Przejdź do treści

West Coast Swing – taniec dla każdego

185.jpg

Być może od zawsze marzyliście o tym, by nauczyć się stylu tanecznego, który będzie na tyle uniwersalny, że bez problemu zatańczycie na weselu, w pubie z muzyką na żywo czy na dowolnej imprezie? A może po prostu rozglądaliście się ostatnio za jakąś fizyczną aktywnością, która pozwoliłaby wam się razem zrelaksować? Jeżeli chcecie zacząć tańczyć lub po prostu nauczyć się tańczyć inaczej, polecam WCS.

Czym jest West Coast Swing?

West Coast Swing (lub WCS, west) to wciąż rozwijający się amerykański uliczny styl tańca, który zrodził się z Lindy Hopa. Przez pięćdziesiąt lat swojego istnienia silnie ewoluował, adaptując elementy innych stylów. Aktualnie jest to taniec, który można zatańczyć w parze do niemal każdego utworu zasłyszanego w radio.

Dlaczego warto?

WCS jest stylem tanecznym, którego stosunkowo łatwo się nauczyć – wystarczy opanować podstawowy krok i dosłownie kilka figur, by dać się porwać w tańcu. Warto podkreślić, że west pozwala na bardzo dużą swobodę, daje możliwość wyrażenia siebie. Instruktorzy powtarzają, że im lepiej wychodzi nam tańczenie westa, tym bardziej on wciąga.

Nigdy się znudzi

Ważnym atutem WCS jest to, że panuje w nim pełna otwartość na improwizację i tworzenie swojego stylu. Nie ma ograniczeń. Na chwilę obecną udokumentowano ok. 5 000 figur, które są wykorzystywane w tym tańcu. A wciąż powstają kolejne…

 

Więcej:

http://www.projektwest.pl/

Marlena Jaszczak

absolwentka SWPS, kobieta o wielu talentach.

Historia matki i córki z in vitro: Żeby w przestrzeń mówiąc, usłyszeć: Jestem człowiekiem.

in vitro malgosia

Irena nie mogła mieć dzieci. Dwa poronienia, wieloletnie leczenie niepłodności. Zdecydowała się w latach 90. na in vitro. Na świat przyszły dwie dziewczynki – Małgosia i trzy lata później Ania. Obie w 2009 r. zagrały w spektaklu „Bal na Planecie Ziemia”.  O życiu po in vitro, tolerancji, Bogu, spektaklu i polityce z Ireną Kowalewską i jej córką Małgosią – studentką Uniwersytetu Warszawskiego, w ich pięknym mieszkaniu na poddaszu jednej z kamienic na warszawskim Powiślu rozmawia Artur Pastuszka.

AP: Zagrałaś, Małgosiu, w spektaklu, który w dużej części opowiadał o Twoim życiu. Jak czuje się dziecko wcielając się w postać innego dziecka, które ma taką samą historię?

MK: Na pewno było mi łatwiej. Nie musiałam być jakąś spektaklową „Dziewczynką nr 1”, mogłam być sobą. Tylko sceniczna Mama nie była moja. Nie rozumiałam wtedy tego, co mówili aktorzy. Nie miałam pojęcia, kto to jest „Ojciec Dyrektor”…Dopiero teraz, kiedy po latach oglądałam „Bal na Planecie Ziemia” na Youtube, doceniłam, jak inteligentny jest to spektakl; jak wiele wnosi, jak ważne jest to wszystko, co  ja mówiłam, co mówiła tam moja „Matka Ziemia”, „Ojciec Słońce”, pani „Moherowy Beret”, o czym mówiły teksty piosenek… Wtedy ważniejsze było dla mnie to, co się działo na scenie, że teatr, publiczność… Wtedy na tym się skupiałam, że  takie wielkie – „WOW!”

Czy przy tej okazji wróciły wspomnienia?  Pytam o te, które pamięta się latami. Otoczenie zachowuje się w różny sposób, ludzie mają różny poziom wiedzy, tolerancji…

 M.K.: Ja byłam wychowywana tak, że in vitro to jest coś normalnego. Byłam „od zawsze” przeświadczona o tym, że  jedni się rodzą  tak, a inni inaczej. Nie przypuszczałam nawet, że można o in vitro myśleć jak o czymś „złym” czy „nienormalnym”. Nawet jako dziecko, kiedy ktoś mówił o in vitro w jakiś dziwny, nieprzychylny sposób, to ja nie rozumiałam o co chodzi! Ale pamiętam jedną sytuację z okresu, kiedy przygotowywałam się  do spektaklu i pytano mnie, dlaczego ja mam zagrać? A ja mówiłam, że dlatego, że jestem z in vitro, to jakiś chłopak powiedział mi coś nieprzyjemnego. Poza tym – nic. Później, jak już byłam trochę starsza zdarzały się te sytuacje częściej. Jedna była dla mnie bardzo, bardzo przykra. Ale nie czuję, żeby mnie to nadal bolało, bo wiem jak jest naprawdę. Jestem tak wychowana.

A.P.: „Kim jestem, świecie, kim jestem? Czy jestem człowiekiem?!” – pytasz w spektaklu, a echo powtarza – człowiekiem – człowiekiem – człowiekiem… Czy, podobnie jak bohaterka spektaklu, miałaś takie wątpliwości?

M.K.: Nie. Nigdy. No właśnie w tym jest „problem”, że… Nie potrafię tego wyjaśnić… Ja, jako dziecko nie miałam pojęcia, że można to uznać za coś innego, coś wykraczającego poza jakąś normę, że to jakaś „nowość”. Ja nie widziałam tego                  z takiej perspektywy. Później, kiedy zaczęły się dziać te „afery” wokół in vitro, a ja byłam nieco bardziej świadoma, mogłam bardziej zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie myślą o tym  inaczej niż ja.

 

Zatem „Uciekałam i wracałam” to nie jest tekst Twojej piosenki? Nie miałaś ucieczek mentalnych?

 

M.P.: Nie. Ja się chyba nawet trochę tym chwaliłam. Ale wrócę jeszcze do spektaklu. Pamiętam, że, zwłaszcza tą jedną sceną,  bardzo się przejęłam i – kiedy przyswajałam kwestię „Kim jestem, świecie, kim jestem? Czy jestem człowiekiem?” – wiedziałam, że muszę to dobrze zrobić, żeby mówiąc to w przestrzeń, usłyszeć, że Jestem Człowiekiem! Ostatnio wysłałam link do spektaklu swojemu chłopakowi do Londynu… Powiedział, że łezka się kręci i dreszcze idą po ciele.  To było ważne.

Powiedziałaś wcześniej, żekiedy byłaś trochę starsza, zdarzały się sytuacje mniej sympatyczne i była taka, która szczególnie utkwiła w Twojej pamięci… Chcesz o tym opowiedzieć?

M.P.: Tak. Nie ma problemu! Były różne sytuacje. Zdarzyło się, że ktoś w mojej obecności zażartował: „Jak pijesz przez słomkę z szklanki, to na pewno jesteś z probówki”. Zwróciłam uwagę, że nie powinien tak żartować, bo zapewne nie powiedziałby rasistowskiego żartu przy czarnoskórym, a nie wie czy nie jestem z in vitro… Ale to były sytuacje, kiedy mogłam spokojnie wyjaśnić, co leży mi na sercu i nie było mi z tym źle. Bardziej  bolało mnie wówczas to, że przez nieświadomość ludzie mówią takie rzeczy. Ale to było małe piwo, bo zdarzały się też sytuacje, kiedy słyszałam, że nie mam biologicznych rodziców, że jestem wyrzutkiem, jakimś potworem – miksturą ze szklanki. Albo przeczytałam coś w Internecie…

większy fragment rozmowy zostanie opublikowany w numerze wrześniowym Chcemy Być Rodzicami

Artur Pastuszko

Aktor, Dyrektor Generalny i Artystyczny at Open Europe Art. Artur Pastuszko - Platforma Artystyczna. Student 5 roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS

„Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

adopcja

Filmy i seriale często pokazują nam świat takim, jakim chcemy go widzieć. Nie zawsze jest to odzwierciedlenie rzeczywistości. Przykład? Adopcja. Często jej wizja, którą prezentują nam programy rozrywkowe, opiera się na szczęśliwym zakończeniu, fanfarach odnalezionej miłości i połączeniu bratnich dusz. „Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – pisze Al Coates, adopcyjny tata sześciorga dzieci.

Dwa światy

Zderzenie jego relacji i tej prezentowanej przez popularne filmy, zdaje się być sednem problemu. Napływające do oczu łzy słodkich, niekochanych dzieci, które znajdują miłość u dobrych ludzi o wielkim sercu – i żyli długo i szczęśliwie. „Być może. Przez 18 lat jestem adopcyjnym rodzicem i realia życia mojej rodziny nie całkiem są odzwierciedleniem tej narracji” – czytamy w felietonie dla „Huffington Post”.

Autor tekstu opisuje, jak trudno jest spotkać się z realnym odzwierciedleniem życia współczesnej rodziny adopcyjnej. Gdy sam mówi ludziom o swoim doświadczeniu, spotyka się z uśmiechem, przyjacielskim uściskiem ramienia i  podkreśleniem, jak wspaniałe rzeczy robi. Kiedy jednak chce przedstawić codzienne zmagania z rzeczywistością i wyzwaniami swojego rodzicielstwa, ludzie zdają się nie słyszeć i nie rozumieć jego słów. „Problemy z tożsamością, nadmierna czujność, trwanie w nieustannym smutku i długoterminowe fizyczne, emocjonalne i behawioralne wyzwania często są nie do wymazania i wręcz nie do wyobrażenia” – zaznacza.

Współcześnie, duży procent adoptowanych dzieci przeżyło przemocowe i traumatyczne doświadczenia, które zostawiają długi cień na ich życiu. Cień, którego nie można usunąć odrobiną miłości, czystą pościelą, rutyną, piosenką i tańcem” – czytamy.

Nic nie jest czarno-białe

Al Coates podkreśla, że nie wszystko jest takie złe, jak to być może w swoim tekście opisuje. Na pewno jest jednak zupełnie inne od społecznej percepcji adopcji. „Staram się mówić ludziom, że wpływ traumy, straty i separacji jest trwały, a dzieci czasami cierpią” – zaznacza i dodaje, jak wiele rodzin nie jest w stanie poradzić sobie z presją i trudnościami. Potrzebna jest wtedy pomoc oraz wsparcie. Często jednak nawet pomimo tego, dzieci nie pozbędą się trudnych i nieraz szkodliwych strategii radzenia sobie w życiu. Nic dziwnego, bowiem to w końcu one pozwoliły im kiedyś przetrwać. Później przekłada się to niestety nawet na ich dorosłe życie.

Niewątpliwie jest to bardzo mocny felieton poruszający pewien temat tabu. Być może w brutalny sposób mówi o doświadczeniach, które mogą stać się udziałem adopcyjnych rodzin – rodzin, bowiem nie jest to tylko problem dziecka, czy rodziców. To, przez co przechodzą, staje się ich wspólną drogą. Często bardzo wyboistą, na której mecie może nie być złotego pucharu. Czy jednak to jakaś wyimaginowana nagroda jest sednem? Al Coates zdaje się mieć na ten temat inne zdanie.

Coś, co także  wybrzmiewa z opisywanego tu tekstu, to pamięć o tym, że adoptowane dziecko będzie kiedyś dorosłym człowiekiem. Jego przeżycia, jak pisał Coates, odciskają ślad na całym jego życiu. Może to być trudność, ale może także stanowić potencjał. O swojej historii opowiedział w rozmowie z nami Kamil: „Urodziłem się jako Marek przed dwudziestoma dwoma laty (…) Uporałem się już w dużej mierze z odkrywaniem swojej tożsamości i jestem po pierwszej rozmowie z biologiczną matką. Poznałem także większość rodzeństwa. Mówmy o adopcji! Rozmowa daje najwięcej!” – mówił. Grunt to dyskutować otwarcie o wszystkich blaskach i cieniach. Daje to świadomość, ale też szansę na zajęcie się wszelkimi trudnościami i szukanie wsparcia. Wsparcia w zrozumieniu, którego zdaje się potrzebować całe społeczeństwo.

Źródło: „Huffington Post”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Urodowe znaki zapytania – czy przed i po transferze można farbować włosy?

czy przed i po transferze można farbować włosy

Dbanie o siebie to także dbanie o swój wygląd – wszelkiego rodzaju zabiegi kosmetyczne pomagają nam poczuć się atrakcyjnie, dodają pewności siebie, ale też relaksują. Jednym z takich zabiegów jest farbowanie włosów. Powstaje więc pytanie czy przed i po transferze można farbować włosy?

Czy farbowanie ma jakikolwiek wpływ na transfer? Czy mogę iść wtedy do fryzjera? Czy nie zniweczy to moich starań, nie utrudni transferu?” – oto często pojawiające się pytania. Postanowiliśmy o odpowiedź poprosić dr n.med. Patrycję Sodowską, ginekologa-położnika z kliniki leczenia niepłodności InviMed w Katowicach, która na pytanie: „Czy przed / po transferze można farbować włosy? Czy jest to bezpiecznie?” odpowiedziała jasno:

„Nie ma przeciwwskazań”.

Jak wskazują eksperci, nie znaleziono żadnych dowodów na szkodliwe działanie składników znajdujących się w farbach do włosów na niezagnieżdżony jeszcze zarodek. Podobnie w czasie ciąży. Warto jednak pamiętać, że należy unikać amoniaku, stąd też z tego typu farb/kosmetyków lepiej zrezygnować (szczególnie w pierwszym trymestrze ciąży).

Zadaliśmy też inne, często nurtujące przyszłe mamy, pytanie: „Czy występują jakieś inne przeciwwskazani co do zabiegów kosmetycznych, które mogą nie być bezpieczne w trakcie / przed / po transferze?

Nie zaleca się wykonywania zabiegów z użyciem silnych środków chemicznych, z zastosowaniem ultradźwięków oraz zabiegów laserowych” – mówi dr Sodowska.

Sprawdź też:

Plusy i minusy lata – czy przed i po transferze można się opalać?

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

4 składniki, które warto suplementować w czasie starań – poznaj porady lekarza

suplementacja w czasie starań o dziecko

Jałowa żywność, szybki tryb współczesnego życia, stres, mało ruchu na świeżym powietrzu – wszystko to wpływa na niedobory witaminowe, które ma niemal każdy z nas. Szczególnie w czasie planowania ciąży i starań o dziecko warto zadbać o uzupełnienie podstawowych składników.

Dlaczego właśnie wtedy? Bowiem dieta uboga w witaminy i mikroelementy wpływa szkodliwie nie tylko na zdrowie rodziców, ale także ich przyszłych dzieci. Co więcej, oddziałuje również na kolejne pokolenia! Mówi o tym dziedzina nauki nazywana epigenetyką, czyli programowanie żywieniowe: „Są badania wskazujące na to, że jeżeli kobieta w ciąży źle się odżywia, nie bierze witamin, to wpływa na zdrowie nie tylko swojego dziecka, ale także kolejnych pokoleń, czyli wnuków. Dobre odżywianie obniża tendencję u dzieci do cukrzycy, miażdżycy, nadciśnienia, czy choroby niedokrwiennej serca. Co więcej, branie odpowiednich witamin wpływa na nasze geny” – mówi w rozmowie z nami dr n. med. Beata Makowska, specjalista ginekolog-położnik z Kliniki leczenia niepłodności InviMed w Gdyni.

Nasze ekspertka jest zwolenniczką wprowadzania witamin do diety swoich pacjentów. Co jest szczególnie ważne?

Oto 4 składniki, które warto suplementować:
1. Witamina D

Witamina D jest jedną niewielu witamin, które potrafimy produkować sami pod wypływem promieni słonecznych, ale mieszkamy w takim klimacie, gdzie dni słonecznych jest mało. Swego czasu badałam wszystkie trafiające do mnie kobiety właśnie pod tym kątem. Sto procent z nich miało olbrzymie niedobory witaminy D. Jest to niezwykle ważne, bowiem to nie tylko witamina, która wpływa na wchłanianie wapnia i odkładanie się go w kościach, czy w zębach, co jest bardzo ważne w ciąży, przed ciążą i dla małego dziecka. Wpływa ona także na naszą odporność i pomaga chronić przed wystąpieniem nowotworów” – podkreśla dr Makowska.

Co więcej, witamina D zmniejsza też ryzyko wystąpienia wcześniejszej menopauzy, o czym pisaliśmy w naszym portalu [TUTAJ]. Jest to niezwykle ważne, bowiem jak wskazują niektóre dane, około 10 proc. kobiet przechodzi menopauzę już przed 45. rokiem życia.

2. Kwas foliowy

Największe zapotrzebowanie na kwas foliowy mają kobiety w ciąży, ale warto zacząć suplementować go już wcześniej. Warto jednak wiedzieć, jak to robić: „Dużo osób wie, że kwas foliowy trzeba  suplementować, ponieważ jest to witamina zmniejszająca prawdopodobieństwo wystąpienia wad płodu. Jednak już mało kto wspomina o tym, że jest to witamina z grupy B. Witaminy z grupy B lubią  działać „grupowo”. Biorąc kwas foliowy powinno się tak naprawdę przyjmować witaminę B complex, ponieważ obecność kilku witamin z tej grupy zapewnia im lepsze wchłanianie” – słyszymy od dr Makowskiej.

3. Jod

„Jod to mikroelement, którego głównym zadaniem jest regulowanie hormonów tarczycy – na ten cel jest przeznaczanych około 70-80% jodu przyjmowanego z pokarmem” – pisaliśmy w naszym portalu. Podobny wpływ jodu na zdrowie podkreśla ekspertka: „Chodzi tu przede wszystkim o tarczycę, której nieprawidłowe działanie sprawia, że problemy ma cały organizm. Rzadko się o tym mówi, ale jod jest niezwykle potrzebny między innymi jajnikom i piersiom. Co ważne, jest to kolejny składnik, którego wszyscy mamy niedobory” – słyszymy.

4. Cholina

Jest to związek chemiczny niezwykle ważny dla kobiet w ciąży. Pomaga w prawidłowym rozwoju dziecka, ale wpływa też na zdrowie kobiety. „Cholina to także witamina z grupy  B – witamina B4. Wpływa na rozwój łożyska, jego czynność hormonalną, rozwija mózg płodu, wpływa na jego pamięć i oczywiście pomaga także zdrowiu mamy” – mówi dr Makowska. Co ważne, jest to też substancja, która pomaga redukować poziom homocysteiny. „Jest to aminokwas, który powstaje w trakcie przemiany metioniny do cysteiny. Jednym z powodów jego nadwyżki jest mutacja genu MTHFR. Co się wtedy dzieje? Zbyt wysoki poziom tego aminokwasu uszkadza śródbłonek naczyń i jest prawdopodobnie pierwszą przyczyną powstawania miażdżycy tętnic. Jeśli chodzi o problemy z ciążą, to utrudnia zagnieżdżanie się zarodka. Zarodek albo w ogóle nie ma szans na zagnieżdżanie, albo pojawiają się poronienia” – dodaje ekspertka.

A jakie składniki ty suplementujesz?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.