Przejdź do treści

Poronienia a zaburzania odżywiania

88.jpg

Według fińskich badań kobiety z zaburzeniami odżywiania mają większe kłopoty zajściem w ciążę i jej utrzymaniem. Najbardziej widoczne jest to u osób z problemem anoreksji – w tej grupie liczba ciąż była o połowę mniejsza niż w grupie kontrolnej.

Uczeni z Uniwersytetu w Helsinkach i Narodowego Instytutu Zdrowia i Opieki Społecznej przez 15 lat prowadzili obserwację zdrowia reprodukcyjnego wśród pacjentów leczonych w klinice zaburzeń odżywiania w Centralnym Szpitalu Uniwersyteckim w latach 1995-2010 i w grupie kontrolnej. W sumie w badaniu uczestniczyło 11 tys. kobiet, z czego 2257 to pacjentki kliniki zaburzeń odżywiania, a 9028 to grupa kontrolna.

Z przeprowadzonych obserwacji wynika, że prawdopodobieństwo poronienia jest ponad trzykrotnie większe u osób z zaburzeniami odżywiania. U kobiet, które były z tego powodu hospitalizowane, niemal połowa ciąż zakończyła się poronieniem. Zaburzenia odżywiania są powszechne w krajach zachodnich, zwłaszcza wśród dziewcząt i młodych kobiet. Szacuje się, że 5-10 proc. wszystkich młodych kobiet w krajach rozwiniętych cierpi na zaburzenia odżywiania w pewnym momencie swojego życia. „Wczesne rozpoznanie problemu i skuteczna opieka trwająca wystarczająco długo po okresie zaburzeń w odżywianiu są kluczowe w zapobieganiu problemom zdrowia reprodukcyjnego” – uważa Milla Linna z Uniwersytetu w Helsinkach.

Zdaniem naukowców badanie to nie wyjaśnia przyczyn rozrodczych problemów obserwowanych u kobiet z zaburzeniami odżywiania. „Na podstawie wcześniejszych badań wydaje się jednak, że problemy te przynajmniej częściowo można przypisać zaburzeniom odżywiania. Wiadomo, że zarówno niedowaga, jak i otyłość wiążą się z podwyższonym ryzykiem niepłodności i poronień, zaburzeniami miesiączkowania lub brakiem miesiączki” – mówi Milla Linna.

Joanna Rawik

4 składniki, które warto suplementować w czasie starań – poznaj porady lekarza

suplementacja w czasie starań o dziecko

Jałowa żywność, szybki tryb współczesnego życia, stres, mało ruchu na świeżym powietrzu – wszystko to wpływa na niedobory witaminowe, które ma niemal każdy z nas. Szczególnie w czasie planowania ciąży i starań o dziecko warto zadbać o uzupełnienie podstawowych składników.

Dlaczego właśnie wtedy? Bowiem dieta uboga w witaminy i mikroelementy wpływa szkodliwie nie tylko na zdrowie rodziców, ale także ich przyszłych dzieci. Co więcej, oddziałuje również na kolejne pokolenia! Mówi o tym dziedzina nauki nazywana epigenetyką, czyli programowanie żywieniowe: „Są badania wskazujące na to, że jeżeli kobieta w ciąży źle się odżywia, nie bierze witamin, to wpływa na zdrowie nie tylko swojego dziecka, ale także kolejnych pokoleń, czyli wnuków. Dobre odżywianie obniża tendencję u dzieci do cukrzycy, miażdżycy, nadciśnienia, czy choroby niedokrwiennej serca. Co więcej, branie odpowiednich witamin wpływa na nasze geny” – mówi w rozmowie z nami dr n. med. Beata Makowska, specjalista ginekolog-położnik z Kliniki leczenia niepłodności InviMed w Gdyni.

Nasze ekspertka jest zwolenniczką wprowadzania witamin do diety swoich pacjentów. Co jest szczególnie ważne?

Oto 4 składniki, które warto suplementować:
1. Witamina D

Witamina D jest jedną niewielu witamin, które potrafimy produkować sami pod wypływem promieni słonecznych, ale mieszkamy w takim klimacie, gdzie dni słonecznych jest mało. Swego czasu badałam wszystkie trafiające do mnie kobiety właśnie pod tym kątem. Sto procent z nich miało olbrzymie niedobory witaminy D. Jest to niezwykle ważne, bowiem to nie tylko witamina, która wpływa na wchłanianie wapnia i odkładanie się go w kościach, czy w zębach, co jest bardzo ważne w ciąży, przed ciążą i dla małego dziecka. Wpływa ona także na naszą odporność i pomaga chronić przed wystąpieniem nowotworów” – podkreśla dr Makowska.

Co więcej, witamina D zmniejsza też ryzyko wystąpienia wcześniejszej menopauzy, o czym pisaliśmy w naszym portalu [TUTAJ]. Jest to niezwykle ważne, bowiem jak wskazują niektóre dane, około 10 proc. kobiet przechodzi menopauzę już przed 45. rokiem życia.

2. Kwas foliowy

Największe zapotrzebowanie na kwas foliowy mają kobiety w ciąży, ale warto zacząć suplementować go już wcześniej. Warto jednak wiedzieć, jak to robić: „Dużo osób wie, że kwas foliowy trzeba  suplementować, ponieważ jest to witamina zmniejszająca prawdopodobieństwo wystąpienia wad płodu. Jednak już mało kto wspomina o tym, że jest to witamina z grupy B. Witaminy z grupy B lubią  działać „grupowo”. Biorąc kwas foliowy powinno się tak naprawdę przyjmować witaminę B complex, ponieważ obecność kilku witamin z tej grupy zapewnia im lepsze wchłanianie” – słyszymy od dr Makowskiej.

3. Jod

„Jod to mikroelement, którego głównym zadaniem jest regulowanie hormonów tarczycy – na ten cel jest przeznaczanych około 70-80% jodu przyjmowanego z pokarmem” – pisaliśmy w naszym portalu. Podobny wpływ jodu na zdrowie podkreśla ekspertka: „Chodzi tu przede wszystkim o tarczycę, której nieprawidłowe działanie sprawia, że problemy ma cały organizm. Rzadko się o tym mówi, ale jod jest niezwykle potrzebny między innymi jajnikom i piersiom. Co ważne, jest to kolejny składnik, którego wszyscy mamy niedobory” – słyszymy.

4. Cholina

Jest to związek chemiczny niezwykle ważny dla kobiet w ciąży. Pomaga w prawidłowym rozwoju dziecka, ale wpływa też na zdrowie kobiety. „Cholina to także witamina z grupy  B – witamina B4. Wpływa na rozwój łożyska, jego czynność hormonalną, rozwija mózg płodu, wpływa na jego pamięć i oczywiście pomaga także zdrowiu mamy” – mówi dr Makowska. Co ważne, jest to też substancja, która pomaga redukować poziom homocysteiny. „Jest to aminokwas, który powstaje w trakcie przemiany metioniny do cysteiny. Jednym z powodów jego nadwyżki jest mutacja genu MTHFR. Co się wtedy dzieje? Zbyt wysoki poziom tego aminokwasu uszkadza śródbłonek naczyń i jest prawdopodobnie pierwszą przyczyną powstawania miażdżycy tętnic. Jeśli chodzi o problemy z ciążą, to utrudnia zagnieżdżanie się zarodka. Zarodek albo w ogóle nie ma szans na zagnieżdżanie, albo pojawiają się poronienia” – dodaje ekspertka.

A jakie składniki ty suplementujesz?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Starali się o dziecko przez 10 lat, dziś są rodzicami… bliźniaków! Joanna: „Nie wolno tracić nadziei”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Starania o dziecko to nieraz wieloletnia walka – ze zdrowiem, z systemem leczenia, z samym sobą. Joanna wraz z mężem walczyli 10 lat. Przeszli setki badań, 7 inseminacji, 3 procedury in vitro. Pomimo trudów i chwil zwątpienia zawsze wierzyli w sukces. I słusznie! Dziś są rodzicami bliźniaków – poznaj ich historię, która daje całą masę pozytywnej energii.

Początek starań był 10 lat temu?

Joanna: Tak, początek był przed dekadą. W pierwszym etapie próbowaliśmy z partnerem naturalnie. I to przez dłuższy okres – trzy lata. Utrudnieniem był fakt, że mąż pracuje za granicą i niestety ma go cały czas tutaj. Mówi się, że jeżeli przez rok starań nie ma dziecka, to znaczy, że już coś jest nie tak. U nas, jak widać, trochę przedłużyliśmy ten okres. Trzy lata starań naturalnych, dopiero po tym czasie udałam się do lekarzy. Najpierw do zwykłych ginekologów – od jednego, do drugiego. Rok zajęło mi takie chodzenie i przyznam szczerze, że podejście lekarzy na których trafiłam, chyba nie było za dobre.

Często słyszy się, że lekarze ginekolodzy „pierwszego kontaktu” nie zawsze profesjonalnie zaczynają pracę z niepłodnością.

Miałam trzech lekarzy, których podejście było praktycznie żadne. Już na wstępie pojawiało się pytanie: „A  co takiego pani robi w tym kierunku?”. Było to żenujące… Dopiero czwarty lekarz podszedł do mnie profesjonalnie. Tylko spojrzał i powiedział, że mam PCO. Kazał mi podnieść brodę, pytał się o owłosienie. Diagnoza była praktycznie od razu, po czym oczywiście miałam różne badania, lekarz chciał się po prostu upewnić i rzeczywiście okazało się, że mam brak owulacji. Mieliśmy później monitorowane cykle, dość długo to trwało. Co jednak ważne, miałam bardzo dobry kontakt z tym właśnie lekarzem. Zyskałam przy nim prawdziwą nadzieję, że się uda, że będzie w porządku, że PCO to nie jest wyrok.

Nadzieja jest bardzo ważna.

Dokładnie, był to prawdziwy lekarz z sercem. Niestety jednak nawet jego serce nie pomogło. Chodziłam do niego półtora roku i w końcu rozłożył ręce. Powiedział, że jego praca się w tym miejscu kończy i proponuje nam klinikę leczenia niepłodności. Minęły już wtedy 3-4 lata odkąd zaczęliśmy się starać, a dziecka dalej nie było.

Nie było na co dalej czekać.

Tak, doktor przyznał, że nie ma co tracić czasu. I to było dobre – nie przeciągał niepotrzebnie sprawy, nie szukał kolejnych badań, tylko wysłał nas do specjalistycznej kliniki. Tak też zrobiliśmy.

W pierwszej klinice, do której trafiliśmy, spędziliśmy rok. Nie przypadła nam ona jednak do gustu. Bardzo źle się tam czułam. Wydawało mi się, że mój problem ich nie interesuje. Zrobili mnóstwo badań, ale z lekarzem nie miałam żadnego kontaktu na płaszczyźnie międzyludzkiej. Zmieniliśmy więc klinikę. W kolejnej trafiłam na bardzo dobrego lekarza, który po przejrzeniu mojej teczki, skomentował: „Kto pani powiedział, że pani nie zajdzie w ciążę?”. Gdy wyszłam z gabinetu byłam w ogromnej euforii! Spędziliśmy w tej klinice 4 lata i to właśnie tam przeszłam siedem inseminacji. To był najcięższy dla mnie okres.

Porusza pani bardzo ważną sprawę – nie są istotne tylko kwestie medyczne, ale też to, co w międzyczasie dzieje się z psychiką człowieka.

To prawda. Czas inseminacji był najcięższy zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża. Podczas pierwszej inseminacji byliśmy nastawieni, że nam się uda! Tym bardziej, że lekarz mówił: „Jasne, jak najbardziej”. Okazało się jednak, że ciąży brak. Druga inseminacja – ciąży brak. Z każdą kolejną, gdy jechałam na betę, to było… ciężkie do opisania. Z jednej strony miałam myśli, że tym razem będzie sukces. Z drugiej, że może jednak los tak chciał i nie będziemy mieć dzieci. Tyle razy już się nie udało… Tak to wyglądało za każdym razem.

Dla mnie inseminacje były gorsze, niż późniejsze in vitro. Być może dlatego, że było ich tak dużo. Non stop robiliśmy dodatkowe badania, do tego strasznie przytyłam, a moje ciało zaczęło się pod wpływem hormonów zmieniać. Nie wiedziałam, czy chcę dalej iść w tę stronę. Nie zrezygnowałam tylko dzięki mojemu mężowi.

Był przy mnie cały czas i mówił: „Uda się, Asia! Próbujmy!”. Na szczęście nasza sytuacja finansowa pozwalała nam na kolejne próby, ale wysiadłam psychicznie. Przy siódmej inseminacji powiedziałam, że już nie chcę. Lekarz zasugerował wtedy byśmy zastanowili się nad in vitro. Kiedy padły te słowa, aż usiadłam.

Usiadła pani z ulgą, czy bardziej z lękiem?

Na początku to było przerażenie. Wiedziałam czym jest in vitro, z czym się wiąże, ale nigdy nie sądziłam, że będzie dotyczyć właśnie mnie. Gdzieś tam w głębi wciąż myślałam, że mamy jeszcze inne szanse, że stanie się jakiś cud i naturalnie uda nam się zajść w ciążę. Zdecydowanie podłamały mnie jednak liczne próby inseminacji.

Przyszliśmy z mężem do domu i zaczęliśmy rozmawiać. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że chyba nie mamy wyjścia. Dlaczego nie? Dla mnie in vitro było i jest z pewnością nadzieją oraz szansą na dziecko. Mieliśmy też to szczęście, że w 2014 skorzystaliśmy jeszcze z „rządkówki”.

Zastanawiam się w takim razie, jak pani patrzy na to wszystko, co obecnie dzieje się wokół in vitro?

Dla mnie, i nie tylko dla mnie, był to ratunek. Po raz kolejny podkreślam, widzę in vitro jako nadzieję i szansę na dziecko, jakie współczesna medycyna dała tysiącom niepłodnych par. Nie wiem o co to całe halo. Dlaczego ktoś ma mi odbierać prawo do bycia rodzicem?

Zaczęła też pani mówić o partnerze. Słyszę, że byliśmy państwo w tym wszystkim razem. Myślę, że jest to duży potencjał w takiej sytuacji.

Bardzo duży. Gdyby mój mąż zrezygnował, gdyby „się rozpadł” i stwierdził, że to nie ma sensu, ja też bym odpadła. Byłam już w takim momencie, że nie wierzyłam w sukces. To on mówił: „Asia, nie może być aż tak źle! Będziemy próbować do skutku!”.

Ma pani poczucie, że te doświadczanie wzmocniły wasz związek, czy jednak były oddalające?

Mój mąż od 14 lat pracuje zagranicą. Wiadomo jak wygląda życie na odległość, ale in vitro i cała ta historia mimo wszystko nas zbliżyła. Oczywiście były momenty, gdy kłóciliśmy się i razem płakaliśmy. Chociaż miałam poczucie, że problem jest po mojej stronie, nigdy nie usłyszałam od niego słów: „To twoja wina”. Być może przeszły mu przez myśl, ale nigdy ich nie wypowiedział. Nigdy też nie stwierdził, że jego chęć posiadania dzieci jest tak silna, że bez nich nie da rady ze mną być.  Mało tego, przyjeżdżał na każde ważniejsze spotkanie, jakie mieliśmy w klinice. Pomimo tego, że dzieliły nas setki kilometrów chciał w tym być i uczestniczyć. To było dla mnie bardzo ważne.

To jest coś, co zapewne daje ogromnego kopa do walki.

Tak. Siła drugiego człowieka, który jest w tej samej sytuacji, jest szalenie pomocna. On mnie najbardziej rozumiał, a wiem, że jemu też było ciężko. Gdy nie udawały się kolejne próby, widziałam łzy w jego oczach. Mówił: „Asia, będzie dobrze”, ale jego głos drżał. Chciał być silny dla mnie. Dziękuję mu za to, że nie przerwaliśmy tego wszystkiego.

Udało się za trzecim in vitro.

Zgadza się. Za pierwszym się nie udało, ale też pierwsze podejście było z dużym spokojem – co będzie to będzie. Za drugim razem miałam już betę prawie 30, więc była radość. Niestety miałam wtedy ciążę biochemiczną, co było ogromnym ciosem. Ile ja łez wylała, gdy beta zaczęła spadać…

Wszystko działo się w ciągu jednego roku. Klinikę przekroczyłam we wrześniu 2014, w październiku rok później podeszłam do trzeciego in vitro. Poprosiliśmy wtedy o dwa zarodki. Musieliśmy to przedyskutować, bo wiadomo jakie mogły być konsekwencje. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na dwa zarodki i dwa zostały.

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Gdy się udało była tylko radość, czy może pojawił się też jakiś lęk?

Oczywiście, że był lęk. Gdy po 12 dniach jechałam na betę, moja głowa była w zupełnie innym świecie. Był strach, była radość, była euforia, milion myśli przelatywało przez moją głowę. Zapytałam nawet czy mogą do mnie zadzwonić z wynikami, bo nie dam rady po nie przyjechać. Kiedy dotarłam do  domu, musiałam iść spać. Emocjonalnie nie funkcjonowałam. Obudził mnie telefon i usłyszałam, że moja beta wynosi 179. Mówię: „Czy pani się czasem nie pomyliła, czy na pewno moje nazwisko tam widnieje?”. Po dwóch dniach kolejne badanie, później dwa pęcherzyki, pierwsze bicie serduszek… wyliśmy jak bobry! To było cudowne!

To mu być niesamowite uczucie. Po tylu latach marzenie staje się rzeczywistością.

Kiedy w 8. tygodniu usłyszeliśmy bicie serduszek przez cały dzień powtarzałam, że nie wierzę. Cieszyłam się tak bardzo, że chciałam fruwać! Dopiero po paru dniach, gdy emocje opadły, pojawił się strach, czy ciąża się utrzyma. Była to ciąża bliźniacza, więc kolejne ryzyko… Był lęk.

Właśnie – bliźniaki!

Gdy decydowaliśmy się na dwa zarodki, braliśmy pod uwagę, że mogą być bliźniaki. Bardziej jednak patrzyliśmy na to pod kątem zwiększenia skuteczności in vitro w ogóle. A tu nagle, dwa podali, dwa zostały. Bliźniaki to początkowy szok: „Co my zrobimy!?”. Myślę jednak, że tak po prostu musiało być. Ten nasz aniołek, który nie dał rady w czerwcu, postanowił wrócić.

Podwójne wyzwanie.

Podwójne wyzwanie, podwójnie dużo roboty, ale jest to coś niesamowitego. Zresztą do dzisiaj zdarza mi się szczypać i sprawdzać, czy przypadkiem to wszystko nie jest snem. Patrzę czasami na nich, gdy śpią. Ta dwójka małych ludzi jest moimi dziećmi, to niesamowite! Maluchy w czerwcu będą miały roczek. Jest ich wszędzie pełno i są cudowne! Mówią już słowo „mama”, co jest nie do opisania.

Po tylu latach musi to być niesamowita nagroda.

Tak, gdy patrzę na naszą historię z perspektywy czasu, myślę sobie, że w sumie nie było aż tak najgorzej.

Czas robi swoje.

Na pewno nie wolno tracić nadziei. Pomimo tego, że miałam zwątpienia, to zawsze była we mnie iskierka, że musi się udać. Mam swój happy end.

ddd

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Dr Jakub Danilewicz: „Mało lekarzy chce zajmować się takimi tematami. Dla mnie jest to misja!” – blaski i cienie bycia lekarzem

Fot. Magdalena Pachut Fotografia
Fot. Magdalena Pachut Fotografia

Chociaż profesjonalny kitel i ogromna wiedza mogą tworzyć dystans, lekarz to też człowiek! Z jednej strony jest praca, która niesie ze sobą wiele emocji. Z drugiej, normalne codzienne życie. Jak to wygląda po tej drugiej stronie medycyny? Do swojego świata zaprosił nas lek. med. Jakub Danilewicz, urolog z Centrum Leczenia Niepłodności PARENS.

Często początek drogi zawodowej determinuje dalszą pracę. Czy już na starcie wiedział pan, że będzie zajmował się płodnością?

Lek. med. Jakub Danilewicz: Na trzecim roku medycyny odbyłem praktyki z urologii dziecięcej, co rozpoczęło moją przygodę z tą właśnie specjalizacją. Przede wszystkim spotkałem się wtedy z dziećmi bardzo poszkodowanymi przez los. Były to maluchy, u których na przykład nie można było oznaczyć płci. Spotkałem się z cierpieniem rodziców i siłą, z jaką uderza to w ich życie.

Później, w trakcie studiów, zacząłem dowiadywać się, że są różne problemy zarówno z płciowością pacjentów, jak i z ich orientacją. W międzyczasie zainteresowałem się też genetyką kliniczną. Będąc już na szóstym roku, tuż przed uzyskaniem dyplomu, podjąłem decyzję, że będzie to właśnie urologia. Nie chciałem jednak zajmować się klasycznymi przypadkami, które kojarzą się z tą specjalizacją, takie jak onkologia urologiczna, czy kamica nerkowa. Chciałem pracować z zagadnieniami pokroju leczenia niepłodności, genetyki klinicznej, seksuologii, zaburzeń tożsamości płciowej, w tym również zmiany płci.

Zdaje się, że dosyć szybko wiedział pan, jaką chce iść drogą?

Myślę, że wręcz przeciwnie. Idąc na studia medyczne ma się już wyobrażenie, która ścieżka będzie dla nas odpowiednia. Są klasyczne specjalizacje, takie jak kardiologia – zawał serca towarzyszy nam od zawsze. Natomiast rozwój cywilizacji i postęp powodują powstawanie coraz to nowszych problemów, które wcześniej w medycynie były nieznane. Mało lekarzy i naukowców chce się takimi tematami zająć. Często wiążą się one także z problemami natury etycznej. W Polskim społeczeństwie, które jest mocno katolickie, tego typu praca spotyka się z niechęcią i negowaniem. Gdy mówię o tym, że zajmuję się leczeniem in vitro, czy pracą z osobami homoseksualnymi, zdarza mi się być odrzucanym. Nawet ,wydawałoby się osoby wykształcone, uważają to za niemoralne, nieetyczne i niegodne lekarza. Dla mnie jest to jednak misja.

Coś, co wydaje mi się w tym kontekście istotne, to fakt, że lekarz nie pracuje tylko z emocjami pacjenta, ale także ze swoimi własnymi. Jak pan sobie z tym radzi?

Miałem o tyle prostszą sytuację, że pochodzę z rodziny, w której kwestie wyznania były bardzo niejednorodne. Nikt z moich rodziców nie był katolikiem. Wychowano mnie w duchu ekumenizmu oraz zrozumienia odmienności drugiego człowieka i odmienności religijnej, co jest niezwykle ważne w naszym państwie. Oczywiście znakomicie jest być heteroseksualnym katolikiem, który ma trójkę dzieci, ale już mało kto zdaje sobie sprawę, jak bardzo cierpi człowiek, który dzieci mieć nie może. Otoczenie na każdym kroku naciska, pojawia się presja w pracy i na wszystkich uroczystościach rodzinnych. Nie jest im to odpuszczane. Nie można się wtedy dziwić, że psychika wysiada, a ludziom odechciewa się żyć.

Tak samo ciężko mają ludzie o orientacji homoseksualnej, czy osoby transseksualne. Mężczyzna, który biologicznie jest mężczyzną, ale genderowo ma inną płeć – lub odwrotnie – jest tym wszystkim wykończony. Nie twierdzę, że takie osoby od razu powinny się nad wyraz eksponować, czy mieć szczególne prawa, ale każdy z nas ma jednakowe prawo do życia. Jeżeli ci ludzie są częścią naszego społeczeństwa, pracują i płacą podatki, to muszą być lekarze, którzy zrozumieją ich problemy i im w tym wszystkim pomogą.

Proszę zauważyć, że nie ma takiej specjalizacji jak andrologia, czy specjalizacji stricte zajmującej się leczeniem niepłodności. Problemy osób niemogących mieć dzieci, kwestia leczenia in vitro, czy spór toczący się wokół gender, zamiatane są w naszym kraju pod dywan. Udaje się, że ich nie ma, a tymczasem one narastają. Ci wszyscy ludzie są między nami, są częścią naszego społeczeństwa i zasługują na pomoc.

Na pewno są to problemy, które powodują olbrzymie cierpienie.

Zdecydowanie, chociaż paradoksalnie łatwiej jest nam zrozumieć alkoholizm, czy wszelkie inne uzależnienia, niż właśnie ludzi niemogących mieć dzieci, osoby homoseksualne, czy  transseksualne. Nie potrafimy im tego wybaczyć.

Mówi pan z ogromną pasją o swojej pracy. Padło też słowo „misja”. Czy rzeczywiście ma pan takie poczucie?

Tak, praca jest moją pasją i misją. Uważam, że pomoc takim ludziom jest wręcz moim powołaniem.

A czy czuje pan, że kariera zawodowa daje panu także siłę i napęd w innych dziedzinach życia?

Życie zawodowe lekarza musi być połączone z jego stylem życia. Jeżeli lekarz nie będzie wkładał serca w swoich pacjentów, nie odniesie sukcesu. Nie chodzi tu tylko o sukces finansowy, ale również o sukces wewnętrzny. Moment, gdy przychodzi pacjent i mówi: „Panie doktorze, dzięki panu żyję. Zdiagnozował mi pan raka, dzięki panu nie popełniłem samobójstwa, zacząłem biegać, jestem szczęśliwym człowiekiem”, jest nie do przecenienia. Tego, co człowiek czuje wtedy w środku, nie da się nawet do końca opisać słowami.

Na pewno nie jest to też łatwy zawód do pogodzenia z życiem osobistym.

Nie jest, natomiast mam szczęście bycia ojcem trójki dzieci. Mam 6-letnią córeczkę Hanię, która od września pójdzie do pierwszej klasy. Mam 4,5-letnią córeczkę Asią, która chodzi o przedszkola i 7-tygodniowego synka Jasia. Staram się godzić obowiązki zawodowe z wychowaniem dzieci. Poświęcam im bardzo dużo czasu, który spędzamy aktywnie. Zimą jeżdżę z nimi na nartach, latem wyjeżdżamy zaś nad morze Bałtyckie, bo jestem patriotą. Kocham mój kraj i uważam, że w Polsce jest mnóstwo fantastycznych miejsc, które warto poznać. Posiadam między innymi patent żeglarza jachtowego i uwielbiam rejsy!

Czy taki sportowy akcent, to dla pana forma dbania o siebie?

Tak, sport jest bardzo ważnym elementem życia mojego i mojej rodziny. Kilka tygodni temu wróciłem  z Bieszczad, gdzie jeździliśmy z córkami konno. Na wyjazd zabrałem też miesięcznego syna. Wszyscy pukali się w głowę. Stwierdziłem jednak, że skoro 500 lat temu ludzie pakowali swoje małe dzieci na statki i przemierzali ocean, to dlaczego ja nie mogę samochodem pojechać z dziećmi w Bieszczady?!

Wydaje się, że nieustannie jest pan z ludźmi. Czy jest czas, który spędza pan samotnie?

Nie wyobrażam sobie tego! Każdą wolną chwilę, jaką tylko mam, poświęcam rodzinie. Nauczyłem córki jeździć na nartach, nauczyłem je pływać, jeździć na rowerze i konno. Planuję nauczyć je także strzelać, dlatego że jestem również członkiem sekcji strzeleckiej Wojskowego Klubu Sportowego „Wawel”.

Kolejna dziedzina! Rozumiem, że jest pan człowiekiem renesansu?

Kilka osób próbowało mnie tak nazwać, niestety mam jedną kluczową wadę… nie potrafię malować! Ludzie żyjący w tym okresie byli artystami, ja niestety nawet piszę tak, że sam nie potrafię siebie odczytać. Za to moja córka Hania pięknie rysuje i jest uzdolniona plastycznie. Jestem prawdziwie dumnym tatą!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

#ZamachLipcowy a Twoje prawa reprodukcyjne

zamach lipcowy

Myślisz, że bieżące wydarzenia wokół łamania zasad praworządności Ciebie nie dotyczą? No to jesteś w ogromnym błędzie! Choć mniej niż co 100. obywatel był kiedykolwiek w Sądzie Najwyższym czy Trybunale Konstytucyjnym, ich orzeczenia są podstawą orzecznictwa sądów powszechnych oraz decyzji podejmowanych przez organy administracji państwowej. Nadal brzmi abstrakcyjnie? W takim razie zapoznaj się z przykładami do czego prowadzą obecne bezprawne działania rządu, parlamentu i Prezydenta i do czego mogą prowadzić obecne zdarzenia czyli tzw. zamach lipcowy. Chronologicznie od zmian już wprowadzonych, poprzez obecnie procedowane, a skończywszy na zapowiedziach obozu władzy.

Pogarda i lekceważenie obywateli


Błąd przez który koalicja PO-PSL przegrała wybory parlamentarne. Politycy mają zwyczaj kierować się wyłącznie własnym interesem, który czasami jest zbieżny z potrzebami obywateli, szczególnie, gdy jest nośny, medialny i trendy.
Poprzedni minister zdrowia, dr Bartosz Arłukowicz, poprzez swoje lekceważenie obywateli i pogardę dla singielek i par nieheteroseksualnych wprowadził ustawę o leczeniu niepłodności wykluczającą wspomniane grupy z możliwości leczenia niepłodności metodami rozrodu wspomaganego.
Dokładnie tak samo postąpił obecny minister zdrowia, dr Konstanty Radziwiłł, likwidując rządowy program leczenia niepłodności metodą in vitro. Był to swoisty hołd lenny wobec ruchów anti-choice. Minister ma liczną gromadkę dzieci, to co go obchodzą chorzy?

Upolitycznienie i uzależnienie od Kościoła Katolickiego

To Trybunał Konstytucyjny zgotował nam hucpę z klauzulą sumienia, czego nigdy nie przebaczę prof. Rzeplińskiemu i ówczesnym sędziom TK. Postawienie prawa jednostki do wolności sumienia ponad prawo ogółu do świeckości i opieki zdrowotnej okazało się być “wodą na młyn” ruchów anti-choice, które rozpanoszyły się i wprost zawładnęły umysłami pracowników ochrony zdrowia. Konsekwencje są powszechnie widoczne: odmowa świadczeń z zakresu zdrowia reprodukcyjnego, farmaceuci i technicy farmacji powołujący się (nielegalnie!) na klauzulę sumienia. Również zakaz aborcji jest “dziełem” konserwatywnego TK w latach ‘90.
Do tej pory mieliśmy do czynienia tylko z silnym wpływem światopoglądu sędziów TK, a i tak kwestie zdrowia reprodukcyjnego były traktowane w sposób urągający podstawowym prawom człowieka. Aż strach pomyśleć jak będzie się w takich sprawach wypowiadał obecny skład sędziowski, który oprócz owładnięcia ideologią, pochodzi z partyjnego nadania.

Brak kontroli nad tworzeniem prawa

Koalicja rządząca nie ma większości wymaganej do zmiany Konstytucji, jednakże zmienia jej postanowienia zwykłymi ustawami (vide ustawa o Sądzie Najwyższym). Dziś zamach na trójpodział władzy, a na kolejnym posiedzeniu sejmu może posłowie wpadną na pomysł zlikwidować prawo do ochrony zdrowia albo podniosą składkę na ubezpieczenie zdrowotne o 100% czy 200%.
Równie dobrze może przejść ustawa o zakazie o zakazie IVF. W poniedziałek projekt poselski przejdzie przez sejm, we wtorek przez senat, w środę podpisze go Prezydent i wejdzie w życie z dniem podpisania, więc już w czwartek policja będzie aresztować lekarzy i pacjentów w klinikach leczenia niepłodności.

Brak kontroli wyroków sądów powszechnych


Skoro w Polsce jakieś leczenie jest/będzie nielegalne to możesz chcieć poddać mu się za granicą. Powiedzmy, że byłaś w niechcianej ciąży, przyjechałaś do Szwecji i po konsultacji dostałaś leki na wywołanie poronienia. Wszystko poszło zgodnie z planem. Wracasz do kraju już nie będąc w ciąży. Kolejnego dnia do Twoich drzwi puka policja, aresztuje Ciebie i Twojego partnera. Pisowski prokurator stawia Wam zarzuty zabójstwa dziecka poczętego. Sąd stosuje wobec Was areszt, na początek na 3 m-ce, ale później przedłuża w nieskończoność. Po latach procestu zostajecie uznani winnymi popełnienia zbrodni zabójstwa dziecka poczętego. Sądy wszystkich instancji są ogarnięte zygotariańską ideologią. Nikt i nic nie powstrzyma ich przed ich szaleństwem. Odsiadujecie dożywocie. Sądu Najwyższego w praktyce nie ma, Trybunał Konstytucyjny uznaje karę dożywocia za aborcję za granicą za zgodną z Konstytucją RP. Prezydent Was nie ułaskawi, bo nie jesteście jego partyjnymi kolesiami.

Brzmi nieprawdopodobnie? Tak samo myślano, że nieprawdopodobny jest demontaż Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego w trybie niezgodnym z Konstytucją.

Zniesienie kontroli nad wyborami


Upolitycznienie Państwowej Komisji Wyborczej (skutek wymiany kadry w m.in. w Sądzie Najwyższym), spowoduje, że era wolnych i demokratycznych wyborów się skończyła. Niezależnie jak zagłosuję obywatele, pisowska PKW i tak stwierdzi zwycięstwo PiSu. Wtedy będą mogli uchwalać dokładnie takie prawo, jakie sobie wymarzą. Ich marzeń możemy sie domyślać: zakaz leczenia niepłodności, antykoncepcji, aborcji, edukacji seksualnej i może zgodnie z prawem szariatu publiczna chłosta albo i ukamienowanie za seks przed/pozamałżeński (ale karze podlegać będzie tylko kobieta).

Rządowa kontrola nad mediami

Już niedługo państwo policyjne ministrów Błaszczaka i Ziobry spowoduje, że nie będziecie czytać moich zgryźliwych ripost. Będzie cenzura znana naszym dziadkom i rodzicom z czasów PRL. Nawet przeniesienie strony na zagraniczne serwery nic nie da, bo Polska będzie jak Korea Północna, odcięta od światowej sieci.

Wyjscie/wyrzucenie z EU


Skutkiem notorycznego łamania zasad praworządności, władze Unii Europejskiej nałożą na Polskę gigantyczne kary finansowe, a w razie ich nieskuteczności może się skończyć na wyrzuceniu z Unii Europejskiej. Co to oznacza? Koniec z bezpłatnym leczeniem w innych krajach UE, zniesienie swobody przepływu towarów (np. już nie otrzymasz leków do aborcji farmakologicznej od Women on Web, zamówionego nasienia do domowej inseminacji z duńskiego banku spermy Cryos), kontrole paszportowe (a może nawet i wizy) do krajów strefy Schengen, czy wzrost cen leków sprowadzanych z zagranicy.

Totalitaryzm puka do drzwi…


Wszyscy wielcy (sławą) dyktatorzy XX wieku szczycili się łamaniem praw reprodukcyjnych: Nicolae Ceausescu jest ikoną zmuszania kobiet do rodzenia dzieci i terroru ginekologicznego (obowiązkowe testy ciążowe co miesiąc), Hitler zdelegalizował aborcję (tylko dla Aryjek), Stalin surowo karał wszystkich zaangażowanych w planowanie rodziny, a Mussolini wdrożył konserwatywny i nieskuteczny projekt “Battle for Birth” (dzieło szarej eminencji vel hierarchów Kościoła Katolickiego kolaborujących z faszystami). Jedynie płk. Muammar Kadafi, znany “miłośnik” kobiet zezwalał na antykoncepcję i aborcję.
Cóż, Jarosławowi Kaczyńskiemu wydają się być bliskie niektóre z tych rozwiązań. Nienawiść do obcych/innych, homoseksualistów, łamanie praw człowieka, antysemityzm, niezważanie na nic w drodze po władzę absolutną. Tylko patrzeć jak upozoruje katastrofę porównywalną do pożaru Reichstagu, byśmy w pełni poznali prawdziwe oblicze Prezesa…

Mam nadzieję, że udało mi się troszkę przybliżyć dlaczego przestrzeganie praworządności jest tak ważne dla każdego. Pamiętać należy, że każde łamanie prawa przez instytucje państwowe prowadzi do tego, że w starciu z władzą obywatel nie ma szans, a jego prawa są łamane… Poza tym, czy chcemy zgotować naszym dzieciom piekło totalitaryzmu, a nie daj Boże, 3. Wojny Światowej?

 

#ZamachLipcowy

Karina Sasin

Lekarka, naukowiec, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)