Przejdź do treści

Ważne pytania

32.jpg

Coaching to stosunkowo nowa dziedzina pracy z drugim człowiekiem. W jaki sposób spotkanie z coachem może pomóc, gdy planujemy mieć dziecko?

Coaching kojarzy się przede wszystkim z karierą zawodową. Być może dlatego nie miałam dotychczas klienta, który by przyszedł do mnie na sesję coachingu i od progu oznajmił mi: „Wiesz, staramy się z partnerem o dziecko i jest nam ciężko z tym, że nam nie wychodzi”, albo: „Mój partner nie wie, czy jest gotowy na dziecko”, albo: „Nie mam w tej chwili nikogo, a chciałbym/chciałabym mieć dziecko…”. Nikt mi jeszcze nie powiedział, że chęć bycia rodzicem i ewentualna realizacja tego pragnienia mogłaby być tematem naszej coachingowej współpracy.

Na ogół pierwsze spotkanie dotyczy polepszenia funkcjonowania w pracy, ułożenia sobie relacji z partnerem czy też innych, początkowo niesprecyzowanych obszarów (tzn. klient wie, że coś jest nie tak, ale nie wie co). Szybko jednak temat bycia rodzicem staje się przedmiotem rozmowy. Okazuje się bowiem, że rodzicielstwo jest ważną składową tożsamości, wpływa na określenie własnych pragnień czy sformułowanie zawodowych i prywatnych celów. Bywa to ważne czasem nawet wtedy, gdy rodzicem się nie jest lub kiedyś nie chciało się być. I bywa bardzo ważne, gdy już się rodzicem jest albo chce się nim zostać. Gdy rozmawiam z bezdzietną klientką o jej karierze zawodowej, często pojawia się stwierdzenie: „Nie wiem, jak to będzie, jak to się ułoży, bo chciałabym mieć dzieci. Może jeszcze nie teraz…”.

Sytuacja pozostawania w zawieszeniu jest tym trudniejsza, gdy para już stara się o dziecko. Często okazuje się, że starania są tak absorbujące (zarówno na płaszczyźnie czasowo-organizacyjnej, jak i psychicznej), że nie ma już miejsca w życiu na zajęcie się np. swoim rozwojem zawodowym, hobby czy satysfakcjonującym spędzaniem czasu. Z przyczyn biologicznych dotyczy to częściej kobiet, bo to one przygotowują swój organizm do potencjalnej ciąży. Wiele kobiet w takiej sytuacji utrzymuje zawodowe status quo, obawiając się, że np. zmiana pracy utrudni im starania o dziecko (będzie trudniej na początku wziąć urlop, być może ktoś będzie źle odbierał ewentualne zwolnienia, np. na czas po in vitro itp.). Często również nie starają się o awans, gdyż myślą, że jak zajdą w ciążę, to nie będą mogły dobrze wypełniać bardziej odpowiedzialnych zadań. Chcą być w porządku wobec swoich pracodawców oraz kolegów i koleżanek w pracy i dbają o przyszłe dziecko, a przez to nagle ich rozwój zawodowy i pozazawodowy staje w miejscu. Może się wtedy pojawić frustracja mająca dwie przyczyny: rozczarowanie przedłużającymi się staraniami o dziecko oraz rozczarowanie czy złość wynikająca ze stagnacji zawodowej i często pozazawodowej.

W takim przypadku warto zadać sobie pytanie: Co bym chciała robić, gdybym nie dążyła do macierzyństwa. Jak inaczej wyglądałaby moja praca? Co bym robiła w czasie wolnym? Jak spędzałabym czas z mężem? Jak wyglądałby nasz seks? Warto też wtedy się zastanowić, czego sobie odmawiam z tego powodu, że staramy się o dziecko. I jak takie odmawianie wpływa na moje myślenie o dziecku, z czym mi się to kojarzy. Jak takie odmawianie wpływa na związek, relację z partnerem? Czy starając się o dziecko, nie zapominam o innych swoich/naszych potrzebach?

Na takie pytania i inne pytania odpowiadają klientki podczas sesji life coachingu, czyli sesji coachingowych, podczas których – mówiąc najogólniej – zajmują się realizacją celów życiowych. Zawsze bowiem trzeba pamiętać, że człowiek jest całością. Nie jest tylko pracownikiem, tylko żoną, tylko kobietą, która chce zostać matką. Dlatego czasem jest tak, że podczas sesji coachingu firmowego, poświęconych realizacji celów zawodowych, bardzo dużo rozmawiamy o życiu prywatnym, a czasem na sesji life coachingu szczegółowo zajmujemy się karierą zawodową. Każdy bowiem element naszego życia wpływa na inny. To, jak czujemy się w pracy, wpływa na nasze samopoczucie w domu. Stresowa sytuacja z domu często przenosi się do pracy. Jesteśmy całością. Dlatego dobrze jest dbać o wiele swoich potrzeb, by czuć się z sobą lepiej.

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Sukces programu refundacyjnego w Częstochowie

38.jpg

Urząd miasta w Częstochowie poinformował o pierwszych sukcesach swojego programu refundacyjnego in vitro.

Pod koniec zeszłego roku Częstochowa uruchomiła program refundacyjny in vitro pod nazwą Program Zdrowotny „Leczenie niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego dla mieszkańców miasta Częstochowy w latach 2012-2014″. Do tego programu kwalifikowane są pary spełniające następujące kryteria:

  1. wiek kobiety mieści się w przedziale 20-37 lat wg rocznika urodzenia,
  2. pozostają w związku małżeńskim;
  3. są mieszkańcami miasta Częstochowy,
  4. poddały się wcześniej leczeniu niższego rzędu, które zakończyło się niepowodzeniem lub posiadają bezpośrednie wskazania do zapłodnienia pozaustrojowego,
  5. zostały zakwalifikowane do leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego przez Realizatora Programu, zgodnie z wytycznymi Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu.

Uczestnikom programu przysługuje możliwość jednorazowego dofinansowania do zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego w okresie trwania Programu tj. w latach 2012 – 2014, w wysokości nie więcej niż 3000 zł pod warunkiem przeprowadzenia co najmniej jednej procedury. Pozostałe koszty procedury ponoszą pacjenci.

W zeszłym roku do programu zakwalifikowało się 12 par w wyniku czego urodziło się już troje dzieci: dwie dziewczynki i chłopak. Prezydent Częstochowy każdemu urodzonemu w ramach tego programu dziecku ofiarowuje wózek ufundowany przez firmę Deltim. 

 

źródło: PAP i czestochowa.pl

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Kobieca intuicja

31.jpg

Przeczytajcie fragmenty artykułu, który ukaże się w pierwszym numerze naszego Magazynu.

Kiedy wymyśliliście, że chcecie mieć dzieci?

To było tak ze trzy, trzy i pół roku temu, jakiś rok po naszym ślubie. Za mąż wyszłam już po trzydziestce. To jest taki moment dla kobiety, że jeśli chce mieć dziecko, to już wtedy powinna ona o tym pomyśleć. Ja wówczas oczywiście jeszcze tego nie wiedziałam. Mój mąż ożenił się ze mną tuż przed czterdziestką. Pobraliśmy się zatem, będąc już dojrzałymi ludźmi. Każde z nas wiedziało, że chciałoby mieć kiedyś dzieci. I pewnego dnia doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy, żeby nasza rodzina była pełniejsza. Ta decyzja przyszła naturalnie. Przyznam jednak, że pewne znaczenie miało też to, że wielu naszych znajomych też ma już dzieci.

I jakie były Wasze pierwsze kroki, kiedy już podjęliście decyzję o dziecku?

Zabraliśmy się do roboty (śmiech). Czyli odstawiliśmy środki antykoncepcyjne. Powiedziałam też o tym swojemu ginekologowi i on zlecił mi zrobienie wszystkich podstawowych badań. Chodziło o sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku. No i po jakimś pół roku okazało się, że wciąż nam się nie udaje zajść w ciążę. A ponieważ mamy już swoje lata, to tak długi okres niepowodzenia jest wystarczającym powodem do tego, żeby się zainteresować tym, dlaczego tak się dzieje. Mój ginekolog nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Jak sam stwierdził – nie ma do tego wystarczających kompetencji. Poradził, żeby zgłosić się do kliniki leczenia niepłodności.

Tak od razu stwierdził, że jesteś niepłodna?

Ależ skąd. Skierował mnie tam, ponieważ byłam już po trzydziestce i minęło już pół roku starań o dziecko, a ja wciąż nie byłam w ciąży. Dla niego to były wystarczające powody do tego, bym zgłosiła się do kliniki. Tam mieli znaleźć przyczyny, dlaczego tak się dzieje, i mi pomóc.

 […]

Do kliniki NFZ po raz pierwszy poszliście razem czy poszłaś sama?

Poszłam sama. Od razu też się zapisałam na wizytę. Udało mi się to tylko dlatego, że wcześniej zdobyłam skierowanie od zaprzyjaźnionego ginekologa. Poszłam do tego lekarza, który akurat przyjmował. Opowiedziałam całą swoją historię, a on od razu skierował mnie na badanie HSG, a więc badanie drożności jajowodów. Chciał się dowiedzieć, czy w ogóle jest sens robić inseminację. O dziwo, mimo że wszystko się odbywało w klinice publicznej, na badanie HSG trafiłam bardzo szybko. Zapisałam się na nie 20 lutego, a już 4 marca miałam je zrobione. Oczywiście były kolejki i może rzeczywiście czasami w klinice był bałagan – dokładnie taki, jak się o tym mówi – ale muszę też przyznać, że ogólnie rzecz biorąc, wszystko całkiem nieźle funkcjonowało.

I jakie były wyniki HSG?

Wszystko wyszło prawidłowo. Lekarz zapoznał się z badaniami nasienia mojego męża i moimi i uznał, że pierwszym krokiem, jaki należałoby podjąć, powinna być inseminacja. I na koszt NFZ też można było ją zrobić.

I tam ją zrobiliście?

Zrobiliśmy ich nawet sześć. To zresztą było bardzo dobrą wolą tego lekarza, bo z reguły robi się trzy-cztery inseminacje. Z jakichś przyczyn widział szansę na to, że zabieg powinien się udać, mimo że inseminacja ma bardzo mały procent skuteczności. Nie wiem, czy zrobiłabym ich tyle, gdybym musiała za nie płacić.

A powiedz mi, jakie były Wasze reakcje, kiedy pierwsza inseminacja się nie udała?

Za każdym razem się bardzo dziwiliśmy. Być może w momencie, gdyby lekarz zdiagnozował u któregoś z nas poważne schorzenie, tobyśmy się z tym pogodzili. Ponieważ jednak nikt nie znalazł nic konkretnego, a my uważaliśmy, że jesteśmy zdrowi, przyjmowaliśmy wyniki zabiegu z niedowierzaniem.

 […]

Czy lekarz Wam mówił Wam, jaki jest procent powodzenia przy pierwszym in vitro?

Oczywiście. Że to jest ok. 30 do 40 proc. Więc bardzo dużo. Gdybyśmy mówili, że to jest ryzyko zachorowania na bardzo ciężką chorobę, tobyśmy wszyscy się obawiali, że ją będziemy mieli. Kiedy jednak mówimy, że to jest szansa na to, że coś się uda, od razu zauważamy, że jest ona mniejsza niż połowa. A więc znalezienie się w tej grupie większości, której się nie udało, o niczym tak naprawdę nie przesądza. Dlatego bardzo szybko zdecydowaliśmy się na drugie in vitro, tym razem w Białymstoku.

Co tam się wydarzyło?

Pojechaliśmy na rozmowę do jednego lekarza, tego samego dnia byliśmy umówieni z kolejnym, w innej klinice. Potem poszłam do jeszcze innej kliniki. Tam spotkałam się z zupełnie przypadkowym lekarzem, który mi się strasznie nie spodobał. Zlecił mi natomiast jedną rzecz: żebym zrobiła sobie badanie swojej rezerwy jajnikowej. I wtedy się okazało, że jest ona bardzo niska, znacznie poniżej normy. Okazało się nawet, że moja rezerwa jest na wyczerpaniu. I w tym momencie nasze szanse, moje i mojego męża, „wyrównały się”. Jego wspominanie na temat jakości jego plemników stało się wówczas trochę bezsensowne. Kontrargumentowałam wtedy: „Dlaczego plemniki, skoro moje jajeczka są niedobre?”. Wtedy też zaczęłam poszukiwać informacji na temat niskiej rezerwy jajnikowej. I wyszło na to, że jej niski poziom może mieć większy wpływ na niepowodzenia naszych procedur niż jakość plemników, na której się dotychczas koncentrowaliśmy.

Czyli Twoja intuicja, żeby sprawdzić, czy u Ciebie wszystko jest w porządku, okazała się słuszna?

Tak. Niby wszystko działało u mnie jak należy, ale rezerwa była na dużo większym wyczerpaniu, niż optymistycznie zakładał pierwszy lekarz. A tak naprawdę wyniki badań FSH – w tym czasie zaczęłam je sobie robić co miesiąc – za każdym razem pokazywały, że ta rezerwa nie wygląda dobrze. To były wyniki znacznie poniżej normy, nawet moja cztery lata starsza siostra miała większą rezerwę jajnikową.

[…]

Czy ktoś z Wami konsultował liczbę podanych zarodków, czy zrobił to samodzielnie lekarz?

On zawsze mówił o tym, że będą podane dwa zarodki. Nikt mi nigdy nie zaproponował innej liczby, ale wydaje mi się, że gdybym zażyczyła sobie, by podano mi jeden, to pewnie tak by się stało. Na większą liczbę lekarz niekoniecznie by wyraził zgodę. Pamiętam, że do pierwszego in vitro były przygotowywane trzy zarodki i lekarz ustalał ze mną, ile ich podać – dwa czy trzy. Miałam wtedy ogromny dylemat: obawiałam się, że jak zostaną mi podane trzy, to urodzę trojaczki, a tego naprawdę się bałam. Lekarz na szczęście odradzał podanie trzeciego zarodka. Mówił, że jest bardzo złej jakości. Tak rzeczywiście musiało być, bo potem nawet nie chciał go zamrozić.

Czy po podaniu zarodków wydarzyło się coś szczególnego?

Jak zwykle było czekanie, ale tym razem trochę inne. Napięcie było wyraźnie mniejsze, ale w moim przypadku wynikało to z tego, że pesymistycznie podchodziłam do tego, że in vitro się powiedzie. Uważałam, że one się nie przyjmą. Powiedziałam nawet, że kobieca intuicja jest niezawodna, a ja sama nie czuję, żebym była w ciąży. Czułam się dokładnie tak jak po każdym in vitro – poszczególne objawy znałam już na pamięć.

Ale wyszły jednak te dwie kreseczki?

[..]

Odpowiedź Uli i cały wywiad przeczytacie w pierwszym numerze Magazynu Chcemy Być Rodzicami.

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.