Przejdź do treści

Polityka prorodzinna powinna dotyczyć wszystkich

nowacka.jpg

„Z perspektywy osób, które w tej chwili są zainteresowane metodą in vitro korzystniejsze jest jednak istnienie jakichkolwiek, nawet „średnich” przepisów niż żadnych. Bo trudno w ich sytuacji czekać na doskonałe uregulowania. A ustawę, która już powstała, zawsze można udoskonalać.” – o in vitro, polityce prorodzinnej, aborcji i surogacji rozmawiamy z Barbarą Nowacką (Zjednoczona Lewica).

Czy polska ustawa o in vitro jest dobra?

Barbara Nowacka, Zjednoczona Lewica: Pilne uregulowanie kwestii związanych z in vitro było konieczne. Ustawa, powiedzmy szczerze, mogłaby być lepsza. Choćby bardziej przyjazna dla samotnych kobiet – które potraktowano przedmiotowo czy mniej restrykcyjna  jeśli chodzi o liczbę zamrożonych zarodków – dopuszczając osiem zamiast sześciu. Z drugiej strony  cieszymy się, że powstało jakiekolwiek uregulowanie prawne. Dzięki temu osoby starające się  starających się o dzieci metodą in vitro, przynajmniej wiedzą na czym stoją.

Czy nie lepiej byłoby odpowiednio wcześniej przygotować tę ustawę, tak aby nie rodziła żadnych wątpliwości?

Twój Ruch składał wcześniej swój projekt ustawy o in vitro. Uważamy, że był on lepszy od projektu Platformy Obywatelskiej. Lepszy był także projekt składany przez SLD, ale z oczywistych względów zwyciężyła koncepcja partii rządzącej. Z perspektywy osób, które w tej chwili są zainteresowane metodą in vitro korzystniejsze jest jednak istnienie jakichkolwiek, nawet „średnich” przepisów niż żadnych.  Bo trudno w ich sytuacji czekać na doskonałe uregulowania. A ustawę, która już powstała, zawsze można udoskonalać.

Czy przypadki, jak Pani Barbary Sienkiewicz – 60-letniej matki dwójki dzieci, powinny być jakkolwiek określane przez ustawę? Póki, co nie ma żadnej regulacji wieku, kiedy kobieta może poddać się in vitro.
Nie o wszystkim powinni decydować politycy. Do lekarzy należy decyzja czy dana kobieta kwalifikuje się do zabiegu in vitro czy nie. Bardzo ciężko ustawowo zapisać granicę wieku. Możemy, jak w niektórych europejskich krajach, przyjąć limit 45 lat. W takim wypadku jednak pojawi się pytanie czy komuś, kto przekroczy tę granicę, a nadal jest w świetnej formie zdrowotnej należy zakazać leczenia. Są kliniki, które wewnętrznie regulują granicę wiekową i powyżej 50 roku życia w ogóle nie przeprowadzają  zabiegów. Jest to jednak kwestia medyczna, a nie polityczna, dlatego limit wieku powinni ustalać lekarze i świadomi pacjenci. Tego przede wszystkim należy dopilnować – aby pacjentki były jak najbardziej świadome.

Jednak większość krajów europejskich ma ustalony limit wiekowy, a 45 lat to nie jest 60. Dodatkowo kuriozum całej sytuacji polega na tym, że pani Barbara sfinansowała swoje in vitro, a następnie domagała się pomocy materialnej od państwa.

Nie widzę w tym nic kuriozalnego, że ktoś kto ma dziecko prosi państwo o pomoc. Polityka prorodzinna powinna dotyczyć wszystkich, bez względu na wiek. Do mnie w ogóle nie trafiają argumenty, że być może ta pani nie będzie w stanie wychować swoich dzieci.

Nawet, gdy zostajemy rodzicami w wieku lat 20 czy 30, nigdy nie wiemy, co czeka nas w życiu, ile będziemy mieli siły i energii za pięć lat. Podobnie jest w kwestii finansowej – nie możemy nikomu odmawiać skorzystania z prawa posiadania dziecka patrząc na jego status materialny.
Jednak, jak podkreślam, nie wszystkie kwestie powinni rozwiązywać politycy. Granicę wieku powinni ustalać eksperci rozważając argumenty medyczne. Warto postawić pytanie – co spowodowało, że lekarz podjął decyzję o przeprowadzeniu takiego zabiegu osobie w starszym wieku?  Limit wiekowy powinien obowiązywać także mężczyzn – rozpatrujemy jedynie kwestie kobiet, a ona dotyczy także drugiej płci.

Oburzonym na panią Sienkiewicz warto zwrócić uwagę, że mężczyźni zostają ojcami w wieku 60, 70 lat – dzięki procedurom in vitro lub bez nich. I nikt się tych ojców nie pyta, czy zdołają te dzieci wychować i wykarmić.

Obserwując losy ustawy mam wrażenie, że w ogóle w tej kwestii częściej głos powinni zabierać lekarze, a nie politycy…

Oczywiście! Dyskusja na ten temat została niepotrzebnie upolityczniona.

Czy wraz z wejściem w życie ustawy o in vitro samotnym kobietom zostaną odebrane ich zarodki?

To byłaby bardzo zła decyzja i złamanie zasady, że prawo nie działa wstecz.

Zamrożone zarodki są  własnością osób, które je zdeponowały i nikt inny nie powinien nimi dysponować. Dla tych kobiet byłby to życiowy dramat, ogromny stres i ich oburzenie jest dla mnie zrozumiałe.

Myślę, że decyzje o podjęciu trudów samotnego macierzyństwa, zwłaszcza w Polsce, są raczej dobrze przemyślane. Czasem dla kobiety, która poddaje się in vitro jest to „być albo nie być” w kwestii rodzicielstwa. Znam przypadki dziewczyn, które podjęły taką decyzję z przyczyn medycznych. Dla nich nie było żadnego potem, żadnego czasu na szukanie przyszłego ojca. Jeśli  kobieta  decyduje, że lepiej być samotną matką z wyboru niż w ogóle zrezygnować z macierzyństwa – moim zdaniem, ma takie prawo.  

W Sejmie będzie rozpatrywany projekt „Stop aborcji”, który ma w pełni zakazać aborcji. Uda się go uchwalić?

Mam nadzieję, że się nie uda. Polki, które chcą dokonać aborcji poddają się jej w Niemczech, Czechach albo na Ukrainie. W państwach ościennych aborcja jest legalna. Ustawa, która obowiązuje na terenie Polski przestaje być skuteczna w stosunku do polskich obywatelek, które przekroczą granicę naszego kraju.  Jesteśmy w Unii Europejskiej, a podróż zajmuje chwilę. Udawanie, że Polki nie poddają się aborcji to hipokryzja.  Nie można dopuszczać do tego, aby państwo stało na straży tej hipokryzji. Obecne prawo nie przynosi pożądanego efektu, tym bardziej zaostrzenie go niczego nie zmieni. Pełny zakaz aborcji spowoduje jedynie, że także kobiety, które padły ofiarą gwałtu lub noszą płód obciążony terminalną wadą będą musiały się wykosztować, zapożyczyć, by dokonać zabiegu.

Już dziś z prawa do aborcji mogą korzystać przede wszystkim zamożne kobiety. Brak edukacji seksualnej sprawia, że tych zabiegów dokonuje się coraz więcej. Mamy coraz więcej przypadkowych, a przez to niechcianych ciąż.

Uważam, że przede wszystkim należy zmienić istniejącą ustawę, dostosować ją do rzeczywistości oraz prowadzić edukację seksualną – tylko w ten sposób odwrócimy ten niekorzystny trend.

Jak zatem powinna wyglądać ustawa aborcyjna?

Na pewno nie powinna być zaostrzana. Jestem zwolenniczką liberalizacji tej ustawy, aborcja powinna być  dopuszczalna również z przyczyn społecznych.

Co pani rozumie przez przyczyny społeczne?

To, co powszechnie jest rozumiane jako przyczyny społeczne, np. przekonanie kobiety, że nie będzie w stanie wychować kolejnego dziecka.

Czy to nie traktowanie aborcji jako środka antykoncepcyjnego?

Nie sądzę, żeby ktokolwiek traktował aborcję, jak środek antykoncepcyjny. Taki zabieg zawsze wiąże się z bardzo trudną decyzją i z dużymi konsekwencjami dla ich zdrowia i psychiki. Kobiety w Polsce nie są nierozsądne.

Całkiem niedawno aborcja była powszechna…

Nie było wtedy edukacji seksualnej. Brakowało też łatwo dostępnych środków, które zapobiegałyby niechcianej ciąży. Nie było nawet świadomości istnienia metod antykoncepcyjnych, ponieważ nie było edukacji seksualnej. Zresztą antykoncepcja znajdowała się na zupełnie innym poziomie medycznym – wiele dostępnych dzisiaj, bezpiecznych i przyjaznych kobietom środków w ogóle nie istniało.  W tej chwili możemy wprowadzić nowoczesną edukację seksualną, a sama antykoncepcja jest coraz bardziej powszechna i dostępna wśród młodych kobiet.

A co Zjednoczona Lewica może zaoferować pod względem polityki prorodzinnej?

Dla nas tematy związane z edukacją, wychowaniem, opieką nad dziećmi są fundamentem polityki. Opiekuńcze państwo powinno wspierać obywateli i obywatelki oraz sprzyjać ich decyzji o posiadaniu dziecka. Ważnym postulatem, który może do takich prokreacyjnych decyzji zachęcić, a jednocześnie sprawić, że kobiety i mężczyźni będą mieli równe szanse w rozwoju zawodowym  są bezpłatne żłobki i przedszkola.

Uważamy też, że szkoły powinny prowadzić żywienie dzieci bez względu na status materialny – każde dziecko w szkole powinno być nakarmione, to najlepszy sposób by rozwiązać problem głodnych dzieci bez stygmatyzowania kogokolwiek, z gwarancją, że żadne dziecko nie zostanie wypchnięte poza system z biurokratycznych powodów i w duchu społecznej solidarności.

Wyżywienie powinno być prowadzone również w okresie wakacyjnym. Należy pamiętać, że także latem istnieje problem głodnych dzieci, a szkoła – jako, że zwykle jest relatywnie blisko domu – powinna być miejscem, gdzie dziecko zawsze może przyjść. Aktywizacji zawodowej kobiet, a przez to zachowaniu równowagi w społeczeństwie pomoże również wprowadzenie opieki medycznej w przedszkolach i szkołach. Bo w tej chwili rodzice są wzywani do szkoły z powodu najdrobniejszego bólu brzucha u dziecka, co przyczynia się do ich dyskryminacji w miejscu pracy.

Jaka jest wasza odpowiedź na niż demograficzny?

Inwestycja w kapitał ludzki. Wiele par nie decyduje się na dziecko, ponieważ kobieta jest zatrudniona na umowie „śmieciowej”, zachodząc w ciążę będzie zagrożona utratą pracy. A nawet gdy ma umowę o pracę, boi się , że straci zatrudnienie, bo jej ciąża jest źle widziana. Tak więc państwo, by zwiększyć przyrost demograficzny powinno promować stabilne zatrudnienie i bezpieczeństwo socjalne.
Potencjalni rodzice boją się też, czy dadzą radę zaopiekować się dzieckiem po powrocie z urlopu macierzyńskiego. Dlatego konieczne jest, jak już wspominałam, udostępnienie sensowej infrastruktury – przedszkoli, żłobków, świetlic szkolnych, które nie będą tylko przechowalniami. Niezbędne są też inwestycje w ochronę zdrowia najmłodszych. Przykładowo – opieka dentystyczna. 80 proc. dzieci ma próchnicę i nie udawajmy, ze w ramach NFZ uda się coś z tym zrobić. Rozwiązaniem jest bezpłatny dentysta w szkole – to wiąże się z nie tylko z oszczędnością rodziców, ale także z wychowaniem zdrowszego pokolenia.

Podsumowując: bezpieczeństwo zawodowe rodziców i dostępność infrastruktury dają szansę, aby więcej Polek i Polaków decydowało się na dzieci.

Obecne dużym problem jest również brak łatwo dostępnych, tanich mieszkań. Rodziny, które miałyby gwarancje możliwości życia „na swoim”, chętniej decydowałyby się na dzieci. Problem w tym, że w Polsce wmówiono nam, że mieszkanie trzeba kupić. Ludzie zaciągają więc kredyty, które bardzo często ciężko jest spłacić. W rezultacie, gdy już mają mieszkanie, nie stać  ich na dzieci. Zjednoczona Lewica jest za wspomaganiem programów tanich mieszkań na wynajem – zarówno TBSów, jak i mieszkań komunalnych. Optujemy też za tym, by były to mieszkania „przechodnie”. Potrzeby mieszkaniowe zmieniają się z wiekiem, innego mieszkania oczekuje student, innego rodzice z małym dzieckiem, a jeszcze innego rodziny z trójką dzieci. W wielkich miastach są mieszkania, które stoją puste. Według obowiązującego prawa mieszkania komunalne dostaje się dożywotnie, dlatego gminy nie chcą ich rozdysponowywać .

Jak zdobyć te tanie mieszkanie pod wynajem?

Przede wszystkim trzeba rozwinąć tanie budownictwo socjalne. W tej kwestii jest nawet program rządowy, jednak nie ma do niego odpowiednich rozporządzeń. Warto czerpać z doświadczeń innych krajów europejskich, które mają wypracowane praktyki i mechanizmy prawne, np Austrii czy Belgii. Istnieją tam organizacje i fundacje, które zajmują się pośrednictwem w wynajmowaniu mieszkań. Szansą jest również współpraca z deweloperami, którzy teraz mają duże problem ze sprzedażą mieszkań i są otwarci na alternatywne rozwiązania.

Rodziny zastępcze uzyskują pomoc finansową od państwa i są również przez nie kontrolowane.  Natomiast rodziny adopcyjne nie mają ani jednego ani drugiego. Czy ze strony Zjednoczonej Lewicy jest jakiś pomysł zamiany dotychczasowej sytuacji?

Rodziny zastępcze muszą być wspierane oraz kontrolowane. Natomiast procedury adopcyjne są w Polsce tak trudne i skomplikowane, że już samo to jest formą kontroli. Nie można wspierać nikogo tylko dlatego, że jest w jakimś mechanizmie, ale dlatego, że tego wsparcia potrzebuje.

Wspieranie każdej rodziny tylko, dlatego, że ma dziecko adopcyjne jest błędem. Po cóż bardzo zamożnym rodzinom adopcyjnym dodatkowe wsparcie materialne od państwa? Wspierajmy tych, do których pomoc faktycznie powinna trafić.

Czy model rodziny zastępczej zdaje egzamin?

Zazwyczaj tak. Na pewno rodziny zastępcze są lepszym rozwiązaniem niż funkcjonujące do tej pory domy dziecka. Idea rodziny zastępcza to umieszczenie dziecka w środowisku najbardziej zbliżonym do naturalnego, gdzie ciocia i wujek zastępują mamę i tatę, gdzie jest rodzeństwo, ciepło domowe, bezpieczeństwo. Żeby rzeczywiście tak było, rodziny zastępcze muszą być starannie kontrolowane. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że te rodziny często borykają się z bardzo trudnymi problemami dzieci poranionych przez życie.

Czy surogacja w Polsce powinna być dostępna? Jeśli tak to na jakich zasadach?

To dość skomplikowany problem etyczny. Jestem przeciwna sankcjonowaniu „wynajmowania macicy” – bo taki model surogacji jest ostatnio najpopularniejszy na świecie. Uważam, ze to forma wyzysku – kobiety w biedniejszych krajach świadczą tego typu usługi, bo trudno to inaczej określić, na rzecz bogatszych. Często powoduje nimi desperacja, nie są świadome choćby psychologicznych konsekwencji swoich decyzji. Nie chciałbym tego modelu w Polsce. Czasami jest jednak tak, że urodzić dziecko, jako surogatka, podejmuje się siostra, przyjaciółka, czy – gdy różnica wieku nie jest duża – matka kobiety, która sama nie może nosić ciąży. Albo ktoś z dalszej rodziny. Kobiety zdolne są do naprawdę wielkich rzeczy dla innych. I myślę, że wtedy jest to piękny gest. Nie można tego zabraniać.  Dlatego surogacja mogłaby  być dostępna na takiej altruistycznej zasadzie, analogicznie jak w przypadku przeszczepów nerek czy wątroby.
Magda Dubrawska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Bezpłatne warsztaty psychologiczne w klinice VitroLive

klinika vitrolive

Klinika VitroLive ze Szczecina serdecznie zaprasza wszystkie osoby zainteresowane rozwojem osobistym na autorskie warsztaty psychologiczne pt. „Wakacje – czy to dobry czas na starania o dziecko?”.

Spotkanie prowadzone będzie przez doświadczonego specjalistę kliniki VitroLive – Darię Terlikowską. Warsztaty potrwają ok. 2 godzin i zawierać będą w sobie część merytoryczną oraz ćwiczeniową.

Warsztaty odbędą się 31 lipca w godzinach 10.30 – 12.30 w Klinice VitroLive przy al. Wojska Polskiego 103 w kameralnym gronie umożliwiającym indywidualny kontakt z prowadzącymi.

Uczestnictwo w spotkaniu jest bezpłatne, jednak obowiązuje na nie wcześniejsza rejestracja przez formularz dostępny TUTAJ . Nie trzeba być pacjentem kliniki, by wziąć udział w warsztatach. O uczestnictwie decyduje kolejność zgłoszeń.

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Urodowe znaki zapytania – czy przed i po transferze można farbować włosy?

czy przed i po transferze można farbować włosy

Dbanie o siebie to także dbanie o swój wygląd – wszelkiego rodzaju zabiegi kosmetyczne pomagają nam poczuć się atrakcyjnie, dodają pewności siebie, ale też relaksują. Jednym z takich zabiegów jest farbowanie włosów. Powstaje więc pytanie czy przed i po transferze można farbować włosy?

Czy farbowanie ma jakikolwiek wpływ na transfer? Czy mogę iść wtedy do fryzjera? Czy nie zniweczy to moich starań, nie utrudni transferu?” – oto często pojawiające się pytania. Postanowiliśmy o odpowiedź poprosić dr n.med. Patrycję Sodowską, ginekologa-położnika z kliniki leczenia niepłodności InviMed w Katowicach, która na pytanie: „Czy przed / po transferze można farbować włosy? Czy jest to bezpiecznie?” odpowiedziała jasno:

„Nie ma przeciwwskazań”.

Jak wskazują eksperci, nie znaleziono żadnych dowodów na szkodliwe działanie składników znajdujących się w farbach do włosów na niezagnieżdżony jeszcze zarodek. Podobnie w czasie ciąży. Warto jednak pamiętać, że należy unikać amoniaku, stąd też z tego typu farb/kosmetyków lepiej zrezygnować (szczególnie w pierwszym trymestrze ciąży).

Zadaliśmy też inne, często nurtujące przyszłe mamy, pytanie: „Czy występują jakieś inne przeciwwskazani co do zabiegów kosmetycznych, które mogą nie być bezpieczne w trakcie / przed / po transferze?

Nie zaleca się wykonywania zabiegów z użyciem silnych środków chemicznych, z zastosowaniem ultradźwięków oraz zabiegów laserowych” – mówi dr Sodowska.

Sprawdź też:

Plusy i minusy lata – czy przed i po transferze można się opalać?

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Terapia antystresowa, odnowa biologiczna ciała… poprzez twarz! O drepoterapii słów kilka…

drepoterapia

Wyobraźcie sobie niezwykle silną terapię antystresową, która jest jednocześnie kompleksową i naturalną odnową biologiczną ciała… poprzez twarz! To drepoterapia.

Pioniersko praktykuję różne terapie okolic głowy od 14 lat. Moją przygodę rozpoczęłam od refleksologii, w której do budowania zdrowia i równowagi wykorzystuję nerwy i ich zakończenia. Poznałam też techniki pracy motylkowej i metamorficznej. Są delikatne, a jednocześnie uwalniają od najgłębszych ran emocjonalno-fizycznych (traum). Zadziwiły mnie powięzi, które są „bankiem informacji” ciała i zapisują jego reakcje na wydarzenia z naszego życia. Znam też zasady pracy z układem limfatycznym i akupresurę, która porusza różne mechanizmy ozdrowieńcze.

Twarz jak klawiatura

Zawsze lubiłam uczyć się anatomii i fizjologii. Odkrywanie „logistyki” ludzkiego ciała fascynuje mnie do tej pory, zwłaszcza że przed nami jeszcze wiele niewiadomych. Poświęciłam się nauce o mózgu. To centralny komputer, który „zarządza” ciałem, umysłem, emocjami i duszą. Dostęp do jego funkcji daje mi specyficzna klawiatura… czyli twarz. Stąd też moje zamiłowanie do terapii tej okolicy.

Kolejny powód, dla którego wykonuję terapie w okolicach głowy, to stres, który wybrał sobie to miejsce za kwaterę główną, a ja wiem, że „rozbrojenie dowództwa” powoduje kapitulację symptomów stresu w innych odległych częściach ciała.

Praca na głowie, czyli w bezpośredniej bliskości mózgu i kory mózgowej, przynosi też ogromną, nieporównywalną ze stymulacją innych miejsc ciała czy z działaniem innej terapii, przyjemność i błogość, poczucie ulgi emocjonalnej i uwolnienia od trudnych emocji, a także wyciszenia umysłowego. To już efekt działania endorfin i enkefalin, czyli hormonów szczęścia, które wręcz „zalewają” ciało podczas drepoterapii. Ten stan utrzymuje się jeszcze długo po sesjach i sprawia, że jesteśmy odporniejsi na stresory. Śmiało można rzec, że burze szaleją wtedy na zewnątrz nas, a w środku morze jest spokojne.

Warstwy twarzy

Ludzka twarz to swoisty przekładaniec. U każdego wygląda inaczej, ale zbudowana jest z tych samych warstw. Są to skóra, tkanka podskórna, powięzi, mięśnie i kości. Pomiędzy nimi leżą sieci nerwów i ich zakończenia, naczynia krwionośne i limfatyczne oraz kanały energetyczne. Sieci przypominają wyspecjalizowane kable, przez które odbywa się cała wewnętrzna komunikacja. Warstwy i kable masujemy, uciskamy, pociągamy w różny sposób. Nerwy – energicznie i w bezpośredniej bliskości kości. Powięzi – powierzchownie i z wczuciem się w ich własne tempo i kierunek ruchu. Mięśnie – głęboko, wolno i wzdłuż włókien, nigdy pod włos. Naczynia limfatyczne – naprawdę leniwie. A akupunkty – ruchem okrężnym w prawo i lewo. Wszystko po to, by zaspokoić potrzeby każdej tkanki z osobna i by efekty takiej celowanej pracy rozeszły się po całym organizmie.

Co to jest drepoterapia?

Drepoterapia to odnowa biologiczna twarzy, a poprzez twarz – także całego ciała, która dopasowywana jest do indywidualnych potrzeb zdrowotnych pacjenta. Korzysta ona z naturalnych możliwości, jakie daje nam specyficzna wielowarstwowa budowa twarzy. Mózg dba o równowagę wewnętrzną, optymalizuje funkcje życiowe, uruchamia procesy naprawcze. On też potrzebuje warunków do konstruktywnego działania, bo bywa nieuważny na potrzeby człowieka. Stwarza mu je właśnie drepoterapia. Poza tym lokalna stymulacja powięzi, mięśni czy naczyń krwionośnych i limfatycznych w okolicy głowy wywołuje tonizujący efekt w tych tkankach na poziomie całego ciała.

Dzięki temu drepoterapia szybko rozładowuje nawet przewlekły stres i zapobiega szerzeniu się jego konsekwencji. Niwelowanie napięć mięśniowo-powięziowych jest niezwykle ważne dla właściwego przepływu krwi.

Warto wspomnieć, że szczególnie wrażliwe na stres są mięśnie miednicy. Reagują one skurczem, który zaburza przepływ krwi przez tętnice macicy. Napinanie się mięśni brzucha może uciskać macicę i skręcać jajowody. U mężczyzn stres obniża parametry witalności plemników, które nie mają siły do pokonywania grawitacji i nie docierają na czas do gotowych jajeczek. To skutecznie zapobiega zajściu w ciążę.

Niestety klasyczne masaże ciała nie radzą sobie z przewlekłymi napięciami i redukcją stresu.
Trzeba szukać terapii, które wywołują trwałe dobroczynne zmiany w ciele, a dodatkowo budują odporność na stres fizyczny i psychiczny. Na pewno jest nią drepoterapia, choć na początku trudno uwierzyć, że praca z twarzą daje takie efekty!

Nie można nie wspomnieć, że na tej terapii skorzysta też owal twarzy czy cera, która będzie wręcz promienna. Pojawi się też błysk w oku i specyficzny wigor.
Jednak dla mnie najważniejsze jest przywracanie dobrej kondycji psychofizycznej, optymalizacja pracy narządów wewnętrznych, harmonizacja układu hormonalnego, spokój umysłu czy ukojenie emocjonalne. Sprzyja to bowiem płodności.
I musi być szybko odczuwalne!

Beata Sekuła

multi-refleksolog i mentor refleksoterapii w Polsce, terapeuta czaszkowo-krzyżowy, life coach, i praktyk integracji oddechem

Moje życie po transferze. Historia pewnego obłędu

 

Od trzech tygodni to trwa, od czasu transferu. A przynajmniej od dwóch jestem pewna, że zwariowałam. Aby uzyskać pogłębioną diagnozę, spotykam się Dr. Google’em. Proponuje mi odwiedzenie pewnego forum i po chwili myślę z ulgą: „Jest nas więcej!”. Jak wygląda życie po transferze?

„Festiwal hipnotyzowania wzrokiem własnych gaci” – czytam u jednej z forumowiczek i zastanawiam się, czy to już ten etap, w którym i ja powinnam wziąć udział w tej imprezie, i czy otrzymam na niej jakąś nagrodę. Czytam dalej i już wiem. Byłabym w pierwszej trójce. Zwłaszcza że zestaw objawów wskazujących na ciążę w moim przypadku rozrósł się nieco ponad normę. Swędzenie skóry, ucisk w klatce piersiowej, spuchnięte stopy, żyłki na piersiach – jak na pierwsze dwa tygodnie objawów miałam bardzo dużo. I – o zgrozo – o każdym z nich znalazłam jakąś informacje w internecie. Może nie na najpopularniejszych stronach, ale jednak! To tylko potwierdzało moje teorie, co do których niekoniecznie chciałam przyznawać się publicznie.

„To przerażające jednak. Muszę nad tym zapanować” – dotarło do mnie, kiedy mój rozum na chwilę przejął nade mną kontrolę. „Jak dojrzała kobieta, starająca się o to, by zostać matką, może ulegać takim obsesjom i paranojom?” – zastanawiam się i podejmuję jedyną słuszną decyzję. „Koniec!”. Z rozważań wyrywa mnie nagłe kłucie w brzuchu. Przerywam czytanie, myślenie zresztą też. „Tak, to na pewno było TO”. Ostrożnie badam powierzchnię brzucha, wsłuchuję się w odgłosy ciała, a następnie podnoszę się z krzesła pomału i ostrożnie. Jestem absolutnie przekonana, że jak będę wykonywać zbyt gwałtowne ruchy, będę zbyt dużo chodziła, zarodek się oderwie. Sunę więc powoli (żeby nic nie uszkodzić), acz wytrwale do łazienki, zastanawiając się jednocześnie, czy nie wykręcać już numeru do lekarza. Telefon zresztą sunie do łazienki razem ze mną, by pospiesznie napisać SMS-a do M. On też musi wiedzieć, że TO się wydarzyło.

Od czasu implantacji nie zdarzyło mi się ani razu normalnie skorzystać z toalety. Wyrzucić ot tak prostu papier toaletowy. Najpierw zostaje on poddany dokładnym oględzinom. Zresztą to, że będą oględziny, jest planowane już na etapie zakupów. Wiadomo, że na innym niż biały można jednak TO przeoczyć. Oględziny nic nie dały. Umawiam się do lekarza tak na wszelki wypadek. No, w końcu TO się wydarzyło. Wizyta dopiero po południu. Rzucam się więc w czeluści internetu i sprawdzam wszystko. Tam nic nie ma, ale przecież mogłam coś przeoczyć.

Szykuję się. Sunę pod prysznic. Niezbyt gorący, żeby nie ugotować zarodka. Starannie omijam okolice brzucha. Nie mogę bowiem pozbyć się dręczących myśli, że gdybym była w ciąży, to gorąc mógłby bardzo zaszkodzić.

I od pewnego czasu zaczynam zwracać uwagę na znaki. Jestem przekonana, że nasza szczęśliwa piosenka, którą puścili wczoraj w radiu, to znak, że już jestem w ciąży. A jeszcze to, że w kuchni znowu zakwitł kwiatek, i to ten, który już prawie nam zwiądł! To daje mi już absolutną pewność. Oprócz tego sama szukam znaków. Poranny pasjans to rzecz obowiązkowa. Jak śniadanko. Robię tak długo, aż wyjdzie. Tylko taki wynik jest dla mnie wiarygodny.

Podobno kobiety w ciąży miewają barwne sny. I ja od kilku dni takie mam! Co prawda trudno mi za każdym razem je zapamiętać. Rano, po przebudzeniu, walczę sama z sobą choć o skrawek pamięci snu. Nie wychodzi. Muszę pamiętać, żeby nie patrzeć w okno, może wtedy się uda. Choć i tak przekonanie, że sen był barwny, mam pełne.

Spiesząc się ostrożnie i powoli (w moim obłędzie myśl o uszkodzeniu zarodka nadal jest bardzo realna), ubieram się, zachowując przy tym odpowiedni rytuał. Bolą czy nie bolą – oto jest codzienne, wielokrotne o różnych porach dnia i w różnych miejscach pytanie. Badałam już piersi wszędzie. W restauracji potrafię specjalnie wyjść do łazienki, by sprawdzić stan faktyczny. Zresztą jak wychodzę w miejsce ustronne, to dobry objaw. Znak, że się jeszcze kontroluję. Niestety, kilka razy zdarzyło mi się już o tym zapomnieć i badanie fizykalne przeprowadziłam w kiosku, w sklepie, u fryzjera też.

„A więc bolą” – stwierdzam po chwili z dużą z ulgą. To dobry objaw. „U kobiet w ciąży co chwilę przecież bolą” – tłumaczę swoją obsesję sama przed sobą, by tylko odpędzić od siebie myśl, że jestem szalona. Wkładam buty. Niesznurowane, by nie musieć co chwilę się schylać. Nie dopinając u spodni ostatniego guzika, wychodzę z domu. Wsiadam do samochodu.

To straszne, jak dziurawe są polskie drogi. Na każdym kroku czyha na mnie i mój zarodek niebezpieczeństwo. Przy byle dziurze, podskoku zaciskam mocno uda. Na kolejnych światłach nie wytrzymuję i sprawdzam, czy nie ma krwawienia. W zaglądaniu w gacie króluję i nie ograniczam się tylko do WC. Stanie na czerwonym jest wystarczającą okazją, czasem i miejscem, by to zrobić.

Gdy szczęśliwie dojeżdżam do kliniki, nie jestem już pewna, czy umówiłam się do właściwego lekarza i czy w tym obłędzie nie powinnam poprosić o pomoc kogoś innego. Szybko jednak sobie uświadamiam, że TO się wydarzyło. Po wizycie w gabinecie niestety pozostaję bez złudzeń. Po litościwym spojrzeniu lekarza jadę do domu i włączam komputer.

Na forum dziewczyny opisują kolejne obsesje po inseminacji lub transferze. Czy ja też tak mam? Czytam i wydaje mi się, że jakby ktoś opisywał moje najskrytsze tajemnice. Każda z nas ma coś za skórą. I choć nie wiem, czy to duże pocieszenie, okazuje się, że w tym obłędzie jesteśmy naprawdę podobne.

„Rozbiłam termometr rtęciowy” – czytam. „Nie istnieje w necie strona o wpływie rtęci na płód, której nie znam. Mimo wszelkich możliwych środków ostrożności, które mogłam zastosować, wykonałam dwa telefony do dwóch lekarzy” – z autoironią pisze jedna.

„Jak się uda, to nie dźwigam nic, nie podnoszę rąk do góry. No bo przecież wszystko może zaszkodzić” – czytam następny wpis.

„Jak to kicha bez napinania mięśni?” – zastanawiam się, gdy jedna z nich pisze, że opanowała taką sztukę. Ja po każdym kichnięciu lecę sprawdzić, czy mi krew nie leci, bo to jednak intensywny skurcz jest. Zazdroszczę jej i gotowa jestem pisać do niej prywatną wiadomość z prośbą o radę, jak bezpiecznie kichać.

„Gdyby gdzieś na świecie odbywał się festiwal hipnotyzowania wzrokiem własnych gaci, miałybyśmy dożywotnio stanowiska jurorek honorowych” – pisze kolejna.

Gdyby nie mdłości, pewnie bym czytała dalej. Głęboko się zastanawiam, czy są duże, małe, czy średnie. I co to oznacza, bo że oznacza, to wiem na pewno. Po chwili się okazuje, że to grubsza sprawa. Zastanawiam się, czy to już czas iść do łazienki, czy jeszcze trochę nie poczekać, tak żeby nie trzeba było przeć. Tak! Przeć! W ramach oczekiwania wyglądam przez okno, sprawdzając, czy nie biegną po mnie z kaftanem bezpieczeństwa. Na szczęście mój M. o wielu rzeczach nie wie. Inaczej pewnie sam wezwałby kogo trzeba.

Kładę się więc ostrożnie do łóżka. M. już tam jest. Według opinii staraczek – i mojej własnej zresztą też – seks jest absolutnie szkodliwy na tym etapie. Nie chcę zaszkodzić zarodkowi i M. o tym wie. Nie wiem, co o tym myśli, ale wie. Odwracam się więc ostrożnie, układając się na lewym boku, nogi zginając pod jedynie słusznym katem 45 stopni. I czekam… Gdy słyszę, że M. już śpi, dyskretnie biorę do ręki komórkę. Ostatnia kontrola. Bez tego nie zasnę. Wystarczy lekko oświetlić chusteczkę. Ewentualnie same majtki. Dobranoc. Kolorowych snów.

Autor: Katarzyna Koy

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.