpłatne warsztaty z refleksologii
Fot. Fotolia

Już 19 maja w Warszawie odbędą się BEZPŁATNE warsztaty z refleksologii dla par starających się o dziecko. Czego się na nich nauczycie? Sprawdź koniecznie!

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Chciałabyś umieć sobie pomóc? Chciałabyś nauczyć się, jak uprzyjemnić sobie czas z partnerem, a przy tym zdrowo się wymasować? Chcesz wiedzieć, jak refleksologia może pomóc w staraniach o dziecko i jak to właściwie działa? Preferujesz naturalne, holistyczne metody leczenia? Świetnie, dobrze trafiłaś!

Bezpłatne warsztaty z refleksologii. Dla kogo?

Te warsztaty są przeznaczone dla par, które:

  • starają się o dziecko
  • chcą swoje starania wesprzeć holistycznymi metodami leczenia
  • szukają rozwiązań nie tylko ściśle medycznych
  • starają się zrozumieć jak działają ich organizmy
  • chcą poszerzyć swoją wiedzę i umiejętności
  • lubią wspólnie spędzać czas i pomagać sobie wzajemnie

Zobacz także: Weź ciało w swoje ręce! Czyli jak dzięki refleksologii leczyć niepłodność

Co dadzą wam te warsztaty?

Te zajęcia:

  • pomogą Wam lepiej zrozumieć swoje ciało;
  • nauczą Was, jak szybko sobie pomóc, gdy coś Wam dolega;
  • pozwolą Wam budować silniejszy związek;
  • nauczą Was podstaw refleksologii;
  • pomogą zrozumieć, dlaczego uciskanie, masowanie konkretnych punktów na ciele może wspomóc pracę konkretnych narządów odpowiedzialnych za płodność

Jak wyglądają takie warsztaty?

  • pierwsze minuty przeznaczone są na poznanie i przedstawienie się, zbieramy też Wasze oczekiwania;
  • następnie rozmawiamy ogólnie o płodności i niepłodności, często z ekspertami;
  • warsztaty prowadzone są w parach – każdej parze zapewniamy wygodne miejsce;
  • zapewniamy wszystkie potrzebne rzeczy. Wystarczy, że przyjdziecie i będziecie gotowi

Chcesz spróbować? Tu zapiszesz się na warsztaty

Zobacz także: Refleksologia skuteczna na stres i walkę z niepłodnością

Kilka słów o refleksologii

Chińczycy już 5 tysięcy lat temu wiedzieli, że na poszczególne narządy i układy możemy wpływać poprzez naciskanie i masowanie ściśle określonych stref odruchowych na ciele. Refleksologia to terapia holistyczna, która opiera się na koncepcji, że cały organizm znajduje swoje odbicie w poszczególnych jego częściach.

Podczas naszego warsztatu refleksologii rąk poznacie kilkanaście map i technik masażu, które skutecznie niwelują stres i jego konsekwencje, głęboko relaksują, odprężają psychiczne, regulują i regenerują organizm i w ten sposób naturalnie wspierają waszą płodność. Refleksologia rąk jest bezpieczna dla kobiet w ciąży i dobroczynnie wpływa na rozwój płodu w łonie.

Refleksologia to doskonała i sprawdzona metoda na odstresowanie i odreagowanie. Zapewnia rozluźnienie, uspokojenie emocjonalne, poprawę wydolności narządów i układów, wspomaga krążenie krwi i usprawnia oddychanie, detoksykację i zrównoważenie metabolizmu.

Zajęcia prowadzi Beata Sekuła

Beata Sekuła to multi-refleksolog, terapeuta czaszkowo-krzyżowy, lifecoach i praktyk integracji oddechowej i integrującej obecności. Beata jest pionierką manualnej i narzędziowej refleksologii twarzy w Polsce i twórcą drepoterapii, czyli wielowarstwowej terapii twarzy oraz refleksologii zintegrowanej.

Od 15 lat prowadzi  szkołę i klinikę terapeutyczną- Międzynarodowy Instytut Refleksologii Twarzy MIRT. Szkoli w zakresie multi refleksologii i i drepoterapii oraz reklamy terapeutycznej w social media. Konsultuje biznesy terapeutyczne. Prowadzi  Polskie Towarzystwo Refleksologiczne oraz jest inicjatorem  Dni Praktyki Refleksologicznej i Ogólnopolskich Spotkań Refleksologicznych. Propaguje obecność refleksologii i drepoterapii w wellness/SPA/sporcie/medycynie/rehabilitacji.

 

 

 

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.