Przejdź do treści

Przełom w diagnostyce niepłodności. Wyniki AMH w kilka minut

678.jpg

Z dwóch tygodni do dwudziestu minut. Teraz kobiety zgłaszające się na badanie hormonu AMH otrzymają wyniki w tym samym dniu. Takie rozwiązanie wprowadziło Laboratorium Medyczne Gyncentrum. Dzięki niemu pacjentki dokonujące badania swojej płodności, będą mogły wcześniej otrzymać diagnozę i rozpocząć ewentualne leczenie.

Badanie AMH czyli hormon antymüllerowski  jest podstawowym testem badającym rezerwę jajnikową kobiety, który pozwala z dużą dokładnością ocenić szanse na zostanie mamą. Badanie dedykowane jest zarówno kobietom mającym problem z zajściem w ciążę, jak i profilaktycznie w celu zapobiegnięcia sytuacji, w której kobieta zaplanowała pierwszą ciążę zbyt późno w stosunku do rezerwy komórek jajowych, pozbawiając się szansy na dziecko.

Dlaczego AMH?

Hormon AMH fizjologicznie występuje w organizmie zdrowej kobiety. Jego poziom określa się na podstawie pobrania próbki krwi, test może być wykonany w każdej chwili, nie wymaga przygotowań i daje wiarygodny wynik, inaczej niż w przypadku badań FSH (hormon folikulotropowy). Na wynik nie wpływa także dzień cyklu pacjentki ani prowadzona terapia hormonalna.

AMH  określa wydolność jajników u prawidłowo miesiączkujących kobiet, które mają problem z zajściem w ciążę. Niskie stężenie AMH skłania do wcześniejszego zastosowania zapłodnienia pozaustrojowego jako najskuteczniejszej metody leczenia niepłodności. – Na podstawie stanu rezerwy jajnikowej, jesteśmy w stanie oszacować czas jaki pozostał kobiecie na zostanie matką. Badanie powinna przeprowadzić każda kobieta planująca poczęcie dziecka. Badanie jest szczególnie istotne w przypadku młodych kobiet, które z różnego powodu odkładają w czasie decyzję o macierzyństwie, oraz kobiet po 30 roku życia, ponieważ rezerwa komórek jajowych z wiekiem ulega zmniejszeniu – mówi dr Dariusz Mercik, specjalista ginekologii i położnictwa Gyncentrum.

Wyniki od ręki

Skrócenie do minimum czasu oczekiwania na wyniki, stwarza możliwość  wcześniejszego rozpoczęcia indywidualnych działań medycznych dla par mających problem z niepłodnością. Laboratorium Gyncentrum jako pierwsza klinika leczenia niepłodności w Polsce uruchomiła procedurę podczas, której pacjentki otrzymują wyniki jeszcze w tym samym dniu. Co ważne, poziom AMH zmienia się z wiekiem kobiety, toteż przy jego ocenie należy zawsze odnieść się do wartości odpowiednich dla konkretnego przedziału wiekowego. AMH jest to najbardziej czuła i wiarygodna metoda oceny rezerwy jajnikowej.

***

Gyncentrum to jeden z największych ośrodków leczenia niepłodności na Śląsku. Ośrodek opiera swoją działalność na 20-letniej tradycji i doświadczeniu swoich oddziałów w Polsce i Czechach. Klinika zatrudnia specjalistów z takich dziedzin jak: endokrynologia, ginekologia, położnictwo, urologia i embriologia. Pacjenci Gyncentrum ponad to mogą skorzystać ze wsparcia psychologa, seksuologa i dietetyka. Ośrodek wyróżnia się m.in. zastosowaniem najnowocześniejszych technik wspomaganego rozrodu m.in. IMSI, PICSI, witryfikacji oocytów czy diagnostyki preimplantacyjnej PGD. Placówka oferuje badania laboratoryjne oraz dostęp do Międzynarodowego Banku Nasienia i Komórek Jajowych Gyncentrum. Fundacja Gyncentrum z kolei skupia się na badaniach, edukacji środowiska medycznego i wsparciu par przystępujących do in vitro. www.gyncentrum.pl

Gyncentrum

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Co do czego pasuje. Jak brać leki, żeby działały i żeby sobie nie szkodzić [EKSPERT]

jak brać leki

Każdy z nas brał, bierze bądź będzie brał leki. Dla niektórych to codzienna konieczność, bez której nie mogliby funkcjonować, dla części jedynie sporadyczne sytuacje podyktowane wyjątkowym okresem w życiu.

Żeby każda farmakoterapia – czyli przyjmowanie leków – była skuteczna oraz bezpieczna, powinniśmy wiedzieć jakie interakcje mogą zachodzić pomiędzy przyjmowanym lekiem oraz żywnością, którą spożywamy w tym czasie.

Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, że to co jemy może w dużym stopniu wpływać na przyswajanie różnych substancji. Przeważająca część leków jaką przyjmujemy to preparaty podawane drogą doustną, stąd też duży wpływ na ich działanie, wchłanianie, metabolizm, biodostępność mają posiłki oraz ich pory.

 

Wpływ żywności na wchłanianie leków

Aby lek zaczął działać musi zostać wchłonięty. Leki przyjęte na czczo przemieszczają się z żołądka do jelita cienkiego dość szybko i szybko też rośnie ich stężenie we krwi. Jelito cienkie jest ważnym organem w procesie wchłaniania ze względu na dużą powierzchnię.

Istnieją substancje odżywcze, które zarówno zwiększają wchłanianie leków jak i je zmniejszają. Jakich leków i jakie substancje? Już spieszę z odpowiedzią!

Wpływ składników żywności na zmniejszenie wchłaniania leków

Znacznie ograniczająco na wchłanianie leków antydepresyjnych (trójpierścieniowe np.: amitryptylina) wpływa błonnik pokarmowy, który w dużych ilościach znajduje się np. w otrębach czy płatkach owsianych. Powoduje on adsorpcję leku i poprzez zmniejszenie jego wchłaniania prowadzi do obniżenia działania terapeutycznego.

Błonnik może też ograniczająco wpłynąć na wchłanianie preparatów naparstnicy, stosowanych w leczeniu niewydolności krążenia oraz zaburzeń rytmu serca.

Z kolei duża ilość węglowodanów zmniejsza wchłanianie paracetamolu, który jest często stosowanym lekiem przeciwbólowym, przeciwzapalnym i przeciwgorączkowym.

Jeśli jesteśmy w trakcie antybiotykoterapii (tetracyklina, fluorochinolony) nie powinniśmy spożywać mleka i produktów jego pochodzenia, ponieważ zawierają one wapń, który wraz z lekiem tworzy sole wapnia. Sole te ograniczają wchłanianie antybiotyków i powodują spadek ich stężenia  we krwi nawet o 50%. W konsekwencji chorujemy dłużej, bo leczenie często okazuje się nieskuteczne.

Picie herbaty może okazać się zgubne kiedy leczymy się na niedokrwistość i przyjmujemy preparaty żelaza (Hemofer, Ascofer, Tardyferon). Zasada działania jest właściwie zbliżona do tej, którą opisałam przed chwilą: w herbacie występują taniny, które tworzą z żelazem trudno wchłaniające się związki. Żelazo jest przyswajane w mniejszym stopniu, jego stężenie we krwi jest niskie i nie obserwujemy poprawy parametrów klinicznych.

Produkty zawierające skrobię kukurydzianą powinny też ograniczyć osoby przyjmujące leki przeciwdrgawkowe oraz przeciwarytmiczne takie jak fenytoina. Zawarte w skrobi  związki wielocząsteczkowe tworzą z lekiem trudno wchłaniające się kompleksy.

Wpływ składników żywności na zwiększenie wchłaniania leków

Tłuszcze, które przyjmujemy wraz z pożywieniem zwiększają wchłanianie leków o dużej lipofilności. Jak to się dzieje? Po emulgacji tłuszczów powstaje emulsja tłuszczowa będąca idealnym nośnikiem dla leku, co powoduje istotne zwiększenie jego wchłaniania.

Do leków, które wchłaniają się szybciej poprzez opisaną wyżej metodę należą leki przeciwgrzybicze (np. gryzeofulwina) oraz leki przeciwpasożytnicze (albendazol, mebendazol). Wzrost ich stężenia we krwi spowodowany obecnością tłuszczu w pożywieniu może skutkować bólem głowy, zmianami skórnymi, suchością śluzówek czy bezsennością.

Jeśli stosujemy któryś ze wspomnianych leków nie powinnyśmy spożywać do 2h przed i po ich przyjęciu smażonych potraw, dużej ilości masła, smalcu, śmietany czy pełnotłustego mleka.

A kiedy boli głowa? Sięgamy najczęściej po niesteroidowe leki przeciwzapalne (NLPZ), do których  należą popularne aspiryna, codipar czy ketonal. W tym przypadku żywność pełni rolę protekcyjną dla błony śluzowej przewodu pokarmowego i chroni ją przed szkodliwym działaniem leków, nie wpływając znacząco na ich wchłanianie.

Każdy medal ma dwie strony

Nie zapominajmy też o tym, że interakcje te zachodzą w dwie strony: to co jemy może wpływać znacząco na działanie leku ale również leki mogą zaburzać przyswajanie niektórych składników pokarmowych.

Osoby leczące się na dyslipidemię, które przyjmują kolestipol czy osoby zażywające enzym trzustkowy- pankreatynę są narażone na niedobory kwasu foliowego.

Leki obniżające poziom cholesterolu we krwi mogą powodować również zmniejszone wchłanianie witamin A, D, B12, K oraz wapnia, żelaza i cynku.

Na niedobory witaminy B12 narażone są osoby, które stosują inhibitory pompy protonowej (omeprazol) oraz leki hamujące wydzielanie soków żołądkowych (cymetydyna, ranitydyna), ponieważ ograniczają jej wchłanianie.

Koniec artykułu i nie było nic o soku grejpfrutowym?! W kolejnym artykule poruszę  jego temat, dowiecie się też czym najlepiej popijać leki.  W kolejnych częściach omówione zostaną również: wpływ składników żywności na metabolizm leków oraz interakcje pomiędzy składnikami żywności – synergistyczne i antagonistyczne.

Zosia Mazurek-Dudek

Dyplomowana dietetyczka, absolwentka Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. W temacie niepłodności i walki z nią jest nie tylko teoretykiem – wszystko przerobiła na sobie. Propagatorka zdrowego podejścia do żywienia, przeciwniczka nieuzasadnionych diet eliminacyjnych. Pomaga osobom niepłodnym w osiągnięciu celu wpierając je od strony dietetycznej. Przyjmuje w Radzyniu Podlaskim, Lublinie i Radomiu. (a na Skype – w całej Polsce)

Ciało po porodzie – szczere zdjęcia! Kobiecość, piękno, macierzyństwo niejedno ma imię

Foto: Mikaela Shannon Photography & Graphic Design Facebook
Foto: Mikaela Shannon Photography & Graphic Design Facebook

Ciało, kobiecość, seksualność i macierzyństwo – tematy, które są ze sobą nierozerwalnie związane. Często niestety stoją ze sobą w sprzeczności. Nie jest wcale łatwo zachować idealne ciało, urodzić dziecko i wciąż być w stanie sprostać społecznym standardom piękna. Te zdjęcia pokazują, że bycie mamą to powód do dumy, także ze swojego ciała!

Jestem mamą!

Seria zdjęć wykonanych przez Mikaelę Shannon, kanadyjską fotografkę, w niezwykle szczery sposób pokazuje, jak wygląda kobiece ciało po porodzie. U wielu kobiet zmienia się brzuch, pojawiają się dodatkowe krągłości, czy rozstępy. Paradoksalnie – do przyjętych kanonów – może to być powód do dumy i powinien być! „Chciałabym, by mamy nigdy nie czuły, że ich ciało nie jest już równie piękne, jak było kiedyś” – powiedziała fotografka.

Shannon postanowiła stworzyć swój projekt, po tym, gdy wiele matek wyraziło zainteresowanie udziałem w poporodowych sesjach. „Love Your Postpartum” (w wolnym tłumaczeniu „Kochaj swoje poporodowe ciało”), bo taką nazwę nosi seria fotografii, pokazuje kobietom, że warto darzyć swoje ciało pozytywnymi emocjami i szanować je. Nawet jeśli zmieniło się po ciąży, nawet jeśli nie wpisuje się w wykreowane przez społeczeństwo wizje – to wciąż jest ono nasze. Pozwala kobietom być matkami, pozwala wyrażać swoją ekspresję, pozwala realizować siebie. Każda kobieta jest kimś znacznie więcej, niż swoim ciałem. Jest sumą doświadczeń, przeżyć, piękna, które w sobie niesie.

Gdzie jest piękno?

W dzisiejszym świecie jest to bardzo trudne i nieraz natrafić można na sprzeczne komunikaty. Z jednej strony, bądź matką, bo to gwarantuje poczucie kobiecości. Z drugiej, ciąża może zniszczyć twoje ciało, a to ono jest swego rodzaju wizytówką człowieczeństwa. Czy oby na pewno?

Grunt to mieć odpowiedni dystans i silne poczucie, że wokół nas jest coś znacznie ważniejszego, niż tylko ładny obrazek. Oczywiście szalenie istotne jest dobre samopoczucie związane z byciem we własnej skórze, akceptacja i samozadowolenie. Tylko, czy jest to głównym celem? A może tylko środkiem do realizacji innych potrzeb? Projekt Shannon jest kolejną serią zdjęć, która porusza ten jakże ważny i trudny problem. Pokazywaliśmy niedawno na naszym portalu inne fotografie – „The Honest Body Project” – piękno nie zawsze jest perfekcyjne! >>KLIK<<

Źródło: „Daily Mail”

Foto: Mikaela Shannon Photography & Graphic Design Facebook

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Historia, która daje siłę wszystkim przyszłym mamom! Iwona: „Trzeba walczyć o swoje marzenia”

Fot. Bartek - archiwum prywatne / pexels.com
Fot. Bartek - archiwum prywatne / pexels.com

Droga do upragnionego macierzyństwa nie zawsze jest autostradą – prostą i szybką. Iwonie jej przebycie zajęło niemal cztery lata. Nagrodą za trudy, ogromne cierpienie i twardą szkołę życia jest ośmiomiesięczny dziś syn. Co przeszła i jakie daje rady kobietom w podobnej sytuacji?

„Chcemy Być Rodzicami”: Pani droga do macierzyństwa trwała kilka lat.

Iwona: Zaczęła się w 2012 roku. Na początku  ogóle nie zakładaliśmy, że coś może być nie tak. Kiedy jednak po dłuższym czasie nie było efektów, udałam się do lekarza. Oczywiście nic nie zrobił, tylko kazał czekać. „Natura robi swoje, proszę próbować przez rok i jeśli nic się nie będzie działo, to dopiero wtedy pomyślimy” – usłyszałam. Nie dawałam jednak za wygraną i chodziłam do jednego lekarza, do drugiego. W końcu trafiłam do specjalisty, który już po trzech nieudanych miesiącach zlecił zabieg laparoskopowy – kauteryzację jajników. Przeprowadzono mi też badanie drożności jajowodów. Oczywiście okazało się, że wszystko jest w porządku, ale przez kolejny rok dalej nic się nie działo.

Odwiedzałam kolejnych lekarzy, przeprowadziłam mnóstwo badań, a w międzyczasie dookoła rodziły się kolejne dzieci. Wiadomo, cieszyłam się, ale było mi też przykro, nie wiedziałam jak reagować. Był taki miesiąc, gdy w bliskim mi otoczeniu urodziło się siedmioro dzieci. Emocje były straszne. Gdy byłam z rodziną, cieszyłam się. Wracałam do siebie, płakałam.

Wciąż jednak nie poddawaliśmy się. Dostawałam kolejne leki, które powodowały, że przybywało mi kilogramów. W międzyczasie przeprowadziliśmy też kilkukrotnie badania męża. W jednej klinice wychodziły super, w innej beznadziejnie. Po pewnym czasie byłam już w takiej rozpaczy, że nic mnie nie cieszyło. Nie miałam już siły udawać. Dlaczego to właśnie na mnie padło?!

Wyobrażam sobie, że muszą to być bardzo trudne emocje. Czy jednak żaden lekarz nie był w stanie nic zrobić?

W końcu trafiłam do doktora, który zlecił mi jedno, zmieniające wszystko badanie. Był to test tolerancji glukozy. Proste badanie krzywej cukrowej i insulinowej. Okazało się, że mam insulinooporność. Zaczęłam przyjmować leki hormonalne, stosowałam niesamowicie restrykcyjną dietę i brałam metforminę. Po sześciu miesiącach schudłam 12 kilogramów i udało mi się zajść w ciążę.

Byłam w ciąży sześć tygodni i dwa dni. Miałam wizytę lekarską równo w szóstym tygodniu ciąży, kolejną w dziewiątym. W jej trakcie okazało się, że od 2,5 tygodnia płód jest martwy. Wizyta lekarska była w piątek, niestety dopiero w poniedziałek przyjęli mnie do szpitala. Proszę sobie wyobrazić weekend, który wtedy przeżyłam. Siedziałam w domu z myślą, że mam w sobie martwe dziecko. Nie słuchałam, gdy ktoś mi mówił, że to tylko zarodek i mała komórka. Dla mnie to było dziecko.

Czy mogła pani liczyć na wsparcie i pomoc?

W szpitalu nie ma co mówić. Sama miałam zaaplikować sobie tabletki wczesnoporonne, co było dla mnie prawdziwym koszmarem. Gdy zaś podeszłam do pielęgniarek z pytaniem, co dalej, bo nie wiedziałam czy to stanie się samo, czy może pojawi się ból i potrzebuję leków, dostałam plastikowy kubeczek do wody. Powiedziano mi tylko, że mam łapać wszystko do badania. Kompletnie rozwaliło mnie to psychicznie… Stres, wizyty u psychologa, niestety bardzo się załamałam, zrezygnowałam wtedy z pracy. Myślałam, że już sobie z tym wszystkim nie poradzę.

Nie poddała się pani jednak?

Lekarze kazali mi odczekać przynajmniej pół roku, zanim w ogóle zacznę próbować po raz kolejny. Nie dałam jednak za wygraną. Dwa i pół miesiąca później byłam w kolejnej ciąży. To już jest Bartek. Urodził się 25-ego lipca. Ma teraz osiem miesięcy, rozwija się wspaniale i jest bardzo pogodnym dzieckiem.

Fot. Bartek - archiwum prywatne Iwony

Fot. Bartek – archiwum prywatne Iwony

Jest pani przykładem niezwykłej siły!

To prawda, trzeba być bardzo silnym i bardzo zmotywowanym. Niestety żyjemy w takich czasach, że należy samemu o wiele kwestii zadbać. Nie było tak, że chodziłam do lekarzy i czekałam aż oni mi coś mądrego powiedzą. Przeczytałam mnóstwo artykułów na tematy dotyczących mnie problemów. Sama prosiłam o badania, które uważałam, że są ważne. Sama brałam też leki, które okazywały się pomocne. Konsultowałam to oczywiście z lekarzami, ale inicjatorką byłam ja. Robiłam wszystko, co wiedziałam, że nie zaszkodzi, a może pomóc.

Jeżeli komuś bardzo zależy, to angażuje się całym sobą, tak jak to pani opowiada.

Wszystkie wyjazdy – na wakacje, do rodziny, czy do znajomych, były podyktowane tym, że w danym dniu muszę iść na monitoring. Nieważne było, że właśnie jest piątek i wszyscy gdzieś wyjeżdżają. Jeździłam nawet do innych miast, wszędzie tam, gdzie akurat przyjmował mój lekarz.

Zastanawiam się, jaki ma to wpływ na związek. Domyślam się, że są to niezwykle obciążające momenty.

Mam to szczęście, że mój mąż jest osobą bardzo wspierającą. Zawsze był przy mnie, jeździł ze mną na wszystkie badania i cały czas powtarzał, że będzie dobrze. Był moją ostoją. Mieliśmy oczywiście chwile załamania, chwile kryzysu, bo ile można?! Ile można się starać i dlaczego akurat nam się takie rzeczy trafiają?!

Mówiła pani także o dalszej rodzinie. Czy pojawiała się presja?

Tak, czułam presję. Szczególnie na początku – co, kiedy, jak. Początkowo nic nie mówiłam, trzymałam wszystko w sobie, sama próbowałam sobie poradzić. W pewnym momencie stwierdziłam jednak, że już dość. Trzeba walczyć i co więcej, zmobilizować do tej walki innych.

Rozumiem, że odbija się to nie tylko na życiu jednej osoby, ale na funkcjonowaniu całego otoczenia.

To prawda, na wizytach u rodziców, na kontaktach ze znajomymi. Byłam niemiła i zdaję sobie z tego sprawę. Miałam jednak to szczęście, że każdy mnie rozumiał i wiedział w jakiej jestem sytuacji. Przede wszystkim nie mogę powiedzieć nic złego na mojego męża. On tak samo jak ja bardzo pragnął dziecka i był osobą, która mnie w tym wspierała. Powtarzał, że będzie dobrze.

To bardzo ważne, że była to wasza wspólna walka, bo rozumiem, że tak właśnie było?

Oczywiście, rodzicielstwo było u nas przemyślane i zaplanowane. Mieliśmy warunki do tego, żeby być rodzicami. Nie jesteśmy już nastolatkami, mój mąż ma 37 lat, ja 32. Psychicznie byliśmy gotowi.

A czy są jakieś wskazówki, które udzieliłaby pani innym kobietom w podobnej sytuacji?

Przede wszystkim, nie wolno bać się lekarzy. Nieraz patrzymy na doktora, jak na jakiegoś boga – on mi pomoże! Bardzo często jest to blokujące. Nie potrafimy wydusić z siebie żadnego słowa, bo boimy się, że go wzburzymy, urazimy i wtedy nie mamy już co liczyć na jakąkolwiek pomoc.

Sama miałam na początku takie myślenie. Bałam się, bo przecież to od niego zależy, czy będę matką, czy nie. W którymś momencie doszłam jednak do wniosku, że on jest tutaj dla mnie. Jeśli mam pytania, to je zadaję i chcę dostać odpowiedź.

Nie wierzę w to, gdy ktoś mówi: „Kiedy odpuścisz, to się uda”. Ja do samego końca walczyłam. Oczywiście psychika robi swoje, ale jest bardzo wiele kwestii, które należy wykluczyć. Wiele badań, które trzeba zrobić. Chociażby insulinooporność. Jest to choroba cywilizacyjna, a lekarze wciąż nie kierują na odpowiednie testy. Owszem, mój doktor mnie na nie skierował, ale żaden poprzedni lekarz nawet o tym nie wspomniał.

Gdy dowiedziała się pani o ciąży była już tylko radość?

Skąd, dopiero wtedy zaczął się horror! Ogromny strach o to, czy donoszę dziecko. Jedną ciążę straciłam i cały czas miałam w głowie, że może się to powtórzyć.

A czy rzeczywiście coś się działo?

Nie działo się nic złego, czułam się bardzo dobrze, ale pomimo to miałam w sobie ogromny lęk. Kobiety jadące na USG przeważnie się cieszą, a ja jechałam jakby mieli mnie tam krzyżować. Stres był ogromny. Przed badaniami prenatalnymi nie spałam w nocy, wymiotowałam, nie jadłam, bo tak bardzo bałam się tej wizyty.

Bartek jest jednak na świecie. Widocznie Happy End był pani pisany!

Nie mogło być inaczej. Trzeba walczyć o swoje marzenia.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

„Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

adopcja

Filmy i seriale często pokazują nam świat takim, jakim chcemy go widzieć. Nie zawsze jest to odzwierciedlenie rzeczywistości. Przykład? Adopcja. Często jej wizja, którą prezentują nam programy rozrywkowe, opiera się na szczęśliwym zakończeniu, fanfarach odnalezionej miłości i połączeniu bratnich dusz. „Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – pisze Al Coates, adopcyjny tata sześciorga dzieci.

Dwa światy

Zderzenie jego relacji i tej prezentowanej przez popularne filmy, zdaje się być sednem problemu. Napływające do oczu łzy słodkich, niekochanych dzieci, które znajdują miłość u dobrych ludzi o wielkim sercu – i żyli długo i szczęśliwie. „Być może. Przez 18 lat jestem adopcyjnym rodzicem i realia życia mojej rodziny nie całkiem są odzwierciedleniem tej narracji” – czytamy w felietonie dla „Huffington Post”.

Autor tekstu opisuje, jak trudno jest spotkać się z realnym odzwierciedleniem życia współczesnej rodziny adopcyjnej. Gdy sam mówi ludziom o swoim doświadczeniu, spotyka się z uśmiechem, przyjacielskim uściskiem ramienia i  podkreśleniem, jak wspaniałe rzeczy robi. Kiedy jednak chce przedstawić codzienne zmagania z rzeczywistością i wyzwaniami swojego rodzicielstwa, ludzie zdają się nie słyszeć i nie rozumieć jego słów. „Problemy z tożsamością, nadmierna czujność, trwanie w nieustannym smutku i długoterminowe fizyczne, emocjonalne i behawioralne wyzwania często są nie do wymazania i wręcz nie do wyobrażenia” – zaznacza.

Współcześnie, duży procent adoptowanych dzieci przeżyło przemocowe i traumatyczne doświadczenia, które zostawiają długi cień na ich życiu. Cień, którego nie można usunąć odrobiną miłości, czystą pościelą, rutyną, piosenką i tańcem” – czytamy.

Nic nie jest czarno-białe

Al Coates podkreśla, że nie wszystko jest takie złe, jak to być może w swoim tekście opisuje. Na pewno jest jednak zupełnie inne od społecznej percepcji adopcji. „Staram się mówić ludziom, że wpływ traumy, straty i separacji jest trwały, a dzieci czasami cierpią” – zaznacza i dodaje, jak wiele rodzin nie jest w stanie poradzić sobie z presją i trudnościami. Potrzebna jest wtedy pomoc oraz wsparcie. Często jednak nawet pomimo tego, dzieci nie pozbędą się trudnych i nieraz szkodliwych strategii radzenia sobie w życiu. Nic dziwnego, bowiem to w końcu one pozwoliły im kiedyś przetrwać. Później przekłada się to niestety nawet na ich dorosłe życie.

Niewątpliwie jest to bardzo mocny felieton poruszający pewien temat tabu. Być może w brutalny sposób mówi o doświadczeniach, które mogą stać się udziałem adopcyjnych rodzin – rodzin, bowiem nie jest to tylko problem dziecka, czy rodziców. To, przez co przechodzą, staje się ich wspólną drogą. Często bardzo wyboistą, na której mecie może nie być złotego pucharu. Czy jednak to jakaś wyimaginowana nagroda jest sednem? Al Coates zdaje się mieć na ten temat inne zdanie.

Coś, co także  wybrzmiewa z opisywanego tu tekstu, to pamięć o tym, że adoptowane dziecko będzie kiedyś dorosłym człowiekiem. Jego przeżycia, jak pisał Coates, odciskają ślad na całym jego życiu. Może to być trudność, ale może także stanowić potencjał. O swojej historii opowiedział w rozmowie z nami Kamil: „Urodziłem się jako Marek przed dwudziestoma dwoma laty (…) Uporałem się już w dużej mierze z odkrywaniem swojej tożsamości i jestem po pierwszej rozmowie z biologiczną matką. Poznałem także większość rodzeństwa. Mówmy o adopcji! Rozmowa daje najwięcej!” – mówił. Grunt to dyskutować otwarcie o wszystkich blaskach i cieniach. Daje to świadomość, ale też szansę na zajęcie się wszelkimi trudnościami i szukanie wsparcia. Wsparcia w zrozumieniu, którego zdaje się potrzebować całe społeczeństwo.

Źródło: „Huffington Post”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.