Przejdź do treści

Plemniki – 9 zaskakujących faktów na temat męskich pływaków

plemniki

Choć są niepozorne i mają tylko 0,006mm długości mogą zdziałać cuda, a dokładnie cud narodzin. Plemniki, czyli męskie komórki rozrodcze zanim dotrą do jajeczka, muszą przebyć drogę równie ciężką, co uczestnicy rajdu Paryż-Dakar. Co lubią? Co im szkodzi? Jak zaczyna się życie?

1. Są szybkie i wściekłe

Plemniki produkowane są w jądrach, natomiast dojrzewają w najądrzu. Zbudowane są z główki, wstawki, zawierającej mitochondria będące źródłem energii oraz witki, czyli ogonka, który wprawia je w ruch. Podczas kulminacji zbliżenia między kobietą a mężczyzną dochodzi do ejakulacji u mężczyzny. Pierwszy moment wytrysku ma najwyższe stężenie gamet męskich, to wtedy zaczyna się szaleńczy wyścig plemników, którego stawką jest nowe życie. Porcja nasienia zaczyna przemieszczać się drogami rodnymi kobiety z prędkością ok. 18km/h (5m/s) – dla porównania maks. prędkość sprintu Usaina Bolta na dystansie 100m osiąga wynik 44 km/h.

2. Wygrywa samiec alfa

Choć w porcji ejakulatu zdrowego mężczyzny może się znajdować nawet 500 mln plemników (mniej więcej tyle mieszkańców liczy cała Unia Europejska), to tylko jeden z nich ma szansę zapłodnić jajeczko. Aby do tego doszło ważna jest ich ilość, budowa oraz ruchliwość. Odpowiednie parametry umożliwiają plemnikowi pokonanie niełatwej, kilkugodzinnej podróży od tylnej ściany pochwy poprzez jej szyjkę, aż do wnętrza jamy macicy. Na tej drodze musi pokonać niesprzyjające warunki m.in. przetrwać kwaśne środowisko pochwy, atak białych krwinek oraz przeniknąć barierę śluzu.  Jaki musi być plemnik zdolny do zapłodnienia?

Powinien być najlepszy. Najlepszy plemnik jest „młody”, ma 1 główkę i 1 witkę, nie za duży, ale też nie zbyt mały oraz co ważne – musi mieć odpowiednią ruchliwość, ruch tak zwany postępowy. Przy ocenie morfologii, czyli budowy plemników pod mikroskopem można ocenić wiele cech, m.in. kształt główki, obecność wakuol, wady w budowie wstawki, czy na główce plemnika występuje i jak jest zbudowany akrosom, pęcherzyk wyposażony w cenne enzymy. To wszystko ma znaczenie – mówi dr Wojciech Sierka, embriolog z Kliniki Leczenia Niepłodności i Diagnostyki Prenatalnej Gyncentrum w Katowicach.

3. Wabi je progesteron

Aby doszło do zapłodnienia, potrzebna jest interakcja z komórką żeńską. Myli się jednak ten, kto sądzi, że jajo bezczynnie czeka na dotarcie plemnika. Komórka jajowa to wytrawna uwodzicielka, jej aktywność jest bardziej wysublimowana, choć równie ważna. Komórki pęcherzykowe, które ją otaczają wytwarzają hormon progesteron i to on „zaprasza” plemniki do penetracji i zapłodnienia komórki jajowej. Kwestię rozpoznawania się gamet naświetlili również japońscy, a potem brytyjscy naukowcy na łamach czasopisma „Nature”. Według nich komunikację napędza obecność białek – Izumo1 po stronie męskiej komórki, Juno zaś żeńskiej. – U gamet białka te działają jak walkie-talkie, mogą się rozpoznać, zlokalizować oraz „komunikować” między sobą. Odkrycie białek w ostatnich latach może mieć niebagatelne znaczenie choćby w leczeniu niepłodności – wyjaśnia specjalista.

4. Są jak Superbohaterowie

W momencie, kiedy najsilniejszy z plemników dociera do komórki jajowej, zaczyna się taniec godowy, którego zwieńczeniem może być ciąża. Wyselekcjonowany plemnik posiada coś w rodzaju supermocy.

Gdy plemnik zbliża się do komórki jajowej, hormony aktywują receptory z jego witki oraz wyzwalają szereg procesów biochemicznych. Jednym z nich jest hiperaktywacja, podczas której plemnik zaczyna charakterystycznie się poruszać – szybciej i bardziej dynamicznie. Przysysa się do ściany oocytu, zaś jego ogonek niczym bicz asymetrycznie uderza w ścianki jaja. Dzięki temu możliwe jest przejście plemnika przez osłonkę przejrzystą i błonę komórkową gamety żeńskiej. Równolegle, gdy plemnik dociera do celu, akrosom na szczycie jego główki zaczyna wytwarzać liczne enzymy. Pełnią one ważną rolę, ponieważ „rozpuszczają” zewnętrzną błonę oocytu i pomagają przedrzeć się plemnikowi poprzez osłony jajowe do wnętrza komórki jajowej. Ostatecznie jego główka odłącza się od ogonka i dochodzi do zapłodnienia, czyli poczęcia nowego życia – tłumaczy embriolog.

5. Nie lubią stresu, ciasnych bokserek i sieci wi-fi

Jakość i ilość plemników nie jest jednakowa u każdego mężczyzny. Jak podkreślają specjaliści stan plemników, a w konsekwencji problemy z płodnością, uzależnione są od wielu czynników m.in. chorób, stylu życia i złych nawyków. – Nasienie jest bardzo wrażliwe. Wpływ ma na nie m.in. palenie papierosów, nadwaga, stres, ciasne ubrania, nadmiar kofeiny oraz spożycie alkoholu, który obniża poziom testosteronu i zmniejsza męskie libido. Z kolei abstynencja seksualna dłuższa niż 3 dni może prowadzić do stresu oksydacyjnego, a ten z kolei do starzenia się plemników i straty dużej ilości nasienia. Niebezpieczne są również telefony komórkowe oraz laptopy. Jeśli mężczyzna nosi smartfona w kieszeni spodni, to dosłownie „wygotowuje” swoje plemniki – mówi dr Sierka.

Nawet technologia bezprzewodowa wi-fi może wydzielać niekorzystne dla jąder oraz plemników promieniowanie fal elektromagnetycznych. Z tego względu lepiej unikać trzymania laptopa na kolanach oraz noszenia telefonu blisko pachwiny.

Jak w takim razie poprawić parametry nasienia? – Warto zadbać o zdrowie ogólne, odpowiednią dietę oraz wysiłek fizyczny. Ruch podnosi poziom testosteronu oraz zwiększa wrażliwość na insulinę, zaś oba te hormony pozytywnie wpływają na jakość nasienia i liczbę plemników. Wyjątkiem jest tu kolarstwo i maratony – panowie uprawiający te dyscypliny mają słabszą jakość plemników – wyjaśnia ekspert.

6. Są zimnolubne

Co ciekawe, nasienie zmienia się również wraz z porami roku. Liczba plemników w miesiącach letnich jest najniższa, a w zimowych – najwyższa. Powód jest prosty – nasienie nie lubi wysokich temperatur. Z tego względu lepiej unikać wygrzewania się w wannie z hydromasażem, nieprzepuszczającej powietrza bielizny oraz saun.

7. Dieta ma znaczenie

Jakie produkty usprawnią jakość nasienia? Pomocne tu będą m.in. jajka bogate w aminokwasy, które stymulują produkcję nasienia oraz granaty, które podnoszą libido, zwiększają przepływ krwi, a obecne w nich polifenole pomagają utrzymać plemniki w zdrowiu. Ważny jest też koenzym Q10, który działa jak paliwo dla silniczka plemnika, którym są mitochondria. Nie można zapomnieć o witaminie C, która zwiększa ruchliwość plemników, chroni je przez uszkodzeniem DNA, przez co pomaga zmniejszyć ryzyko poronień i zaburzeń chromosomowych. Również kwasy DHA oraz likopen są korzystne dla morfologii i ruchliwości plemników.

8. Wolą steki zamiast golonki

Każdy mężczyzna wie, że bez białka, nie ma masy mięśniowej. Z kolei dobrym źródłem białka są produkty mięsne. I tutaj zła wiadomość dla mięsożerców – nie każdy ich rodzaj wzmocni męski mechanizm reprodukcyjny. Okazuje się, że rodzaj spożywanego mięsa wpływa na zdolność plemników do zapłodnienia komórki jajowej, a co za tym idzie może ono zwiększać lub zmniejszać męską płodność. Badania opublikowane m.in. w czasopiśmie Fertility & Sterility wskazują, że najkorzystniejsze jest chude mięso, np. indyk lub kurczak. Badani, którzy żywili się drobiem mieli o ok. 13 proc. więcej szans na udane poczęcie. Z kolei najgorsze dla kondycji plemników okazały się przetworzone i pełne konserwantów tłuste mięsa i wędliny takie jak boczek, kiełbasa, golonka, żeberka, salami lub parówki. Po ich wyłączeniu z diety, prawdopodobieństwo poczęcia dziecka podczas badania zwiększyło się o 28 proc.

W jadłospisie mężczyzny starającego się o dziecko nie powinno zabraknąć roślin strączkowych, orzechów, ziaren zbóż i ciemnozielonych warzyw. Nie licząc drobiu, korzystną alternatywą białka dla panów  jest chuda wołowina i ostrygi, które oprócz białka zawierają cynk, równie ważny dla zdrowia nasienia – doradza specjalista.

9. Chorują jak każdy z nas

Plemniki to żywe komórki, które reagują na szereg czynników. Podczas, gdy my chorujemy na grypę lub mamy wycinany wyrostek robaczkowy, one mają swoje własne choroby. Azoospermia, oligospermia, hipospermia, asthenozoospermia, teratozoospermia – to tylko niektóre z zaburzeń, które mogą dotyczyć plemników. Statystycznie za niepłodność pary w 35% przypadków odpowiada dziś mężczyzna.  Dlatego obok badań kontrolnych, takich jak badanie serca, krwi czy pomiar ciśnienia, powinien on również zadbać o zdrowie swoich pływaków – szczególnie jeśli planuje zostać ojcem. Takim badaniem jest seminogram, wykonywany przez specjalistyczne laboratoria.

–  Seminogram to podstawowy test diagnostyczny w ocenie płodności mężczyzny. Kompleksowe badanie nasienia odbywa się w laboratorium, gdzie stosuje się najnowsze technologie m.in. komputerową analizę nasienia czy powiększenie plemników mikroskopem o 6000 razy. Badane są parametry nasienia, czyli ilość, ruchliwość oraz budowa. Badaniu poddawany jest nawet DNA, materiał genetyczny plemników, co umożliwia zdiagnozowanie wszelkich nieprawidłowości, mających wpływ na powodzenie przy poczęciu dziecka – wyjaśnia dr Sierka.

Przy problemach z jakością nasienia coraz młodszych Polaków takie testy pozwalają odpowiednio wcześnie zareagować, zmienić nawyki oraz zatroszczyć się o kondycję plemników, które w 50% są początkiem nowego życia.

PLEMNIKI W LICZBACH
  • Przeciętny mężczyzna w ciągu całego swojego życia produkuje do 525 mld plemników.
  • W ciągu 1 miesiąca mężczyzna traci 1 miliard nasienia, kobieta uwalnia w tym czasie 1 komórkę jajową.
  • W jednej porcji nasienia dorosłego, zdrowego mężczyzny, która średnio wynosi 1,5-5 ml znajduje się od 100 do 500 mln plemników – w porównaniu kobiety rodzą się ze średnio 2 mln pęcherzyków jajowych, niedojrzałych jeszcze struktur rozrodczych, z których powstają komórki jajowe, pojedynczo uwalniane co miesiąc w cyklu miesiączkowym. 
  • Cykl życia plemnika to 48 godzin, choć w dobrych warunkach, np. sprzyjającym im śluzie szyjkowym są w stanie przeżyć nawet do 5-7 dni. Czasem śluz szyjki macicy „chroni” plemniki i pozwala im przetrwać do czasu owulacji, kiedy kobieta jest najbardziej płodna.
  • Najwięcej i najlepszej jakości nasienie mają 20-latkowie, po 30-tce poziom testosteronu stopniowo spada. Od 20 roku życia z każdym następnym rokiem ruchliwość plemników maleje o średnio 0,7 proc. 

 

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

Jeden dzień, lata walki, silna kobieta i potrzeba wsparcia – „W dniu porodu dowiedziałam się, że mam białaczkę”

kobiety dla kobiety ola białaczka
Fot. strona projektu "Kobiety dla Kobiety"

Dla większości z nas czas narodzin dziecka kojarzy się w okresem szczęścia. Po porodzie chcemy wziąć malucha na ręce i najlepiej aż do wyjścia ze szpitala nie puszczać. Zdarza się jednak, że los stawia nas przed wyzwaniami, których się kompletnie nie spodziewamy. „Nazywam się Ola. Mam 37 lat. Cztery lata temu, w dniu porodu, dowiedziałam się, że mam ostrą białaczkę limfoblastyczną.

Zderzenie z życiem

Ola jest Bohaterką, której historię poznaliśmy dzięki projektowi „Kobiety dla Kobiety” stworzonemu przez Fundację 3-4- Start. Nadrzędnym celem inicjatywy jest właśnie pomoc mamie małego Tymka, bo walka z chorobą nigdy nie powinna toczyć się w pojedynkę. Tym bardziej jeśli niesie za sobą tak ogromne koszta!

Pierwsze pół roku życia syna Ola spędziła w szpitalu, później leczenie ambulatoryjne i niecałe trzy lata temu autologiczny przeszczep szpiku. Niestety wyniki znów zaczęły się pogarszać. W październiku padła diagnoza – ostra białaczka szpikowa. „Zaczęłam leczenie ambulatoryjnie. Nadal nie mam dawcy w banku, ale pojawiła się możliwość przeszczepu haploidentycznego (…) Jest to innowacyjna metoda, ale dla mnie jedyna. 19-ego stycznia miałam przeszczep szpiku od jednego z moich braci” – pisze młoda mama.

Jak wygląda jej walka z chorobą, czego się nauczyła, co straciła? Skąd czerpie siły na „normalne” życie? I gdzie w tym wszystkim jest miejsce na macierzyństwo? To niezwykle ważna rozmowa, która mamy nadzieję da siłę nie tylko Oli, ale i innym, zmagającym się z trudami choroby, kobietom. Całej reszcie pokaże zaś, jak ważne jest bycie „tu i teraz”.

„Świat zawirował”

 

Narodziny dziecka to dla wielu osób szczególnie radosny okres. W pani przypadku ten piękny dzień zawierał w sobie zapewne wiele szczęścia, ale i ogromny cios. Jakie emocje towarzyszyły temu czasowi, bo możemy sobie tylko wyobrazić jak silne i jak różne one były?

Ola: Ten dzień, a właściwie wieczór i noc, były dla mnie jak wehikuł przenoszący z rzeczywistości mi znanej i przewidywalnej do zupełnie innej, pełnej niewiadomych i zakrętów. Trafiłam do szpitala wieczorem ze wskazaniem do porodu, ponieważ źle się czułam i lekarka zauważyła, że coś złego się dzieje. Gdy okazało się, że zagrożone jest życie i dziecka i moje przewieźli mnie karetką do bardziej specjalistycznego szpitala. I tutaj świat zawirował. Otoczył mnie wianuszek lekarzy, badali, patrzyli i co chwilę wychodzili rozmawiać na korytarzu co zrobić. Miałam wykonywane różne procedury medyczne, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Okazało się, że moje duszności wynikały z tego, że mam płyn w osierdziu – moje serce ledwo biło.

Wszystko to przyjmowałam spokojnie, bo chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja. W końcu padły też słowa o podejrzeniu białaczki. Ta informacja mnie przeraziła – białaczkę kojarzyłam z szybkim umieraniem. Zadzwoniłam wtedy po tatę Tymka żeby wrócił do szpitala, bo chwilę wcześniej pojechał do domu, pamiętam, że była druga w nocy. Nie wiem jak przetrwaliśmy tę noc, nie pamiętam. Był strach, ale też jakaś siła, która w tej sytuacji się pojawiła, tak jakby Ktoś czuwał nade mną. Oczywiście w takiej sytuacji miałam cesarkę i to w pełnym znieczuleniu.

Przed zabiegiem pani doktor powiedziała mi, że mogę się nie obudzić. Wtedy wiedziałam, że idę być może na śmierć, ale na szczęście badania synka były dobre, on był bezpieczny.

I rzeczywiście po cesarce byłam w śpiączce przez kilka dni. Synka zobaczyłam pierwszy raz jak mnie wybudzili i to tylko na chwilę. Ale wiem, że gdy mnie wybudzili pierwszą rzeczą z jaką zwróciłam się do pielęgniarki było pytanie, czy z dzieckiem wszystko w porządku. Wracając do pytania, dla mnie ta sytuacja była rozciągnięta w czasie, cały czas było pomieszanie. Strach o dziecko i o siebie, potem radość, że jest zdrowy, a jednocześnie nie mogłam go mieć tak blisko, jakbym chciała. Powodowało to wielką tęsknotę i smutek i strach, że z powodu mojej choroby możemy się więcej nie zobaczyć. Wspaniały personel w szpitalu, gdy trochę lepiej się czułam, pozwolił, żeby przez dwa dni Tymek był przy moim łóżku. Mogłam go wziąć na ręce. To było cudowne. Potem musieliśmy się znowu rozstać, gdy przenieśli mnie na Hematologię na leczenie chemioterapią.

Czy to właśnie syn jest i był największą motywacją do walki z chorobą? Czy macierzyństwo daje też pani inną perspektywę patrzenia na to, co dzieje się z pani zdrowiem?

Tęsknota była ogromna, wręcz fizyczna – jakby ktoś zabrał kawałek mnie. Tak pragnęłam powrotu do, domu do mojego dziecka, że na pewno była to największa motywacja do zdrowienia. Ja nawet nie musiałam się o to starać, po prostu wokół tego kręcił się mój świat, moje uczucia i myśli. Rodzina na bieżąco starała się mnie informować, co słychać u Tymeczka. Dzięki skypowi mogłam podglądać czasem co robi, miałam pokój obwieszony zdjęciami. A gdy raz na miesiąc miałam kilkudniową przerwę i szłam do domu, to na miarę moich sił robiłam wszystko przy Tymku. Tylko z kąpielą nie dawałam rady. To było cudowne być razem.

Co jeszcze daje pani siłę?

Nadal jest tak, że Tymek i relacja z nim jest chyba najważniejszą motywacją. Wiem, że jestem mu potrzebna. Przez czas chorowania pogłębiła się moja wiara w Boga i tutaj też szukałam nadziei i takiego wewnętrznego spokoju. Rodzina i przyjaciele.

Długi okres leczenia w wypadku białaczki, czas spędzony w szpitalach, kontrole lekarskie, monitoring. Zastanawiam się na ile choroba może „zawładnąć” naszym życiem. Czy nie miała pani poczucia, że staje się ona całym światem? A może wręcz przeciwnie, może zbliżyła panią to tego co ważne tu i teraz?

No tak, w leczeniu białaczki jest dużo ograniczeń, których nie ma w innych chorobach onkologicznych – w szpitalu jest się długo, kilka razy po kilka tygodni. Większość czasu w izolatce, czasem bez możliwości odwiedzin. Ta izolacja od zwykłego życia, od bliskich, a zwłaszcza Tymka (bo dzieci nie mogą wchodzić na oddział) była dla mnie tak dotkliwa, że gdy wychodziłam, to czułam jakbym już wygrała los na loterii.

To rzeczywiście zbliża do „tu i teraz”, czas nabiera intensywności, małe rzeczy nabierają wartości.

Czasem wkurzam się na różne ograniczenia, ale z drugiej strony wiem, że to ma na celu moje zdrowie. Takie jest od kliku lat moje życie. Nie planuję za bardzo do przodu, bo nie wiem czy na przykład będę mogła pojechać na wakacje, a jeśli tak, to nie może być dużego słońca. Trzeba być elastycznym.

Jak obecnie się pani czuje i jaki jest najbliższy plan działania?

Teraz po przeszczepie jestem w intensywnej opiece poprzeszczepowej. Tak naprawdę proces leczenia trwa, jeszcze różne przygody mogą się zdarzyć. Dwa razy w tygodniu jeżdżę na kontrolę, potem będzie to raz w tygodniu. W domu codziennie zażywam bardzo dużo leków, mam bardzo restrykcyjną dietę, reżim higieniczny np. osobne naczynia, wszystko wyparzane i ograniczenia w kontaktach z ludźmi, bo trzeba maksymalnie uważać na infekcje. Przeważnie pierwszy rok to okres najtrudniejszy i kluczowy dla przyjęcia się przeszczepu i tego, żeby nie wróciła choroba.

Czy jest w tym momencie coś, co może panią wesprzeć? Nie pytam tylko o najbliższych, ale też o innych ludzi – jakie słowa chciałaby pani usłyszeć, jakie gesty, czy też czyny mogą ludzie wykonać, by pomóc pani w walce z chorobą?

Wierzę, że zawsze pomaga dobre słowo, czy myśli i modlitwa. Z takich rzeczy prowizorycznych to niestety choroba to zawsze koszty. Nie pracuję, mam niską rentę, dlatego ważne jest dla mnie żeby móc jakoś rozliczać leki, czy inne środki wspomagające leczenie np. suplementy, bo są to duże wydatki.

Czy jest coś pozytywnego, co wiąże się z tak trudnymi zmaganiami? Czy paradoksalnie choroba może nam coś „dać”?

Choroba sprawiła, że wiele straciłam – zdrowie, pracę, zmienił się mój wygląd, bardzo ograniczyły się moje kontakty towarzyskie, nigdy nie byłam bogata, a jeszcze spadł mój status materialny. Wiele rzeczy stało się dla mnie niedostępnych i mnie ominęło. Gdyby się w to zagłębić można by jeszcze wymieniać. Jednocześnie to było jak pewnego rodzaju trening – zobaczyłam, że bez tych rzeczy można żyć. Praca była dla mnie bardzo ważna, teraz ważniejsze jest macierzyństwo. Chociaż mam nadzieję, że jak tylko będę mogła uda mi się wrócić do pracy, ale na pewno z mniejszą rywalizacja i z większym dystansem. Współcześnie żyjemy w świecie, który uczy, że trzeba mieć wszystkiego dużo i jak najlepsze, to jest miarą sukcesu. Ja myślę inaczej, wartość widzę w relacjach i w małych sprawach. Na pewno choroba dała mi więcej odwagi i świadomość czasu. To jest proces, ale mam nadzieję, że uda mi się kierować właśnie w tę stronę.

kobiety dla kobiety

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Rozmowa z psychologiem – co nas czeka w ośrodku adopcyjnym?

Rozmowa z psychologiem w ośrodku adopcyjnym

Drogi do rodzicielstwa mogą być bardzo różne. Niektóre z nich prowadzą do ośrodków adopcyjnych, w których czeka nas rozmowa z psychologiem. Dla wielu jest ona wielką niewiadomą, być może stresującą sytuacją. Czy jest się czego obawiać i czego możemy się po takim spotkaniu spodziewać? Więcej opowiedziała nam Marta Baranowska, psycholog ze szczecińskiego ośrodka adopcyjnego Fundacji Mam Dom.

Czego możemy spodziewać się po rozmowie z psychologiem w ośrodku adopcyjnym?

Marta Baranowska: Każdy ośrodek ma inną specyfikę prowadzenia badań pedagogicznych i psychologicznych. Bez względu na ich tryb i stosowane metody, wszędzie rozmowa z psychologiem dotyczy intymnych, niezwykle ważnych, nieraz bolesnych kwestii. Między innymi drogi ku rodzicielstwu, jaką przebyli małżonkowie, zanim przyszli do ośrodka adopcyjnego. Rozmowa ta, mniej lub bardziej wprost, porusza problem akceptacji bezpłodności swojej czy też partnera, przeżywanej często jako niesprostanie roli kobiety/mężczyzny, niekiedy zaś jako niesprawiedliwość losu. Albo, w przypadku osób samotnych chcących adoptować dziecko, dotykamy problemu akceptacji – także w kontekście społecznym – siebie jako kogoś, kto nie zdołał lub nie chciał związać się na stałe z innym dorosłym, a mimo to pragnie stworzyć rodzinę.

Czy w jakimś sensie rozmowa z psychologiem podczas procesu adopcyjnego jest wyjątkowa, różni się od każdej innej rozmowy psychologicznej?

Tak, to rozmowa jedyna w swoim rodzaju. Po pierwsze pamiętajmy, że jest to rozmowa służąca postawieniu diagnozy, a nie np. wsparciu człowieka w trudnej sytuacji, w której w istocie się znajduje. Niemniej jednak diagnosta musi dbać o komfort diagnozowanego. Z reguły moi rozmówcy kończą te spotkania, mimo ich wagi i tematyki, z pozytywnymi odczuciami.

W przeciwieństwie do badań psychologicznych wykonywanych dla innych celów, tematyka rozmów w diagnozie kandydatów dotyczy tego, co może być powiązane z zakładanym adoptowaniem dziecka. Dotyczy zatem głównie małżonków, jako pary pragnącej być rodzicami, oraz ich motywacji do tego rodzaju rodzicielstwa. Bardzo specyficzne dla tej rozmowy jest jej usytuowanie w ramach szerszego procesu diagnostyczno-szkoleniowego, prowadzącego do kwalifikacji. Diagnozuje i kwalifikuje zespół, łącząc informacje z rozmów, z dokumentów i z obserwacji, a nie poszczególni specjaliści oddzielnie, pomimo sporządzania oddzielnych opinii. Ponadto dzieje się to wszystko w czasie co najmniej kilku miesięcy spotkań pracowników ośrodka z kandydatami.

O co podczas takiej rozmowy może nas pytać psycholog?

W zasadzie, może zapytać o wszytko 🙂 Na pewno w każdym ośrodku psycholog zapyta o historię związku i starania się o potomstwo. Prawie na pewno o rodziny pochodzenia obojga kandydatów, czyli ich rodziców, rodzeństwo, a także o oczekiwania, czy wyobrażenia dotyczące adoptowanego dziecka. Psycholog lub pedagog może zapytać też przykładowo o doświadczenia w opiece nad dziećmi – siostrzeńcami czy bratankami. O wizję właściwego wychowania. O wartości i zwyczaje, jakie kandydaci chcą dziecku przekazać, choć te ostatnie obszary są raczej przedmiotem diagnozy pedagogicznej.

Czy powinniśmy się do takiej rozmowy, spotkania z psychologiem w jakiś szczególny sposób przygotować?

Myślę, że nie. Nie warto z góry obmyślać, co się powie, ani tym bardziej szukać u znajomych i w internecie wskazówek. Mogą się one okazać chybione i jeszcze pogrążyć „przygotowanego” kandydata. Spontaniczne wypowiedzi badanych najlepiej prowadzą do celu, jakim jest trafna psychologiczna diagnoza kandydatów.

Pamiętajmy, że pełna, oparta na szczerej rozmowie diagnoza służy nie tylko proponowanemu w przyszłości dziecku. W nie mniejszym stopniu służy też samym kandydatom, ukierunkowując ich dalsze działania, a niekiedy chroniąc przed niewłaściwym czy przedwczesnym wyborem.

Pomyślałam jednak o przygotowaniu się w innym znaczeniu. Warto być w momencie diagnozy w miarę możliwości wypoczętym, spokojnym, i nie spieszyć się nigdzie.Siedzenie „jak na szpilkach”, bo za godzinę mam pociąg albo spotkanie w firmie, nie sprzyja swobodnej i szczegółowej rozmowie. Dobrze się sprawdza, gdy kandydaci biorą dzień urlopu na spotkanie z psychologiem w ośrodku. Choć nie zajmuje ono oczywiście ośmiu godzin.

Wynika z tego, że może właśnie lepiej, żebyśmy wnieśli do takiej rozmowy siebie, bez żadnego przygotowania, być może nawet swego rodzaju kreacji?

Im więcej otwartości kandydatów w trakcie rozmów z pracownikami ośrodka, tym lepiej diagności poznają ich faktyczne zasoby osobowościowe, rodzinne, materialne. Lepiej określą mocne i słabe strony rodziny, do której trafi dziecko. Pamiętajmy, że jest ono zawsze w jakiś sposób obciążone. Jeśli nie aż deficytami rozwojowymi, czy też FAS, to przynajmniej faktem porzucenia przez rodziców biologicznych, z którym i dziecko i jego nowi rodzice będą musieli się zmagać.

Ta uczciwość i otwartość są istotne nie tylko dla doboru najbardziej odpowiedniej rodziny dla danego dziecka. W razie ewentualnych problemów małżeńskich, czy wychowawczych w przyszłości, nieraz kilka lat po adopcji, łatwiej będzie obu stronom – adopcyjnym rodzicom i pracownikom ośrodka – podjąć dialog. Szybciej będzie można znaleźć rozwiązania trudnej sytuacji.

Czy jest coś, czego możemy się podczas takiej rozmowy obawiać?

Kobiety i mężczyźni, których badam jako psycholog ośrodka Fundacji Mam Dom, często na koniec wyznają, że idąc na spotkanie z psychologiem bali się, iż źle wypadną. Że nie będą się nadawali, bo np. są za mało wykształceni, niewiele zarabiają, albo pochodzą z przemocowej czy rozbitej rodziny. I na ogół, co zrozumiałe, mają tendencję przedstawiać siebie, swoich małżonków i dalszą rodzinę w jak najlepszym świetle. Tam gdzie tylko da się coś „podkolorować” bez możliwości weryfikacji. Tymczasem wiadomo, że małżeństwa idealnie dobrane, oraz rodziny bez konfliktów, oraz ludzie niemający dalekich krewnych, których można by się powstydzić, należą do rzadkości.

Oczywiste też dla doświadczonego psychologa jest to, że każdy człowiek ma jakieś słabsze strony. I że jeśli nie stale, to przynajmniej okresowo, jego samopoczucie, funkcjonowanie, wybory odstają od tego, co uważa się potocznie za „normalne”. W diagnozie więzi między małżonkami pamiętam o tym, że para, która przetrwała razem rozczarowanie i ból związane z bezpłodnością, stres i napięcia towarzyszące trudnej i nieraz wieloletniej walce o poczęcie dziecka, już samym tym faktem daje świadectwo trwałości więzi. Jest to prawdopodobnie najważniejszy aspekt „nadawania się” kandydatów na rodziców adopcyjnych. Chodzi przecież o stworzenie dziecku bezpiecznego, stabilnego, pełnego miłości domu.

Jedyne czego kandydaci mogą się realnie „obawiać” ze strony psychologa, a można by też powiedzieć przewrotnie: na co powinni mieć nadzieję, to że w trakcie diagnozy wyjdzie na jaw rodzaj ich motywacji. Być może zupełnie nie odpowiada on celowi jakim jest adopcja.

Może okazać się też, że jedno z nich w gruncie rzeczy tego nie chce, a pozornie zgodziło się „dla świętego spokoju”. Uchwycenie takiej niespójności może uchronić tę rodzinę, powiem bez przesady, przed nieszczęściem. Nie wspominając o powierzonym dziecku. Są to sytuacje w praktyce bardzo rzadkie.

Pary, które do nas trafiają, mają zwykle motywację silną, obopólną i prawidłową. Nieco częściej zdarza się, że podczas rozmowy z psychologiem okazuje się, iż na wszczęcie procedur prowadzących do kwalifikacji jest z jakiegoś względu za wcześnie. Nie wyklucza to kontynuacji procesu diagnostyczno-szkoleniowego w późniejszym czasie, potrzebnym kandydatom np. na przeżycie żałoby po utracie dziecka biologicznego lub uporządkowanie jakiś istotnych spraw. To także jest z korzyścią dla kandydatów. Chociaż widoczną dla nich z perspektywy czasu, ponieważ nieraz z początku sądzą, że im szybciej otrzymają kwalifikację, tym lepiej.

Jaki jest cel takich rozmów, zarówno z punktu widzenia przyszłych rodziców, jak i z punktu widzenia specjalistów z ośrodka?

W zasadzie diagnoza psychologiczna jest bardzo istotnym elementem, choć zajmującym kandydatom relatywnie niewiele czasu, przygotowania ich do adopcji. Pierwszym naszym celem jest określenie gotowości kandydatów do przysposobienia dziecka. Ściślej – do rozpoczęcia pełnej procedury diagnostyczno-szkoleniowej w tym kierunku. Pozwala to włączyć kandydatów na listę oczekujących na szkolenie, poprzedzone jeszcze tak zwanym wywiadem środowiskowym, czyli wizytą pracownika ośrodka w ich miejscu zamieszkania. Jest to połączone z wystandaryzowaną rozmową na różne tematy. Związane są one również z zasobami materialnymi, zdrowiem i stylem życia kandydatów.

Drugim celem psychologa jest zebranie danych koniecznych do sporządzenia opinii. Zawiera ona taki opis funkcjonowania kandydatów, który pozwoli nie tylko na ich pozytywną kwalifikację, ale też na oddanie ich indywidualnych cech – jako jednostek i jako pary. Pozwoli to w przyszłości na przewidywanie, czy dane dziecko czułoby się dobrze w tej rodzinie.

Trzecim, może nie tyle celem, co dodatkowym efektem diagnozy, bywa określenie obszarów, w których warto coś „poprawić”. Często konieczna jest modyfikacja błędnych wyobrażeń o specyfice adopcji, co z założenia powinno nastąpić w trakcie szkolenia.

Niekiedy wskazane jest uzgodnienie między małżonkami, już w ramach „zadania domowego”, oczekiwań związanych z reorganizacją ich życia domowego i zawodowego po przyjęciu dziecka do rodziny. Czasami diagnoza pokazuje np. tendencje neurotyczne, pracoholizm, czy nieprzepracowane problemy związane z historią życia, albo zbyt ścisłe więzi któregoś z małżonków z rodzicami, w sensie nieodseparowania emocjonalnego. Nie dyskwalifikuje to automatycznie osoby, czy pary pragnącej przysposobić dziecko. W czasie oczekiwania na kwalifikację, a potem na propozycję dziecka, można i nad tym popracować. Zarówno z pomocą terapeuty, jak i samodzielnie, jeśli problem nie jest zbyt głęboki.

Im dłużej kandydaci „wybierali się” do ośrodka od momentu ich pierwszej rozmowy o możliwości adopcji, tym więcej zwykle mają omówionych oczekiwań wobec dziecka. Konkretnie jego wieku, płci, stanu zdrowia. W toku diagnozy powinni dojść do uzgodnienia między sobą tych oczekiwań. Z wielu względów warto też, aby nie były one zbyt ścisłe, zbyt wąskie. Niestety duża część dzieci szukających domu nie cieszy się stuprocentowym zdrowiem. W tym obszarze badana jest w ośrodkach, niekoniecznie przez psychologów, gotowość kandydatów oraz ich możliwości poradzenia sobie z opieką nad dzieckiem z deficytami, z zaburzeniami emocjonalnymi, przewlekle chorym czy choćby bardziej wymagającym np. wcześniakiem, alergikiem. Poszukiwane są też osoby pragnące stworzyć rodzinę dla rodzeństw i dzieci starszych. Taka gotowość w praktyce znacznie skraca czas oczekiwania do adopcję. Zadaniem diagnosty nie jest jednak skłanianie kandydatów do określonych rozwiązań, tylko badanie, na ile byliby oni zdolni i gotowi podołać takim wyzwaniom i czy ewentualna tego typu deklaracja jest dobrze przemyślana.

Marta Baranowska – psycholog, psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 15 lat pracuje przede wszystkim z dziećmi i młodzieżą oraz ich rodzicami. 

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.