Przejdź do treści

Planujesz ciążę? Sprawdź czy miałaś ospę!

22.jpg

Specjaliści zalecają, aby kobiety, które planują ciążę, a nie chorowały w dzieciństwie na ospę wietrzną, zaszczepiły się przeciwko jej wirusowi.

Wirus ospy wietrznej (VZV) jest przekazywany przez kontakt bezpośredni lub drogą wziewną. Wirus ospy wnika do organizmu gospodarza przez górne drogi oddechowe lub spojówkę. Ospa wietrzna nazywana jest chorobą wieku dziecięcego – w 2010 roku w Polsce ponad 80 proc. wszystkich zachorowań na ospę wietrzną dotyczyło dzieci do dziewiątego roku życia. Jeśli jednak choroba nie wystąpiła w dzieciństwie, może zachorować na nią także osoba dorosła. 

Gdy kobieta, która planuje ciążę, nie jest pewna, czy w dzieciństwie chorowała na ospę, może wykonać badanie krwi, które pozwoli ocenić obecność wywołującego ją wirusa varicella zoster.

Zdaniem specjalistów ospa wietrzna jest niebezpieczna szczególnie w pierwszym trymestrze ciąży, ponieważ może być przyczyną wad wrodzonych. Zespół ospy wietrznej wrodzonej może objawiać się: bliznami na skórze, deformacjami kończyn, wadami w obrębie oczu, defektami ośrodkowego układu nerwowego. Szacuje się, że występują one u około 2 proc. płodów, których matki zachorowały na ospę. Jeżeli do rozwoju ospy dojdzie w drugim lub na początku trzeciego trymestru ciąży, to noworodek prawdopodobnie przyjdzie na świat chory na ospę wietrzną i dojdzie wówczas do zakażenia wewnątrzmacicznego. Najbardziej niebezpieczny jest rozwój choroby kilka dni przed porodem i bezpośrednio po nim – wówczas oba organizmy (matki i dziecka) mają znacznie osłabioną odporność, przez co nie mogą się skutecznie bronić przed atakiem choroby. Stan noworodka jest niezwykle ciężki, a choroba trwa około dziesięć dni. Niestety, takie przypadki bardzo często kończą się śmiercią, nawet 1/3 noworodków zakażonych wirusem varicella zoster bezpośrednio przy porodzie umiera.

Jeśli mimo ostrożności ciężarnej nie uda się uniknąć zachorowania, tuż przed porodem lub zaraz po nim noworodkowi należy podać hyperimmunizowaną immunoglobulinę.

Joanna Rawik

Dolny Śląsk: przeciwnik in vitro nowym konsultantem ds. ginekologii – dobra zmiana?

wojewódzki konsultant ds. ginekologii

Już niebawem województwo dolnośląskie będzie miało nowego konsultanta ds. ginekologii. Zostanie nim prof. Marian Gabryś, którego kandydatura wzbudza duże kontrowersje. „To przeciwnik antykoncepcji, in vitro i aborcji, nawet jeśli ciąża jest z gwałtu, a płód uszkodzony” – opisuje go wyborcza.pl.

Kontrowersyjna postać

Informację o tym, że to właśnie prof. Gabryś zostanie wybrany na pięcioletnią kadencję konsultanta medycznego, potwierdziła rzeczniczka wojewody Pawła Hreniaka z Prawa i Sprawiedliwości. Postać profesora na tym stanowisku wywołuje jednak dyskusje. Z jednej strony jest on wychwalany za swoje umiejętności lekarskie. Z drugiej, jest jednym z sygnatariuszy „deklaracji wiary”. Padają tam między innymi słowa: „Uznaję pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim – aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji”.

W związku z wyżej wspomnianymi poglądami pojawiają się poważne wątpliwości dotyczące bezstronności lekarza oraz jego podejścia do nowoczesnej medycyny. Co więcej, profesor jest zwolennikiem naprotechnologii, a na jednej z konferencji o in vitro miał powiedzieć: „To sposób na biznes, a nie leczenie bezpłodności”.

Prof. Gabryś był także jednym z obrońców prof. Chazana, który powołując się na klauzulę sumienia, odmówił pacjentce aborcji trwale uszkodzonego płodu. Pisaliśmy niedawno w naszym portalu, że to właśnie między innymi prof. Chazan został jednym z ekspertów pracujących nad zmianami w standardach opieki okołoporodowej [TUTAJ]. Jak pokazują opisane tu doniesienia z województwa dolnośląskiego, zarówno na szczeblu państwowym, jak i samorządowym, czekają nas duże zmiany. Czy oby na pewno dobre?

Źródło: „wyborcza.pl”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Pomoc terapeutyczna dla Łodzian – projekt dla osób starających się o dziecko

od-13-marca-w-lodzi-w-poradni-psychologicznej-przy-szpitalu-im-rydygiera-ruszyla-poradnia-psychologii-prokreacji
Od 13 marca w Łodzi w Poradni Psychologicznej przy szpitalu im. Rydygiera ruszyła Poradnia Psychologii Prokreacji. Jest to program dofinansowany przez Miasto Łódź i ma na celu wsparcie psychologiczne osób zmagających się z szeroko pojętymi problemami związanymi z prokreacją.
Rozmawiamy z psycholożką, psychoterapeutką Magdaleną Siek o tym nowym programie terapeutycznym.
Kto jest inicjatorem projektu?
Wiemy, że problem niepłodności jest nie tylko problemem biologiczny, ale również bywa ciężką próbą dla relacji oraz ma wpływ na psychikę. Wiemy, że wsparcie w takich chwilach jest pomocne. Właśnie dlatego powstał program, który jest wspólną inicjatywą Centrum Medycznego im. dr. Ludwika Rydygiera w Łodzi oraz Wydziału Zdrowia przy Urzędzie Miasta.
Co ważne, z programu mogą korzystać również kobiety/pary cierpiące z powodu problemów emocjonalnych związanych z ciążą oraz porodem nawet jakiś czas po urodzeniu się dziecka. Ponadto pomoc uzyskają również osoby zmagające się ze stratą związaną z poronieniem. Myślimy o niepłodności i staraniach bardzo szeroko, przez starania, stratę, poród czy emocjonalne trudności po porodzie.
Ruszyliście 13 marca, czy mieliście już pacjentów?
Tak mamy już pacjentów.
Częściej zgłaszają się pary czy pojedyncze (pewnie głównie kobiety?)
Głównie kobiety, ale również pary. Zachęcamy jednak do udziału partnerów, bo jednak temat prokreacji dotyczy obu stron. To są jednak indywidualne kwestie.
W tej chwili czas oczekiwania na wizytę nie jest długi i nie jest wymagane skierowanie od lekarza. Jedyne ograniczenie to miejsce zamieszkania (niekoniecznie zameldowania) na terenie Łodzi.
Czy jest sprawdzane miejsce zamieszkania czy wg oświadczenia?
To jest jedynie inf. od pacjentów i nie jest potwierdzana. Należy jedynie podać adres pobytu w Łodzi.
Jaki jest koszt konsultacji?
Osoby korzystające z pomocy dopłacają do spotkania jedynie 10 zł. Nieduża kwota biorąc pod uwagę zwykła stawkę terapeuty w Łodzi.
W jakim nurcie pracują terapeuci w poradni?
Głównie są to terapeuci pracujący w nurcie Ericksonowskim traktujący problemy systemowo, ale również integrujący różne podejścia w zależności od potrzeb pacjentów.

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Zdrowe granice, czyli jak wiele rodzice powinni mówić dzieciom

jak rozmawiać z dzieckiem

Chłopiec nie chce iść z mamą za rękę. Co chwila się wyrywa. Mama z dzieckiem idą chodnikiem obok ruchliwej ulicy. Matka jest coraz bardziej zniecierpliwiona, próbuje opanować dziecko, tłumaczy, ale niewiele to daje. Chłopiec nadal nie słucha. Matka więc, widząc po drugiej stronie ulicy policjanta mówi do syna, że jeśli ten się nie uspokoi, policjant go zabierze.

Albo inna historia: dziecko trafia na pediatryczną izbę przyjęć. Dziecko spaceruje po gabinecie, dotyka sprzętu, bierze do ręki leżący na biurku stetoskop. W odpowiedzi lekarz mówi do dziecka, że jeśli nie będzie grzeczne, pobierze mu krew.

Dzieci słyszą różne rzeczy. Rodzice i opiekunowie sięgają po najróżniejsze argumenty, żeby osiągnąć cel, z bezsilności, złości, rozczarowania. Co jednak z jawnym kłamstwem wypowiadanym do dziecka? Policjant, oczywiście, nie zabierze dziecka, a pielęgniarka i tak pobierze krew do badania.

Tak trudno mówić

Czasami może się wydawać, że kłamstwo ochroni dziecko przed cierpieniem. Na przykład w sytuacji zbliżającego się rozwodu rodzice, sami zaskoczeni lub przygnębieni sytuacji, sięgają po różne półprawdy i kłamstwa. Mówią na przykład, że tata wyjeżdża do pracy za granicę na jakiś czas, podczas kiedy w rzeczywistości się wyprowadza. Albo że pan, który spędza w domu coraz więcej czasu przychodzi, żeby naprawić cieknący kran.

W każdej rodzinie zdarzają się też sytuacje, o których nie wiadomo jak rozmawiać z dziećmi – ktoś pada ofiarą przestępstwa, zapada na ciężką lub wstydliwa chorobę, popełnia samobójstwo. Nie wiemy nie tylko, jak rozmawiać z dziećmi, ale czy w ogóle poruszać pewne tematy.

Nie wiemy też, jak rozmawiać z dziećmi o własnych uczuciach, o tym, co czujemy w związku z ich zachowaniem. A przecież reagujemy, nierzadko gwałtownie, bardzo często – kiedy dziecko pociągnie za włosy, ugryzie podczas karmienia, uderzy młodszą siostrę lub z jakiegoś powodu cierpi.

Czy powinniśmy mówić dzieciom, co czujemy? Jakie są granice szczerości? Czy kłamstwo wypowiedziane do dziecka jest innym kłamstwem niż to wypowiedziane do osoby dorosłej?

Niemal każdy rodzic chce mieć ze swoim dzieckiem szczerą, uczciwą i otwartą relację. Większość rodziców zdaje sobie sprawę, że jest to rzetelny i trwały fundament, na którym można budować relację z dzieckiem. Z drugiej strony jest obawa, że szczerość wobec dzieci, zwłaszcza dzielenie się z nim tym, jak czuje się rodzic, może być dla dziecka zbyt obciążające. Ostatecznie dzieci potrzebują silnych rodziców.

Dzieci wiedzą

Nie wiadomo skąd, ale żywa jest w umysłach wielu dorosłych myśl, że dzieci średnio rozumieją rzeczywistość wokół nich. Zwłaszcza małe dzieci, a już na pewno niemowlęta. Mówimy: „ono i tak nie rozumie, nie zapamięta, dzieci są silniejsze niż nam się wydaje”.

A przecież nawet bardzo małe dzieci mają czują świat wokół nich, jedynie nie potrafią o tym opowiedzieć. Eksperyment, w którym matka przestaje reagować na dziecko, ma niemy, pozbawiony emocji wyraz twarzy, jest jednym z najtrudniejszych, jakie można zobaczyć[1]. Dziecko jest przerażone, zdezorientowane. Wiemy również z licznych badań, że dzieci matek dotkniętych depresją same często zapadają na tę chorobę. I wcale nie ujawnia się ona w dorosłości, niestety.

Nie mówiąc nic, pozostawiamy więc dziecko w jego strachu i dezorientacji. To nie znaczy, że każde własne uczucie mamy wyjaśniać w detalach. Ważna jest relacja i reakcja na dziecko.

Tajemnice i zmartwienia

Jeśli więc dzieci odczuwają nasze emocje, jaki ma to na nie wpływ? Dzieci „czytają” rodziców z ich słów, zachowań, czynów. Jeśli rodzic nie mówi, a jednocześnie widać, że jest czymś poruszony, dziecko może czuć się zagubione. Co więcej, może pomyśleć, że skoro rodzic – najważniejszy dla niego człowiek – nie porusza pewnego tematu, to jest to temat, o którym nie należy w ogóle rozmawiać.

Z powodu doskonałej umiejętności odczytywania uczuć opiekunów dzieci przestają współpracować na przykład wówczas, kiedy rodzic bardzo się spieszy i próbuje na przykład zmienić dziecku pieluchę lub je ubrać. Lepiej wówczas powiedzieć: „Przepraszam, że tak bardzo się spieszę i cię popędzam. Za godzinę mamy wizytę u lekarza i musimy być na czas.”. Rodzic ma czas na wyciszenie i konieczne zwolnienie. To może zasadniczo zmienić przebieg sytuacji.

Wybuchy

Jedna z największych, nieuniknionych porażek rodziców to krzyk i niekontrolowanie swoich reakcji. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje ograniczenia, bywamy zmęczeni (czasem bardzo!), niewyspani (równie mocno), trudno wówczas pomieścić w sobie różne emocje i zachowania dziecka. Ale wybuch czy krzyk rodzica nie musi być niszczący dla dziecka. Może pokazywać, że rodzic jest właśnie niedoskonałym człowiekiem. To z kolei w umyśle dziecka stwarza przestrzeń do niedoskonałości i ludzkich przywar.

Z drugiej strony dziecko, całkowicie zależne od dorosłego, ma prawo czuć się zaniepokojone wybuchem rodzica, a nawet czuć winne. Dlatego zwykłe „przepraszam, „nie powinnam”, „to nie twoja wina” może całkowicie zmienić przebieg wydarzeń, a na pewno uspokoić dziecko.

Warto traktować dzieci uczciwie, uwzględniając ich możliwości poznawcze i emocjonalne. Im będą starsze, tym łatwiej będzie podjąć decyzję, co i kiedy mówić.

[1] http://www.regardingbaby.org/2011/05/03/myth-busting-babies-and-depression/

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Obie strony psychoterapii – jak to jest być pacjentem, jak to jest być terapeutą

psychoterapia

Nie ma wątpliwości, że psychoterapia jest skuteczną formą leczenia wielu zaburzeń psychicznych. Również tych, o których myślimy, że dotyczą jedynie ciała. Pomaga poradzić sobie z traumą, stratą, kryzysem. Badań potwierdzających tę tezę jest wiele, choć jednocześnie są one trudne do przeprowadzenia. Nancy McWilliams, psychoanalityczka i nauczycielka zawodu mówi, że psychoterapia działa prewencyjnie. Pozwala przerwać krąg nadużyć i krzywd przechodzących z pokolenia na pokolenie. Ale jak zbadać, czy pacjent aktualnie będący w terapii, ofiara przemocy, sam przestanie stosować przemoc wobec swoich bliskich? Byłyby to badania bardzo trudne.

Wiemy, że psychoterapia działa. Wiemy, że pacjenci zauważają poprawę komfortu życia, usunięcie lub wyraźne ograniczenie występowania objawów, zmieniają się ich relacje z ludźmi, poprawia się samoocena. A mimo to dla wielu osób psychoterapia nie jest leczeniem z wyboru. Ba, czasami w ogóle w ogóle nie jest brana pod uwaga, pomimo ewidentnych wskazań.

Człowiek z człowiekiem

Bardzo ciekawa dyskusja rozgorzała kilka dni temu na stronie jednego z ośrodków psychoterapeutycznych. Zapytano czytelników, dlaczego psychoterapia grupowa nie jest terapią pierwszego wyboru wśród pacjentów, pomimo dowodów na jej skuteczność. Dyskusja, pokazała, że przede wszystkim nie mamy zaufania do siebie wzajemnie. Jakimś zaufaniem darzony jest terapeuta, ale nie drugi człowiek w grupie. Dalej w toku dyskusji pojawiły się sugestie, że grupa pogłębia poczucie wstydu wynikające z bycia w terapii. Jednocześnie nie wierzymy, że w grupie może wydarzyć się coś dobrego. Spodziewamy się raczej ataków, poniżania i naruszania zasady poufności. Terapia indywidualna jest stawiana w opozycji jako ta, która jako jedyna ma potencjał leczący. Tylko terapeuta w kontakcie indywidualnym może naprawdę pomóc pacjentowi.

W Internecie można znaleźć mem przedstawiający kilkanaście rysunków twarzy terapeuty – na każdym jest taka sama, niezależnie od tego, czy terapeuta jest zadowolony, smutny, rozdrażniony, czy boli go pięta. Być może tak właśnie czują się pacjenci – terapeuta jest niemy, czasem tajemniczy, zdecydowanie pozbawiony poczucia humoru i osobowości. Nie sprzyja to budowaniu poczucia bezpieczeństwa i zaufania.

Inna fantazja jest taka, że przecież terapeuta jest takim samym człowiekiem jak pacjent. Może zdradza żonę, albo jest w szóstym związku, sam przeszedł depresję albo nie radzi sobie z nałogowym paleniem papierosów. Jak więc może komukolwiek pomóc?

Nawet więc jeśli dowody na skuteczność psychoterapii, czy to jako narzędzia leczącego, czy wspierającego są niezaprzeczalne, nadal budzi ona wiele wątpliwości. Wiele z nich wiąże się z osobą terapeuty. Co więc dzieje się w gabinecie i dlaczego?

Po drugiej stronie

Większość terapeutów nie bez powodu dba o to, żeby pacjent jak najmniej o nim wiedział. Nie tylko dlatego, że troszczy się o swoją prywatność i granice w terapii. Chodzi również o to, żeby stworzyć pacjentowi przestrzeń dla jego spraw. Terapeuta, który dzieli się historiami ze swojego życia, nawet jeśli ma to uzasadnienie w kontekście rozmowy, może pacjenta przytłoczyć i de facto odebrać mu przestrzeń terapeutyczną.

Dla niektórych pacjentów ważna jest na przykład orientacja seksualna terapeuty. Pewna homoseksualna pacjentka, niepogodzona ze swoją orientacją seksualną, poczuła się bardzo zdradzona, kiedy dowiedziała się, że jej terapeuta jest w związku z mężczyzną. Miała żal do terapeuty, ale przede wszystkim poczuła się mocno zaniepokojona faktem, że jest on „pogubiony we własnej seksualności, jak więc może jej pomóc”. W gruncie rzeczy były to jednak lęki pacjentki, która sama czuła się pogubiona i niepewna siebie.

Pacjenci często zastanawiają się, czy są lubiani przez swoich terapeutów. Nic w tym dziwnego, każdy z nas ma wrodzoną potrzebę akceptacji. Rzeczywistość jest jednak taka, że każdy terapeuta ma swoje ograniczenia. Musi jednak być ich świadom i odpowiednio działać. Dlatego też złotym standardem w pracy psychoterapeutycznej jest regularna superwizja. Jeśli terapeuta wie, że ma trudność w pracy z określonym typem pacjentów, musi wziąć za to odpowiedzialność i być może skierować do innego specjalisty.

Siła emocji

Emocje terapeuty to jego najważniejsze narzędzie pracy. To, jak się czuje z pacjentem, co go porusza w słyszanej historii, rodzaj emocji, jakie pojawiają się w sesji w terapeucie – wszystko to jest bardzo ważne dla procesu terapeutycznego. Czy jednak terapeuta powinien je ujawniać, a jeśli tak, to jakiej formie? Z jednej strony pacjenci chcieliby wiedzieć, co czuje ich terapeuta, z drugiej jednak mają potrzebę być w rękach osoby silnej i zdecydowanej, zdolnej do zaopiekowania się. Ujawnienie więc uczuć przez terapeutę mogłoby zwyczajnie przestraszyć pacjenta. Dlatego też większość terapeutów uczy się nie pokazywać swoich emocji i szukać wsparcia dla siebie na przykład w superwizji. Jednocześnie czasami trudno jest je powstrzymać. Towarzyszenie kobiecie, która poroniła lub urodziła martwe dziecko, bycie z osobą, która długo zmaga się z niepłodnością może wywoływać widoczne emocje w terapeucie. Podobnie jak trudno ukryć radość, kiedy pacjentowi rodzi się dawno wyczekiwane i upragnione dziecko. Czy jednak wtedy trzeba te emocje szczególnie ukrywać?

Terapia jest leczeniem, dlatego musi opierać się na konkretnych zasadach. Ale jest też spotkaniem dwojga ludzi. Terapeuta stara się wycofać swoje potrzeby i opinie na rzecz rozwoju i swobody pacjenta. Ale jest też człowiekiem i może zdarzyć się tak, że ujawni osobiste informacje oraz emocje. Co to będzie znaczyło dla pacjenta i procesu terapii zawsze warto omówić. Można wówczas dojść do bardzo ciekawych wniosków.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami