Przejdź do treści

„Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski” – obok historii tej ciąży nie da się przejść obojętnie!

Podobno każdy z nas ma do przejścia jakąś drogę. Ścieżka, która doprowadziła Anetę i jej męża do ciąży, zdecydowanie nie była usłana różami. Guz na jajowodzie, niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, 2 procent prawidłowych plemników… 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

– Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! –poznaj historię, która daje nadzieję i siłę.

Pani droga do ciąży była wyjątkowo kręta…

Aneta Religa: Mam już 9-cio letniego syna, który jest dzieckiem z pierwszego małżeństwa. 4 lata temu ponownie wyszłam za mąż i chcieliśmy mieć z mężem wspólne dziecko. W nasze pierwsze święta siedzieliśmy przy stole, dopadł mnie mocny ból i wylądowałam w szpitalu. Okazało się, że mam na jajowodzie guza wielkości pomarańczy – po prostu się z nim skręcił. Musiałam być operowana.

Jajowód ocalał, natomiast miałam mieć na uwadze, że mogą pojawić się jakieś zrosty, gdybyśmy planowali kiedyś dziecko. No i nie mogłam zachodzić w ciążę przez pierwszy rok – blizna była jak po cesarce.

Minął ten czas i zaczęliśmy nasze starania. Mój mąż ma pracę wyjazdową, jest kierowcą ciężarówki. Na szczęście po Polsce, więc w weekendy jest w domu, ale utrudniało to sprawę. Wciąż i wciąż nie udawało się. Poszliśmy do jednego lekarza, dał nam luteinę. Poszliśmy do drugiego, dał nam clostilbegyt i nic. Porobiłam w międzyczasie badania, wyszła mi niedoczynność tarczycy, więc dostałam jeszcze leki na tarczycę. Potem okazało się, że mam policystyczne jajniki. Walczyliśmy dalej.

Minął rok  bez efektu i zaczęliśmy się poważnie martwić. Co więcej, mąż ma prawie 40 lat i taką, a nie inną pracę. Trwała wtedy akcja „Płodny polak” w klinice Bocian w Katowicach. Poszliśmy na badania nasienia. One też nie wyszły rewelacyjnie – tylko 2 proc. prawidłowych plemników. Od razu była też konsultacja z lekarzem. Zobaczył całą historię choroby i wszystkie dane. Powiedział, że raczej nie mamy co liczyć na cud i powinniśmy pomyśleć o podejściu do inseminacji.

To wszystko działo się w ciągu roku?

Nie, wtedy trwało to już dużo dłużej. Rok próbowaliśmy opcji na NFZ. Chodziliśmy do ginekologa, który dawał mi stymulację, robiliśmy badania itd. Jednak po clostilbegyt’cie, który wywołuje owulację i nie powinno być problemów, lekarz zasugerował, żeby badania zrobił też mąż. U mnie te wyniki są jakie są –  jest niedoczynność, są policystyczne jajniki, ale owulacja była wywoływana. Natomiast u męża nie badaliśmy dotąd nic, poza podstawową morfologią. Pojawiło się więc pytanie – leczyć mnie, czy męża? Okazało się, że obydwoje.

Poszliśmy w końcu na badania nasienia i stwierdziliśmy, że nie chcemy tracić więcej czasu na lekarzy w standardowych przychodniach.  Nie do końca znają się oni na leczeniu niepłodności. Owszem, dają stymulację, ale nie każdy mówi na przykład o monitoringach. Ja posiłkowałam się internetem, czy też testami owulacyjnymi. Pół roku spędziliśmy z testami właśnie i brzydko powiem – robieniem dziecka mechanicznie.

Podejrzewam, że u wielu par wygląda to podobnie. Jest już tak ogromne parcie, żeby tego malucha mieć… Po konsultacjach poradzono nam jednak trzy próby inseminacji, a później in vitro. Nie było już sensu bawić się w nieskończoność innymi metodami.

Uznaliśmy, że podejdziemy do inseminacji z początkiem nowego roku – żeby był to symboliczny nowy start. Odpuściliśmy więc totalnie. Swoje wyniki znaliśmy, wiedzieliśmy więc, że mamy niewielkie szanse drogą naturalną. Zdaliśmy się na medycynę, bo już nic nie mogliśmy innego wyczarować.

I wtedy pojawiła się niespodzianka?

Któregoś dnia mieli przyjechać do nas znajomi. Miała być impreza z alkoholem. Dzień wcześniej pomyślałam sobie, że już długo spóźnia mi się okres – około 10 dni. Z tą moją tarczycą nie robiłam sobie wielkich nadziei. Wszystkich testów zrobiłam już chyba z 80… Nieraz okres spóźniał mi się nawet dwa tygodnie, więc przez tyle czasu robiłam nawet po dwa testy w miesiącu.

Nie chciałam jednak sprawdzać tego przy mężu, ani mu o tym mówić. Chciałam zrobić test tylko dla świętego spokoju i wiedzieć, czy na pewno mogę jakiegoś drinka na tej imprezie wypić. Byliśmy wtedy w sklepie. Zapomnieliśmy czegoś i mąż poszedł to jeszcze dokupić. Ja w tym czasie szybko pobiegłam do apteki, kupiłam test i zrobiłam go w toalecie obok. Miała to być tylko formalność – wiedziałam, że na pewno będzie „nie”. Automatycznie wyrzuciłam nawet opakowanie. Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! Byłam w ogromnym szoku, to było wręcz nierealne.

Schowałam ten test i poczekałam aż mąż dokończy zakupy. Tego dnia był bardzo zmęczony. Było późno w nocy, a tu jeszcze trzeba gotować – bo ci znajomi, bo ta impreza. A mi jak na złość się „miska cieszy”.

Mąż zapytał zdziwiony, dlaczego jestem taka radosna. Odpowiedziałam: „Wiesz, tak jakoś specjalnie w tym roku nie obchodziliśmy rocznicy ślubu. Zadaje mi się jednak, że zrobiliśmy sobie prezent i coś nam po niej zostało”.

Dałam mu test, pod tym sklepem… Był z nami jeszcze syn, który w ogóle nie wiedział co się dzieje. Mąż też początkowo zapytał, co to znaczy. Powiedziałam, że będzie tatą. W tym momencie popłakał się, obok syn zaczął szaleć, cieszyć się i tulić. Mąż musiał dobre 20 minut odczekać, tak zalał się łzami. Ja sama byłam w szoku, dalej to do mnie nie docierało.

Wyobrażam sobie, że rzeczywiście mogło być pani trudno w to uwierzyć. Po tylu latach starań.

Tak, zaczynając od operacji, którą miałam zaraz po ślubie. Początkowo lekarze leczyli mnie na kolkę nerkową. Oczywiście chodziłam w tym czasie do ginekologa, ale robiono mi tylko standardowe badania, nikt nie zlecił USG. Pojawiały się jednak bóle, dwa razy byłam nawet na pogotowiu, ale lekarze nie robili w ogóle żadnych badań. Stwierdzili z objawów, że jest to kolka nerkowa.

Jednak po ataku w święta zrobili mi tomografię. Lekarka powiedziała wtedy, że z nerkami jest wszystko dobrze i nie jest to żadna kolka nerkowa. Jest za to bardzo duży guz na jajowodzie. Co więcej, jestem też obciążona jeśli chodzi o sprawy nowotworowe w rodzinie. Mama zmarła na raka, jej brat ma raka, siostra mojego taty wygrała z chorobą. Kiedy powiedzieli mi więc, że jest to coś nowotworowego, bałam się. Zasugerowano, żeby wraz z nowotworem usunąć też jajowód. A najlepiej oba i absolutnie nie brać już nigdy antykoncepcji hormonalnej. Jednak ze względu na wiek – miałam wtedy 26 lat –  lekarze stwierdzili, że decyzję podejmą dopiero kiedy mnie otworzą podczas operacji.  Na szczęście to wszystko się dobrze skończyło i ocalono jajowód.

Byliście jednak w tym wszystkim od początku z mężem razem.

Byliśmy. Mój mąż jest bardzo dobrym i rodzinnym człowiekiem. Nieraz bardzo źle mówi się na temat kierowców, a on jest świetnym ojcem i mężem, który angażuje się w sprawy najbliższych. Bardzo się ucieszył na wieść o ciąży –  oglądał już nawet wózki, umówił lekarzy. Myślę, że również musi w jakiś sposób nadrobić ten czas, kiedy go nie ma w domu. Też to mocno przeżywa i na pewno nie będzie tak, że wszystko zostanie zrzucone na mnie. Cieszę się, bo nasze dziecko jest naprawdę wyczekane. Co prawda było planowane na ponad rok temu… ale wyszło inaczej.

Jeszcze bardziej wyczekane, jeszcze bardziej kochane.

Na pewno. Cudownie byłoby gdyby to jeszcze była córka, bo mamy trzech synów. Mąż ma dwóch 11-letnich chłopaków z pierwszego małżeństwa. Mój syn jest od nich dwa lata młodszy. Walczyliśmy już tylko o wspólne dzieci. Jeśli będzie dziewczynka – super. Jeśli nie, to będzie czwarty chłopak do kompletu. Byleby szczęśliwie do końca.

A czy jest może coś, co mogłaby pani poradzić parom będącym w podobnej sytuacji do waszej?

Sugerowałabym, że jeżeli dłuższy czas nie udaje się zajść w ciążę, lepiej nie chodzić po zwykłych ginekologach, tylko udać się do profesjonalistów. Wbrew pozorom nie są to jakieś bardzo duże koszta. Dzięki specjalistom zaoszczędzimy sobie nerwów, stresu, będziemy wiedzieć, w którym iść kierunku, na co się szykować. Nie ma co zdawać się na lekarzy, którzy będą błądzić po omacku.

Wykwalifikowani specjaliści naprawdę widzieli już wiele trudnych przypadków. Warto się też do nich udać chociażby ze względu na związek, który na tym wszystkim cierpi. Ile ja testów robiłam w tajemnicy przed mężem… Żeby nie widzieć jego smutku i rozczarowania, że znowu nie wyszło.

Komfort psychiczny rodziców, to też komfort dziecka.

Nasze dziecko jest szczególnie wyczekane, wystarane i upragnione. Duże znaczenie ma zapewne wiek – ja mam 32 lata, mąż już prawie 40. Jesteśmy na takim etapie życia, gdzie decyzje podejmowane są bardziej świadomie. Nie jest to żadna wpadka, tylko dziecko z prawdziwej miłości. Nie mówię, że nasi synowie z miłości nie są – jak najbardziej są. Też byli wystarani i wyczekani. Jednak inaczej podchodzi się do życia mając 20-kilka lat.

Może także dzięki temu, w jakim wieku jesteśmy, mieliśmy świadomość do kogo się zwrócić. Do specjalistów, a nie lekarzy, którzy dają fałszywe nadzieje. Ja i wielu moich znajomych niestety także i na takich trafialiśmy. Na szczęście finalnie wszystko się dobrze skończyło i co ma być, to będzie. Byleby dziecko było zdrowe – z takiego założenia wychodzimy.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Słowa, które leczą. Wirtualne wsparcie po diagnozie MRKH [LIST]

Kobieca dłoń obemuje filiżankę z kawą, obok kolorowe kwiaty i książka z motywcyjnym cytatem /Ilustracja do tekstu: Wirtualne wsparcie po diagnozie MRKH
Fot.: Pixabay.com

MRKH obiło Cię z każdej strony – obiło rodzącą się w Tobie kobiecość i seksapil, prawym sierpowym sprzedało cios prosto w macierzyństwo, gdzieś z łokcia dostałaś po pewności siebie. Choć niepewnie się to wszystko zaczyna, masz nadzieję, że jednak odpiszę – kompletnie mnie nie znając.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

XXI wiek rządzi się swoimi prawami. Szeroko rozwinięte social media pokazują nam skrawki z życia zwykłych ludzi – wiemy, gdzie idą, co robią, co piją, jakie kwiaty kupują, po co robią to, co robią, i jaki widzą w tym sens. Jestem z pokolenia, dla którego Facebook, Instagram czy Snapchat to nie nowość, a narzędzie komunikacji umożliwiające kontakt nie tylko z osobami najbliższymi, ale też tymi kompletnie mi nieznajomymi. Ale! Żeby podreperować reputację człowieka XXI wieku, powiem szczerze, że brakuje mi pisania listów.

Będąc jeszcze nastolatką, pisałam listy ze swoją koleżanką z Bydgoszczy. Pamiętam, że kiedy widziałam przez szpary skrzynki pocztowej białą albo kolorową kopertę, na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. A po nim – grymas zniecierpliwienia – bo klucz miała mama, więc sama tej skrzynki na dany moment otworzyć nie mogłam. Czekałam i ćwiczyłam cierpliwość, a potem z lubością rozrywałam kawałki koperty, by dostać się do krótkiej historii z życia gimnazjalistki.

Dziś jest trochę inaczej. Siadam przy biurku, naciskam magiczny przycisk i… klik! Mam wiadomość. Otwieram wirtualny list od Ciebie, siedemnastej z kolei. Od siedemnastej trochę zagubionej, lekko nieśmiałej i obawiającej się mojej reakcji bo oddajesz mi przecież klucz do swojej intymności. Czytam z zapartym tchem o tym, jak starasz się poradzić z diagnozą. Moje oczy pędzą po torze liter składającym się na historię Twojego istnienia, a właściwie chwilowego upadku.

ZOBACZ TEŻ: Urodziłam się bez macicy

Dostrzec jasne barwy

MRKH obiło Cię z każdej strony – obiło rodzącą się w Tobie kobiecość i seksapil, prawym sierpowym sprzedało cios prosto w macierzyństwo, gdzieś z łokcia dostałaś po pewności siebie. Choć niepewnie się to wszystko zaczyna, masz nadzieję, że jednak odpiszę – kompletnie mnie nie znając, nie widząc koloru moich oczu, zapachu zielonej herbaty stojącej w srebrnym kubku czy sposobu w jaki układam swoje nogi, kiedy siedzę. Piszesz do mnie i masz nadzieję, że dam Ci znać chociaż jednym zdaniem.

Dwa lata temu założyłam bloga, by pokazać innym, czym jest MRKH. Jak każda kobieta chciałam przeżywać z Tobą swoje kryzysy, swoje smutki, ale też dzielić się chwilami najszczerszego piękna. Pokazywać Ci każdego dnia, że szczęście wali do mnie z każdej strony – od tej normalnej, kiedy tańczę na przystanku, i od tej, kiedy łzy radości zraszają mi policzki. Chciałam i chcę pokazywać Ci, jak można zżyć się z diagnozą, jak ją polubić – mimo kryzysów. I dałam Ci też adres, na który możesz napisać do mnie każdego dnia, o każdej porze. Dzięki temu chciałam, byś uwierzyła, że nie można się bać, a z MRKH można być PIĘKNĄ.

Pogotowie mailowe po diagnozie MRKH

Siedemnaście razy mój adres mailowy stał się dla kogoś ostoją, opieką, cieniem rzuconym w słoneczny dzień, ochłodą, otrzeźwieniem. Kołem ratunkowym. Takim niecodziennym pogotowiem, które odpowie na każde wezwanie.

Najczęściej zadawane pytania czy prośby dotyczyły lekarzy, u których można dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej rzadkiej choroby. Na następnym miejscu uplasowała się niewiedza, z czym się „je” całego Rokitańsky’ego – jak wygląda diagnostyka, przebieg operacji i pielęgnacja po niej. Jednakże największym problemem, z którym wielokrotnie spotkałam się w tych siedemnastu mailach, był strach przed zawarciem związku partnerskiego. W mojej głowie zawsze rodziło się wtedy pytanie: dlaczego takie kobiety, jak my, nie mają wsparcia ze strony psychologa czy seksuologa, który podpowiedziałby, jak w takiej sytuacji się zachować, jak znaleźć partnera i co najważniejsze – jak powiedzieć mu o chorobie?

Na te i wiele innych pytań staram się odpowiadać systematycznie z wielką dokładnością, cierpliwością, zasobem wiedzy czy wsparciem na tyle ogromnym, by odbiorca po drugiej stronie poczuł moc wirtualnego listu. Za każdym razem, odpisując, mam nadzieję, że przez sieć tego całego zero-jedynkowego systemu przecieknie pewność siebie, którą chcę podarować każdej kobiecie z MRKH. I wiem, że ten konkretny mail wnosi do życia MRKH-owskich dziewczyn wiele dobrego.

PRZECZYTAJ TEŻ: Kiedy lekarz jest pacjentem…

Tagi:

Agnieszka Wasilewska

Studentka pielęgniarstwa AHE w Łodzi, pedagog, animatorka zabaw dla dzieci i wolontariuszka Fundacji DKMS Polska. Miłośniczka zielonej herbaty i dobrych kryminałów. Nie wyobraża sobie życia bez pomagania – to jeden z czynników, który napędza ją do działania i do życia. Bo troska o jednego człowieka to miłość, ale o wiele osób – to pielęgniarstwo.

„Jest pani przypadkiem jeden na milion”. Endometrioza i farmakologiczna menopauza nie przekreśliły jej marzeń

endometrioza a ciąża
fot. unspash.com - Andrew Seaman

Karolina to prawdziwa wojowniczka. Chociaż cierpi na endometriozę, choroba nie przekreśliła jej największych pasji, czyli malowania i pisania. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie- stała się dla Karoliny inspiracją. Poznaj historię naszej bohaterki i dowiedz się, w jaki sposób pomimo endometriozy i wprowadzenia w stan farmakologicznej menopauzy udało jej się naturalnie zajść w ciążę.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W maju 2008 roku po wielu miesiącach kuracji hormonalnej okazało się, że mam dwie duże torbiele na obu jajnikach. Szybko trafiłam na stół. Kiedyś nie było takich problemów jak teraz, gdzie czytam, że dziewczyny czekają miesiącami na zabieg. Ja czekałam niespełna miesiąc.

W szpitalu usunięto mi obie torbiele. Podczas laparoskopii okazało się „przy okazji”, że ogniska endometrium mam rozsiane po całej jamie otrzewnej. Były w zatoce Douglasa i w miednicy mniejszej. Na obchodzie po zabiegu, dowiedziałam się, że udrożniono mi przy okazji jajowody, choć nie było o tym nawet najmniejszej wzmianki na wypisie.

Ordynator nie miał dla mnie dobrych wieści. Powiedział mi, że, tu cytuję: „u pani bez in vitro się nie obejdzie”. Pamiętam jego słowa doskonale, bo długo wbijały mi się jak szpilki w umysł i serce. Do domu wróciłam po kilku dniach.

Zobacz także: Z endometriozą w gabinecie. Prawdziwe historie pacjentek

Farmakologiczna menopauza pozostawała jedynym rozwiązaniem

Po dwóch tygodniach od zabiegu trafiłam do mojego ginekologa, który mnie uspokoił, mówiąc, że mimo iż moje jajniki to w konkursie piękności nie mogą startować, to je mam. Mam też macicę i drożne jajowody, więc prawie wszystko, co jest potrzebne do zajścia w ciążę.

Wiadomo, bez pierwiastka męskiego nic się nie da zrobić, dlatego mówię, że prawie wszystko. Po kolejnych dwóch tygodniach miałam jeszcze jedną kontrolę. Nim zdążyłam zejść z leżanki już miałam łzy w oczach.

Torbiele odrastały. Upłynął dopiero miesiąc od zabiegu, a już pojawiły się nowe. Nie były takie okazałe jak te, które mi operowano (6,5 i 5,8 cm) ale ewidentnie odrastały. Mój, widać było, że zmartwiony lekarz postanowił wprowadzić mnie w stan farmakologicznej menopauzy.

Jak to miało wyglądać? Tu też pozwolę sobie wpleść fragment mojej książki:

Miałam w aptece zakupić 3 zastrzyki. Każdy kosztował 500 zł i każdy miał sprawić, żebym z ginekologicznego punktu widzenia stała się babcią. Każdy zastrzyk miałam przyjmować co miesiąc. Nie pamiętam już dokładnie, kiedy miałam zacząć, ale pamiętam doskonale, że jeździłam do pielęgniarki, bo sama nie umiałam się ukłuć. Wywoływało to we mnie bardzo nieprzyjemne uczucie. Trochę odrazy, trochę strachu, trochę – O matko! Ja tego nie zrobię!

Po pierwszym zastrzyku miałam nie mieć miesiączki. W końcu menopauza, to menopauza. Jak mocno się zdziwiłam, kiedy jednak się pojawiła. Skończyło się badaniem, które nie wykazało żadnych nieprawidłowości.

Zobacz także: Ciąża po menopauzie jest niemożliwa? Jej przypadek temu przeczy!

Zaskoczeń ciąg dalszy

Tak się ponoć nie dzieje. Jak widać moja przysadka miała inne zdanie na temat odbywanej menopauzy niż było przewidziane. Przyjęłam to do wiadomości. Grunt, że torbieli nie było.

Dowiedziałam się za to, że po drugim zastrzyku, to już okresu na pewno mieć nie będę. Czyżby? Był. O czasie, co do dnia. Znów badanie i brak wyjaśnienia. Mi już było wszystko jedno. Byle ten szajs na moich jajnikach się nie pojawiał.

Niestety farmakologiczna menopauza wiązała się z całym hormonalnym bajzlem opisywanym wówczas przez moja mamę, która to akurat przechodziła ją naturalnie. Czyli raz było mi gorąco, za chwilę zimno. Płakałam bez powodu, po czym śmiałam się jak wariatka z głupot. Czułam się okropnie rozchwiana i miałam lęki. Czułam się słabo, albo jakby rozpierała mnie energia. Coś okropnego.

W końcu przyszła pora na trzeci i ostatni zastrzyk. Tu, uwaga! Uwaga! „Pani Karolino, po ostatnim zastrzyku proszę już spokojnie czekać na miesiączkę”.

Zobacz także: Dr Jan Olek odpowiada czytelniczkom, jak leczyć endometriozę. „Czasem można oszukać przeznaczenie”

Endometrioza a ciąża. Czy to w ogóle możliwe?

Torbieli nadal nie było. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy takowa miesiączka się nie pojawiła. Po kilku dniach od „terminu”, zadzwoniłam ponownie do lekarza. Ponownie trafiłam na kozetkę. I szok!

Jaki? Największy, jaki w życiu przeżyłam, wliczając wszystko co spotkało mnie do dnia dzisiejszego! Byłam w ciąży!!! Lekarz, naprawdę dobry lekarz, który swego czasu był ordynatorem ginekologii w szpitalu, którego praktyka lekarska grubo przekraczała 20 lat, był tak zdziwiony, że przez chwilę odebrało mu mowę. Dopiero po pewnym czasie, który wydawał się dla mnie przysłowiową wiecznością, wycedził:

Jest pani, jak jeden przypadek na milion.

Pamiętam, że się trzęsłam. Do dziś widzę, jak na monitorze USG pokazuje mi palcem pęcherzyk. Nie był on tam, gdzie powinien, ale był. Nie pytaj mnie gdzie był, nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że nie był zagnieżdżony w macicy.

Badanie trwało długo. Za długo, jak na fale emocji, które mnie zalewały. Pytania wdzierały mi się go głowy jedno za drugim. Nic nie mówiłam. Tylko słuchałam. Słuchałam tego, co mówi lekarz i tego, co krzyczy moja głowa. Co z tego pozostało mi w pamięci?

„Ciąża?!!! Jak to możliwe?! Jeden na milion?! Ale jak to możliwe?! Przecież ja nie mogę mieć dzieci bez in vitro?! W sumie, jak to on mówił? Ma pani dwa jajniki, drożne jajowody i macicę, więc szansa jest…”

Tylko, że teraz jeszcze miałam tą całą menopauzę. O co tu chodzi? Czy jajeczko dotrze tam, gdzie jego miejsce? Co będzie, jeśli nie? Wtedy będzie trzeba usunąć?”

I jeszcze wiele, wiele innych pytań, które zalewały mój umysł prawdziwym tsunami. Odczuwane emocje były skrajne!

Zobacz także: Rola diety w terapii i profilaktyce endometriozy – wykład dietetyk Joanny Gizy

Niesamowite zakończenie niesamowitej historii

W tamtym okresie zmieniłam pracę na nową, gdzie po 3 miesiącach mnie zwolnili. Było o tej „akcji głośno w całym Trójmieście. Najpierw w dwa miesiące firma zatrudniła około pięćdziesięciu nowych pracowników, tylko po to, (to czysto moja złośliwa opinia) żeby po trzech kolejnych miesiącach zwolnić niemal setkę ludzi. Byłam wśród tych zwolnionych.

Szybko znalazłam inną pracę. Zostałam asystentką dyrektora w firmie zajmującej się ubezpieczeniami. Tylko, że po miesiącu dowiedziałam się, że mam być i asystentką i tą, co sprzedaje ubezpieczenia. Ja nie z tych, co potrafią sprzedawać. Ja potrafię malować, trochę projektować, dobrze piszę, ale sprzedawanie nie jest w żaden sposób wpisane w zestaw moich umiejętności.

Zwolniłam się za porozumieniem stron. Zdążyłam się zarejestrować w Urzędzie Pracy i dokładnie tydzień później usłyszałam te słowa: „jest pani w ciąży”.

Tak, teraz jak o tym piszę, wszystkie ówczesne emocje zalewają mnie na nowo: Strach! Panika!  Co będzie jeśli jajeczko powędruje do innego endometrium, niż to w macicy? Znowu zabieg? Jeśli można to tak nazwać! Co jeśli jednak zagnieździ się, gdzie powinno? Przecież nie mam pracy!

M. zarabia średnio, więc jak my się utrzymamy? Jeszcze moje studia! Jak ja je skończę? Mam wzięty kredyt, żeby je kontynuować, który spłacałam do tej pory regularnie. Niby nie jakiś strasznie wielki, bo było to około 450 zł miesięcznie, ale teraz nie mam przecież pensji!

Czy my w ogóle jesteśmy gotowi na rodzicielstwo? M. dopiero się do mnie wprowadził. Pamiętam, że jego mama trochę popłakiwała, bo dziecko z domu wyfrunęło. A teraz, dosłownie miesiąc później mamy jej przekazać kolejne „rewelacje”?

Szok! – To ja w końcu jednak mogę mieć dzieci?! Radość! – To ja naprawdę jednak mogę mieć dzieci?!!! Oczywiście jajeczko zawędrowało tam, gdzie powinno i w czerwcu 2009 roku zostałam mamą.


endometrioza a ciąża

fot. Karolina Staszak

Karolina jest mamą, malarką i aktywną pisarką. Jej najnowsza książka nosi tytuł Co teraz? Moja ukochana została matką!”. W planach ma również wydanie publikacji na temat swojej choroby: „Dziennik endometriozy. Nadzieja”.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Zaryzykować życie córki czy synów? Tę dramatyczną decyzję wymusiło na niej życie

dDłoń noworodka w dłoni matki /Ilustracja do tekstu: Dramatyczna decyzja matki: Zaryzykować życie córki czy synów

Młodzi rodzice byli podekscytowani, gdy dowiedzieli się, że za kilka miesięcy mogą powitać na świecie trojaczki. Żadne z nich nie podejrzewało, że ich nieopisana radość ustąpi wkrótce miejsca niezwykle dramatycznym chwilom, a ich skutki mogą zaważyć na ich przyszłym życiu.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Chloe i Rohan z Australii byli już rodzicami trójki zdrowych i uroczych chłopców. W głębi serca oboje pragnęli jednak, by ich rodzina powiększyła się też o dziewczynkę. Postanowili spróbować jeszcze jeden, ostatni raz. Nie spodziewali się, że efektem tych starań będą… trojaczki.

– Podczas USG powiedziano nam, że nasze czwarte i ostatnie dziecko będzie tak naprawdę czwartym, piątym i szóstym. Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia. Jestem jednocześnie przerażona, podekscytowana, przejęta i przepełniona szczęściem oraz niemal wszystkimi innymi emocjami, które może sobie wyobrazić człowiek – pisała wówczas na swoim fanpage’u.

Dramatyczna decyzja matki: kogo ratować?

Obawy Chloe i Rohana szybko przykryła wzbierająca fala ogromnej radości. Gdy powoli przygotowywali się do powitania na świecie potrójnego szczęścia: dwójki chłopców i wymarzonej córeczki, sytuacja przybrała niespodziewany obrót. Rutynowe badanie wykazało, że dwójka chłopców zabiera zbyt dużo miejsca w macicy Chloe, co poważnie zagraża dziewczynce.

Sytuacja z dnia na dzień się komplikowała. Lekarze byli zdania, że żeński płód najprawdopodobniej nie przetrwa. Jedyną szansa, by go uratować, był przedwczesny poród. Ten jednak wiązał się z zagrożeniem dla pozostałych płodów. Niebezpieczeństwa dla nich można byłoby uniknąć, gdyby Chloe pozwoliła na naturalne obumarcie płodu córeczki.

Te nieoczekiwane wieści spadły na młodych rodziców jak grom z jasnego nieba. Z dnia na dzień stanęli przed decyzją wręcz niemożliwą do podjęcia. Przed tak trudnymi, dramatycznymi i obciążającymi wyborami nie powinien stawać przecież nikt. Załamana Chloe czuła w głębi serca, że żadne rozstrzygnięcie tej patowej sytuacji nie będzie dostatecznie racjonalne i dobre.  Ale decyzję – mimo to – trzeba było podjąć…

CZYTAJ TEŻ: Z jego nasienia narodziło się dziecko innego mężczyzny. Niesamowity przypadek w USA

Walcząc o wszystkie dzieci

– W tamtym okresie ledwie mogłam tego wszystkiego słuchać. Mój umysł skupiał się tylko na myśli: „Chcę, by przeżyły wszystkie moje dzieci”. Rozważyłam wszystkie alternatywy, zebrałam niezbędne informacje i próbowałam dowiedzieć się, co czeka moje dzieci w każdym ze scenariuszy… Wiedziałam, że będzie trudno, ale nie potrafiłam nie zawalczyć o córeczkę. Wiedziałam, że jest silna – przetrwała przecież do 28. tygodnia ciąży, nie mając dla siebie praktycznie żadnych składników odżywczych w macicy.

 

Chloe przyznaje, że czuła się winna, że decyduje się na przedwczesny poród, narażając tym samym  swoich synów na zagrażające ich zdrowiu procedury. Samopoczucie mamy pogarszały dodatkowo zdrowotne komplikacje Pearl (bo takie imię otrzymała córeczka). Odnotowano u niej spadek wagi urodzeniowej, z trudem walczyła też z infekcjami i wymagała podłączenia do specjalistycznej aparatury.

– Czasem czułam, że podjęłam złą decyzję, że powinnam zdecydować się na inna opcję, w której żadne z dzieci by nie cierpiało. Trudno było mi poradzić sobie z tymi uczuciami, a nawet przyznać się do nich – wspomina Chloe.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Męska perspektywa niepłodności. „Bezradność i wykastrowanie to dwa podstawowe uczucia, których doświadczałem”

Szczęśliwy finał

Ale czas mijał, a cała trójka dzieci stawała się silniejsza. W czasie, gdy Chloe koncentrowała się na zdrowiu dwójki chłopców, którzy wciąż czekali na swój czas, by przyjść na świat, Rohan wziął na siebie obowiązki rodzicielskie nad pozostałymi dziećmi. Wspólny wysiłek i odwaga obojga rodziców przyniosły wspaniałe rezultaty. Wkrótce urodzili się oczekiwani synowie, a Pearl z pomocą lekarzy wybrnęła z początkowych kłopotów zdrowotnych. I choć dziś – dwa lata od urodzin – jest nieco mniejsza od swoich młodszych braci, wiedzie prym wśród piątki rodzeństwa.

Takie zakończenia dają nadzieję każdej parze, która mierzy się z komplikacjami w okresie ciąży. Oby takich finałów było jak najwięcej!

Źrodło: fempositive.com, facebook.com/chloeandthebeans

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Wcześniak mniejszy od iPada. Poznaj niesamowitą historię walecznej dziewczynki

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.