Przejdź do treści

Zajść w ciążę po pierwszym in vitro

859.jpg

Skuteczność leczenia to najważniejsze kryterium wyboru kliniki niepłodności, którym kieruje się para długo starająca się o dziecko. W Polsce średnia efektywność zapłodnień in vitro wynosi 35,2 proc. na cykl leczenia, ale są kliniki, które mają lepsze rezultaty. Jak to robią i gdzie je znaleźć?

Niepłodność to dziś poważny problem społeczny i demograficzny. Szacuje się, że w Polsce dotyczy około 20 proc. osób w wieku rozrodczym, czyli mniej więcej 1,5 mln par. 60 proc. z nich wymaga specjalistycznego leczenia. Naprzeciw problemom niepłodnych par wychodzą specjalistyczne kliniki leczenia niepłodności. W Polsce działa ich obecnie ok. siedemdziesięciu, co może się wydawać korzystne dla pacjentów, którzy nie muszą dojeżdżać setek kilometrów na leczenie. Jednak decydując się na którąś z nich, warto wziąć pod uwagę nie tylko lokalizację, ale też sprawdzić jej skuteczność.

Wyniki badańEuropejskiego Towarzystwa Rozrodu Człowieka i Embriologii (ESHRE 2010) pokazują, że w Polsce średnia skuteczność zapłodnienia in vitro wynosi 37,3 proc. Na kolejnych miejscach są Hiszpania (33,8 proc.) i Wielka Brytania (30,9 proc.), dalej Niemcy (27,9 proc.) i Włochy (24,1 proc). – Na tle Europy, gdzie średnia skuteczność wynosi 33,2 proc. polskie kliniki wypadają bardzo dobrze. W InviMed po pierwszym in vitro w ciążę zachodzi aż 43 proc. pacjentek – mówi lek. med. Rober Gizler, specjalista ginekolog-położnik i konsultant ds. jakości medycznej klinik InviMed. – Obliczamy to zestawiając wyniki kliniczne ze wszystkich cykli leczenia różnymi technikami in vitro: IVF, ICSI oraz IMSI – dodaje Robert Gizler z InviMed. Dane dotyczą kobiet ze wszystkich grup wiekowych i można je potwierdzić w raportach ESHRE. Najwyższą skuteczność in vitro osiąga się u kobiet do 35. roku życia. Ich szansa na urodzenie dziecka w sześciu cyklach in vitro przekracza 80 proc. Powyżej tego wieku zauważalny jest naturalny spadek płodności. W grupie 38-40-latek w wyniku zapłodnienia in vitro, po 6 pełnych cyklach in vitro, dziecko urodzi od 50 proc. do 65 proc. z  nich.

Źródło: Raport EIM ESHRE 2010 r. Skuteczność leczenia InviMed obliczona została na podstawie zestawienia zawierającego wyniki kliniczne ze wszystkich cykli leczenia: IVF, ICSI oraz IMSI. Przedstawione dane dotyczą kobiet ze wszystkich grup wiekowych.

Skuteczność kliniki zależy przede wszystkim od dwóch czynników – doświadczenia zespołu lekarzy i embriologów oraz metod i technologii wykorzystywanych w diagnostyce i leczeniu. Zespoły wszystkich pięciu klinik InviMed – w Warszawie, Wrocławiu, Katowicach, Gdyni i Poznaniu liczą w sumie 250 osób. Są wśród nich doświadczeni specjaliści, którzy jako jedni z pierwszych w kraju wykonywali zapłodnienie in vitro. – Od 14 lat wykorzystujemy wiedzę i międzynarodowe doświadczenie do tego, aby pomagać coraz szerszej grupie niepłodnych osób. Sięgamy po nowe technologie, które zwiększają efektywność naszej pracy, takie jak np. system do obserwacji rozwijającego się zarodka EmbryoVision – mówi Robert Gizler z InviMed. Technologia umożliwia całodobową obserwację i obiektywną ocenę rozwijającego się zarodka w realnym czasie. Dzięki temu rozwiązaniu, możliwe jest wybranie zarodka o najlepszych parametrach, co zwiększa szansę na zajście w ciążę o 8 proc. do 12 proc. Badania prowadzone przez InviMed pozwoliły też określić najbardziej właściwy moment umieszczenia zarodków w macicy kobiety poddawanej leczeniu in vitro. U kobiet poniżej 35. roku życia przeniesienie zarodka w stadium blastocysty, czyli w 5. dniu od zapłodnienia zwiększa szanse na uzyskanie ciąży już w pierwszym cyklu in vitro nawet  do 54 proc. Inną metodą podnoszącą szanse na rodzicielstwo, stosowaną w InviMed, są badania genetyczne zarodków PGD i PGS, które wykonuje się przed umieszczeniem embrionów w macicy kobiety. Badanie PGD pomaga wykluczyć dużą liczbę chorób, między innymi takich jak: mukowiscydoza, anemia sierpowata, pląsawica przewlekła Huntingtona, zespół Williamsa, dystrofia mięśniowa Duchenna. Z kolei  PGS (aCGH) wykrywa nieprawidłowości chromosomów i pozwala wykryć zespoły: Downa Patau, Downa, Edwardsa, Klinefeltera, Turnera oraz Trisomię chromosowmu X. Zalecane jest  najczęściej pacjentom po 35. roku życia oraz tym, u których,  powtarzają się niepowodzenia implantacji zarodka oraz poronienia. Jego wykonanie wskazane jest również w trudnych przypadkach niepłodności męskiej. Najnowsze badania dowodzą, że technika PGS zwiększa szansę na ciążę w 55-70 proc. przypadków. InviMed wykonuje badania we współpracy z IGENOMIX, firmą działającą w ramach Uniwersytetu Walencji w Hiszpanii, która jest jedną z najbardziej znanych na świecie ośrodków oferujących zaawansowane usługi w zakresie genetyki rozrodczej.

Decydując się na konkretną klinikę warto sprawdzić, czy procedury przeprowadzane są z zachowaniem najwyższego stopnia bezpieczeństwa. Identyfikacja pacjentów i pobranego od nich materiału biologicznego do wszystkich zabiegów powinna odbywać się na każdym etapie leczenia.  – Procedura „double checking” stosowana w klinikach InviMed  oznacza, że podczas procedur medycznych dane pacjentów są zawsze sprawdzone przez dwóch specjalistów. Dzięki niej pacjenci mają pewność, że nie dojdzie do pomyłki – mówi Robert Gizler. InviMed działa w oparciu o standardy i zalecenia ESHRE, Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu (PTMR), American Society for Reproductive Medicine (ASRM) oraz zasady określone przez Ministerstwo Zdrowia. Więcej informacji na: www.invimed.pl.

Invimed

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Zmagania z niepłodnością potrafią być wyczerpujące i wstrętne” – 5 sposobów, jak zachować optymizm podczas starań

jak zachować optymizm podczas starań

Radzenie sobie z niepłodnością to często huśtawka emocji – raz pojawia się nadzieja i przypływ nowej energii do walki, za chwilę rozpacz, żal, złość. Każda emocja jest jednak ważna i na każdą powinniśmy znaleźć w sobie przestrzeń. Warto jednak nie dawać się pochłonąć tym najtrudniejszym stanom.

Aela Mass opisuje swoje zmagania z niepłodnością. Ponad trzy lata starań, niezliczone cykle IVF, dwa poronienia i wiele porażek. W niektórych jej wypowiedziach zdają się przeważać związane z tym negatywne stany, które wiążą się wręcz z depresją, o czym pisze na „babble.com”. Pomimo wszystko kobieta postanowiła jednak podzielić się swoimi sposobami na zachowanie optymizmu, co podczas walki z niepłodnością wcale nie jest takie proste.

1. Wyjdź z domu

Idź na spacer, przejdź się po górach, zrób cokolwiek związanego z naturą. W świeżym powietrzu faktycznie jest coś, co oczyszcza głowę i pomaga złapać odpowiednią perspektywę. Zmagania z niepłodnością potrafią być wyczerpujące i wstrętne, a wtedy łatwo jest zapomnieć o otaczającym nas pięknie. Wyjdź, by w tym pięknie po prostu być.

2. Rozmawiaj

Aela słusznie zauważa, że nie wie, jak można z problemem niepłodności radzić sobie w pojedynkę. Ona szczerze przyznaje, że nie byłaby w stanie tego zrobić. Ważne jest mieć kogoś, kto nas wysłucha i wesprze. Jeśli nie czujesz, że byłby to ktoś z twojego otoczenia, może warto byłoby porozmawiać z terapeutą? To także nie jest łatwa relacja, ale może bardzo wiele wnieść do naszego życia i pomóc nie tylko w kryzysach, ale też trudach codzienności.

Zachęcamy pacjentów, żeby byli szczerzy, przekonujemy ich, że trafili w bezpieczne miejsce, w którym będą mogli bez ryzyka, że zostaną ocenieni, wyjawić to, co ich najbardziej boli. Nie zawsze można się otworzyć. Jest to zrozumiałe; zaufanie buduje się z czasem. Zaufanie do kogoś, komu ma się powierzyć swoje tajemnice, ale też do siebie, że wytrzyma się emocje, które muszą się pojawić” – pisała w naszym portalu terapeutka Katarzyna Mirecka.

3. Szalej w kuchni

Eksperymentuj z nowymi przepisami. Odkrywaj nowe smaki. Nie utknij w rutynie. Tworzenie czegoś nowego sprawia cuda dla twojej psychiki i – przynajmniej dla mnie – pomaga odbudować pewność siebie, którą zburzyła niepłodność.

4. Spędzaj czas z przyjaciółmi

Bardzo ważna jest nie tylko szczera rozmowa, ale przede wszystkim czas spędzany z innymi ludźmi. „Zadzwoń do przyjaciół. Idźcie na kręgle. Idźcie na wspinaczkę. Posiedźcie w parku. Pozwól im ze sobą być” – pisze Aela. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Obecność ludzi pomaga złapać inną perspektywę. Pozwala zauważyć, że świat wciąż toczy się dookoła i może być bardzo piękny. Co więcej, przyjaciele chcą w tym pięknie być właśnie z nami. Warto to docenić i korzystać!

5. Pisz

Nie musisz od razu dzielić się ze światem swoimi przeżyciami. Jeśli nie chcesz by na temat niepłodności ktokolwiek z tobą rozmawiał – pisz. Papier przyjmie wszystko, zniesie każde nasze emocje. Smutek, ból, złość, poczucie winy, lęk, samotność. W końcu bardzo trudno jest to wszystko w sobie nosić. Pisanie pozwala wyrzucić z siebie najtrudniejsze słowa. Trzymanie ich w sobie spowoduje tylko narastanie negatywnych stanów, a to wcale nie pomoże w walce o szczęście. Pamiętnik, dziennik emocji, listy do siebie, partnera, przyjaciółki – nawet jeśli niewysłane, potrafią zdziałać cuda.

Znajdź w sobie pozytywną przestrzeń. Nie widzisz jej? Na szczęście mimo wszystko możesz ją w sobie sama stworzyć – tak ważne jest dbanie o siebie!

 

Źródło: „babble.com”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Starali się o dziecko przez 10 lat, dziś są rodzicami… bliźniaków! Joanna: „Nie wolno tracić nadziei”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Starania o dziecko to nieraz wieloletnia walka – ze zdrowiem, z systemem leczenia, z samym sobą. Joanna wraz z mężem walczyli 10 lat. Przeszli setki badań, 7 inseminacji, 3 procedury in vitro. Pomimo trudów i chwil zwątpienia zawsze wierzyli w sukces. I słusznie! Dziś są rodzicami bliźniaków – poznaj ich historię, która daje całą masę pozytywnej energii.

Początek starań był 10 lat temu?

Joanna: Tak, początek był przed dekadą. W pierwszym etapie próbowaliśmy z partnerem naturalnie. I to przez dłuższy okres – trzy lata. Utrudnieniem był fakt, że mąż pracuje za granicą i niestety ma go cały czas tutaj. Mówi się, że jeżeli przez rok starań nie ma dziecka, to znaczy, że już coś jest nie tak. U nas, jak widać, trochę przedłużyliśmy ten okres. Trzy lata starań naturalnych, dopiero po tym czasie udałam się do lekarzy. Najpierw do zwykłych ginekologów – od jednego, do drugiego. Rok zajęło mi takie chodzenie i przyznam szczerze, że podejście lekarzy na których trafiłam, chyba nie było za dobre.

Często słyszy się, że lekarze ginekolodzy „pierwszego kontaktu” nie zawsze profesjonalnie zaczynają pracę z niepłodnością.

Miałam trzech lekarzy, których podejście było praktycznie żadne. Już na wstępie pojawiało się pytanie: „A  co takiego pani robi w tym kierunku?”. Było to żenujące… Dopiero czwarty lekarz podszedł do mnie profesjonalnie. Tylko spojrzał i powiedział, że mam PCO. Kazał mi podnieść brodę, pytał się o owłosienie. Diagnoza była praktycznie od razu, po czym oczywiście miałam różne badania, lekarz chciał się po prostu upewnić i rzeczywiście okazało się, że mam brak owulacji. Mieliśmy później monitorowane cykle, dość długo to trwało. Co jednak ważne, miałam bardzo dobry kontakt z tym właśnie lekarzem. Zyskałam przy nim prawdziwą nadzieję, że się uda, że będzie w porządku, że PCO to nie jest wyrok.

Nadzieja jest bardzo ważna.

Dokładnie, był to prawdziwy lekarz z sercem. Niestety jednak nawet jego serce nie pomogło. Chodziłam do niego półtora roku i w końcu rozłożył ręce. Powiedział, że jego praca się w tym miejscu kończy i proponuje nam klinikę leczenia niepłodności. Minęły już wtedy 3-4 lata odkąd zaczęliśmy się starać, a dziecka dalej nie było.

Nie było na co dalej czekać.

Tak, doktor przyznał, że nie ma co tracić czasu. I to było dobre – nie przeciągał niepotrzebnie sprawy, nie szukał kolejnych badań, tylko wysłał nas do specjalistycznej kliniki. Tak też zrobiliśmy.

W pierwszej klinice, do której trafiliśmy, spędziliśmy rok. Nie przypadła nam ona jednak do gustu. Bardzo źle się tam czułam. Wydawało mi się, że mój problem ich nie interesuje. Zrobili mnóstwo badań, ale z lekarzem nie miałam żadnego kontaktu na płaszczyźnie międzyludzkiej. Zmieniliśmy więc klinikę. W kolejnej trafiłam na bardzo dobrego lekarza, który po przejrzeniu mojej teczki, skomentował: „Kto pani powiedział, że pani nie zajdzie w ciążę?”. Gdy wyszłam z gabinetu byłam w ogromnej euforii! Spędziliśmy w tej klinice 4 lata i to właśnie tam przeszłam siedem inseminacji. To był najcięższy dla mnie okres.

Porusza pani bardzo ważną sprawę – nie są istotne tylko kwestie medyczne, ale też to, co w międzyczasie dzieje się z psychiką człowieka.

To prawda. Czas inseminacji był najcięższy zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża. Podczas pierwszej inseminacji byliśmy nastawieni, że nam się uda! Tym bardziej, że lekarz mówił: „Jasne, jak najbardziej”. Okazało się jednak, że ciąży brak. Druga inseminacja – ciąży brak. Z każdą kolejną, gdy jechałam na betę, to było… ciężkie do opisania. Z jednej strony miałam myśli, że tym razem będzie sukces. Z drugiej, że może jednak los tak chciał i nie będziemy mieć dzieci. Tyle razy już się nie udało… Tak to wyglądało za każdym razem.

Dla mnie inseminacje były gorsze, niż późniejsze in vitro. Być może dlatego, że było ich tak dużo. Non stop robiliśmy dodatkowe badania, do tego strasznie przytyłam, a moje ciało zaczęło się pod wpływem hormonów zmieniać. Nie wiedziałam, czy chcę dalej iść w tę stronę. Nie zrezygnowałam tylko dzięki mojemu mężowi.

Był przy mnie cały czas i mówił: „Uda się, Asia! Próbujmy!”. Na szczęście nasza sytuacja finansowa pozwalała nam na kolejne próby, ale wysiadłam psychicznie. Przy siódmej inseminacji powiedziałam, że już nie chcę. Lekarz zasugerował wtedy byśmy zastanowili się nad in vitro. Kiedy padły te słowa, aż usiadłam.

Usiadła pani z ulgą, czy bardziej z lękiem?

Na początku to było przerażenie. Wiedziałam czym jest in vitro, z czym się wiąże, ale nigdy nie sądziłam, że będzie dotyczyć właśnie mnie. Gdzieś tam w głębi wciąż myślałam, że mamy jeszcze inne szanse, że stanie się jakiś cud i naturalnie uda nam się zajść w ciążę. Zdecydowanie podłamały mnie jednak liczne próby inseminacji.

Przyszliśmy z mężem do domu i zaczęliśmy rozmawiać. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że chyba nie mamy wyjścia. Dlaczego nie? Dla mnie in vitro było i jest z pewnością nadzieją oraz szansą na dziecko. Mieliśmy też to szczęście, że w 2014 skorzystaliśmy jeszcze z „rządkówki”.

Zastanawiam się w takim razie, jak pani patrzy na to wszystko, co obecnie dzieje się wokół in vitro?

Dla mnie, i nie tylko dla mnie, był to ratunek. Po raz kolejny podkreślam, widzę in vitro jako nadzieję i szansę na dziecko, jakie współczesna medycyna dała tysiącom niepłodnych par. Nie wiem o co to całe halo. Dlaczego ktoś ma mi odbierać prawo do bycia rodzicem?

Zaczęła też pani mówić o partnerze. Słyszę, że byliśmy państwo w tym wszystkim razem. Myślę, że jest to duży potencjał w takiej sytuacji.

Bardzo duży. Gdyby mój mąż zrezygnował, gdyby „się rozpadł” i stwierdził, że to nie ma sensu, ja też bym odpadła. Byłam już w takim momencie, że nie wierzyłam w sukces. To on mówił: „Asia, nie może być aż tak źle! Będziemy próbować do skutku!”.

Ma pani poczucie, że te doświadczanie wzmocniły wasz związek, czy jednak były oddalające?

Mój mąż od 14 lat pracuje zagranicą. Wiadomo jak wygląda życie na odległość, ale in vitro i cała ta historia mimo wszystko nas zbliżyła. Oczywiście były momenty, gdy kłóciliśmy się i razem płakaliśmy. Chociaż miałam poczucie, że problem jest po mojej stronie, nigdy nie usłyszałam od niego słów: „To twoja wina”. Być może przeszły mu przez myśl, ale nigdy ich nie wypowiedział. Nigdy też nie stwierdził, że jego chęć posiadania dzieci jest tak silna, że bez nich nie da rady ze mną być.  Mało tego, przyjeżdżał na każde ważniejsze spotkanie, jakie mieliśmy w klinice. Pomimo tego, że dzieliły nas setki kilometrów chciał w tym być i uczestniczyć. To było dla mnie bardzo ważne.

To jest coś, co zapewne daje ogromnego kopa do walki.

Tak. Siła drugiego człowieka, który jest w tej samej sytuacji, jest szalenie pomocna. On mnie najbardziej rozumiał, a wiem, że jemu też było ciężko. Gdy nie udawały się kolejne próby, widziałam łzy w jego oczach. Mówił: „Asia, będzie dobrze”, ale jego głos drżał. Chciał być silny dla mnie. Dziękuję mu za to, że nie przerwaliśmy tego wszystkiego.

Udało się za trzecim in vitro.

Zgadza się. Za pierwszym się nie udało, ale też pierwsze podejście było z dużym spokojem – co będzie to będzie. Za drugim razem miałam już betę prawie 30, więc była radość. Niestety miałam wtedy ciążę biochemiczną, co było ogromnym ciosem. Ile ja łez wylała, gdy beta zaczęła spadać…

Wszystko działo się w ciągu jednego roku. Klinikę przekroczyłam we wrześniu 2014, w październiku rok później podeszłam do trzeciego in vitro. Poprosiliśmy wtedy o dwa zarodki. Musieliśmy to przedyskutować, bo wiadomo jakie mogły być konsekwencje. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na dwa zarodki i dwa zostały.

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Gdy się udało była tylko radość, czy może pojawił się też jakiś lęk?

Oczywiście, że był lęk. Gdy po 12 dniach jechałam na betę, moja głowa była w zupełnie innym świecie. Był strach, była radość, była euforia, milion myśli przelatywało przez moją głowę. Zapytałam nawet czy mogą do mnie zadzwonić z wynikami, bo nie dam rady po nie przyjechać. Kiedy dotarłam do  domu, musiałam iść spać. Emocjonalnie nie funkcjonowałam. Obudził mnie telefon i usłyszałam, że moja beta wynosi 179. Mówię: „Czy pani się czasem nie pomyliła, czy na pewno moje nazwisko tam widnieje?”. Po dwóch dniach kolejne badanie, później dwa pęcherzyki, pierwsze bicie serduszek… wyliśmy jak bobry! To było cudowne!

To mu być niesamowite uczucie. Po tylu latach marzenie staje się rzeczywistością.

Kiedy w 8. tygodniu usłyszeliśmy bicie serduszek przez cały dzień powtarzałam, że nie wierzę. Cieszyłam się tak bardzo, że chciałam fruwać! Dopiero po paru dniach, gdy emocje opadły, pojawił się strach, czy ciąża się utrzyma. Była to ciąża bliźniacza, więc kolejne ryzyko… Był lęk.

Właśnie – bliźniaki!

Gdy decydowaliśmy się na dwa zarodki, braliśmy pod uwagę, że mogą być bliźniaki. Bardziej jednak patrzyliśmy na to pod kątem zwiększenia skuteczności in vitro w ogóle. A tu nagle, dwa podali, dwa zostały. Bliźniaki to początkowy szok: „Co my zrobimy!?”. Myślę jednak, że tak po prostu musiało być. Ten nasz aniołek, który nie dał rady w czerwcu, postanowił wrócić.

Podwójne wyzwanie.

Podwójne wyzwanie, podwójnie dużo roboty, ale jest to coś niesamowitego. Zresztą do dzisiaj zdarza mi się szczypać i sprawdzać, czy przypadkiem to wszystko nie jest snem. Patrzę czasami na nich, gdy śpią. Ta dwójka małych ludzi jest moimi dziećmi, to niesamowite! Maluchy w czerwcu będą miały roczek. Jest ich wszędzie pełno i są cudowne! Mówią już słowo „mama”, co jest nie do opisania.

Po tylu latach musi to być niesamowita nagroda.

Tak, gdy patrzę na naszą historię z perspektywy czasu, myślę sobie, że w sumie nie było aż tak najgorzej.

Czas robi swoje.

Na pewno nie wolno tracić nadziei. Pomimo tego, że miałam zwątpienia, to zawsze była we mnie iskierka, że musi się udać. Mam swój happy end.

ddd

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Mindfulness receptą na „baby blues” i depresję poporodową – dlaczego warto być tu i teraz?

minfulness

Coraz więcej mówi się o mindfulness, jako znakomitej metodzie redukcji stresu. Odpowiednie treningi i warsztaty pomagają skupić się na byciu tu i teraz, na oderwaniu się od codziennego mętliku w głowie i znalezieniu balansu. Tego typu praktyki mogą być szczególnie korzystne dla kobiet w ciąży. Pomagają uniknąć popularnego „baby blues”.

Spokój nas uratuje!

Eksperci podkreślają, że nie chodzi tylko o wspomniany tu „baby blues”, ale nawet o depresję poporodową. Mindfulness pomaga bowiem zmniejszyć napięcie i lęk przed pojawieniem się dziecka. Ma także zmniejszać ryzyko konieczności porodu poprzez cesarskie cięcie.

Kobiety, które w czasie ciąży uczestniczyły w tego typu zajęciach, zgłaszały mniej objawów związanych z zaburzeniami nastroju po urodzeniu dziecka. Okazuje się też, że potrafią one otoczyć maluchy lepszą opieką. Kierowniczka badań Dr Larissa Duncan z University of Wisconsin-Madison uważa, że prezentowane tu wyniki badań można przełożyć także na funkcjonowanie mężczyzn. Uważność pozwala rodzicom lepiej radzić sobie między innymi z płaczem dziecka, co czytamy w „Daily Mail”.

Wdech-wydech

Badane kobiety brały udział w zajęciach, które koncentrowały się wokół technik oddechowych, medytacji i jogi. Uczone były skupiania się na chwili obecnej. Jest to niezwykle istotne, bowiem stres związany z pojawieniem się dziecka może być naprawdę ogromny. Według niektórych danych depresja poporodowa dotyka nawet jedną na siedem matek. Warto więc zadbać o siebie wcześniej.

Historię swoich zmagań z zaburzeniami nastroju i macierzyństwem pokazał światu między innymi Kathy DiVincenzo, o której pisaliśmy w naszym portalu. Zdjęcie jej codzienności, które zaprezentowała w sieci, daje silny sygnał, że nic nie jest czarno-białe. Smutek potrafi przykryć nawet szczęście bycia matką  >>KLIK<<

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Perfekcyjna mama i zmagania z depresją poporodową – te zdjęcia wiele mówią!

Foto: Kathy DiVincenzo Facebook
Foto: Kathy DiVincenzo Facebook

Perfekcyjne macierzyństwo nie istnieje – oto kobieta, która w odważny sposób stara się o tym przypomnieć światu. Matka cierpiąca na depresję poporodową, obok idealnych zdjęć publikuje też te, które pokazują jej codzienne zmagania z chorobą.

Dwie strony życia

Kathy DiVincenzo, pochodząca z Cleveland w Ohio, stworzyła serię zdjęć, które zrobione były przez jej przyjaciółkę Danielle. Na jednej z fotografii Kathy jest ślicznie ubrana i podczas zabawy z dwójką swoich dzieci, Gianną i Dominic’iem, uśmiecha się od ucha do ucha. Inne zdjęcie przedstawia zaś stres i problemy, z którymi mierzy się młoda matka podczas wychowywani dzieci. Co więcej, matka cierpiąca na depresję poporodową. Kathy wyjaśnia, że pomimo dramatycznych różnic obie te fotografie są jak najbardziej prawdziwe. Obie przestawiają jej codzienność, a na żadnej nie mija się z prawdą – po prostu nic nie jest tylko czarne, albo białe. Kobieta postanowiła podzielić się zdjęciami, by uhonorować miesiąc poświęcony właśnie depresji poporodowej.

Kathy jest matką dwójki maluchów i śmiało prezentuje dwa skrajne obrazy swojego macierzyństwa. Chce tym samym pokazać, jakie są realia życia z zaburzeniami nastroju, z którymi musi się na co dzień zmagać. W zdjęciach liczy się każdy niemal szczegół. Na jednym z nich młoda matka ma opadające ramiączko od ciążowego biustonosza i niechlujnie spięte włosy. Stara się w tym wszystkim znaleźć balans pomiędzy równoczesnym poświęcaniem czasu i uwagi córeczce oraz małemu synkowi.

„Pracuję dwa razy ciężej, by ukryć przez wami realia, ponieważ boję się, że poczujecie się niekomfortowo. (…) Boję się, że pomyślicie, iż jestem słaba, szalona, jestem koszmarną matką, albo milion innych określeń, do których przekonuje mnie mój umysł i wiem, że nie jestem w tych myślach sama” – słowa Kathy cytuje „Daily Mail”.

Zaopiekujmy się psychiką

Szalenie ważne jest głośne mówienie o depresji poporodowej, bowiem niektóre badania wskazuję, iż dotyka ona nawet jedną na siedem matek. Należy przestać ją stygmatyzować, podobnie jak i inne problemy psychiczne, co również jest przesłaniem Kathy. Rodzicielstwo to trudny orzech do zgryzienia, a zostanie rodzicem zawsze wiąże się z ogromnymi zmianami w życiu. Jeśli, jako społeczeństwo, będziemy uważni na troski młodych rodziców i ich zdrowie psychiczne, jest większa szansa, że wielu z nich odważy się prosić o wsparcie. „Być może, jeśli młode matki uwierzą, że można być wystarczającą, a nie idealną matką, szukanie pomocy stanie się łatwiejsze” pisała już w naszym portalu o depresji poporodowej psychoterapeutka Katarzyna Mirecka. Warto przy tym pamiętać, że szczęśliwy rodzic z większym prawdopodobieństwem będzie mógł dać szczęście nie tylko sobie, ale i swojemu dziecku.

Źródło: „Daily Mail”

Foto: Kathy DiVincenzo Facebook

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.