Przejdź do treści

Teoria wszystkiego – Człowiek jest mocny

644.jpg

Stephen Hawking w 1961 roku był doktorantem fizyki w Cambridge. Miał wtedy trochę ponad 20 lat, marzenia i plany na przyszłość. Do życia podchodził lekko, z żartem i dystansem, które w żaden sposób nie kolidowały z jego genialnym umysłem. Niebywała inteligencja i poczucie humoru szły ze sobą w parze – Hawking nie narzekał na brak przyjaciół, zarówno wśród studentów uczelni, jak i samych wykładowców. Ci widzieli w nim niezwykłą osobowość, od której mogli czerpać wręcz inspirację garściami. To też przyciągnęło Jane Wilde, studentkę iberystyki – piękną, ambitną i głęboko wierzącą. Szybko zakochali się w sobie, ale na drodze ich szczęścia stanęła nieuleczalna choroba.

Wspomnienia Jane stały się kanwą scenariusza „Teorii Wszystkiego”. Wyprodukowany w dość hollywoodzkim stylu wydaje się historią, w którą po prostu się wierzy, taką, do której każdy może się odnieść i znaleźć odpowiedź na te najprostsze i te najtrudniejsze pytania. Oglądając, ma się wrażenie pełnego współuczestnictwa – niewiele trzeba, by się wyłączyć, wzruszyć, poczuć właściwie każdym porem, że ogląda się dzieło niemal wybitne. Niemal, bo twórcy momentami operują patetyzmem, ale tylko momentami. Możliwe, że największa zasługa w tym aktorów. Eddie Redmayne miał niełatwe zadanie, bo musiał zagrać prawdziwego człowieka, którego zna właściwie każdy – TEGO  Hawkinga. 33-letni Brytyjczyk stanął na wysokości zadania, bo po prostu jest Hawkingiem. Na ekranie przechodzi ogromną, bolesną przemianę –wesoły, aktywny fizycznie mężczyzna staje się z czasem zależną od innych, zupełnie niepanującą nad ciałem wersją samego siebie. Najbardziej uderzającą sceną, od której widać, jak wybitnym Redmayne jest aktorem, wydaje się ta, kiedy Jane zmusza chorego już Stephena do gry w krykieta. Ten na plączących się nogach, biega za kulami jak oszalały, próbując jeszcze z tak wielką zaciekłością, pokazać, że może, że jest w stanie to zrobić. A widz, podobnie jak Jane, nie może powstrzymać łez. To, co dzieje się później, dotyka coraz bardziej. Etapy postępującej choroby widać z kolejnymi scenami, przechodzą one bardzo płynnie, podobnie jak emocje, które im towarzyszą. Fizyczny aspekt nie jest jednak pierwszoplanowy, ale to, w jaki sposób wpływa na  dotkniętego chorobą człowieka i ludzi wokół. Felicity Jones jako Jane w kreowaniu postaci nie ustępuje filmowemu mężowi. Jest poruszająco nieustępliwa, odważna, silna. Bardzo łatwo się z nią utożsamić, bo nie wywołuje łzawego współczucia czy podziwu na pokaz. Nie gra agresywnie, jest niejednoznaczna, albo właściwie rzecz ujmując: po prostu ludzka.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Między głównymi postaciami czuć porozumienie ciał i dusz, razem są doskonali. Osobno również. Ich związek przypomina każdy inny. To, co między nimi się dzieje dotyka bardziej – ale nie dlatego, że Hawking jest chory. I właśnie to stanowi clou historii, którą koniecznie trzeba poznać. Pozwoli bowiem przypomnieć sobie, dlaczego życie to fascynująca podróż i jak powiedział Hawking, dopóki trwa, dopóty jest nadzieja.

Film „Teoria Wszystkiego” w kinach od 30 stycznia.

Karolina Błaszkiewicz

dziennikarka. Związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami i z natemat.pl