Przejdź do treści

Podwójna wygrana

609.jpg

W bujanych fotelikach gaworzy Zuzia i Kubuś – czteromiesięczne bliźnięta. Czteroletni Jaś zakochany w swoim rodzeństwie, jest właśnie w przedszkolu. Troje z in vitro. Są cudowni, rozkoszni i rodzice nie zamieniliby ich na żadne inne.

Agnieszka i Maciej pobrali się, kiedy mieli po 24 lata. Ich droga do rodzicielstwa nie była bardzo długa. Dzięki temu, że zaczęli starać się wcześniej – mimo że pojawiły się kłopoty – udało im się stworzyć pełną rodzinę.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Minęło półtora roku od ślubu, a dzieci wciąż się nie pojawiały. – Poszłam więc do ginekologa, takiego „zwyczajnego”, żeby się poradzić, co robić – opowiada Agnieszka. – Jego receptą na wszystko był duphaston. „Maks cztery miesiące i będzie pani w ciąży” – obiecał. Ale minęły cztery miesiące, a ciąży wciąż nie było. Zrobili więc podstawowe badania i okazało się, że na naturalną ciążę nie ma szans. 

Zostali skierowani do jednego z warszawskich szpitali. – Tam nam powiedzieli, że nie ma sensu poddawać się inseminacji, wyniki badań nie dawały nadziei. Właściwie od razu wiadomo było, że tylko in vitro da nam szansę na dziecko. To bardzo skróciło nam drogę. Mieliśmy czas na podjęcie decyzji – mówi Agnieszka. Wątpliwości nie mieli. Zdecydowali się niemal od razu. Pierwsza próba jednak się nie udała.

Rozmowa wiele zmienia

Zanim podjęli kolejną, minęło półtora roku. – Bardzo przeżyłam tę porażkę. Za bardzo nastawiłam się na sukces za pierwszym razem, a rozczarowanie zawsze boli – mówi Agnieszka. Nie była na to przygotowana. Nikt jej nie uświadomił, że może się nie udać. Myślała, że tak zaawansowana procedura może się zakończyć wyłącznie sukcesem. – Dla lekarzy niektóre rzeczy są tak oczywiste, że zapominają poinformować pacjentów. Ktoś nam powiedział: Zrobimy to i to, ale już nie powiedział z czym to się wiąże. I że może się nie udać. 

Potrzebowała czasu, by odbudować się psychicznie. Przez ten czas szukała informacji, zastanawiała się, co zrobić dalej, gdzie pójść, żeby następnym razem się udało. – Może nie miałam pewności, ale za to miałam dużo większą wiedzę. Mój problem za pierwszym razem był taki, że nie wiedziałam, na co się decyduję. Może to nie jest najlepsze wyjście, by informacji na temat zdrowia szukać w internecie, ale przecież sami lekarze mają różne podejście do tych samych spraw: jedni mówią, że kategorycznie nie brać leku, który inni zabraniają. 

Dalszą część tekstu przeczytasz w nr. 2 naszego magazynu

„Dziewczyna w windzie” – niesamowicie osobisty i poruszający felieton o niepłodności

okladkaszaro-biala-copy.jpg

Po pięciu latach walki, łez, bólu, stanów depresyjnych, po dziesiątkach jak nie setkach wizyt u lekarzy różnej maści, po badaniach, kłuciach, niezliczonych razach rozkładania nóg na fotelach ginekologicznych – po tych cholernie ciężkich pięciu latach starania się o dziecko… jestem w ciąży.  W końcu, nareszcie jestem w ciąży. Od ośmiu miesięcy kołyszę swój rosnący jak balon brzuch, głaszczę, przytulam, otulam, trzęsę się nad nim, łzę szczęścia uronię, chronię, kocham, tak bardzo ubóstwiam…

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Tego dnia zbyt wzniosłych czynności nie wykonuję – ot, toczę się po galerii handlowej, ostatnie zakupy wyprawkowe poczynam. Poruszam się kaczym chodem, charakterystycznym dla kobiet tuż przed rozwiązaniem. Tym razem znajduję się po drugiej stronie tafli ze szkła. Stronie, do której tak długo nie miałam dostępu. Stronie, gdzie ludzie się uśmiechają, posiadają lub spodziewają się dziecka, prowadzą tak zwane zwyczajne życie – a tak bardzo niedostępne i nadzwyczajne dla tych, którzy tego wymarzonego dziecka mieć nie mogą, którzy na nie czekają, modlą się o nie… i tkwią po szarej i smutnej stronie tafli ze szkła.

Czytaj też: Radar niepłodności

Dobrze znam to spojrzenie… na imię ma: chcę mieć dziecko a nie mogę

Z torbami z zakupami w dłoni wciskam przycisk windy. Po chwili otwierają się rozsuwane drzwi, a ja, kołysząc się na boki, wchodzę do środka. Przycisk na parking samochodowy jest już wciśnięty, wygląda na to, że wszyscy jadący windą, wysiadają na tym samym poziomie. Kątem oka zauważam, że dziewczyna stojąca obok wciska guzik na poziom pierwszy. Gdy tylko winda się zatrzymuje, a drzwi się otwierają, dziewczyna jak z katapulty wypada na zewnątrz, a za nią biegnie jej mąż czy partner z bardzo zdezorientowaną miną. On może być zdezorientowany – ja nie. Znam to z własnego doświadczenia aż nazbyt dobrze, jeszcze do niedawna zadziwiłabym swojego męża takim samym zachowaniem.

Gdy winda zatrzymuje się na poziomie drugim, wychodzę i powoli kołyszę się w kierunku parkomatu. Ona już tam jest. Dziewczyna z windy. Musiała w tym samym czasie przejechać ten odcinek ruchomymi schodami. Powinnam się zatrzymać, poczekać, teraz to wiem, ale wtedy stanęłam obok niej i zaczęłam opłacać swój bilet parkingowy. Dziewczyna z windy szybko, nerwowo wciskała guziki, co najmniej jakby ją parzyły w palce. Chwyciła swój bilet i nie oglądając się na swojego partnera, pognała przed siebie. Biegł za nią, wołał: „Hej! Zaczekaj!”

Uciekała przede mną a raczej moim brzuchem

A ona uciekała. Uciekała przede mną. Przed moim brzuchem. Przed swoimi marzeniami i przed swoim bólem. Chciałam za nią zawołać, zupełnie jak jej partner: „Hej! Zaczekaj!”… to nie tak… ja też kiedyś tak cierpiałam… ja też kiedyś uciekałam przed ciężarnymi, wózkowymi, tymi wszystkimi szczęśliwymi, uśmiechniętymi, macierzyńskimi… ja też kiedyś byłam po twojej stronie tafli ze szkła… ja tak bardzo cię rozumiem…

Dziewczyna z windy zniknęła z mojego pola widzenia. Wciąż stałam, oszołomiona tym co właśnie się wydarzyło. Tak bardzo cię rozumiem… I tamtą dziewczynę sprzed tygodnia, która przez chwilę wlepiała wzrok w mój brzuch, by za chwilę odwrócić się od niego z grymasem bólu na twarzy…

Widzę was. Wiem jak to boli. Jak pali do żywego. Jak serce rozrywa na kawałki. I czekam tu na was. Czekam po drugiej stronie tafli ze szkła.

Agnieszka Mans, fragm. najnowszej książki „Samotność w niepłodności” 

KSIĄŻKA W PRZEDSPRZEDAŻY DO KUPIENIA TYLKO U NAS TUTAJ

POLECAMY:

Genialnymi memami w niepłodność

Agnieszka Mans

Autorka książki „Samotność w niepłodności". Przez pięć długich i bolesnych lat zmagała się z niepłodnością, ogromnym smutkiem i pustką, poczuciem braku sensu życia, w końcu z depresją. Ostatecznie walkę z niepłodnością wygrała wraz ze swoim mężem w 2014 roku. Książka „Samotność w niepłodności" powstała z potrzeby serca – aby zatrzymać ważne, choć bardzo trudne wspomnienia z tamtego okresu oraz ku pokrzepieniu udręczonych serc tych, którzy nadal walczą.

Ostatnia szansa na in vitro. Czy rząd zniszczy ich marzenia?

trzecie podejście do in vitro
Facebook - Monika Majtczak

Pani Monika i pan Krzysztof mają za sobą dwie próby zapłodnienia metodą in vitro. Większość czasu podporządkowują najważniejszemu celowi – staraniom o dziecko. Nie wiedzą jednak, czy po raz trzeci uda im się spróbować. Na drodze do ich szczęścia mogą stanąć działania rządu.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pani Monika wraz z partnerem korzystają z programu refundacji in vitro w Łodzi. Niedawno dostali informację, że w listopadzie mogą podejść do trzeciej, ostatniej już próby w ramach programu. Boją się jednak, że przez działania rządu nie będą już mieli takiej możliwości. Wszystko wskazuje na to, że rząd i minister zdrowia Konstanty Radziwiłł dążą do zablokowania samorządowych dofinansowań na zabiegi in vitro.

– Mam nadzieję, że będziemy mogli spróbować – mówi ze łzami w oczach pani Monika. Podkreśla przy tym, że teraz przede wszystkim liczy się czas. – Zegar tyka, nam lat nie ubywa – dodaje w rozmowie dziennikarzem TVN24.

Dofinansowanie in vitro w Łodzi

W Łodzi miejski program dofinansowania procedury in vitro cieszy się dużym powodzeniem. Jak pisaliśmy we wrześniu, miasto planowało przeznaczyć na ten cel 1 mln złotych rocznie. Radny Adam Wieczorek podkreślał wówczas, że wyniki programu znacząco przewyższyły jego założenia.

Normy WHO, dotyczące skuteczności procedury in vitro, kształtują się od 20 do 40 procent i jest to wskaźnik dotyczący skuteczności zapłodnienia. U nas wskaźnik ten wynosi 41 procent – podkreślił Adam Wieczorek.

Co czuje człowiek, który ma świadomość, że być może nigdy nie zostanie rodzicem? – Na samą myśl pojawiają mi się łzy – mówi pani Monika. – To jak zabranie kawałka siebie – dodaje.

Według nowych przepisów, samorządy dofinansowujące z własnej kasy zabiegi zapłodnienia pozaustrojowego, będą musiały w pierwszej kolejności zgłosić się po opinię do Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT). Warto zaznaczyć, że komisja ta podlega ministrowi zdrowia.

Za rozpoczęcie programu bez wydania decyzji AOTMiT oraz w przypadku negatywnej opinii, samorządom będą grozić kary. Do tej pory opinia AOTMiT nie była wiążąca, a gminy samodzielnie mogły podejmować decyzję o rozpoczęciu lokalnych programów leczenia niepłodności metodą in vitro.

Jak podkreśla minister Konstanty Radziwiłł, nowe przepisy zablokują „wydawanie przez gminy pieniędzy na rzeczy bezsensowne”. Czyli w jego opinii, na in vitro. – Mam nadzieję, że ktoś z rządu może słuchając tych paru słów ode mnie pomyśli, jak to jest ważne dla wielu osób – mówi pani Monika.

Ile kosztuje in vitro w Polsce?

– Z samą procedurą in vitro jest dużo napięcia emocjonalnego, dużo nerwów, dużo stresu, dużo niewiadomych, to w tym momencie to jest dodatkowy stres. Co jeżeli się okaże, że samorządy będą musiały nam odmówić środków i będziemy musieli pokryć koszt w całości? – zastanawia się pani Monika. Jak dodaje, nie wyobraża sobie takiej sytuacji, ponieważ wraz z partnerem są przygotowani tylko na częściowe pokrycie kosztów leczenia.

A koszty są niemałe. Zgodnie ze wstępnym cennikiem w klinikach jest to wydatek rzędu 10 – 12 tys. złotych. Ceny te nie obejmują jednak dodatkowych badań wstępnych i późniejszych badań laboratoryjnych. W efekcie okazuje się, że koszty są o 50 proc., a czasem nawet o 100 proc. wyższe od początkowego założenia! O kosztach in vitro możecie przeczytać tu.

Poczucie wstydu

Pani Monika wskazuje na jeszcze jeden ważny problem związany z leczeniem niepłodności. Część osób korzystających z metody in vitro boi się opowiedzieć o tym znajomym, a nawet rodzinie. – Boją się napiętnowania z każdej ze stron – zauważa.

Z takim napiętnowaniem mogą się spotkać zwłaszcza kobiety z małych miejscowości. Zdarza się, że kiedy uda im się już zajść w ciążę, nie informują swojego ginekologa, że korzystały z procedury in vitro. Czego się boją? Reakcji ludzi, wytykania palcami, często chcą po prostu oszczędzić dziecku przykrości.

Wciąż jeszcze zdarza się przecież słyszeć, że „dzieci z in vitro gorzej się rozwijają”, a embriony „poddaje się utylizacji”. Niedawno plakaty o takich treściach pojawiły się na państwowej uczelni (!) w Lublinie, o czym pisaliśmy kilka dni temu. Zobacz materiał

„Niepłodność to rodzaj kalectwa”

Pani Monika widzi jednak światełko w tunelu. Po reportażu zaczęły do niej pisać inne kobiety, które również starają się o dziecko metodą in vitro. Wśród nich była Kasia, dziewczyna z niewielkiej miejscowości, która nie miała okazji i możliwości wypowiedzieć się na ten temat przed kamerą.

„Ja bym powiedziała, ze niepłodność to rodzaj kalectwa” – twierdzi Kasia. „Bo jak żyją ludzie w pełnych rodzinach? Wstają rano, robią dzieciom śniadanie, spędzają radosne poranki, żyją życiem, które nam zostało odebrane bez winy. Jaka jest w tym nasza wina, co my mamy robić po przebudzeniu…? Zabrano nam jakość życia i podstawową potrzebę posiadania dzieci, to nie kwestia marzenia, z którego można zrezygnować, to podstawowa potrzeba! To nasze prawo, dlaczego ktoś nam to prawo odbiera?” – zastanawia się Kasia.

Jak podkreśla pani Monika, tego typu wiadomości od obcych osób są dla niej pokrzepieniem. Wie, że nie jest sama i razem z nią głośno o in vitro wkrótce będą mówić dziesiątki, a może nawet setki kobiet. – To dobry początek, bo może zaczną nabierać odwagi, by mówić rodzinie, znajomym, a wreszcie może w większym gronie będziemy wypowiadać się publicznie. Może materiał będzie przepustką do tego, by wprowadzić ludzi z naszego otoczenia w ten ważny intymny i ciężki etap walki o dziecko. Zdecydowanie nam wszystkim brakuje wsparcia.”

Jak przyznaje nasza bohaterka, mówienie o niepłodności i in vitro nie jest łatwe. – Było to dla mnie trudne. Ale nie wstydzę się i jestem dumna z tego, że mogę teraz otwarcie na ten temat rozmawiać – dodaje na zakończenie.

Zobacz także:

Krucjata Młodych organizuje publiczny Różaniec. Modlitwą będą walczyć ze „sztucznym zapłodnieniem”

Rezerwa jajnikowa – czyli po co robić test płodności AMH i FSH?

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Czarno na białym, Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Straty i ból, które budują! Happy End: „Czasem pewne rzeczy dzieją się w konkretnym celu”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Walka z niepłodnością przypomina nieraz walkę z całym światem – z własnym ciałem, z emocjami, z innymi ludźmi, z finansami, z systemem… wymieniać można niemal bez końca. Niewątpliwie ogromny bój o swoje marzenia stoczyła Kasia.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nasza walka była długa, ale i tak uważam, że mieliśmy wiele szczęścia. Nie mam mutacji genu, nie mam endometriozy, mam oba jajowody, plemniki były ‘nasze’, a małżeństwo nie rozpadło się. Najważniejsze jednak, że ostatecznie wywalczyliśmy nasz cud. Wiele par ma dużo gorszą sytuacje. Podziwiam ich, że mają siłę walczyć” – mówi skromnie Kasia. Skromnie, bowiem pokora widniejąca w jej słowach – chociaż jest wielką siłą – zupełnie nie oddaje ilości przeżyć, jakie pojawiły się podczas niemal ośmiu lat starań.

Początek długiej drogi

Decyzja o dziecku pojawiła się u Katarzyny i jej męża jeszcze przed ślubem. Był grudzień 2008 roku, a para miała przed sobą całą młodość. Kasia miała wtedy 23 lata, jej partner 26. Nie nastawiali się na błyskawiczny sukces, bo w końcu „mieli jeszcze czas” – jak to mówili wszyscy dookoła. Kasi szybko jednak zapaliła się czerwona lampka, być może dlatego, że już od kilku lat dziecko było jej wielkim marzeniem. „Już po paru miesiącach bezowocnych starań wysłałam męża na badanie, co wydaje się być najlepszym początkiem. Pozwala zaoszczędzić masę pieniędzy, nerwów i stresu” – opowiada.

Niestety nieskutecznie, bowiem negatywnych emocji nie udało się w tym wypadku uniknąć. „Wyniki były złe. Rozpłakałam się, bo wiedziałam, że jeżeli w ogóle doczekamy się dziecka, to będzie to bardzo trudne” – dodaje. Para wciąż starała się jednak naturalnymi sposobami. W międzyczasie każdy kolejny ginekolog twierdził, że u Kasi nie widać żadnych przeszkód i cierpliwość będzie ich największym sprzymierzeńcem: „Tak, po 3 latach nadal byli odważni, którzy mówili, że ‘jesteśmy młodzi i to tylko kwestia czasu. On niestety nieubłaganie leciał, a ciąży nadal nie było…” – opowiada.

Po kolejnym roku Katarzyna znalazła adres Poradni leczenia niepłodności małżeńskiej. „Doznałam ogromnego szoku, gdy pani ginekolog oznajmiła, że w naszym przypadku nic nie mogą pomóc. Mieliśmy udać się do kliniki leczenia niepłodności i to prawdopodobnie od razu w celu procedury IVF. Nie mogliśmy uwierzyć, że nas to dotyka” – mówi w dużych emocjach. Nie poddawała się jednak i wertując internet doszła do wniosku, że cierpi na PCOS. Lekarz potwierdził zespół policystycznych jajników, ale kolejny rok przyjmowania leków nic nie dał. Chociaż właściwie dał – kopa do podjęcia coraz to poważniejszych kroków.

Zadzwoniłam do jednej z klinik i umówiłam nas na wizytę. Od razu nastawiona byłam na inseminację. Rzeczywiście lekarz na pierwszej konsultacji, po obejrzeniu dotychczasowych wyników i wysłuchaniu naszej historii, zaproponował IUI. Teraz czekały nas powtórne badania i z wielką nadzieją weszliśmy w kolejny etap starań” – opowiada.

Nowy rozdział

Pierwsza inseminacja odbyła się w czerwcu 2014 roku i chyba oboje nie mogliśmy uwierzyć w pozytywny wynik bHCG, który otrzymaliśmy po 14 dniach. To było ogromne szczęście” – mówi Katarzyna i przywołuje w swojej pamięci wspomnienia: „Tego samego dnia była kumulacja Lotto. Z uśmiechem powtarzałam, że swoją szóstkę już trafiłam, bo jak często udaje się za pierwszym razem?” – niestety radość nie trwała długo.

Beta rosła, ale nie tak jak powinna. W pęcherzyku ciążowym była pustka. Pomimo, że ciąża była bezzarodkowa ja i tak cierpiałam. W końcu skoro był pęcherzyk, to musiał być i zarodek, w którego rozwoju coś poszło nie tak…” – mówi Kasia. Po tej próbie nastąpiła prawie roczna przerwa. O nie, nie w staraniach. Kobieta obserwowała siebie, mierzyła temperaturę, badała śluz, schudła ponad 20 kilogramów. Po tym czasie para przystąpiła jednak do kolejnej inseminacji. I kolejnej. I kolejnej. „Łącznie było ich jeszcze cztery, ale żadna nie zakończyła się ciążą” – podsumowuje.

Ostatnia inseminacja była w sierpniu 2015 r. Skończyły się pieniądze i siły. Na refundację in vitro nie było szans. Dopiero pod koniec roku mogliśmy zacząć myśleć o kolejnym etapie. W marcu najpierw zrobiliśmy badania męża, później wykonałam swoje. 23-ego maja 2016 r. odbyła się punkcja. Pobrano 22 oocyty,12 dojrzałych komórek. Zapłodniły się tylko i aż cztery z sześciu. W drugiej dobie miał miejsce transfer dwóch zarodków. Znów przeżyłam szok kiedy wynik bHCG wskazywał ciążę” – opowiada Katarzyna.

Nie było jednak wcale kolorowo. „Plamienia nie odpuszczały i ze względu na nie, pani doktor wysłała mnie do szpitala. W pierwszym nie dostałam żadnej pomocy, a według USG nie było widać ani jednego pęcherzyka. Zapłakana pojechałam z mężem do kolejnego szpitala. Nie zapomnę chyba nigdy tego momentu, kiedy lekarka odwróciła w moją stronę monitor. Od razu zauważyłam pulsujący punkt. To był nasz synek, czułam że to jest synek!” – opowiada Kasia, która dopiero po pierwszym prenatalnym USG tak naprawdę zaczęła cieszyć się ciążą. Znów niestety radość nie była jej dana na długo: „W 14. tygodniu ciąży trafiłam do szpitala z krwawieniem. Synek żył. Był też krwiak. Po czterech dniach serduszko już nie biło. Daliśmy mu na imię Staś i pochowaliśmy obok mojej mamy”.

Trudna droga do spełnienia

Przez kolejne 8 tygodni Kasia była na urlopie macierzyńskim. Jednak cała droga, którą już dotąd przeszła i silne przeżycia ostatniego czasu nie pozostały bez echa. „Wróciłam do pracy, ale nie mogłam się na niczym skupić. Przepracowałam dwa miesiące i czułam, że nie dam rady dłużej” – opowiada Kasia, która niestety nie dostała wtedy tak bardzo potrzebnego jej wsparcia. „Wręcz przeciwnie. Usłyszałam, że każdy ma swoje problemy… Postanowiłam więc znów zawalczyć. Ten ostatni raz. Chciałam zabrać pozostałe dwa zarodki i zakończyć tę drogę” – słyszymy.

Mąż Kasi wraz z lekarzem przekonali ją do pojedynczego transferu. „19-ego grudnia 2016 roku pierwsza Śnieżynka wróciła z nami do domu. 28-ego grudnia w wielkiej tajemnicy wykonałam test z krwi. Byłam przekonana, że i tym razem się nie udało. Nie czułam absolutnie nic, co wskazywałoby na to, że jest inaczej. Chciałam wypłakać się jeszcze przed Sylwestrem… Jednak intuicja mnie zawiodła. Sylwester był już bezalkoholowy!” – wspomina z uśmiechem.

 

Świat dookoła

Finalnie wszystko zakończyło się wielkim szczęściem, ale był to bardzo ciężki czas. Nie tylko dla Kasi, ale i dla jej męża. Każdy kolejny cykl, kolejne łzy, kolejne próby odbijały się na związku. Było w tym czasie wiele kłótni i wiele „prawie” rozwodów, jak mówi o nich Kasia. „Niepłodność to potężny egzamin dla związku. Emocji było mnóstwo. Mąż był twardy i nie pokazywał po sobie cierpienia. Często mnie to denerwowało. Myślałam, że mu nie zależy, że może nawet jest mu na rękę, że się nie udaje… Człowiek nie myśli wtedy racjonalnie” – dodaje.

Co ważne w historii Kasi, to otwartość z jaką mówi o przeżytych stratach: „Myślę, że najgorsze co może spotkać kobietę to poronienie, martwy poród oraz śmierć dziecka i absolutnie nie są to równoważne wydarzenia. Uważam jednak, że wsparcie i pomoc musi dostać każda z nas”. Pierwsza strata ciąży spowodowała, że Kasia zamknęła się w domu, zarówno przed rodziną, jak i przed znajomymi. „Moje myśli biegły w zdecydowanie złym kierunku… ale byłam też na tyle „twarda” że sama poszłam do psychiatry. Bałam się chyba sama siebie… dostałam leki i numer do psychologa” – opisuje i dodaje, że niestety nie mogła poddać się wtedy terapii. Z perspektywy czasu widzi jednak, że wszystkie obowiązki można było ze sobą połączyć i bardziej o siebie zadbać.

Inaczej było już przy drugim poronieniu. „Byłam wtedy bardziej doinformowana i mądrzejsza. Stasia straciliśmy w 15. tygodniu ciąży i chociaż było bardzo ciężko ‘urodziłam’ go własnymi siłami. Nie mogłam go jednak pożegnać tak, jak chciałam. Personel szpitala mi to skutecznie uniemożliwił. Pożegnałam się z synkiem dopiero w dniu pogrzebu” – opisuje w dużych emocjach i dodaje: „Tak, pochowaliśmy Stasia. Czułam, że muszę to zrobić. Że tak powinno być.

Tym razem kobieta skorzystała z długotrwałego wsparcia specjalistów. „Trafiłam na cudowną panią psycholog, która jako pierwsza o naszym synku mówiła po imieniu, co było dla mnie bardzo ważne. Nie lubię określenia ‘płód’, a tym bardziej ‘resztki po poronieniu’, jak to zaczęli mówić w szpitalu. To w dużej mierze dzięki pani Ewie przestałam się obwiniać i źle o sobie myśleć. Odbyło się wiele spotkań, dzięki którym zaczęłam się lepiej czuć” – opowiada. Ogromnym wsparciem był w tym czasie także mąż Kasi. Bliscy i znajomi są w takich chwilach wręcz niezbędni.

Sedno „happy end’u”

Czy dziś Kasia postąpiłaby tak samo i tak samo długo starałaby się o dziecko? Tak, chociaż jedno chciałaby zmienić – mówi, że nie czekałaby tyle czasu z wizytą w klinice. Z drugiej strony zauważa, że gdyby wszystko potoczyło się szybciej, mogłaby nie być w tym miejscu, w którym jest obecnie.

Foto. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Czasem pewne rzeczy dzieją się w konkretnym celu. Po pierwszym poronieniu wzięliśmy szczeniaka. Nasz pierwszy synuś!” – mówi Kasia z radością. Dziś nie wyobraża sobie bez niego dnia.

Bruno urodził się 18-ego lipca 2017 roku w 32. tygodniu ciąży – wcześniak. Ciągle nie mogę uwierzyć w ten nasz cud! Droga ku niemu kosztowała nas mnóstwo pieniędzy, stresu, łez i wyrzeczeń. Niczego jednak nie żałuję, nawet pomimo późniejszych nieprzespanych nocy, bolącego kręgosłupa i długiego oraz ciężkiego porodu” – mówi doświadczona już mama. Co więcej, nie zamierza na tym poprzestać. Gdy pierwszy raz usłyszała krzyk Bruna, postanowiła, że za dwa lata sprawi mu rodzeństwo: „Oby się udało. W końcu czeka na nas jeszcze jedna nasza Śnieżynka” – dodaje z uśmiechem i nadzieją.

Szczerze mówi też o tym, co myśli o otaczającej nas rzeczywistości i powtarzających się, nieraz wręcz piętnujących, opiniach o in vitro: „Szkoda, że rząd nie potrafi docenić daru medycyny. Te wszystkie krzywdzące określenia nigdy nie powinny paść. Chociaż my za całą procedurę musieliśmy płacić, mam nadzieję i mocno trzymam kciuki, by refundacja wróciła”. Jest to szczególnie ważny głos, bowiem mówi nim osoba, która sama doświadczyła wszystkich trudów walki z niepłodnością. Czy może być jakiś mocniejszy dowód na to, że warto walczyć, niż jej „happy end”?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Trzy lata oczekiwań na cud. Najpierw lekarz podejrzewał, że to zapalenie żołądka!

Trzy lata oczekiwań na ciążę
fot. Pixabay

Odkąd pamiętam miałam problemy ginekologiczne. Wciąż torbiele, nieregularne cykle, upławy. Każdy lekarz sądził, że to całkiem normalne, ot – zaburzenia okresu dojrzewania. Ale ile można dojrzewać…?  – zaczyna swoją opowieść Natalia.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W końcu trafiłam jednak na lekarza, który przejął się wynikiem mojej cytologi. Zostałam skierowana do kliniki w Poznaniu i jednocześnie do poradni i endokrynologa. Badanie w poradni wykazało zmiany nabłonkowe oraz wirusa HPV 16. Byłam przerażona… Miałam wtedy 19 lat i już takie schorzenia! Kazano mi wrócić za pół roku i w tym czasie obserwować, czy dzieje się coś niepokojącego…Uwielbiam gdy lekarze każą czekać! Byłam wściekła!

Wyniki badań i załamanie

W międzyczasie dostałam się na oddział na endokrynologii ginekologicznej. Spędziłam tam trzy dni, w tym czasie wykonano mi masę badań. Nareszcie ktoś zadawał mi pytania i odpowiadał też na moje.
Przy wypisie załamałam się totalnie. Dostając wypis i rozpoznanie czułam jakbym zapadała się pod ziemię z powodu ciężaru, jaki czułam wtedy na sercu. Oprócz niepłodności zdiagnozowano u mnie także m.in. hirsutyzm, niedoczynność tarczycy. Nie zwracałam na resztę uwagi. Miałam wrażenie że słowo NIEPŁODNOŚĆ jest podkreślone i napisane na czerwono. Cieszę się, że nie byłam sama w tym momencie I mogłam liczyć na chłopaka, który odbierał mnie ze szpitala .

Całą drogę do domu zastanawiam się: dlaczego? Czy jestem aż tak złym człowiekiem? Dlaczego to akurat ja? Tyle ludzi zostaje rodzicami i porzuca dzieci. Dlaczego my, którzy tak bardzo tego chcemy, nie możemy?
Wedle zaleceń mój partner miał zrobić dodatkowe badania, a ja zacząć brać leki. I znów kontrola za jakiś czas.

Oczywiście tego samego dnia wykupiłam receptę i wedle zaleceń rozpoczęłam leczenie. Cykle wywołane były regularnie. Po pół roku czas na wizyty kontrolne. W poradni okazało się, że zmiany są uśpione i nie są groźne. Cytologia jest na poziomie pierwszym, zatem sytuacja opanowana. Światełko we mgle! Coś się zaczęło dziać na moją korzyść. Jednak kontrola u endokrynologa była dość powierzchowna. Bez badań. Dopisano mi tylko lek na owulację. W międzyczasie zaręczyliśmy się wraz z K.

Po tej wizycie nastał czas na badania nasienia. Nie musiałam go namawiać. Wiedziałam, że wiele to go kosztuje, ale nawet przez chwilę nie wycofywał się ze swojej decyzji. Bardzo chciał dziecka.

Emocje niepłodności

Wyniki badań wyszły rewelacyjnie. Co z jednej strony powinno cieszyć, ale…. Wzbudziło to we mnie wyrzuty sumienia, że to moja wina, że przeze mnie nie będziemy mieć nigdy dzieci. Że nie spełnię się nigdy jako matka, zatem nie będę w 100 proc. kobietą. Nie zliczę przepłakanych nocy. Długo nie umiałam przyznać się K., dlaczego tak płaczę i co mnie męczy. Potrafiłam wybudzić się w nocy z płaczem, bo śniło mi się, że jestem w ciąży.

Popadłam w paranoję… Czułam nienawiść do matek, które szły z dziećmi koło mnie na ulicy. Wiem, że to chore, do tej pory nie umiem wyjaśnić tego uczucia. Zazdrość? Złość? Przecież te kobiety nigdy mi nic nie zrobiły, nie mają pojęcia o moich problemach… Byłam tego świadoma, ale mimo wszystko nie umiałam zwalczyć tego złego nastawienia.

Zobacz także: Czy negatywne emocje pomagają parom niepłodnym?

Odpuściłam

Zdarzyło się kiedyś, że nie miałam recepty na leki i musiałam zrobić przerwę. Wtedy organizm od razu się zbuntował, miesiączka się nie pojawiła, wykonałam tonę negatywnych testów na owulację. Mimo to, łudziłam się. Co miesiąc biegłam do apteki po test ciążowy. Nie mówiłam już o nich K., bo widziałam co powie.”Za bardzo się nakręcasz, musisz odpuścić, bo popadniesz w paranoję”.

Raz testy były całkiem negatywne, raz miały jedną wyraźną kreskę, a drugą bladą. Jednak ciąży nadal nie było. Mijały tygodnie, miesiące, lata…

W maju 2017 roku odstawiłam leki. Byłam od stycznia na diecie, zmieniałam pracę, zajęłam się przygotowaniami do ślubu… zwolniłam tempo i odpuściłam. Miesiączka o dziwo się pojawiła!
Jednak nie sprawdzałam już dni płodnych, postanowiłam zająć się tym po ślubie. Obrałam swego rodzaju pogląd że tak musi być i może Bóg czeka na ślub, bo chce, by wszystko było w odpowiedniej kolejności.

W czerwcu i lipcu miesiączki także się pojawiły. W sierpniu już nie. Dzień przed ślubem ciekawość wzięła górę, zrobiłam test. Jednak wynik okazał się taki, jak wiele poprzednich. Jedna kreska ciemna, druga jasna i ledwo widoczna. No cóż, tym razem bez emocji „wzięłam to na klatę”.

Lekarz podejrzewał zapalenie żołądka

Minął sierpień. Po powrocie z podróży poślubnej zaczęłam się źle czuć, leżałam bez sił w domu, wszystko mnie bolało i okropnie wymiotowałam. Znając wynik testu nie myślałam nawet o ciąży. Bolały mnie piersi tak, jak przed miesiączką, więc na nią czekałam.

Wiele osób sugerowało mi ciążę, ale zbywałam ich tłumacząc się negatywnym wynikiem testu. Z K. z czasem nauczyłam się rozmawiać o wszystkim. Gdyby nie on i jego otwartość dawno bym zwariowała.

Chciałabym dodać, że bliskość drugiej osoby jest bardzo ważna. Czasem nie trzeba nawet rozmawiać, chodzi o to, by móc chociaż przy kim się wypłakać. Często lepiej razem pomilczeć, niż kogoś męczyć setkami pytań.

Narzekając sobie na mój stan bolących piersi K. wypalił „może jesteś w ciąży?” – wyśmiałam go wtedy.
Na drugi dzień miałam wizytę u lekarza rodzinnego, po opisie objawów stwierdził zapalenie żołądka. W międzyczasie, z dnia na dzień, rzuciłam papierosy, bo wywoływały mdłości. Lekarz uznał to za normalne przy ostrym zapaleniu i wypisał receptę.

Zobacz także: Dziewięć lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia

Podczas badania myślałam, co ugotuję na obiad

Po tej wizycie miałam jeszcze chwilę czasu, więc udało mi się dostać na szybką wizytę do ginekologa. Oczywiście pewna siebie poprosiłam lekarza o leki na wywołanie miesiączki, bo znów się nie pojawiła  Tłumaczyłam to stresem przed ślubem. Lekarz jednak uznał, że warto zrobić USG, popatrzyłam na niego z niechęcią i burknęłam „nie ma po co, jestem niepłodna”.

Przemilczał to, poczułam się głupio, mogłam ugryźć się w język. Podczas badania myślałam o tym, co ugotuję na obiad. Wtem lekarz poprosił, abym popatrzyła na monitor. – Czy widzi tu coś pani? – zapytał mnie. – Jakąś czarną plamę – odpowiedziałam.  – Nie plamę, tylko 10-cio tygodniową ciążę – stwierdził.

Otworzyłam buzię i nie umiałam wydusić z siebie słowa. Wstałam i usiadłam przy biurka lekarza. – Wszystko w porządku? Cieszy się pani – dopytywał lekarz.  – Oczywiście, że tak, ale jak to możliwe? – zastanawiałam się w szoku. – A więc musi to być cud – powiedział z uśmiechem.

fot. z archiwum Natalii

fot. z archiwum Natalii

Tornado emocji

Po tych słowach lekarza polał się strumień łez. Nie byłam na to przygotowana, ręce trzęsły mi się okropnie. Milczałam i słuchałam uważnie doktora. Zalecił mi założenie karty ciąży w rejestracji. Wyszłam. Czułam, że jestem blada, każdy na mnie patrzy, a ja łapię się za brzuch i zastanawiam się, czy na pewno mi się to nie śni.

W rejestracji kolejka. Wyszłam na dwór. Zawsze marzyłam, by przekazać K. tę nowinę w jakiś oryginalny sposób, aby zapamiętał tę chwilę do końca życia. Ale emocje robią swoje. Zatem dzwonię . – Wracam z pracy do domu już. I co tam u lekarza? – usłyszałam w słuchawce. – Jestem w ciąży! – krzyknęłam.  ( W odpowiedzi usłyszałam ryk i płacz). –  No to świetnie! – cieszył się K. i użył przy tym niecenzuralnego słowa.

Reszty rozmowy nie pamiętam. Skupiłam się na jego reakcji, na tym, że jest szczęśliwy. Zakładając kartę ciąży wciąż nie wierzyłam… Podczas rozmowy z panią pielęgniarka uświadomiłam sobie, że wszystkie moje dotychczasowe dziwne objawy idealnie pasują do początku ciąży, a ja zupełnie tego nie zauważyłam. Wróciłam do domu znów ryk szczęścia i strachu. Tak na to czekałam, a czuję się tak niegotowa.

Wciąż nie byłam w stanie uwierzyć w to, co się wydarzyło. Bałam się, że to jakaś pomyłka, że lekarz pomylił dziecko z torbielą i moje szczęście zaraz pryśnie jak mydlana bańka. Dopiero na drugi dzień gdy ochłonęłam, opuścił mnie lęk i zaczęła się olbrzymia radość.

Moja rada dla Was

Wiem, jak szczęście innej kobiety może boleć osoby walczące o dziecko. Wiem, że może być wam ciężko to czytać i nie jednej lecą łzy. Ale chcę abyście widziały, że niepłodność nie jest wyrokiem. Trzeba temu cholerstwu stawić czoła! Wiara czyni cuda. Ja na mój cud czekałam trzy lata. Zapewne wiele z was czeka dłużej wasza wiara usycha. Nie poddawajcie się, walczcie!

Po rozmowie z wieloma osobami doszłam do wniosku, że dzięki temu, że odpuściłam – udało nam się. Wyłączyłam mózg na ciążę. Dałam sobie czas, przestałam ulegać presji.

Zmiana diety, zmiana otoczenia (pracy), znalezienie pasji czy zajęcia, odciążenie głowy od ciągłej myśli o ciąży i dobry lekarz to wskazówki które mogę Wam pozostawić. Każda z Was jest inna.

Niepłodność nie jest jednoznacznym wyrokiem! Trzymam kciuki za każdą z Was kobietki! Nieważne ile macie lat, skąd jesteście, jaka jest przyczyna, bądźcie wsparciem dla siebie nawzajem, bo nikt lepiej nie zrozumie tego bólu. Życzymy Wam jak najwięcej siły, wiary, wytrwałości, przyjaznych ludzi wokół i zdrowego rozsądku, bo nie tylko ciało jest ważne w tej walce. Ważne też jest nasze serce i dusza.
Samych pogodnych dni i spełnienia tego jedynego marzenia. Natalia.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.