Przejdź do treści

Przekroczone granice zagranicznych adopcji – myśleć, widzieć, czuć

adopcje międzynarodowe Krajowy Ośrodek Adopcyjny TPD

Czy cokolwiek więcej da się jeszcze powiedzieć? – myślałam. O ograniczeniach w zagranicznych adopcjach piszą ostatnio wszyscy, my też dorzuciliśmy do tego swoje trzy grosze. Nie wierzę jednak, że sprawa jest już skończona. Jak to się stało, że znaleźliśmy się w tym punkcie? Kto podejmował kontrowersyjne decyzje? Kogo zamurowało? Czy dzieci na tym ucierpią? „Dzień dobry, zapraszam do środka” – słyszę i przekraczam próg Krajowego Ośrodka Adopcyjnego TPD.

Do swojego świata wpuściła mnie Izabela Rutkowska, od 1 stycznia 2017 roku dyrektor KOA TPD, wcześniej psycholog ośrodka, z którą kilka dni wcześniej rozmawiałam o „nieracjonalnej decyzji ograniczenia adopcji zagranicznych”. To, co słyszałam wtedy, to przede wszystkim niedowierzanie, być może złość, wiele zaniepokojenia. Powitała mnie jednak, na pierwszy rzut oka lekko zmęczona, siła spokoju – jak mi się wydawało.

Fotograficzna pamięć

Stara kamienica w centrum Warszawy. Skrzypiące podłogi, szafy na korytarzu (bardzo ważne szafy!) i cała masa zdjęć w pokoju, w którym możemy swobodnie porozmawiać. Najczęściej dzieciaki na fotografiach są uśmiechnięte. Nie jestem jednak pewna, czy chcę wiedzieć, jakie historie się za tymi uśmiechami kryją.

– Są to dzieci, którymi się w różnym stopniu zajmowaliśmy – mówi mi Izabela Rutkowska. – Większość jest adoptowana, ale na przykład jest taka dziewczynka, której mimo naszych najszczerszych chęci, nie znalazłyśmy rodziny – ze zdjęcia śmieje się do mnie śliczna kilkulatka. – Wychowywała się w budzie dla psa. Zamiast komunikować się krzyczała i szczekała. Zaniedbanie było tak duże, trauma dzieciństwa była tak duża, że nie znalazłyśmy dla niej rodziny. Jest całkiem spora grupa takich dzieci, dla których wiemy, że rodzin nie znajdziemy nigdy i właśnie takie dzieci zostają w Polsce na zawsze.

– Są najczęściej w domach dziecka, w rodzinach zastępczych, czy to zależy od ich sytuacji? – pytam.

– Te dzieci, których naprawdę nikt nie chce najczęściej są w takich miejscach, jak dom pomocy społecznej, albo zakłady opiekuńczo-lecznicze. Jest też taka nowa forma, jak placówka terapeutyczna dla dzieci. Tam są najtrudniejsze dzieci z wieloma dysfunkcjami, z niepełnosprawnością sprzężoną, dzieci głęboko upośledzone, autystyczne.

–  Rozumiem, że są tam do pełnoletniości?

–  Generalnie tak. Kiedy dom pomocy społecznej dla dzieci się kończy, zaczyna się dom pomocy społecznej dla dorosłych. Ciągle są jednak w jakiejś instytucji, bo nie ma dla nich innej szansy. Wyjątkowo zdarza się, że trafiają do rodzin zastępczych. Jest naprawdę bardzo mało rodzin, które chcą zajmować się takimi dziećmi – słyszę.

Tak czułam, że wiszące na ścianie zdjęcia nie są tylko obrazem szczęśliwości. Być może jednak już więcej fotografii w najbliższym czasie na tej ścianie nie zawiśnie. Zarówno na tej, jak i na ścianach dwóch sąsiednich pokoi.

Burza rozpętana

– Przejdźmy do tego, co dzieje się na bieżąco. Jak zaczął się poniedziałek? – zapytałam, bo niewątpliwie był to specyficzny początek tygodnia. Po burzliwym zakończeniu wcześniejszego, dla KOA wręcz rewolucyjnego.

– Poniedziałek zaczął się od tego, że zrobiłam autoryzację jednego wywiadu. Teraz spotykam się z panią. Szczerze mówiąc, nie za bardzo wiemy w co ręce włożyć. Na razie trochę też czekamy na wytyczne z ministerstwa, co mamy zrobić z dokumentami. Póki co, mamy wszystko przekazać do warszawskiego Ośrodka Katolickiego. Ośrodek Diecezjalny w Sosnowcu, który oprócz katolickiej placówki z Warszawy, znalazł się w obwieszczeniu ministra jako upoważniony do prowadzenia zagranicznych adopcji, ma zajmować się tylko kilkoma sprawami. Nasze bieżące sprawy, które znajdują się w szafie za panią, powędrują do ośrodka w Warszawie – słyszę.

Rzecz jasna odwracam się za siebie. Szafa, którą widzę, jest schronieniem dla wszystkich spraw adopcji międzynarodowych TPD. Pełna teczek, życiorysów, historii małych ludzi, którzy nie mogli znaleźć rodziny w Polsce. Druga szafa jest obok, dwie pozostałe mijałam chwilę wcześniej na korytarzu. Tam znajdują się najstarsze ośrodkowe sprawy.

– Te sprzed 30 lat także? – pytam.

– Pierwsze adopcje zagraniczne pojawiły się w 1994 roku. Pierwsza sprawa z tego właśnie roku jest w jednej z tych szaf. Wszystkie nasze sprawy starannie przechowujemy. Również dla tych dzieci, które być może kiedyż zapragną poznać swoje korzenie.

– Sprawy z szaf także muszą być przeniesione do nowo wyznaczonych ośrodków?

– Ministerstwo napisało, ze sprawy bieżące przekazujemy do Ośrodka Katolickiego. Jeśli chodzi o sprawy archiwalne, ministerstwo poprosiło o informacje ile ich jest i chciałoby chyba takie archiwum zrobić u siebie. To są nasze sprawy i będziemy szukać sposobów, żeby archiwum zostało u nas.

– Zastanawiam się, na ile takie przekazanie jest możliwe prawnie.

– To są dane osobowe, dane wrażliwe. Jeżeli Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych mógłby się wypowiedzieć, jak tę kwestię archiwum rozwiązać, to na pewno będziemy pytać. To nie jest tak, że możemy przekazać dokumenty rodzin i dzieci gdziekolwiek. Nie możemy nimi ot tak sobie szafować. Na wszystko musimy mieć przede wszystkim zgodę kandydatów, którzy te dokumenty do nas złożyli. Legalność tej kwestii na pewno musimy wyjaśnić.

Ośrodek Katolicki w Warszawie, który ma przejąć bieżące sprawy z Ośrodka TPD, adopcją międzynarodową zajmuje się od dawna. Jest w tej kwestii doświadczony i Izabela Rutkowska wierzy w sprawność jego działania. Nieraz ze sobą współpracowali i mają dobre relacje. Nie dziwię się jednak pewnemu zaniepokojeniu, czy stołeczny ośrodek poradzi sobie z taką ilością pracy. Do tej pory zajmowali się tylko swoimi sprawami, teraz będą musieli wziąć na siebie dwa dodatkowe ośrodki. – Mam nadzieję, że jakoś to się uda dobrze rozwiązać – słyszę od pani dyrektor.

Niespodzianka!

– A czy jest szansa, że adopcja międzynarodowa do TPD wróci?

– Sytuacja została zmieniona jednym obwieszczeniem ministra. Nie jest to więc decyzja nieodwołalna, albo decyzja, którą legislacyjnie będzie trzeba teraz długo zmieniać. Jeżeli w jeden dzień można adopcję komuś zabrać, to ja rozumiem, że w jeden dzień można komuś adopcję oddać – słyszę. Sama nie wiem czy więcej w tym wiary i nadziei, czy może po prostu złości. Domyślam się jednak, że w sytuacji, w której zostaje się z zaskoczenia postawionym przed faktem dokonanym, wszystkie te emocje mogą się mieszać.

–  Spodziewaliście się tego?

– Nie. Naprawdę nie – słyszę i przez chwilę nie wiem, co powiedzieć. Czy naprawdę tak znany ośrodek, w kraju znajdującym się w środku Europy, w którym internet całkiem sprawnie działa, poczty nie wysyła się gołębiem, a łącza telefoniczne raczej nie przerywają, może być aż tak odsunięty od meritum sprawy? –  To była informacja z dnia na dzień? – dopytuję, bo szczerze nie jestem w to w stanie do końca uwierzyć.

–  Tak, to była informacja z dnia na dzień. W poniedziałek 16-ego stycznia o godzinie 15:43 dostałyśmy pismo od pani wicedyrektor departamentu, że następnego dnia o 12:30 mamy stawić się na spotkanie w ministerstwie. W kwestii organizacji adopcji. Takie pismo dostały wszystkie trzy ośrodki.

–  Rozumiem, że finału nikt się nie spodziewał?

– Spodziewałyśmy się zmian, bo poranna prasa uprzejma była o tym donieść, ale przede wszystkim oczekiwałyśmy jakiejś dyskusji. Że ministerstwo powie jaki ma pomysł, co by chciało zrobić, a nie oznajmi nam, co już właśnie zrobiło. Proszę mi uwierzyć, że kiedy zostało odczytane nowe obwieszczenie pani minister, na sali po prostu zaległa cisza. Nikt nie wiedział, co ma powiedzieć. Byliśmy zaskoczeni tą sytuacją, co najmniej tak, jakby tu teraz nagle stanął… nie wiem, Jan Paweł II – po takim komentarzu przez chwilę nawet zaczęłam zastanawiać się, czy rzeczywiście nie pojawi się w drzwiach święty, który jakoś byłby w stanie wytłumaczyć szok ośrodków. A wszystkie trzy ponoć w równym szoku były.

– Byłam ciekawa waszych reakcji, bo zakładam, że w takich sytuacjach być może zakulisowo pojawiają się jakieś pogłoski – staram się jakoś tłumaczyć.

–  Powiem pani szczerze, miałam przeczucie, że coś się święci. Nasze ministerstwo jest centralnym organem w zakresie adopcji międzynarodowych i musi wydać zgodę na każdą naszą adopcję. Zazwyczaj te zgody wydawane były w tydzień, maksymalnie dwa. Nagle, w drugim półroczu 2016 roku, okazało się, że okres wydawania zgód wydłużył się do miesiąca, dwóch, trzech… Miałam więc pewne przypuszczenia, że być może ministerstwo nie jest tak przychylne zagranicznym adopcjom, jak było wcześniej. Na pytanie dlaczego tak długo czekamy na dokumenty tłumaczyło się zmianami organizacyjnymi w departamencie, który tymi teczkami się zajmuje. O takich zmianach nie było nam wiadomo.

– W liczbach dokonanych adopcji w 2016 roku nie ma jednak zbyt wielkiej różnicy, w porównaniu z wcześniejszymi latami.

– Nie, ponieważ to powolne wydawanie zgód zaczęło się w drugiej połowie roku. Te adopcje dokonane są więc siłą rozpędu. Cała procedura adopcyjna trwa dość długo, czasem sześć, osiem miesięcy. Siłą rzeczy kończyły się więc adopcje wcześniej rozpoczęte – mówi Izabela Rutkowska. Okazuje się jednak, że sprawa uległa diametralnej zmianie. W styczniu 2017 roku orzeczone zostały tylko trzy adopcje. Tylko, bo zazwyczaj było ich dużo więcej. To właśnie teraz TPD zaczyna odczuwać skutki tego, że w ministerstwie leży bardzo dużo ich dokumentów. – Ministerstwo nie wydało nam żadnej zgody od 8-ego grudnia – mówi pani dyrektor i dodaje:

– Niewydawanie przez ministerstwo od tego czasu żadnej zgody na kontynuowanie procedury sprawiło, że zaczęliśmy się tym szczególnie interesować. Pozwoliłam sobie nawet 12-ego stycznia, czyli dzień przed podpisaniem rozporządzenia, porozmawiać z panem Podgórskim na temat naszych teczek – słyszę. Warto dodać, że Olgierd Podgórski jest Dyrektorem Departamentu Polityki Rodzinnej, który to zajmuje się właśnie między innymi adopcjami zagranicznymi. – Sukcesem było to, że zechciał ze mną porozmawiać i połączono mnie konkretnie z nim. Zazwyczaj dzwonię do pracowników merytorycznych, nie dzwonię do samego szefostwa – opowiada Izabela Rutkowska. – Pan Podgórski zapewnił mnie, że wszystko jest dobrze i powinnyśmy kontynuować naszą pracę, kwalifikować rodziny, zajmować się dziećmi. A następnego dnia grom z jasnego nieba, nie możemy już prowadzić adopcji – słyszę, a w tym samym czasie w uszach niemal rozlega mi się trzask owego gromu. – Czyżby sytuacja zmieniła się w ciągu nocy?  – pyta retorycznie Rutkowska.

„Eksperci” w akcji

– Mam wrażenie, że to obwieszczenie pisane było na kolanie. W dokumencie były dwa poważne błędy – w nazwie jednego i drugiego ośrodka. Ośrodek Katolicki nie znajduje się na ulicy Grochowskiej już od roku, tylko na ulicy Ratuszowej. Zaś Diecezjalny Ośrodek w Sosnowcu już nie jest ośrodkiem opiekuńczym, tylko adopcyjnym. Po 2012 roku wszystkie ośrodki straciły ten przydomek. Ministerstwo wydając swoje obwieszczenie popełniło więc dwa błędy. Nie są one pewnie dyskwalifikujące, ale pokazują, że chyba napisał to ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia, co właściwie dzieje się w Polsce w temacie adopcji – mówi pani dyrektor.

– Sprawdzenie adresów i nazwy wydaje się nie być dużą pracą.

– Oczywiście, że to nie jest duża praca. Powiem więcej, pracownicy wydziału zajmującego się adopcjami zagranicznymi, zostali powiadomieni o zmianie obwieszczenia po nas. Najpierw dowiedziały się ośrodki, a dopiero później pracownicy merytoryczni w odpowiednim wydziale polityki rodzinnej.

– Czyli kto de facto podjął taką decyzję?

– Obwieszczenie podpisała pani minister Elżbieta Rafalska.

Zaczęłam zastanawiam się, kto w takim razie wpadł na tenże rewolucyjny pomysł, skoro zajmujący się sprawą ludzie, nic o tym nie wiedzieli. Gdzie w tym wszystkim podziali się eksperci, którzy znają sedno sprawy? – Adopcje zagraniczne nigdy nie cieszyły się wielką popularnością wśród naszych rządzących – słyszę i czuję, że zaczyna wkradać się w to wszystko polityka. – Właściwie jakikolwiek rząd nie przychodził, zawsze pojawiał się pomysł, żeby adopcje zagraniczne w jakiś sposób ograniczyć. Myślę jednak, że dogłębne i porządnie przeprowadzone analizy sytuacji prędzej czy później doprowadzały do wniosku, że dla dzieci wyjeżdżających zagranicę była to jedyna szansa. I nikt takiej nieracjonalnej decyzji o ograniczeniu adopcji zagranicznych nie odważył się wcześniej podjąć. Polska jest stroną Konwencji o ochronie dzieci i współpracy w dziedzinie przysposobienia międzynarodowego. Oznacza to, że nie można adopcji zagranicznych jednym pociągnięciem pióra zupełnie zakazać. Chociaż oczywiście można je ograniczyć – wyjaśnia Izabela Rutkowska.

Ku zaprzestaniu

– Spodziewa się pani, że rzeczywiście będzie to tylko ograniczenie, czy zmierza to jednak ku zupełnemu zaprzestaniu adopcji międzynarodowych? – pytam i nie wiem, czy chcę znać odpowiedź. – Na pewno idziemy ku zaprzestaniu. Jeżeli pomysłem ministerstwa jest to, żeby dzieci z rodzin zastępczych w ogóle nie były kwalifikowane do adopcji zagranicznej, o czym zostaliśmy poinformowani na spotkaniu w ministerstwie, to adoptowane będą mogły być tylko dzieci z domów dziecka. Trend jest właśnie taki, żeby dzieci umieszczać właśnie w pieczy zastępczej, a nie w placówce, co jest zresztą w mojej opinii słusznym trendem. Natomiast w związku z tym, że nie można w domach dziecka umieszczać małych dzieci – chociaż jeszcze, jak pokazują dane, nie doszliśmy do takiego standardu – w instytucjach będą tylko duże dzieci. Dla nich niestety nie jest tak prosto znaleźć rodzinę – słyszę. Kolejek oczekujących na nastolatki tak naprawdę nie ma. Okazuje się, że takie adopcje są pojedynczymi przypadkami. Czasami zdarza się, że „starszaki” trafiają do adopcji tylko dzięki młodszemu rodzeństwu, które stają się ich szansą, jakkolwiek brutalnie to nie brzmi. – Jest przepaść między adopcją dzieci 10-cio, a 11-letnich. Ewidentnie jest tu jakaś psychiczna bariera ludzi – słyszę.

Jako 11-latek adoptowany był Mariusz. Ośrodek TPD szukał dla niego rodziny przez 9 lat. Chłopiec trafił do nich jako dwulatek. Miał jednak dużą wadę wzroku i genetyczne obciążenie, które mogło wiązać się ze zmianami nowotworowymi. Schorowane dziecko po trudnych przejściach… tłumów chętnych do opieki nad nim nie było. Mariusz ma jednak wielki talent. Pomimo swojej wady wzroku pięknie rysuje. Ze sztuką związany jest też jego adopcyjny tata. Nieco już starszy włoski nauczyciel rysunku. – To po prostu nie mógł być przypadek. Mimo, że Mariusz czekał 9 lat, udało się. A co by było gdyby w tak zwanym międzyczasie nie było nas? – pyta, chyba nie do końca retorycznie, moja rozmówczyni.

pexels-photo-66365

 

– Czy jest już jakaś reakcja organizacji zagranicznych, z którymi współpracujecie?

– Na razie wszyscy nas bardzo wspierają. Kilka organizacji wysłało na piśmie swoje stanowisko do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Czy korespondencja dotarła? Tego jeszcze nie wiem. Na razie wszyscy nas zapewniają, że są z nami i żebyśmy się po prostu trzymali – mówi Izabela Rutkowska i dodaje: – Dla wielu organizacji zagranicznych Polska nie jest jedynym krajem, z którego mogą adoptować dzieci. Wiele między innymi włoskich organizacji, pośredniczy w adopcjach z takimi krajami jak chociażby Chiny, Kambodża, czy Wietnam. Chociaż są i takie, które przeprowadzają adopcje tylko z Polską i dla nich będzie to zapewne oznaczało zamknięcie. Tym bym się jednak nie martwiła, bo organizacje sobie poradzą. To dorośli ludzie. Natomiast to, czym ja się naprawdę martwię, to dzieci, które w tej chwili mają szansę na zagraniczną adopcję, a wskutek wprowadzonych zmian zostaną w Polsce. Niestety jednak nie w polskiej rodzinie adopcyjnej, bo tej rodziny najzwyczajniej w świecie dla nich nie ma. Nie sądzę, żeby dzięki zakazowi zagranicznych adopcji o tysiąc procent zwiększyła się nagle otwartość polskich rodzin na różne problemy dzieci. Decyzją urzędników nie da się sprawić, że nagle krajowe rodziny będą ochoczo przyjmować dzieci molestowane seksualnie, trójki i czwórki rodzeństwa, albo dzieci, które przeżyły piekło w domu rodzinnym i naprawdę mają olbrzymi problem, żeby komukolwiek zaufać – wyjaśnia ekspertka.

Kulturalnie bez barier

– Przy tym wszystkim zmiany kulturowe wydają się być mało znaczące, ale niewątpliwie są dodatkowym stresorem – mówię i przy okazji głośno zastanawiam się nad często pojawiającą się w tym kontekście argumentacją przeciwników adopcji zagranicznej. – Rodzina decydując się na adopcję międzynarodową wskazuje kraj, z którego jest gotowa przysposobić dziecko. Przygotowując się do przyjazdu do Polski gromadzi wiedzę o naszym kraju, naszych zwyczajach, świętach. Z kolei dziecko, kiedy wybraliśmy mu już najlepszą rodzinę, wie wcześniej z jakiego kraju przyjadą do niego rodzice. Zachęcamy też do tego, żeby opiekunowie porozmawiali z dzieckiem o danym państwie. Co tam się je, jakim mówi się językiem, jak wymawia się niektóre słowa. Na pewno proces przygotowania może i powinien rozpocząć się wcześniej, zanim w ogóle dojdzie do kontaktu osobistego. Niektórzy rodzice są tak mocno zmotywowani, że uczą się języka polskiego – z radością mówi Izabela Rutkowska.

Ostatnio przeżyła bowiem taką historię. Ojciec adopcyjny był na tyle zmotywowany, żeby porozumieć się z dwiema przyszłymi córkami, że w kilka miesięcy nauczył się naszego języka. Znając trudność polskiej mowy, nie sposób jest przejść obok tego obojętnie. Ważne jednak, że dzięki temu bariera językowa między dziewczynkami, a przyszłą rodziną, była dużo mniejsza. Dzieci szybko nawiązały kontakt z tatą, łatwiej weszły w nowe środowisko rodzinne. A że ponoć są temperamentne, wspólny język niewątpliwie się przyda. Izabeli Rutkowskiej ci kandydaci przypadli szczególnie do gustu. Zastanawiam się od razu, czy są historie wyjątkowo jej bliskie. Wyobrażam sobie, jakie emocje muszą tym wszystkim sprawom towarzyszyć.

– Z pewnymi rodzinami nie dało się nie nawiązać bliższych relacji, ponieważ są to fantastyczni ludzie, zachwyceni Polską. Potrafią zjechać cały kraj, zwiedzić Gdańsk, Kraków, Wrocław. Czasami wiedzą takie rzeczy o Polsce, których ja nie wiem. Cieszą się, że tutaj są. Warto jednak pamiętać, że dla nich nie jest to tylko wycieczka. Decydują się na taki przyjazd dopiero wtedy, kiedy już są pewni swojej relacji z dzieckiem, że będzie można wziąć je za rękę – mówi.

Zaczynamy też oglądać kilka ze zdjęć wiszących obok. Na trzech fotografiach znajduje się ten sam chłopiec, poznaję po rysach, bo nie sposób nie zauważyć na najświeższej z nich ogromnego, zmieniającego wszystko uśmiechu. Jest to jeden z ulubieńców mojej rozmówczyni. Ośmiolatek znalazł swoją rodzinę we Włoszech. Zaczynał się więc uczyć języka, a lekka wada wymowy tę jego „włoszczyznę” czyniła szczególnie urokliwą. Był ponoć niezwykle szczęśliwy, kiedy przyjechali jego nowi rodzice. Nie rozstawał się też z piłką nożną, z którą zresztą najwidoczniej dalej nie może się rozstać. Minęło już kilka miesięcy od adopcji, a na ścianie wisi zdjęcie malca w pełnym piłkarskim stroju włoskiej drużyny. – My wiemy co się dzieje w tych rodzinach, mamy z nimi kontakt przez przedstawicieli organizacji. Równie często jest to kontakt bezpośredni. Nieraz to nawet nie my ich szukamy, rodziny same nas znajdują. Chcą powiedzieć, jak jest im fantastycznie – słyszę jeszcze zanim zacznę temat nurtujący chyba wszystkich. Czy ktoś wie, co dzieje się z dziećmi dalej?

Skąd jestem?

– Domyślam się, że adopcja w tym wieku sprawia, że dzieci pamiętają skąd są.

– Tak, pamiętają i o to chodzi, żeby pamiętały. Aczkolwiek powiem szczerze, że często dzieciom wyjeżdżającym zagranicę Polska nie kojarzy się dobrze. To w końcu kraj, gdzie przeżyły kilkukrotną traumę odrzucenia. Najpierw nie chcieli go rodzice naturalni, później okazało się, że żadni rodzice adopcyjni też go nie chcieli… Wprawdzie koniec był szczęśliwy, bo ktoś przyjechał i zabrał ich z tego kraju, ale to nie jest tak, że w każde wakacje chcą tu wracać. Mija często kilka, nawet kilkanaście długich lat, zanim na tyle dojrzeją i poukładają sobie wszystko w głowie, żeby móc do Polski przyjechać. Wielokrotnie rozmawiałam z dorosłymi adoptowanymi. Uświadomiło mi to jedną rzecz. Oni naprawdę potrzebują wielu lat, żeby być gotowymi do zmierzenia się ze swoją przeszłością – zauważa Izabela Rutkowska.

– To jest chyba praca na całe życie.

– To jest praca na całe życie. Adopcja jest wielkim błogosławieństwem, ale jest też czymś, z czym trzeba sobie dać radę. To nie jest tak, że wystarczy mieć kochających i mądrych rodziców. Oczywiście to jest podstawa, bez tego ani rusz, ale to adoptowany człowiek sam musi włożyć dużo pracy, żeby w swoim życiu poukładać klocki na odpowiednim miejscu. Tego nikt za niego nie zrobi – podsumowuje.

Trudna przeszłość

Padają teraz w naszej rozmowie ważne słowa. O tym, że dopiero rozliczenie się z przeszłością daje gotowość na nowe związki. Na to, żeby mieć chłopaka, czy narzeczoną. Nie każdy potrafi spojrzeć w głąb siebie i zadać najtrudniejsze chyba na świecie pytanie: dlaczego ktoś w Polsce mnie nie chciał? Jaka by na nie odpowiedź nie była, jest potrzebna. Widocznie tak musiało być, taką mam drogę do przebycia – to wydają się dość słuszne wnioski. Jak bowiem inaczej można wyjaśniać traumy? Na to wytłumaczenia nie widzę. Może za wąsko patrzę?

– Większość naszych adoptowanych dzieci pochodzi z rodzin wieloproblemowych. Głównym problemem jest jednak ciągle alkohol. Zaobserwowaliśmy przy tym, że kiedy te nasze dzieci wracają po latach do Polski, często nie szukają swoich rodziców. Szukają swojego rodzeństwa (jeśli zostało w Polsce). Dopiero kiedy spotkają się z nimi, jeśli uda się ich odnaleźć, wyjaśnią sobie wszystkie kwestie, mogą zamknąć przeszłość za sobą. Rozliczyłam się, przyłożyłam pieczęć, zamknęłam jedne drzwi, otworzyłam następne i idę dalej. Tu właśnie dochodzimy do tego, o czym też nasze ministerstwo mówi, o rozdzielaniu rodzeństw – tym sposobem i nasza rozmowa otwiera kolejne drzwi.

Razem, czy osobno?

– Przeanalizowaliśmy wszystkie sprawy z 2016 roku pod kątem tego, jak wyglądało rozdzielanie rodzeństw. Te dzieci są rozdzielane w Polsce, na samym początku swojej drogi adopcyjnej. Nie jest prawdą, że to my rozdzielamy je do zagranicznej adopcji – stwierdza Izabela Rutkowska.

Przytacza też przykłady. Jeśli w domu dziecka jest czwórka rodzeństwa i nagle do danej placówki zgłasza się ojciec trójki z nich, a do czwartego się „nie przyznaje”, ich sytuacja prawna okazuje się być zupełnie inna. To jedno może iść do adopcji, jeśli natomiast ojciec pozostałej trójki nie zrzeknie się władzy (lub nie zostanie mu ona sądownie odebrana), tamci zostają. Chyba że zajmie się nimi tata,  na co zawsze jest nadzieja. Są też takie sytuacje, gdzie po zabraniu dzieci z domu rodzinnego nie ma możliwości umieszczenia całego rodzeństwa w jednej rodzinie zastępczej. Skutkiem tego dzieci trafiają „podzielone” do różnych rodzin, nierzadko mieszkających daleko od siebie. Jak wtedy podtrzymywać kontakt? Często trwa to całe lata, dopóki sytuacja opiekuńcza dzieci się nie wyjaśni, dopóki rodzice mają czas na staranie się o powrót dzieci do domu. Jeśli jednak się to nie uda? Sąd podejmuje decyzję o odebraniu rodzicom praw rodzicielskich i dopiero wtedy można skierować dzieci do adopcji. Przez te wszystkie lata dzieci się od siebie oddalają. Fizycznie i emocjonalnie więzi nie ma, a niestety nie wszystkie rodziny zastępcze o kontakt rodzeństw dbają. Czasami nie ma też więzi pomiędzy dziećmi ze względu na dużą różnicę wieku. Nieraz nawet kilkunastoletnią. – Kiedy młodsze dzieci się urodziły, starsze dawno już były w pieczy zastępczej. Nie znają się, ale to nie znaczy, że taka sytuacja ma pozostać. Często jednak jest tak, że nie ma rodziny dla tego starszego dziecka, a młodsze od razu znajduje opiekunów. Jak widać, rozdzielenie nie nastąpiło na nasz wniosek, ani na naszą prośbę. Nastąpiło dużo wcześniej – słyszę od pani dyrektor.

Co więcej, okazuje się, że dbałość o utrzymacie kontaktu z rodzeństwem w adopcjach zagranicznych jest nieraz większa, niż się wszystkim wydaje. – Mamy taki warunek, że jeżeli dla dwójki rodzeństwa szukamy dwóch oddzielnych rodzin, dzieci muszą trafić do tego samego kraju i tej samej organizacji. Rodziny muszą się znać, muszą wiedzieć, że adoptują rodzeństwo i muszą później utrzymywać kontakt. Oczywiście jeżeli jest taka zasadność, ponieważ naprawdę często zdarza się, że dzieci nie chcą mieć kontaktu ze swoim rodzeństwem – mówi Izabela Rutkowska. Z psychologicznego punktu widzenia, brzmi to zrozumiale. Kiedy po doświadczeniu porzucenia okazuje się, że mamy kogoś tylko na wyłączność,  nie musimy się z nikim dzielić miłością i ciepłem, możemy odczuwać prawdziwy lęk przed kolejną stratą. – Dopiero później, kiedy dzieci wiedzą, że już nikt im rodziców nie zabierze, pojawia się pomysł spotkań z rodzeństwem – słyszę.

– Czynniki osobowościowe są na pewno równie znaczące.

– Są znaczące, ale wydają mi się wtórne do problemów z więzią. Nad tym trzeba szczególnie długo pracować. Jeśli jednak dziecko jest zdolne wypracować bezpieczny styl przywiązania z dorosłymi, to jest bardzo dobry znak, że będzie kiedyś zdrowym psychicznie człowiekiem. Niestety często zrywane wcześniej więzi powodują, że jest to bardzo utrudnione. Opowiem o takim jednym dziecku, które mamy teraz do adopcji… – słyszę i słusznie spodziewam się kolejnej trudnej historii, które tutaj wydają się być niestety codziennością.

– Chłopiec ma 6 lat i ze zgrozą przeczytałam historię jego życia. Był w 9-ciu rodzinach zastępczych. Na początku opinie o jego pobycie w rodzinach były bardzo dobre. Chłopiec funkcjonował bardzo dobrze, dobrze, trochę gorzej, beznadziejnie, w końcu zupełnie źle. No i nic dziwnego. Jak pisze ministerstwo, że jest świetny system pieczy w Polsce i wszyscy mają dostęp do specjalistów różnego typu, to jest to prawdziwą farsą wobec tego dziecka! W samym 2015 roku chłopiec był umieszczany w rodzinie zastępczej 3 razy. Czy to jest normalne? Z chłopcem prowadzona jest terapia psychologiczna przez specjalistę, ponadto jest pod kontrolą psychiatryczną i przyjmuje leki. Jest to tragiczny finał każdej podobnej sytuacji, kiedy dziecko tak często zmienia środowisko rodzinne – Izabela Rutkowska i nie kryje oburzenia. – Nie wiem szczerze mówiąc dlaczego sąd w ogóle podejmował takie decyzje. Dom-piecza, dom-piecza, przecież to jest nienormalne! I to jest właśnie dziecko do zagranicznej adopcji. W Polsce nikt tego dziecka nie chciał.

– Wyprowadzenie go z traumy jest gigantyczną pracą.

– Jest to praca na lata, bez żadnej gwarancji powodzenia.

Mętna wizja

Jak to w relacjach między ludźmi – gwarancji żadnej nikt nam nigdy nie da. Można i trzeba minimalizować jakiekolwiek ryzyko niepowodzenia. Jakiekolwiek ryzyko niedopatrzeń. Pilnować, jak toczą się losy dzieci. Wciąż do tego wracamy, ale nie sposób uciec od tematu, kiedy w sieci co i rusz pojawiają się dramatyczne historie wykorzystywanych po adopcji maluchów, które niemal bezprawnie zostały wywiezione z kraju. Wciąż więc dopytuję: – Rozumiem, że wiecie państwo, co się dalej z nimi dzieje?

– Wiemy, ponieważ założeniem tego ośrodka była mocna potrzeba ucywilizowania adopcji zagranicznych. W latach 80-tych, 90-tych Polska była uznawana za świetne źródło białych dzieci do adopcji, a odbywały się one bez żadnej procedury. W naszym kraju nie było bowiem podziału na adopcję polską i zagraniczną. Gdy sąd adopcję orzekał, nie było możliwości wcześniejszego sprawdzenia, czy oby na pewno nie ma dla tego dziecka rodziny w kraju. Przyjeżdżali więc rodzice z zachodu, którzy – powiem wprost – wykorzystując to, że nie było żadnych aktów prawnych normujących sytuację, zabierali zagranicę małe, zdrowe dzieci. Pokłosiem tego było właśnie powstanie Krajowego Ośrodka, który zamierzał ten proceder ukrócić – słyszę i nie dziwię się, że wiele osób wciąż może mieć wizję adopcji zagranicznej rodem z filmów akcji. Wywóz dzieci, zupełny brak kontroli, niejawność procesu. – To naprawdę było już 35 lat temu – stanowczo ukróca moje dywagacje Izabela Rutkowska. – Procedura musi być jasna i klarowna dla wszystkich. Najpierw rodzina w kraju, później zagraniczna – dodaje.

Co i jak

Jasne i klarowne są też w większości ustalenia pomiędzy danymi krajami – pobytu dziecka i przyjmującego kraju rodziców. Konwencja haska z 1993r. (Polska jest jej stroną od 1995r.) mówi o tym, że oba państwa muszą zgodzić się na wjazd dziecka na terytorium nowego dla niego kraju. Ma to znaczenie między innymi w wypadku Holandii, która w pewnym momencie znacząco zmniejszyła liczbę przyjmowanych z Polski dzieci. Chodziło głównie o dzieci cierpiące  na ciężki FAS (płodowy zespół alkoholowy). – To nasze pierwsze pokolenie dzieci, powierzone właśnie w latach 90-tych, dużo czerpie z holenderskiej pomocy społecznej. Władze tego kraju spostrzegły, jakie to są koszty i obciążenia dla ich systemu pomocy. Naprawdę bardzo dużo kosztuje wyprowadzenie takiego dziecka, a ono i tak nigdy nie będzie samodzielne – słyszę. Trzeba mu zapewnić mieszkanie pod nadzorem, bo samo może nie być w stanie nic zaplanować, wykształcić się, gospodarować pieniędzmi. Musi do niego przychodzić asystent, a tego typu opieka staje się workiem bez dna. – Polska uważa, że stać nas na zatrzymywanie u siebie takich dzieci i wszystko, co może je spotkać, to rodzina zastępcza – gorzko puentuje moja rozmówczyni. Co istotne, takie dzieci rzadko zostają w rodzinach zastępczych. To wychowankowie domów pomocy społecznej i ośrodków wychowawczych.

– Wiele spraw wydaje się być tutaj mało przemyślane – dodaję i przyznaję, że coraz bardziej czuję się zagubiona w temacie. Ile bym nie słuchała, nie czytała, nie obserwowała, ciągle zdarza się historia wyjęta za coraz to dalej przesuwany margines.

– Są w ogóle nieracjonalne i dyskusyjne. W ostatniej decyzji zabolało nas także  to, że była podjęta za naszymi plecami, bez pytania nikogo o zdanie – słyszę.

–  Jestem zdziwiona tym, że nikt nic nie wiedział. To chyba pokazuje, że dzieje się coś naprawdę niepokojącego.

– To pokazuje jaki jest stosunek władzy do obywatela, ale też do pracownika. Wykonujemy zadania, które powierza nam ministerstwo. Ono nas upoważniło do działania w jego imieniu, do poszukiwania zagranicą rodzin dla polskich dzieci. W ciągu jednego dnia okazuje się jednak, że cała nasza praca była zła? To nie jest tak, że wygaszamy adopcje, stopniowo je ograniczamy, czy mamy okres przejściowy. Nam ktoś po prostu nagle powiedział, że przez 27 lat wynarodowiliśmy polski naród, ponieważ wysłaliśmy 2,5 tysiąca dzieci zagranicę. To nieważne, że dzieci zyskały rodziców, że miały dobre dzieciństwo, są szczęśliwymi dorosłymi.

– Dobro dziecka się kłania.

– Tu nie ma dobra dziecka. Moim zdaniem ta decyzja jest podyktowana polityczną potrzebą chwili. Dobrze wpisuje się w ogólnonarodowy trend, że Polska ma być krajem, który sam potrafi zadbać o swoich obywateli. Tylko jeszcze trzeba tych obywateli zapytać, czy chcieliby, żeby akurat w taki sposób polskie państwo o nich dbało – nie pozwalając im mieć rodziców chociażby z zagranicy. Dla mnie naprawdę nie ma znaczenia, czy rodzina jest polska, czy zagraniczna – słyszę w tym momencie głos świadka tych wszystkich przeżyć, które biją ze zdjęć powieszonych na ścianie obok.

– Jednak trzeba przyznać, że dobrze brzmi zdanie: „Polskie dzieci będą w Polsce” – zauważam.

– Oczywiście. I ja bym się pod tym podpisała, ponieważ też jestem Polką. Jeżeli dziecko mogłoby mieszkać w polskiej rodzinie adopcyjnej, proszę bardzo! Pierwsza temu pomysłowi przyklasnę. Ale w rodzinie adopcyjnej, a nie w pieczy zastępczej, która nie daje żadnej gwarancji stabilności i poczucia, że przynależy się do kogoś na zawsze.

adopcje międzynarodowe Krajowy Ośrodek Adopcyjny TPD

 

Wióry lecą…

Widzę przed sobą osobę szczerze zaangażowaną w swoją pracę. Niezwykle ciepłą, ale też stanowczą. Inaczej się chyba tutaj nie da. Nie dziwi mnie jednak, że czara goryczy się przelała. – Zastanawiam się, jak się pani w tym wszystkim czuje? – pytam.

– Powiem szczerze, że na razie nie bardzo mogę się obudzić. Chociaż bardziej nie mogę zasnąć, ponieważ spędza mi to sen z powiek. Odbieram to bardzo osobiście. Dzisiaj nie śpię od godziny 2:43. Jest to już kolejna nieprzespana noc, ale to są moje noce i  sobie z tym poradzę – słyszę w tym niewątpliwą siłę Izabeli Rutkowskiej. Jednak każda siła zdaje się mieć swoje granice. – Ja się po prostu na razie o to wszystko martwię. Nie o ośrodek jako taki, ponieważ ośrodek to ludzie, którzy są prawdziwie zaangażowani. Martwię się o konsekwencje tej decyzji, bo szkoda mi prawie 30-stu lat naszej pracy. Ja spędziłam tu zaledwie 12, ale jest to jednak ponad dekada mojego życia – mówi.

Misja praca

– To nie jest praca, którą można o 15. zakończyć, zamknąć na klucz i wieść zupełnie inne życie. Często jest to praca w weekendy, nieprzespane noce wszystkich pracowników, którzy biorą sprawy do domu. A tych emocji nie da się nie wziąć ze sobą. Porażki adopcyjne bardzo bolą, sukcesy bardzo cieszą. Jesteśmy z tą pracą bardzo związani i zawsze mówiłam, że nie zamieniłabym jej na żadną inną. Nagle okazuje się, że chyba jednak muszę, bo nie ma już w Polsce potrzeby jej wykonywania – bardzo szczerze wyznaje moja rozmówczyni. Pomimo uśmiechu czuję tu jednak dużo żalu. Może to tylko moje emocje, może w pewien sposób przenoszę je na siedzącego przede mną człowieka. Wyobrażam sobie jednak, jak musi to być trudne.

– Trochę mi się świat załamał,  podcięły mi się skrzydła – dodaje Izabela Rutkowska. – Nagle okazało się, że dla kogoś tam na górze, kto założę się, że nie widział żadnego dziecka, które trafiło do adopcji i jest z tego powodu szczęśliwe, moja praca nie ma żadnego znaczenia. Nie mogę być wobec tego obojętna i nie mogę udawać, że nic się nie stało. Bo stało się bardzo dużo. Jednak skutki tej decyzji, jeżeli będzie ona utrzymana w mocy, poznamy dopiero za jakiś czas. I wtedy nawet może już niewiele osób będzie pamiętało o Krajowym Ośrodku, chociaż trudno mi w to uwierzyć…

– Przekaże pani dokument, które trzeba przekazać i co dalej?

– Mam dużo pomysłów. To nie jest moja pierwsza praca, bardzo dobrze odnajdywałam się też w pracy z trudnymi dziewczętami. Pracowałam kiedyś w ośrodku wychowawczym i bardzo to lubiłam, być może tam wrócę? Może wyjadę zagranicę i tam wykorzystam swoje doświadczenia? Szkoda by mi jednak było tego, co mam tutaj. Jest to na razie praca, w której czuję się najlepiej z tych wszystkich miejsc. Jest to przede wszystkim praca z sercem.

– Słyszę pożegnanie.

– Nie, ja po prostu jestem realistką. Jeżeli władza decyzję o ograniczeniu adopcji zagranicznych już podjęła, nie będzie taka skora, żeby się z niej wycofać. Niemniej jednak liczę, że pojawi się głos rozsądku dorosłych, kompetentnych osób (bo przecież dzieci do ministerstwa nie napiszą, że chcą mieć rodziców) i  pani minister jako osoba decyzyjna zrewiduje stanowisko resortu. Może porozmawia z nami, zechce się spotkać i posłuchać o tym wszystkim, o czym teraz tu mówię. Nigdy nie było takiej okazji…

Teczki z życiem

Przyglądam się jednej z teczek, które znajdują się w ośrodkowych szafach. Na tych kilkudziesięciu stronach zamknięte jest niemal całe życie. A nawet kilka żyć. Nie tylko młodego człowieka, który może rozpocząć zupełnie nową dla niego drogę, ale też rodziny, która tą drogą chce z nim wspólnie iść. Są tam wszystkie zgody ministerstwa, niezbędne dokumenty, raporty postadopcyjne. – Jest to najprzyjemniejsza część naszej pracy. Kiedy dostajemy raporty zawsze mówimy: „Pamiętasz jaka ona była mała”, albo „ O jejku, jak ten chłopiec przytył na włoskim jedzeniu” – słucham, ale i obserwuję przed sobą prawdziwą radość osoby, która do włoskiego „przytycia” mogła dołożyć swoje trzy grosze.

Być może zarzucić można pewną stronniczość w padających tu słowach. Być może nie jestem obiektywna, ale też daję sobie takie prawo. Przyszłam tego dnia na Krakowskie Przedmieście 6 przede wszystkim jako zaniepokojony sytuacją człowiek. I to z drugim człowiekiem się tu spotkałam, bo poza byciem profesjonalistami znającymi się na swojej pracy, jesteśmy przede wszystkim ludźmi. Nie sposób w takim miejscu, podczas takich rozmów i podczas bycia świadkiem tak kontrowersyjnych decyzji, uciekać od emocji. A jest ich pełno, szczególnie kiedy widzi się twarze dzieci, zna się ich historie i możliwości – a raczej ich brak – jakie mogą dostać od losu. Nie mówię przy tym, jakie rozwiązania są idealne, bo nie wiem. Nie wiem też, czy ktokolwiek kiedykolwiek takie znajdzie. Warto jednak poznać dokładniej sprawy, które na co dzień milczą. Kiedy się jednak odzywają, nieraz okazuje się jak mało o nich wiemy.

– Teraz być może zbieramy pokłosie tego, że robiliśmy swoje i siedzieliśmy cicho. Nie chwaliliśmy się swoją pracą, uznając, że to przecież nasz obowiązek i po prostu rzetelnie będziemy go wypełniać. Każdemu dziecku należy się szczęśliwe dzieciństwo. Teraz nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba wykorzystać okazję i mówić o tym, z czego jesteśmy dumni – z naszych wszystkich szczęśliwych i zaopiekowanych dzieci – przez wielkie i wyraźne „M” Mówiła mi Izabela Rutkowska.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Jak PCOS wpływa na psychikę i emocje – znasz te objawy?

objawy PCOS

Objawy PCOS wiążą się także z psychiką. Okazuje się jednak, że najbardziej wpływają na nią zaburzenia miesiączkowania. To właśnie one najsilniej oddziałują na stan emocjonalny kobiet cierpiących na zespół policystycznych jajników.

Trudne chwile

Badania, które przeprowadzono na Columbia University School of Nursing, zajęły się identyfikacją powikłań, jakie niesie za sobą PCOS. Do negatywnych skutków związanych z psychiką mogą przyczyniać się zarówno wzrost masy ciała, jak i niechciane owłosienie. Okazuje się jednak, że to nieregularne cykle są najsilniej powiązane z problemami psychiatrycznymi, które pojawiają się u kobiet w przebiegu opisywanej tu choroby.

Byliśmy zaskoczeni, że zaburzenia miesiączkowania u kobiet z PCOS były najsilniejszym predyktorem problemów ze zdrowiem psychicznym. Zwłaszcza, że istnieje tak wiele innych objawów, takich jak nadmierne owłosienie i niepłodność, które mogą sprawić, że panie czują się niekobieco – powiedziała profesor Nancy Reame, której słowa cytuje „Healthcare Publication”. – Wyniki badań sugerują, że nie możemy skutecznie leczyć PCOS, jeśli nie zwrócimy szczególnej uwagi na wszelkie oznaki psychicznego dystresu – dodała.

Za pomocą odpowiednich narzędzi eksperci ocenili stan psychiczny 126 kobiet mających zdiagnozowane PCOS. Ich odpowiedzi porównano ze stanem kobiet z ogólnej populacji, oraz pacjentek poddanych ambulatoryjnej opiece psychiatrycznej. Okazało się, że kobiety mające PCOS wykazywały znacząco wyższy poziom stresu psychologicznego, niż panie z grupy populacji ogólnej. Natomiast nasilenie objawów z połowy badanych zaburzeń było statystycznie niebezpiecznie podobne do pacjentek znajdujących się pod opieką psychiatryczną. Co ważne, sprawdzano między innymi poziom lęku, depresji, somatyzację oraz czynniki związane z wrażliwością interpersonalną.

Jak sobie radzić?

Zespół policystycznych jajników, jak widać w opisanych tu badaniach, wpływa na naprawdę wiele sfer kobiecego życia. Oprócz stałej kontroli lekarskiej możemy też starać się sobie pomóc na wiele innych sposobów. Między innymi poprzez stosowaną przez nas dietę. Oto kilka artykułów, które mogą być inspiracją i wsparciem dietetycznym w walce z PCOS:

Mleko sojowe pomocne w PCOS – sprawdź, co mówią eksperci

Kieliszek czerwonego wina pomoże w PCOS? Sprawdź, co mówią badania!

Dieta płodności vs. PCOS [FILM]

Węglowodany a PCOS

5 x NIE – czego nie jeść przy PCOS

bez-tytulukk

 

Źródło:Healthcare Publication

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Kiedy lekarz jest pacjentem…

hand-1616231_1920

Nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jednakże granica narzucania innym własnego światopoglądu jest w Polsce bardzo nieostra. W ostatnich latach przez media przewinęły się setki, jeśli nie tysiące, historii kobiet pokrzywdzonych przez lekarzy zasłaniających się klauzulą sumienia. Jednak tym razem nie o samej klauzuli sumienia, tylko o tym jak bycie lekarką i pacjentką w jednym wpływa na jakość opieki nad własnymi pacjentkami.

Nie minęły nawet trzy miesiące od mojego artykułu „Lekarskie sumienie, czyli co?„, a ja ponownie siedzę przed komputerem i zastanawiam się dlaczego lekarze nieuznający prawa pacjentek do zdrowia reprodukcyjnego wybierają specjalizacje będące filarami realizacji tych praw: ginekologia i położnictwo, perinatologia czy genetyka kliniczna. Jest to bardzo niepokojące, gdyż są dziesiątki innych specjalizacji, w których nie mieliby konfliktu sumienia, ot chociażby geriatria, patomorfologia, epidemiologia czy zdrowie publiczne.

Choć Trybunał Konstytucyjny uznał klauzulę sumienia za zgodną z Konstytucją, pamiętać należy, że Konstytucja gwarantuje nam m.in. prawo do opieki zdrowotnej oraz zabrania tortur i nieludzkiego traktowania. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie wypowiadał się na temat dostępu do legalnej aborcji w sytuacji, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla zdrowia, w tym psychicznego, i życia ciężarnej. ETPCz przyjął jasne i stanowcze stanowisko, że zdrowie i życie kobiety są wartościami nadrzędnymi wobec potencjalnych praw zarodka i płodu będącego tworem niezdolnym do samodzielnego życia poza organizmem matki, a zmuszanie kobiety do kontynuacji ciąży jest złamaniem przepisów Konwencji w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania. W tym miejscu chciałabym również przypomnieć, że prawa reprodukcyjne są podstawowymi prawami człowieka, a decyzja czy, kiedy, z kim i ile chce się mieć dzieci, to forma realizacji prawa do samostanowienia. To byłoby na tyle pięknej teorii, nawet stosowanej czasem w cywilizowanych krajach jak Szwecja, Dania czy Norwegia.

Tymczasem w Polsce liczba lekarzy zasłaniających się sumieniem i wprost dezinformujących swoich pacjentów i społeczeństwo rośnie jak grzyby po deszczu. Wczoraj MamaDu, za Seksizm nasz powszedni opublikował krótki wywiad z dr M. Ś., lekarką w trakcie specjalizacji z genetyki klinicznej w Centrum Zdrowia Dziecka. Poza standardowym zestawem półprawd i kłamstw używanych przez działaczy ruchów szumnie zwących się „pro-life”, dr Ś. poruszyła inną, chyba nawet bardziej istotną kwestię spotykaną w codziennej praktyce: obiektywizm.

Pani doktor w wywiadzie przyznała, że sama choruje na zespół Turnera (aberracja chromosomowa polegająca na braku drugiego chromosomu X, objawiająca się m.in. niskim wzrostem, krótką szyją oraz niepłodnością). Nie jest pierwszą, ani ostatnią lekarką osobiście borykającą się z niepłodnością, gdyż co 5. para ma problemy z poczęciem dziecka, niezależnie od wykonywanego zawodu. Najczęściej pary dowiadują się o niepłodności po bezskutecznych staraniach, tj. regularnym współżyciu bez zabezpieczeń przez min. rok, jednakże są takie postaci niepłodności jak wspomniany zespół Turnera czy zespół MRKH (polegającym na wrodzonym braku macicy) o których istnieniu pacjentki dowiadują się w okresie dojrzewania, gdy zgłaszają się do lekarza z powodu braku miesiączki. Diagnoza niepłodności usłyszana w okresie nastoletnim jest traumą porównywalną do diagnozy nowotworu. Z dnia na dzień życie nastolatki rozpada się na milion kawałków, które już nigdy nie zostaną odbudowane w jedną całość. Dla nas, kobiet w wieku 25-30 lat, które były zdiagnozowane 10-15 lat temu rzeczywistość była zgoła inna niż dla dziewczyn, które dowiadują się o zespole Turnera czy MRKH obecnie. Kiedy ja dowiedziałam się o tym, że nie mam macicy, a dr Ś. usłyszała, że jej jajniki nie są w stanie wytworzyć komórek jajowych, medycyna rozrodu, szczególnie w Polsce, nie potrafiła nam pomóc. Polskie pacjentki z zespołem Turnera są teraz w o tyle lepszej sytuacji niż dziewczyny z zespołem MRKH, że mogą skorzystać z próby stymulacji własnych jajników do IVF czy nawet skorzystać z oocytów dawczyni, a przeszczep macicy będący jedyną metodą leczenia zespołu MRKH jest w kraju nad Wisłą niedostępny. Tu w Szwecji obie metody są mniej lub bardziej, ale dostępne.

Nie wiem jakie motywy kierowały dr Ś. przy wyborze kierunku studiów, bo u mnie był to najczystszy przypadek, ale w wywiadzie wyjaśniła, że wybrała specjalizację z genetyki klinicznej, by móc pomagać pacjentkom z taką samą wadą jak jej. Czy ja wybrałabym specjalizację z położnictwa i ginekologii, i czy z podobnych przesłanek? Nigdy i to z różnych powodów. Po pierwsze, szkolenie specjalizacyjne to w znacznej części położnictwo, co byłoby zabójcze dla mojej psychiki, gdyż nie jest łatwo patrzeć na szczęście innych spowodowane narodzinami dziecka, kiedy samej zmaga się z, nazywając rzeczy po imieniu, bezpłodnością. Kolejnym powodem jest wyjątkowa presja psychiczna kiedy jako lekarz trzeba zmierzyć się z problemem wobec którego ma się bardzo silny stosunek emocjonalny. Niepłodność to nie grypa czy angina, że każdy kiedyś miał i za tydzień pacjent już nawet nie będzie pamiętał, że był chory. Empatia i dobre podejście do młodej pacjentki są wyjątkowo istotne, ale profesjonalizm i dystans do pracy są równie ważne w prawidłowych relacjach pacjent-lekarz. Kiedy trzeba wyważyć chęć pomocy swoim siostrom w chorobie z zawodowym dystansem i profesjonalizmem, na jednej szali trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne, a na drugiej swój profesjonalny wizerunek. To nie jest łatwe równanie i tu nie ma prawidłowej odpowiedzi.

Mam koleżankę-lekarkę, też z zespołem MRKH, która zdecydowała się specjalizować w położnictwie i ginekologii. Po skończeniu specjalizacji była emocjonalnym wrakiem (no bo jak długo można dzielnie uśmiechać się do matek z noworodkami, kiedy wszystkim, o czym marzysz jest posiadanie takiego słodkiego bobasa?!). Rozmawiałyśmy kiedyś o tym, co spowodowało, że wybrała taką, a nie inną specjalizację. Usłyszałam dokładnie taką odpowiedź, jak słowa dr Ś. o pomaganiu pacjentkom z tym samym problemem jak ona ma. Koleżanka ta bardzo żałuje swojej decyzji i obecnie robi drugą specjalizację, całkowicie niezwiązaną z ginekologią. Aby stało się zadość naukowym statystykom, znam jeszcze dwie lekarki z MRKH: jedna jest lekarzem rodzinnym, a druga internistką.

Wracając do kwestii wyboru specjalizacji przez młodą lekarką pełną pasji i chęci niesienia pomocy pacjentkom borykającym się taką samą chorobą (nie zapominajmy, że niepłodność to choroba jak każda inna), jest zawsze droga po środku. Wiedza wyniesiona ze studiów, umiejętność wyszukiwania fachowych informacji w połączeniu z doświadczeniem osobistych zmagań to wprost nieocenione połączenie cech charakteryzujących lidera grupy pacjenckiej! Moim stałym Czytelnikom nie muszę nieskromnie przypominać, że to jest właśnie droga, na której jestem. Ciężko powiedzieć, że ją wybrałam, bo bardziej „tak wyszło”, niż był to mój świadomy wybór, ale przynosi mi to bardzo dużo satysfakcji, mając jednocześnie komfort psychiczny, że w każdej chwili mogę się wycofać bez rujnowania swojej kariery zawodowej. Dla niewtajemniczonych, moja „zawodowa przygoda z ginekologią” zaczęła się już na 2. roku studiów, kiedy to przeprowadziłam pierwsze kohortowe badanie charakteryzujące polskie pacjentki z zespołem MRKH (było to badanie ankietowe), a efektem była publikacja w JPAG i kilka prezentacji na konferencjach, później zorganizowałam 1st MRKH Meeting on MRKH Syndrome w 2014 r., już po skończeniu studiów, w ścisłej współpracy z Magazynem zorganizowałyśmy 2nd International Meeting on MRKH Syndrome, a plany mamy jeszcze bardziej ambitne 😉 W tak zwanym międzyczasie adminuję dwie samopomocowe grupy pacjenckie oraz odpowiadam na pytania na kilku kolejnych międzynarodowych grupach. No i oczywiście dbam o edukację społeczeństwa poprzez pisanie o niepłodności, zespole MRKH, przeszczepach macicy i prawach reprodukcyjnych.

Choć zawodowo pozostaję poza kliniczną stroną ginekologii, moje zainteresowania naukowe oscylują wokół szeroko pojętego zdrowia reprodukcyjnego i często przecinają drogi z kwestiami niepłodnościowymi. Praca naukowa jest o tyle łatwiejsza emocjonalnie, że zachowanie dystansu jest prostsze, gdy pracuje się na danych, a nie z drugim, czującym i myślącym człowiekiem w bardzo trudnej sytuacji życiowej jakim jest diagnoza niepłodności. Od koncepcji, poprzez zbieranie i analizę danych, aż do czasu publikacji wyników, zawsze można obgadać z bardziej doświadczoną koleżanką, co bardzo pomaga przywrócić dystans i powinno być obowiązkowe dla wszystkich naukowców. Czasem bardzo żałuję, że nie jestem córką którejś z moich bardziej doświadczonych koleżanek, dzięki czemu może miałabym więcej dystansu do samej siebie, do swoich badań naukowych, jak i do działalności pacjenckiej…

Ważną, acz całkowicie niedostrzeganą kwestią jest unikatowa możliwość nieformalnej edukacji koleżanek i kolegów po fachu. Gdybym podliczyła godziny spędzone tłumaczeniu ginekologom, że operacyjne wytworzenie pochwy wcale nie świadczy o tym, że pacjentka ma się już OK, że empatia nie gryzie, że przeszczep macicy to najlepsze co można osiągnąć w leczeniu MRKH, to w ostatnich 7 latach wyrobiłam już swoją życiową liczbę godzin dydaktycznych 😉

Całkowicie na marginesie chciałabym poruszyć kwestię kontynuacji lub terminacji ciąży w przypadku nieletalnej wady płodu. Jest to wyjątkowo trudna sytuacja nawet dla osoby o tak liberalnych poglądach jak ja. O ile jestem przekonana co bym zrobiła w sytuacji niechcianej ciąży bądź letalnych wad u płodu, o tyle trudno mi jednoznacznie wypowiedzieć się co bym zrobiła będąc w ciąży, kiedy płód miałby zespół Turnera lub MRKH. Nawet jak najbardziej wysilę swoją empatię i umiejętność wczuwania się w sytuację, nie potrafię jednoznacznie wskazać, czy w imię swojego pragnienia dziecka potrafiłabym skazać swoją potencjalną córkę na taką samą drogę przejścia przez piekło niepłodności, albo czy potrafiłabym pogodzić się z faktem, że może jednak miałaby całkiem dobre życie, skoro da się pokonać niepłodność? Nie potrafię sobie również wyobrazić „doradzania” kobiecie/parze, która stoi przed tak trudnym wyborem. W głowie mi się nie mieści, że lekarz, profesjonalista mógłby powiedzieć „O, ja mam taką samą wadę jak Twoje dziecko. Widzisz, mam się dobrze, więc nawet nie myśl o aborcji!”. Poradnictwo genetyczne jest z założenia niedyrektywne, więc twierdzenie dr Ś., że skierowanie na badania prenatalne jest jak skierowanie na aborcję jest gigantycznym absurdem!

Czy wyobrażacie sobie mnie mówiącą pacjentce, że powinna poddać się przeszczepowi macicy, bo przecież niepłodność to choroba, którą należy leczyć? Nie? Ja też nie umiem sobie tego wyobrazić. Jednak kazus dr Ś. pokazuje, że są lekarze, którzy potrafią narzucać pacjentkom swój własny światopogląd i interpretują to jako wspieranie w diagnozie. Chyba nadszedł czas, by w pracy korzystać z Evidence-based medicine, a światopogląd i samopomoc pacjencką praktykować poza szpitalem.

Środowisko lekarskie w Polsce jest bardzo hermetyczne, a klauzuli sumienia broni bardziej niż Naziści Monte Cassino. W czasie fali protestów w obronie prawa do zdrowia reprodukcyjnego lekarze (poza kilkoma bardzo chlubnymi wyjątkami jak prof. Romuald Dębski) milczeli jak zaklęci. Jakby połowa środowiska nie była kobietami, którym może dziać się krzywda, bo kolega/koleżanka powie, że życie płodu ważniejsze od leczenia jej raka piersi, albo nie będzie mogła skorzystać z leczenia metodą IVF, bo rząd jej zakaże… Niech każdy oceni we własnym sumieniu, czy oczekuje od lekarza rzetelnej porady medycznej czy nacechowanego ideologicznie i umoralniającego show światopoglądowego. Pozostawiam Was, Drodzy Czytelnicy, ze słowami Krystyny Kacpury, Dyrektorki Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Tak ku pokrzepieniu serc!

Karina Sasin

Lekarka, naukowiec, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)