Przejdź do treści

Polscy delegaci wybrani do ESHRE

410.jpg

Zgodnie z informacjami branżowymi, został wybrany skład, który będzie reprezentował Polskę w Komitecie Przedstawicieli Krajowych, czyli Committee of National Representatives, funkcjonującego przy Europejskim Towarzystwie Rozrodu Człowieka i Embriologii (ESHRE).

ESHRE (the European Society of Human Reproduction and Embryology) jest europejską grupą specjalistów z dziedzin medycyny i biologii rozrodu, która poprzez działalność swych członków stara się zapewniać bezdzietnym parom dostęp do najlepszych metod leczenia zaburzeń płodności, jednocześnie zabezpieczając je przed narażeniem na zbędne ryzyko i nieskuteczne formy leczenia. ESHRE wspomaga postęp w praktyce medycznej i laboratoryjnej poprzez działania edukacyjne oraz szkolenia, wysokiej jakości opiekę medyczną i procedury laboratoryjne. Towarzystwo ma charakter naukowy i opiniotwórczy – publikuje rekomendacje i zalecenia dotyczące leczenia niepłodności będące wytycznymi dla wszystkich krajów członkowskich.

W skład dwuosobowego zespołu, reprezentującego Polskę w kadencji przypadającej na lata 2014 – 2017, wchodzi dr n. med. Anna Janicka, Specjalista ds. badań klinicznych i rozwoju Centrum Ginekologii i Leczenia Niepłodności VITROLIVE oraz prof. Robert Spaczyński z Kliniki Niepłodności i Endokrynologii Rozrodu Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskigo w Poznaniu, konsultant krajowy w dziedzinie endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości.

Polscy delegaci wybrani zostali przez tajne głosowanie on-line krajowych członków ESHRE. W strukturach ESHRE ich rola opierać się będzie na transferze wiedzy i doświadczenia na temat kondycji i rozwoju medycyny rozrodu między Polską a Towarzystwem. „Jestem przekonana, że szerzenie prawidłowej praktyki terapeutycznej na podstawie opinii opartej o naukowe dowody ma sens. Wierzę, że jeśli tylko będziemy należycie stosować się do zasad ESHRE i monitorować jakość i liczbę zastosowanych metod rozrodu wspomaganego medycznie,  a także ich  skuteczność i bezpieczeństwo, mamy szansę jako Polska stać się godnym partnerem naukowym dla Europy. O to właśnie będę się starać podczas pracy w Komitecie Przedstawicieli Krajowych ESHRE”, mówi dr Janicka.

Gratulujemy i życzymy owocnej pracy!

Katarzyna Wielgus

farmaceutka

Starali się o dziecko przez 10 lat, dziś są rodzicami… bliźniaków! Joanna: „Nie wolno tracić nadziei”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Starania o dziecko to nieraz wieloletnia walka – ze zdrowiem, z systemem leczenia, z samym sobą. Joanna wraz z mężem walczyli 10 lat. Przeszli setki badań, 7 inseminacji, 3 procedury in vitro. Pomimo trudów i chwil zwątpienia zawsze wierzyli w sukces. I słusznie! Dziś są rodzicami bliźniaków – poznaj ich historię, która daje całą masę pozytywnej energii.

Początek starań był 10 lat temu?

Joanna: Tak, początek był przed dekadą. W pierwszym etapie próbowaliśmy z partnerem naturalnie. I to przez dłuższy okres – trzy lata. Utrudnieniem był fakt, że mąż pracuje za granicą i niestety ma go cały czas tutaj. Mówi się, że jeżeli przez rok starań nie ma dziecka, to znaczy, że już coś jest nie tak. U nas, jak widać, trochę przedłużyliśmy ten okres. Trzy lata starań naturalnych, dopiero po tym czasie udałam się do lekarzy. Najpierw do zwykłych ginekologów – od jednego, do drugiego. Rok zajęło mi takie chodzenie i przyznam szczerze, że podejście lekarzy na których trafiłam, chyba nie było za dobre.

Często słyszy się, że lekarze ginekolodzy „pierwszego kontaktu” nie zawsze profesjonalnie zaczynają pracę z niepłodnością.

Miałam trzech lekarzy, których podejście było praktycznie żadne. Już na wstępie pojawiało się pytanie: „A  co takiego pani robi w tym kierunku?”. Było to żenujące… Dopiero czwarty lekarz podszedł do mnie profesjonalnie. Tylko spojrzał i powiedział, że mam PCO. Kazał mi podnieść brodę, pytał się o owłosienie. Diagnoza była praktycznie od razu, po czym oczywiście miałam różne badania, lekarz chciał się po prostu upewnić i rzeczywiście okazało się, że mam brak owulacji. Mieliśmy później monitorowane cykle, dość długo to trwało. Co jednak ważne, miałam bardzo dobry kontakt z tym właśnie lekarzem. Zyskałam przy nim prawdziwą nadzieję, że się uda, że będzie w porządku, że PCO to nie jest wyrok.

Nadzieja jest bardzo ważna.

Dokładnie, był to prawdziwy lekarz z sercem. Niestety jednak nawet jego serce nie pomogło. Chodziłam do niego półtora roku i w końcu rozłożył ręce. Powiedział, że jego praca się w tym miejscu kończy i proponuje nam klinikę leczenia niepłodności. Minęły już wtedy 3-4 lata odkąd zaczęliśmy się starać, a dziecka dalej nie było.

Nie było na co dalej czekać.

Tak, doktor przyznał, że nie ma co tracić czasu. I to było dobre – nie przeciągał niepotrzebnie sprawy, nie szukał kolejnych badań, tylko wysłał nas do specjalistycznej kliniki. Tak też zrobiliśmy.

W pierwszej klinice, do której trafiliśmy, spędziliśmy rok. Nie przypadła nam ona jednak do gustu. Bardzo źle się tam czułam. Wydawało mi się, że mój problem ich nie interesuje. Zrobili mnóstwo badań, ale z lekarzem nie miałam żadnego kontaktu na płaszczyźnie międzyludzkiej. Zmieniliśmy więc klinikę. W kolejnej trafiłam na bardzo dobrego lekarza, który po przejrzeniu mojej teczki, skomentował: „Kto pani powiedział, że pani nie zajdzie w ciążę?”. Gdy wyszłam z gabinetu byłam w ogromnej euforii! Spędziliśmy w tej klinice 4 lata i to właśnie tam przeszłam siedem inseminacji. To był najcięższy dla mnie okres.

Porusza pani bardzo ważną sprawę – nie są istotne tylko kwestie medyczne, ale też to, co w międzyczasie dzieje się z psychiką człowieka.

To prawda. Czas inseminacji był najcięższy zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża. Podczas pierwszej inseminacji byliśmy nastawieni, że nam się uda! Tym bardziej, że lekarz mówił: „Jasne, jak najbardziej”. Okazało się jednak, że ciąży brak. Druga inseminacja – ciąży brak. Z każdą kolejną, gdy jechałam na betę, to było… ciężkie do opisania. Z jednej strony miałam myśli, że tym razem będzie sukces. Z drugiej, że może jednak los tak chciał i nie będziemy mieć dzieci. Tyle razy już się nie udało… Tak to wyglądało za każdym razem.

Dla mnie inseminacje były gorsze, niż późniejsze in vitro. Być może dlatego, że było ich tak dużo. Non stop robiliśmy dodatkowe badania, do tego strasznie przytyłam, a moje ciało zaczęło się pod wpływem hormonów zmieniać. Nie wiedziałam, czy chcę dalej iść w tę stronę. Nie zrezygnowałam tylko dzięki mojemu mężowi.

Był przy mnie cały czas i mówił: „Uda się, Asia! Próbujmy!”. Na szczęście nasza sytuacja finansowa pozwalała nam na kolejne próby, ale wysiadłam psychicznie. Przy siódmej inseminacji powiedziałam, że już nie chcę. Lekarz zasugerował wtedy byśmy zastanowili się nad in vitro. Kiedy padły te słowa, aż usiadłam.

Usiadła pani z ulgą, czy bardziej z lękiem?

Na początku to było przerażenie. Wiedziałam czym jest in vitro, z czym się wiąże, ale nigdy nie sądziłam, że będzie dotyczyć właśnie mnie. Gdzieś tam w głębi wciąż myślałam, że mamy jeszcze inne szanse, że stanie się jakiś cud i naturalnie uda nam się zajść w ciążę. Zdecydowanie podłamały mnie jednak liczne próby inseminacji.

Przyszliśmy z mężem do domu i zaczęliśmy rozmawiać. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że chyba nie mamy wyjścia. Dlaczego nie? Dla mnie in vitro było i jest z pewnością nadzieją oraz szansą na dziecko. Mieliśmy też to szczęście, że w 2014 skorzystaliśmy jeszcze z „rządkówki”.

Zastanawiam się w takim razie, jak pani patrzy na to wszystko, co obecnie dzieje się wokół in vitro?

Dla mnie, i nie tylko dla mnie, był to ratunek. Po raz kolejny podkreślam, widzę in vitro jako nadzieję i szansę na dziecko, jakie współczesna medycyna dała tysiącom niepłodnych par. Nie wiem o co to całe halo. Dlaczego ktoś ma mi odbierać prawo do bycia rodzicem?

Zaczęła też pani mówić o partnerze. Słyszę, że byliśmy państwo w tym wszystkim razem. Myślę, że jest to duży potencjał w takiej sytuacji.

Bardzo duży. Gdyby mój mąż zrezygnował, gdyby „się rozpadł” i stwierdził, że to nie ma sensu, ja też bym odpadła. Byłam już w takim momencie, że nie wierzyłam w sukces. To on mówił: „Asia, nie może być aż tak źle! Będziemy próbować do skutku!”.

Ma pani poczucie, że te doświadczanie wzmocniły wasz związek, czy jednak były oddalające?

Mój mąż od 14 lat pracuje zagranicą. Wiadomo jak wygląda życie na odległość, ale in vitro i cała ta historia mimo wszystko nas zbliżyła. Oczywiście były momenty, gdy kłóciliśmy się i razem płakaliśmy. Chociaż miałam poczucie, że problem jest po mojej stronie, nigdy nie usłyszałam od niego słów: „To twoja wina”. Być może przeszły mu przez myśl, ale nigdy ich nie wypowiedział. Nigdy też nie stwierdził, że jego chęć posiadania dzieci jest tak silna, że bez nich nie da rady ze mną być.  Mało tego, przyjeżdżał na każde ważniejsze spotkanie, jakie mieliśmy w klinice. Pomimo tego, że dzieliły nas setki kilometrów chciał w tym być i uczestniczyć. To było dla mnie bardzo ważne.

To jest coś, co zapewne daje ogromnego kopa do walki.

Tak. Siła drugiego człowieka, który jest w tej samej sytuacji, jest szalenie pomocna. On mnie najbardziej rozumiał, a wiem, że jemu też było ciężko. Gdy nie udawały się kolejne próby, widziałam łzy w jego oczach. Mówił: „Asia, będzie dobrze”, ale jego głos drżał. Chciał być silny dla mnie. Dziękuję mu za to, że nie przerwaliśmy tego wszystkiego.

Udało się za trzecim in vitro.

Zgadza się. Za pierwszym się nie udało, ale też pierwsze podejście było z dużym spokojem – co będzie to będzie. Za drugim razem miałam już betę prawie 30, więc była radość. Niestety miałam wtedy ciążę biochemiczną, co było ogromnym ciosem. Ile ja łez wylała, gdy beta zaczęła spadać…

Wszystko działo się w ciągu jednego roku. Klinikę przekroczyłam we wrześniu 2014, w październiku rok później podeszłam do trzeciego in vitro. Poprosiliśmy wtedy o dwa zarodki. Musieliśmy to przedyskutować, bo wiadomo jakie mogły być konsekwencje. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na dwa zarodki i dwa zostały.

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Gdy się udało była tylko radość, czy może pojawił się też jakiś lęk?

Oczywiście, że był lęk. Gdy po 12 dniach jechałam na betę, moja głowa była w zupełnie innym świecie. Był strach, była radość, była euforia, milion myśli przelatywało przez moją głowę. Zapytałam nawet czy mogą do mnie zadzwonić z wynikami, bo nie dam rady po nie przyjechać. Kiedy dotarłam do  domu, musiałam iść spać. Emocjonalnie nie funkcjonowałam. Obudził mnie telefon i usłyszałam, że moja beta wynosi 179. Mówię: „Czy pani się czasem nie pomyliła, czy na pewno moje nazwisko tam widnieje?”. Po dwóch dniach kolejne badanie, później dwa pęcherzyki, pierwsze bicie serduszek… wyliśmy jak bobry! To było cudowne!

To mu być niesamowite uczucie. Po tylu latach marzenie staje się rzeczywistością.

Kiedy w 8. tygodniu usłyszeliśmy bicie serduszek przez cały dzień powtarzałam, że nie wierzę. Cieszyłam się tak bardzo, że chciałam fruwać! Dopiero po paru dniach, gdy emocje opadły, pojawił się strach, czy ciąża się utrzyma. Była to ciąża bliźniacza, więc kolejne ryzyko… Był lęk.

Właśnie – bliźniaki!

Gdy decydowaliśmy się na dwa zarodki, braliśmy pod uwagę, że mogą być bliźniaki. Bardziej jednak patrzyliśmy na to pod kątem zwiększenia skuteczności in vitro w ogóle. A tu nagle, dwa podali, dwa zostały. Bliźniaki to początkowy szok: „Co my zrobimy!?”. Myślę jednak, że tak po prostu musiało być. Ten nasz aniołek, który nie dał rady w czerwcu, postanowił wrócić.

Podwójne wyzwanie.

Podwójne wyzwanie, podwójnie dużo roboty, ale jest to coś niesamowitego. Zresztą do dzisiaj zdarza mi się szczypać i sprawdzać, czy przypadkiem to wszystko nie jest snem. Patrzę czasami na nich, gdy śpią. Ta dwójka małych ludzi jest moimi dziećmi, to niesamowite! Maluchy w czerwcu będą miały roczek. Jest ich wszędzie pełno i są cudowne! Mówią już słowo „mama”, co jest nie do opisania.

Po tylu latach musi to być niesamowita nagroda.

Tak, gdy patrzę na naszą historię z perspektywy czasu, myślę sobie, że w sumie nie było aż tak najgorzej.

Czas robi swoje.

Na pewno nie wolno tracić nadziei. Pomimo tego, że miałam zwątpienia, to zawsze była we mnie iskierka, że musi się udać. Mam swój happy end.

ddd

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Dziś pracujemy o dwie godziny krócej

Kilkaset firm w Polsce weźmie dziś udział w szóstej już odsłonie akcji „Dwie godziny dla rodziny”. Tegoroczne hasło przewodnie to „Gotowanie na rodzinnym planie”. Wielu z nas wyjdzie z pracy dwie godziny wcześniej, by spędzić ten czas z rodziną.

Każdego roku, 15 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rodzin ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych w 1993 roku. Inicjatorem polskich obchodów jest Fundacja Humanites – Sztuka Wychowania.

Polacy to szczególnie zapracowany naród. Zwykle spędzamy w pracy więcej niż osiem godzin dziennie, wielu z nas poświęca także dla pracy rodzinne weekendy. Akcja „Dwie godziny dla rodziny” ma na celu uświadomienie jak wielką wartością jest rodzina, budowanie relacji i dbałość o nie.

Dwie wspólnie spędzone godziny być może nie załatwią problemu, ale mogą nam wiele uświadomić.

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego

Brulion zabaw w podróży

brulion_stopka2
Brulion, który zawsze trzeba mieć ze sobą!

Śmiało można powiedzieć, że Brulion zabaw stał się już rzeczą kultową.

Tym razem prezentujemy zeszyt, który świetnie sprawdzi się w podróży. Godziny nudnej jazdy miną nie wiadomo kiedy. Dlatego Brulion zabaw w podróży powinien się znaleźć w każdej walizce i plecaku!

W Brulionie znajdziesz gry i zabawy na udane podróżowanie. Zamiast smętnie patrzeć w okno albo liczyć czerwone samochody, zaproś pasażerów do wspólnej zabawy.

Niech czas w podróży już się nie dłuży!

BRULIONY ZABAW to zeszyty kultowych gier i zabaw dla każdego!

Dzieci znajdą w nich mnóstwo pomysłów na zabawy w domu, na świeżym powietrzu czy podczas wakacyjnych podróży, a dorośli mogą odbyć sentymentalną podróż do czasów swojego dzieciństwa. W książkach znajdują się m.in. zasady oraz szablony potrzebne do wielu ponadczasowych gier i zabaw.

Przekonaj się, jak niewiele potrzeba, żeby dobrze się bawić!

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

Mężczyzna też czuje! Jak wesprzeć partnera podczas starań?

wsparcie mężczyzny

W czasie starań o dziecko wciąż znacznie częściej pojawia się perspektywa kobiety. Biorąc pod uwagę panujące w naszym społeczeństwie przekonania dotyczące kobiecości i macierzyństwa, nie można się temu dziwić. Kwestie emocji i opieki nad tzw. „domowym ogniskiem” wciąż zdają się być domeną pań. Warto jednak poszerzać tę perspektywę – tak, mężczyźni też czują. Tak, ich emocje są równie ważne. Tak, mogą płakać i mówić o cierpieniu. Jak można ich w tym wesprzeć?

1. Co jest siłą?

Często w kontekście męskości pojawia się wizja silnego faceta, którego nie poruszają żadne problemy. Ze wszystkim świetnie sobie radzi i nie ma w nim praktycznie żadnych emocji. Pytanie tylko, czy to właśnie tego typu zachowania świadczą o prawdziwej sile i czym owa siła w ogóle jest?

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że do zbudowania relacji i bliskości potrzebne jest swego rodzaju „odsłonięcie się”, opowiedzenie o tym, co się czuje, przyznanie się do wewnętrznych lęków, słabości, być może strat, nijak ma się to do opisanej wyżej postawy. Co więcej, stereotypy wciąż wtłaczają w nią mężczyzn, którzy mogą mieć obawy o przyznaniu się do tego, że zdarza im się najzwyczajniej w świecie z czymś sobie nie radzić. Jak możemy pomóc? Zaakceptować trudne emocje w partnerze, docenić je, podkreślić ich wagę, a nie oceniać go za nie – to w porządku, że je odczuwa. Pamiętajmy, że stereotypy ułatwiają życie tylko z pozoru. Szybko może okazać się, że prawdziwa siła jest od nich bardzo od odległa.

2. Nie wywierajmy presji

Czas przedłużających się starań o dziecko jest prawdziwym wyzwaniem – dla kobiety, dla mężczyzny, ale i dla związku. Presja może pojawić się w tym czasie nie tylko w zewnątrz, ale także mogą ją w siebie wtłaczać partnerzy. Nie chodzi tu tylko o temat dziecka, ponieważ pojawiająca się w tym czasie frustracja może też przenieść się na inne sfery życia.

Presję można wywierać na mężczyźnie m.in. w temacie pracy – czy oby na pewno nie zarabia za mało? Czy nie ma „za słabego” zawodu? Czy będzie nas stać na leczenie i wszystkie badania? „Kochanie, może weźmiesz jeszcze to dodatkowe zlecenie?” – rzeczywiście może wymagać tego sytuacja i to w porządku jeśli obie strony się z tym godzą. Pytanie tylko, czy oby na pewno nie jest to sposób na zapełnienie luki innych, niezaspokojonych w tym momencie potrzeb. Zbędna presja często wiąże się z poczuciem winy i poczuciem bycia nieustannie „niewystarczającym” – bo jeśli pracują, a i tak jest wciąż za mało, to coś musi być ze mną nie tak?!

Nie róbmy tego sobie, ani naszym bliskim. Zdecydowanie poniesiemy przy tym za dużo kosztów, a zyskamy niewiele.

3. Zrozumienie

Warto spojrzeć też na aspekt leczenia somatycznego, bo soma i psyche są ze sobą nierozerwalnie połączone. W leczeniu niepłodności często to kobieta przechodzi przez większość trudnych zabiegów i badań, ale pamiętajmy, że mężczyźni także poddawani są bardzo intymnym badaniom. Tutaj ponownie pojawia się odniesienie do stereotypów – „Co to za facet, jeśli nie potrafi spłodzić syna?! I jeszcze ma o tym mówić obcym ludziom?! Ma robić badania nasienia?!”. Wszystkie te procedury, a nawet rozmowy o nich mogą powodować skrępowanie i wstyd, które są jak najbardziej naturalne. Warto wtedy docenić fakt, że pomimo tego mężczyźni potrafią przekraczać granice swojego komfortu i podczas leczenia oni też muszą „swoje przejść”.

Jest to tylko kilka tematów, które mogą rozpocząć całą rzekę dyskusji. Coś, co jednak wydaje się być podstawą, to przyzwolenie na przeżywanie trudności. Każdy z nas ma prawo do załamań, spadków formy, płaczu, cierpienia, lęku. Myślenie, że mężczyźni są pod tym względem inni i w jakimś sensie bardziej „odporni”, jest zgubne dla obu stron. W staraniach warto walczyć o wspólne szczęście ramię w ramię. Razem – w tym jest moc.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.