Przejdź do treści

Zamroź swoje jajeczka

157.jpg

Do niedawna zamrażanie komórek jajowych było wykonywane jedynie u kobiet chorych na raka. Jednakże coraz więcej zdrowych kobiet decyduje się na ten zabieg, chcąc zachować „wieczną płodność”.

Takie rozwiązanie może się wydawać atrakcyjne szczególnie dla kobiet, które nie chcą zakładać rodziny w młodym wieku, bo: nie mają partnera, chcą się skupić na karierze czy po prostu dać sobie jeszcze trochę czasu na dojrzenie do tej decyzji. Zdeponowanie jajeczek jest także wyjściem dla pań, które są genetycznie obciążone zagrożeniem przedwczesnej menopauzy lub cierpią na inne choroby, które mogą negatywnie wpływać na ich płodność. Niezależnie od motywów odraczania decyzji o założeniu rodziny, medycyna stara się zapewnić kobietom taką możliwość.

Jakie są szanse?

Kobieta rodzi się mając nawet kilkaset tysięcy komórek jajowych, jednak tylko kilkaset z nich dojrzeje, dając szansę na poczęcie dziecka. Dwudziestoletnia kobieta może zajść w ciążę niemal w każdym cyklu, jednak z upływem lat pojawia się coraz więcej cykli bezowulacyjnych, czyli takich, w których nie ma szans na poczęcie. Jest to także powód, dla którego lekarze odradzają odwlekanie decyzji o zamrożeniu jajeczek, sugerując by pomyśleć o tym już przed trzydziestką. Statystyki mówią, że prawie 20% jajeczek pobranych od kobiet poniżej trzydziestego roku życia, uda się zapłodnić po rozmrożeniu. W przypadku starszych kobiet (i jajeczek), szansa na macierzyństwo przy zastosowaniu tej metody maleje do 10%.

Jak wygląda ten proces?

Witryfikacja to proces zamrażania komórek jajowych, powstałych po stymulacji hormonalnej a pobranych poprzez punkcję jajnika (jednorazowo kilka-kilkanaście jajeczek). Z pobranych komórek usuwa się wodę, a następnie poddaje się je zamrożeniu w ciekłym azocie o temperaturze niemal 200 stopni Celsjusza.

Ile to kosztuje?

Ceny takiej usługi zaczynają się od 5 tysięcy złotych + ewentualny koszt stymulacji hormonalnej + opłata za każdy rok przechowywania zamrożonych jajeczek.

Czy warto?

Kliniki specjalizujące się w leczeniu niepłodności metodą witryfikacji powiedzą, że warto. Jednakże szanse na zapłodnienie zamrożonej komórki jajowej są szacowane na 3-5%. Nie z każdej zamrożonej komórki urodzi się dziecko. Lekarze sugerują, by rozważyć zamrożenie już zapłodnionych metodą in vitro komórek, co znacznie zwiększa szanse.

Warto także pamiętać, że leki, które należy zażywać w trakcie stymulacji hormonalnej, mogą uszkodzić chromosomy w genach, a w rezultacie spowodować trudności z zajściem drogą naturalną.

 

 

 

Źródła:

edziecko.pl

kobieta.onet.pl

Marlena Jaszczak

absolwentka SWPS, kobieta o wielu talentach.

Ozonoterapia wsparciem płodności – co warto o niej wiedzieć?

ozonoterapia

Starając się zadbać o swoje zdrowie sięgamy po bardzo różne metody – i dobrze. Warto sprawdzać, co nam pomaga. Co sprawia, że czujemy się lepiej. Co powoduje, że wyniki się poprawiają. Jedną z form kuracji wspomagających walkę z niepłodnością może być ozonoterapia.

Ozonem na podbój zdrowia

W ozonoterapii – jaka sama nazwa wskazuje – wykorzystuje się lecznicze działanie ozonu właśnie. Jego dobroczynne efekty są bardzo szerokie i co ważne, nie powodują skutków ubocznych. „Ozonoterapia bardzo dobrze działa, szczególnie jeśli jest prowadzona zgodnie z kobiecym cyklem” – mówi w rozmowie z nami Agnieszka Grobelna z Centrum Wspierania Płodności we Wrocławiu, gdzie wykorzystywane jest między innymi tego typ wsparcie. „Jeśli wprowadzamy kurację przed owulacją, ma ona na celu jej wsparcie poprzez dotlenienie jajników. Dzięki temu jajeczka są lepiej odżywione. Po owulacji wspieramy zaś ewentualną implantację, czyli zasilamy wyściółkę macicy. Dożylne doprowadzenie leczniczego ozonu pomaga znakomicie dotleniać narządy” – opowiada ekspertka.

Wsparcie przyszłych mam

Co ciekawe, metoda ta znajduje swoje zastosowanie w niektórych schorzeniach w ciąży, które zagrażają życiu kobiety i dziecka. „Bardzo dobrze sprawdza się przy niewydolności łożyska. U kobiet, u których ozon podawany był co drugi dzień przez dwa tygodnie, obserwowano poprawę w przepływie łożyskowym, a w badaniu ultrasonograficznym zauważono znaczący przyrost płodu. Przyszłe mamy mówią, że czują wtedy różnicę w ruchach dziecka. Są one bardziej aktywne, co nie powinno dziwić – są bowiem lepiej odżywione. Tlen to życie. Ozon może być również podawany mamom karmiącym, wtedy znacząco poprawia się odporność małych dzieci” – dodaje Agnieszka Grobelna. Opowiada także o innym ważnym działaniu ozonoterapii. Okazuje się, że pozytywnie wpływa ona na walkę z wszelkimi stanami grzybiczymi. Wiele kobiet poprzez współczesny styl życia, odżywianie, sztuczną odzież, czy też używanie tamponów, ma problem z florą bakteryjną pochwy. „Stąd pojawiają się upławy, swędzenia i stany grzybicze właśnie. Ozon ma działanie przeciwgrzybiczne, przeciwwirusowe i przeciwbakteryjne. Prezentuje bardzo szerokie spektrum działania i dociera z krwią niemal do każdej komórki naszego ciała” – słyszymy.

Co ważne, może być on stosowany także zewnętrznie, między innymi poprzez suchą kąpiel oraz irygację ozonowanej soli fizjologicznej do ujścia pochwy. Jak mówi ekspertka, można dzięki temu uniknąć stosowania antybiotyków, które nie pozostają dla naszego organizmu obojętne.

Są jednak pewne przeciwwskazania, co do jej stosowania. Warto więc oddać się w ręce specjalistów, którzy odpowiednio dobiorą kurację. Jakkolwiek jest to zdecydowanie bardzo ciekawa forma wsparcia naszego zdrowia. Ozonoterapia pomaga także między innymi odtruwać organizm, regeneruje wiele narządów, poprawia przemianę materii i wzmacnia odporność. Niby tak niepozorne cząsteczki, a jakże wiele mogą!

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Grunt to wierzyć, że się uda! Maria: „Musiałam przejść tę drogę, by teraz unosić się radością z naszym małym skarbem”

Fot. archiwum prywatne Marii
Fot. archiwum prywatne Marii

Lata starań o upragnione dziecko, siedem poronień, setki badań – doświadczeniem, które ma za sobą Maria, spokojnie można obdzielić kilka osób. Pomimo trudów zawsze była w niej jednak nadzieja, że będzie najlepszą mamą na świecie! Wierzyła w to nie tylko ona, ale też jej bliscy i lekarka, która stanęła na ich drodze.

Starania o dziecko – droga, której nie znamy

Wszystko rozpoczęło się przed siedmioma laty, kiedy to Maria i Grzegorz rozpoczęli swoje starania. Okazało się to być jednak znacznie trudniejsze, niż mogłoby się początkowo wydawać. W całej mojej historii przeszłam siedem poronień. Pierwsze miało miejsce w 2010 roku. Kolejne były niemal co roku, zazwyczaj na wiosnę. Jednego roku zdarzyły się dwa: wiosną i jesienią – opowiada Maria, która starała się szukać pomocy u doświadczonych lekarzy.

Specjaliści nie umieli jej jednak pomóc, a tempo życia nie działało na korzyść przyszłej mamy: „Gdy okres się opóźniał zaraz robiłam testy ciążowe i badanie Beta HCG. Starałam się też o wolne w pracy, żeby móc przeleżeć najcięższy początek ciąży. Zawsze jednak trzeba było coś zakończyć, przekazać. Był stres i dużo jazdy samochodem” – opowiada o swojej ówczesnej pracy Maria, która zajmowała w tym czasie kierownicze stanowisko.

Pomimo dużego wysiłku wkładanego w starania, nikt nie mógł znaleźć przyczyny, dlaczego wciąż i wciąż dochodzi poronień. „Podczas ostatniej utraty ciąży usłyszałam w szpitalu, że nie umieją mi pomóc i nadaję się tylko do leczenia klinicznego.  Usłyszałam również, że jeśli nie mam wykonanych badań za 1500 złotych, to co ja tu w ogóle robię… Załamałam się wtedy” – mówi Marysia. Pomimo skrupulatnych obserwacji cyklu, testów owulacyjnych, leków, zabiegowi udrożniania jajowodów oraz wielu innych badań, co i rusz przychodziła kolejna strata.

Nowy początek

Z jednej strony było to dla Marii dobijające, z drugiej pojawiała się motywacja do dalszej walki. Kobieta starała się przypominać sobie, że przecież będzie najlepszą mamą na świecie – musi się udać! „W 2015 roku, po szóstym poronieniu, znalazłam namiary do lekarki, która przed kilkoma laty jako jedyna rozmawiała ze mną w szpitalu po ludzku. Z wielką radością i jeszcze większą nadzieją umówiłam się do niej na wizytę. Pani Kasia zawsze o wszystko wypytywała, z chęcią zapoznawała się z moją historią, skierowała mnie do szpitala, na wizytę u hematologa oraz na zabieg histeroskopii. Każda wizyta była bardzo konkretna i nie trwała, jak u wcześniejszych lekarzy, 5-10 minut. Najważniejsza – dla niej i dla mnie – była wiara, że będę miała swoje upragnione dzieciątko. Powiem szczerze, dobry lekarz to skarb!” – podkreśla Marysia.

Wiosną miał odbyć się zabieg histeroskopii, ale pojawiła się siódma ciąża. Niestety w dniu wyznaczonej wizyty kontrolnej Maria wylądowała w szpitalu. „Zabieg musiałyśmy przełożyć o trzy miesiące. Choć wiedziałam, że będzie ze mną w klinice mąż i wykonywać będzie go pani Kasia, bardzo się bałam” – zabieg okazał się być jednak niezwykle potrzebny. „Dowiedziałam się, że moja macica była w złym stanie. Cała w zrostach i pajęczynach zrostowych po wcześniejszych poronieniach” – dodaje Maria.

Histeroskopia miała być powtórzona kilka miesięcy później. W tym czasie nastąpiły duże zmiany w życiu zawodowym, pojawiło się więcej czasu na relaks i kontakt z bliskimi. Myśli o dziecku zeszły na dalszy plan, a celem na tamten moment stało się leczenie. Sprawy potoczyły się jednak inaczej: „13-ego  września, to był wtorek, powinnam była już mieć okres. Uznałam więc, że zrobię test. Chociaż pewnie i tak nic z tego nie będzie, a tu… dwie kreski! Wystraszyłam się i stwierdziłam, że chyba test był zepsuty. W środę wykonałam kolejny i u po 40-stu sekundach pojawiły się dwie wyraźne krechy! Uznałam jednak, że na badanie Bety HCG tym razem nie pójdę. Nie chciałam się stresować, a na piątek i tak miałam umówione spotkanie z lekarzem. Na wizycie była już tylko ogromna radość. Zarówno moja, jak i Pani Kasi. Obie popłakałyśmy się ze szczęścia!” – wciąż słychać w Marii ogrom pozytywnych emocji!

Karuzela przeżyć

Jednak w czasie przedłużających się starań emocji jest znacznie więcej, i to nie tylko tych pozytywnych. Silny stres wpływa też na związek: „Na całe szczęście nie pojawiło się u nas wzajemne obwinianie. Mąż także musiał wykonać badania, zależało mu tak samo bardzo, jak i mnie. W związku staraliśmy się wspierać. Grześ zawsze był ze mną na wszystkich zabiegach i badaniach” – opowiada Maria, ale dodaje przy tym, że chwile zmęczenia dały im w kość. Ciężko bywało też w relacjach z dalszą rodziną. „Mama, siostra, ciocie i kuzynki zawsze mnie wspierały i nie naciskały. Mama dużo się modliła, żeby nam się w końcu udało. Niestety zdarzały się też komentarze: „I co, znów straciłaś?” – to bolało. Łzy same cisnęły się wtedy do oczu i nie umiałam przestać płakać. Nie chciałam jednak, aby ktoś widział moją słabość, bezradność i ogrom bólu” – mówi Maria.

Automatycznie wręcz pojawia się wtedy pytanie, czy nie było myśli o poddaniu się i zrezygnowaniu ze starań. Co może wtedy podtrzymywać nadzieję? „We mnie podtrzymywały ją wiara, słowa przyjaciół i rodziny, że będę najlepszą mamą. Dużo dała mi też lekarka. Wiedziałam, że pani Kasia naprawdę chce mi pomóc” – podkreśla szczęśliwa dziś mama.

Antoś ma już  kilka miesięcy. Niby mały człowiek, a tak wiele zmienił: „Zauważyłam, że jestem teraz bardziej uczuciowa i silniej przeżywam emocje. Wiem i widzę jakie posiadamy szczęście. Jestem dumna jak mówię o sobie „mamusia”. Wierzę, że drogą przez którą musiałam przejść – upadki i dołki – były potrzebne po to, żeby teraz unosić się szczęściem i radością z naszym małym skarbem” – mówi Maria i dodaje, że dziś podjęłaby takie same kroki. Pomimo trudów i bólu wierzy, że warto walczyć do końca.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Tęczowy Kocyk: szyjemy dla Dzieci, które są tak małe, że nie można na nie zakupić żadnego ubranka ani okrycia

tęczowy kocyk

Poronienie, urodzenie martwego dziecka czy dziecka, które przeżyje kilka chwil to dramatyczne doświadczenie, a przeżywane w szpitalnych warunkach bywa jeszcze trudniejsze. Tęczowy Kocyk otula swoim podwójnym ciepłem: ubrankami i miłością. Tęczowy Kocyk to grupa niezwykłych Wolontariuszy. Z Moniką Meres, jedną z Wolontariuszek rozmawiam o szyciu ubranek dla dzieci tak małych, że nie można kupić dla nich ubrań.

Kto wymyślił pomysł szycia takich ubranek?

Akcja w Polsce została zapoczątkowana przez panią Ewę Skwarczowską 26. kwietnia 2016roku. Skorzystała ona pomysłu z zagranicy, szczególnie z Anglii, gdzie praktykuje się podobne działania, jak właśnie w Tęczowym Kocyku. Ich formuła jest jednak nieco inna, bardziej lokalna, skupia kilka osób wokół jednej placówki, które działają na jej rzecz. W naszym przypadku Tęczowy Kocyk rozwinął się na cały kraj. Tysiące Wolontariuszek z dobroci serca decyduje się na pomoc, zakupuje materiały, wykonuje z nich małe kocyki, rożki i czapeczki, po czym wysyła do placówek, w których niestety odchodzą Dzieci tak małe, że nie można na nie zakupić żadnego ubranka ani okrycia.

Należy napomknąć, że nie jesteśmy stowarzyszeniem, ani fundacją, ale grupą Wolontariuszy, którzy dla wspólnego celu zrzeszają się na grupie i nieodpłatnie pomagają, by wnieść odrobinę ciepła do surowych szpitalnych warunków oraz wspomóc Rodziców w tych trudnych chwilach.

Jaka była reakcja znajomych na taki pomysł?

Wiele osób otwarcie nie rozmawia o Dzieciach, Hiperwcześniakach, które z powodu wad letalnych umierają już w łonie Matki, bądź niedługo po urodzeniu, często zdecydowanie przedwczesnym. Jest to pewnego rodzaju tabu, które próbujemy przełamać. Pragniemy, aby Rodzice tych Dzieci zdawali sobie sprawę, że mają pełne prawo pożegnać się ze swoim Maleństwem i to w godny sposób. Mogą to prawo egzekwować w szpitalach, a nasza akcja ma dostarczyć jak najlepiej dopasowanych do wielkości Dziecka kocyków, rożków, czapeczek, czasem nawet ubranek, dzięki którym te ostatnie wspólne chwile są chociaż odrobinę mniej smutne i tragiczne. Godne pożegnanie swojego Dziecka pomaga także w przejściu żałoby po Nim.

teczowy kocyk3

Czy pamiętacie pierwsze zamówienia?

Właściwie od samego początku współpracowaliśmy z Fundacją Evangelium Vitae we Wrocławiu oraz Fundacją Gajusz w Łodzi. Kolejno zaczęliśmy działać na rzecz Ginekologiczno- Położniczego Szpitala w Poznaniu. Z czasem akcja rozrosła się do kilkudziesięciu placówek, których liczba wciąż się zwiększa.

Początkowo skupialiśmy się szczególnie na najmniejszych rozmiarach. Kocyki mierzyły nawet 20cm x 20cm, często porównywano je z pilotem do telewizora, czy zapalniczką. Były to dla nas bardzo ciężkie chwile, ponieważ trzymając w rękach AŻ tak małą rzecz, która nawet dla lalki byłaby za mała, potrafiło wstrząsnąć każdym. Często również płynęły łzy nad losem tych niewielkich Istotek, które przecież nic nie zawiniły. Bardzo wiele osób na grupie to również Rodzice po stracie. Wykonując te wszystkie rzeczy łączą się w bólu z Rodzicami, którzy teraz doświadczają podobnych emocji i tragedii.

Czy było zamówienie, które Was najbardziej wzruszyło?

Ciężko jest wypowiadać się w imieniu całej grupy, ponieważ jest nas już kilka tysięcy. Wiele osób, które doświadczyło straty, z pewnością utożsamia swój ból z podobnymi sytuacjami. Każda jest jednak bardzo indywidualna, każde zamówienie wiąże się przecież ze stratą Dziecka, które było Oczkiem w głowie swoich Rodziców.

Szczególnie wzruszające oraz szokujące były z pewnością pierwsze zamówienia, ponieważ jeszcze do końca nie orientowałyśmy się w zapotrzebowaniu oraz skali, na jaką będzie potrzebna nasza pomoc.

teczowy kocyk3

Czy utrzymujecie kontakt z waszymi klientkami/odbiorczyniami?

Otrzymujemy bardzo wiele podziękowań za udzieloną pomoc od Rodziców, ale również od placówek, z którymi współpracujemy. Są to często bardzo prywatne i emocjonalne wiadomości, w których można poczuć ból Rodziców po stracie Dziecka, ale także wdzięczność za pomoc, którą niesiemy. Te osoby opowiadają swoje własne historie, chcą się nimi z nami podzielić. Dzięki temu wiemy, że jesteśmy potrzebni, choć forma pomocy jest bardzo trudna i przykra. Wiele osób dołącza do naszej grupy, postanawia również działać na cel Tęczowego Kocyka. Mamy więc z nimi pośredni kontakt. Pragniemy podziękować im za wszystkie słowa, które otrzymujemy od nich i wyrazić wdzięczność, że współdziałają dla celów naszej grupy.

Czy te ubranka sprzedajecie czy rozdajecie/przekazujecie?

Wszystkie rzeczy w ramach Tęczowego Kocyka są wykonane z dobroci i potrzeby serca, by nieść pomoc innym i pozwolić na godne pożegnanie swoich Dzieci.

Materiały, które w tym celu wykorzystujemy, stanowią własność Wolontariuszek. Same wybierają się na zakupy, wybierają najlepsze kolory włóczek, tkanin, po czym szyją lub dziergają w swoim domowym zaciszu. Również na swój koszt wysyłają przygotowane rzeczy do wybranej placówki, w której Rodzice potrzebują pomocy w takiej formie. Każdą Wolontariuszkę cieszy, że może choć odrobinę pomóc w przejściu żałoby przez Rodziców po stracie, a także przysłużyć się Maleństwom, ponieważ często jest to jedyne ich ubranko w życiu. Nie pobieramy więc żadnych opłat, wszystko za darmo, w oparciu o zwyczajną chęć pomocy drugiemu człowiekowi.

Czy zdarza się, że kontaktuje się z Wami ktoś, kto chce przekazać komuś innemu takie ubranko? Czy raczej wszystko przechodzi przez szpital?

Sytuacje są bardzo różne. Zazwyczaj w szpitalach oraz hospicjach współpracujemy z osobami, które znają realia swojej placówki. Jeżeli kończy się zapas naszych uszytków, wtedy kontaktują się z nami i proszą o dostarczenie danej ilości w określonym rozmiarze. Mamy jednak niestety również nagłe zgłoszenia. Zdarza się, że osoby z Rodziny lub przyjaciele piszą z prośbą o przesłanie kompletu, ponieważ właśnie rodzi się Dziecko, któremu lekarze nie dają szans na przeżycie lub już nie żyje. Zdarza się również, że same Matki znają już diagnozę i z wyprzedzeniem proszą o pomoc. Wtedy staramy się działać jak najszybciej i uzgadniamy wszystkie szczegóły. Niekiedy Wolontariuszki umawiają się w określonym miejscu, dostarczają komplecik lub wysyłają go kurierem. Wszystko po to, by dotarł na czas.

Czy znacie inne takie inicjatywy na świecie?

Na całym świecie istnieje wiele inicjatyw, których formuła jest podobna do naszej lub po prostu skupia się na Dzieciach. Przede wszystkim warto tutaj wspomnieć o Cherished Gowns i Heavenly Gowns w Wielkiej Brytanii, również Newborns in Need z USA. Są to jednak tylko przykłady, ponieważ podobnych akcji na rzecz dzieci na całym globie jest bardzo wiele. Wszystkie jednak mają za cel bezwarunkową i bezinteresowną pomoc.

teczowy kocyk2

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

In vitro w Poznaniu na ostatniej prostej. Wojewoda zaakceptował trzy kliniki

In vitro w Poznaniu

Już w czerwcu stworzona w Poznaniu komisja, w skład której weszli urzędnicy, radni lekarze i eksperci wybrała trzy kliniki, które będą realizować miejski program in vitro. Zgodnie z procedurą wyniki konkursu musiał także zaakceptować wojewoda. Wiemy już, że nie ma on żadnych zastrzeżeń.

Jak pisaliśmy niemal 40 proc. kontraktu zrealizować ma InviMed. Po 30 proc. wykonają Kliniczny szpital przy Polnej i prywatny ośrodek Ivita.

27 czerwca do urzędu wojewódzkiego wpłynęła miejska uchwała o wyborze klinik, na ocenę której wojewoda Zbigniew Hoffmann miał 30 dni. – Wojewoda nie znalazł żadnych uchybień prawnych w uchwale i nie ma do niej żadnych zastrzeżeń – poinformował Tomasz Stube z gabinetu wojewody. Kiedy ruszy „Program Leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego dla mieszkańców miasta Poznania w latach 2017-2020”? – Jesteśmy na ostatniej prostej. Możemy przystępować do podpisywania umów z klinikami – komentuje Jędrzej Solarski, wiceprezydent Poznania odpowiedzialny za zdrowie. Program powinien zacząć działać w połowie sierpnia, jak zapewnia dyrektor Magdalena Pietrusik-Adamska, szefowa Wydziału Zdrowia i Spraw Społecznych w Urzędzie Miasta, czytamy na wyborczej.pl

Kto może skorzystać z in vitro w Poznaniu.?

Program skierowany jest do mieszkańców Poznania między 18 a 43 rokiem życia, pozostających w związkach małżeńskim lub partnerskim. Pary muszą też przejść badania lekarskie i laboratoryjne zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia z dnia 23 października 2015 r. (w sprawie wymagań zdrowotnych dla kandydata na dawcę komórek rozrodczych w celu dawstwa partnerskiego i dawstwa innego niż partnerskie). Zgodnie z programem będzie można skorzystać z dofinansowania do nie więcej niż trzech prób zapłodnienia ustrojowego w kwocie do 5 tys. na każdą.

Miasto planuje przeznaczyć na program 1,9 mln zł., co oznacza, że w każdym roku ze wsparcia będzie mogło skorzystać 367 par.

źródło: poznan.wyborcza.pl

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego