Przejdź do treści

Pierwszy Dzień Matki – warto było czekać!

Dzień matki

Dni, miesiące, lata starań o upragnione dziecko. Udaje się – jest na świecie nasz wyczekany maluch. Przeogromna radość miesza się wtedy z trudami macierzyństwa i codziennymi problemami. Najczęściej jednak te gorsze chwile szybko odchodzą w niepamięć. Szczególnie tego jednego dnia – Dnia Matki.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Trudy i piękno

26 maja to symboliczna data. Dzień, w którym wielu z nas uświadamia sobie, jak ważna w naszym życiu jest mama. Co więcej, tego właśnie dnia staramy się ją szczególnie docenić, zbliżyć się do niej, podziękować za trudy i wyrzeczenia, które nieraz musiały stanąć na jej drodze. Macierzyństwo nie jest bowiem prostą ścieżką do krainy szczęśliwości. Nawet jeśli jest wyczekane i wystarane zderza się w pewnym momencie z rzeczywistością. Niewyspaniem, kolkami, ząbkowaniem. Później dochodzą pierwsze zawiedzione przyjaźnie, wagary w szkole, wielkie nastoletnie miłości i z rodzicielskiego punktu widzenia niczym nieuzasadniony bunt. Kiedy jednak w tak szczególnym majowym dniu wracamy do sedna relacji – miłości – wszystkie trudy mają mniejszą wagę. Wielkim przeżyciem zdaje się być zwłaszcza pierwszy Dzień Matki. Tym bardziej, jeśli poprzedzony był walką z niepłodnością i godzinami spędzonymi z myślą: „czy kiedykolwiek będę miała dziecko?”. Tak, 26 maja to teraz także twoje święto!

Inny wymiar

Dzień Matki – jak to dumnie brzmi!” – mówi Iwona, która o swojego ukochanego synka Bartka starała się przez ponad trzy lata. Walczyła z insulinoopornością, przeżyła poronienie, wylała wiele łez. „Czekałam na to tak długo. Nie wyobrażałam sobie, że rzeczywiście kiedyś to nastąpi. A jednak stało się!” – słychać w jej głowie radość, ale i swego rodzaju niedowierzanie. „Jest to dla mnie bardzo szczególny dzień, aczkolwiek myślę, że w tym roku spędzę go spokojnie ze swoimi myślami. Wyciągnę kalendarz i przypomnę sobie jak długo musiałam starać się o syna i jaką drogę musiałam przejść, by w końcu 26-ego maja 2017 roku powiedzieć: Dzisiaj jest moje święto. Moje dziecko ma już 10 miesięcy i jest to coś niesamowitego” – dodaje i po raz kolejny pokazuje z jakim wzruszeniem może wiązać się ten wyjątkowy dzień.

Lata starań, nieraz prawdziwe dramaty, związane zarówno ze zdrowiem ciała, jak i ze zdrowiem emocji. Ciągle gdzieś jednak musiała tlić się nadzieja i wiara, że warto walczyć o swoje szczęście. „Pamiętam te wszystkie dni, mijające lata, wszystkie święta. Czułam pustkę i byłam bardzo niedowartościowana. Dzisiaj nawet niedziela przybiera inny wymiar, a co dopiero Dzień Matki! Pomimo, że spokojny, to będzie to wspaniały dzień. Planuję spacer po rynku, nie czując w końcu zazdrości, a dumę i szczęście. Chciałabym też zrobić sesję zdjęciową z dzieckiem i oczywiście odwiedzić moich rodziców, bo przecież ja też mam mamę! Teraz wiem, jak ona czuje się w takich momentach” – dodaje Iwona.

Fot. archiwum prywatne - pierwszy Dzień Matki Iwony

Fot. archiwum prywatne – pierwszy Dzień Matki Iwony

Zrób sama sobie prezent

Co możesz dla siebie zrobić? Doceń to, przez co przeszłaś! Doświadczenie bycia matką samo w sobie jest niezwykle skomplikowane. Wiąże się z licznymi frustracjami, wyrzeczeniami, ale też lękiem. Pozwól więc sobie na chwilę oddechu i nawet jeśli masz czasami poczucie, że nie dajesz rady, okaż sobie zrozumienie i ciepło. Warto  pamiętać, szczególnie w dniu swojego święta, że jak mówił Donald Winnicott, brytyjski psychoanalityk, w macierzyństwie nie chodzi o perfekcję, ale o bycie wystarczająco dobrą.

Drogie mamy, doceńcie siebie, swoje doświadczenia i ten piękny majowy dzień uczcijcie wielkim uśmiechem na ustach. „Myślę sobie, że mam teraz nie jeden dzień, a cały „rok Matki” . Kiedy trzymam w ramionach mojego synka, każda chwila jest dla mnie świętem” – podsumowuje Iwona. Podkreśla w tym jakże ważną kwestię – cieszmy się na co dzień, a święta niech będą tylko wisienką na torcie!

dzień matki

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Zbierają pieniądze na in vitro! Dramatyczne apele młodych kobiet

in vitro
FOT: Pomagam.pl

W sieci zbierają pieniądze, by za pomocą in vitro urodzić dziecko. Choroba uniemożliwia im zostanie matką a brak finansów nie pozwala spełnić marzenia o poczęciu dziecka przez zapłodnienie pozaustrojowe.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Dwa różne apele, a łączy je wiele: dwie młode kobiety, które marzą o dziecku błagają w Internecie o pomoc. Choroba pozbawiła ich możliwości naturalnego zajścia w ciążę. Mogą zostać matkami tylko za pomocą in vitro.

 

Moją nadzieją jest in vitro, na które mnie nie stać! – poznaj historię Mai

„Mam na imię Maja, mam 27 lat, cudownego męża, lecz brakuje nam do pełni szczęścia… dziecka – pisze w swoim ogłoszeniu na portalu www.Pomagam.pl pierwsza nasza bohaterka Maja Tomaszewska.

– „Od 7 lat jesteśmy ze sobą. Od 6 lat staraliśmy się, aby nasza nie pełna rodzina się powiększyła, więc zaczęliśmy starania. Na początku  wszystko było dobrze. Snułam już plany na przyszłość i wybierałam imię dla dziecka. Zaszłam w ciążę, jednak nasze szczęście, niestety nie trwało długo. Okazało się że to ciąża pozamaciczna.

W szpitalu leżałam tydzień nie mogłam zrozumieć, dlaczego to mnie spotkało… Lekarz tłumaczył, że nie ma co zwlekać trzeba wziąć się do pracy ponieważ teraz są większe szanse na zdrową ciążę. Ufałam lekarzowi bezgranicznie dlatego staraliśmy się znowu i po miesiącu się znowu udało. Byłam szczęśliwa kolejny raz, lecz znowu nie na długo… okazało się, że to ponownie ciąża pozamaciczna.  Znowu trzeba było znowu wyczyścić wszystko…”.

 

Po usunięciu jajowodów, nie mogę mieć dzieci – pomóżcie!

„Ciężko mi o tym pisać… do dzisiaj zadaje sobie te pytanie, dlaczego padło na mnie?? Lecz nie słyszę odpowiedzi – pisze 27-letnia Maja w swoim ogłoszeniu. – „Ciąże pozamaciczne zostawiły po sobie ślad, w postaci usunięcia jajowodów, a co za tym idzie, nie mogę mieć dzieci naturalnie. Jedynie in vitro daje mi taką szansę”. „Życie mnie nie oszczędziło, dlatego proszę was wszystkich o wsparcie dla mnie… dla nas. Wierzę, że moja historia może mieć szczęśliwe zakończenie – apeluje w serwisie Pomagam.pl młoda kobieta”.

Zdążyć z in vitro przed chemioterapią – poznaj historię 26-letniej Adrianny

Na wrzesień przyszłego roku miała zaplanowany ślub . W sierpniu tego roku pojawiła się diagnoza: nowotwór złośliwy – chłoniak Hodkina.
„Całe życie wywróciło mi się do góry nogami, wszystkie plany, marzenia” – opowiada 26-letnia Adrianna Matel, szczecinianka, która za pośrednictwem portalu Pomagam.pl zbiera pieniądze na swoją walkę z rakiem.

Pieniądze zbiera na zabieg in vitro: pobranie swoich zdrowych komórek jajowych, zapłodnienie ich i zamrożenie. Zostaną wykorzystane, gdy będzie zdrowa. Teraz czeka ją wyniszczająca chemioterapia, po której grozi jej bezpłodność. Pilnie potrzebne jest 15 tysięcy złotych. NFZ nie refunduje leczenia a Adrianna właśnie straciła pracę i co za tym idzie ubezpieczenie zdrowotne.

 Zamiast ślubu i dzieci czeka mnie ciężkie leczenie i walka o życie – pomóżcie!

Adrianna w październiku rozpoczyna chemioterapię.
Na portalu Pomagam.pl, gdzie można wpłacać pieniądze, tak opisuje swoją historię:

„Do końca września muszę poddać się zabiegowi in vitro. Jest walka z czasem, jest walka z rakiem. Ważna jest dla nas każda złotówka, bo pieniądze będą nam potrzebne między innymi na kosztowne preparaty wzmacniające mój organizm, zapewne będą też inne wydatki”.

„ Do dziś słowa wypowiedziane przez konsylium są dla mnie jak wyrok:  dowiedziałam się, że in vitro może być dla mnie jedynym ratunkiem, by w ogóle mieć dzieci.”

Maja zbiera 8 tyś zł. Wpłacono 10 zł. Adrianna potrzebuje 15 tys. zł. Na jej konto wpłacono już 6 tys. 787 zł.

Na Waszą prośbę podajemy linki do zbiorek

Adrianna https://pomagam.pl/pomoc-w-walce

Maja https://pomagam.pl/Invitromaja

Co o tym sądzicie?

Popieracie takie akcje, wpłacacie pieniądze? Co sądzicie, o takiej formie zbiórki publicznej na in vitro w tak dramatycznych okolicznościach?

Polecamy:

Jak przygotować się do in vitro?

5 porad – jaka klinikę wybrać dla in vitro

Czy metoda in vitro jest bezpieczna i skuteczna?

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

7 ciąż i 2 dzieci. Moja walka o zajście w ciążę przy APS – poznaj historię Agnieszki.

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Przeciwciała kardiolipinowe utrudniały mi zajście w ciążę. Jak najlepiej opisać moje starania – raczej walkę – o dziecko? W ciąży byłam 7 razy a mam 2 dzieci. Na widok tabletek odrzuca mnie do dziś a brzuch miałam podziurawiony od zastrzyków jak poduszka do igieł.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kiedy napisaliśmy tekst o 12 badaniach, które musisz zrobić zanim zajdziesz w ciążę, pani Agnieszka napisała komentarz do wszystkich staraczek: pamiętajcie o badaniu przeciwciał kardiolipinowych (zespół antyfosfolipidowy). Dlaczego jej apel jest tak ważny? – Poznajcie historię Agnieszki.

Nic nie zapowiadało, problemów, by spełnić marzenie o dziecku

Zapadła decyzja. Tak jesteśmy gotowi na dziecko. Choć myślę o sobie, że zawsze byłam, bo mam sporo rodzeństwa i często na moich barkach zostawała opieka nad nimi. Narzeczony również tego chciał, pomimo, że oboje byliśmy wówczas bardzo młodzi. Więc działaliśmy, ale ciąża się nie pojawiała…

Długie starania przyniosły oczekiwaną nowinę

Pod opieką ginekologa byłam od ukończenia 12 lat. Zawsze imały się mnie jakieś infekcje, torbiele. Zaczęłam się martwić, że coś nie gra.
Aż któregoś dnia się obudziłam i wiedziałam, że się udało! Po prostu to czułam. Test potwierdził moje przypuszczenia. Na ciążę czekałam niecały rok.  Czułam się średnio, ale myślałam, że to typowe dolegliwości ciążowe. Z drugiej strony denerwowałam się, że o wszystkie badania muszę prosić lekarza, nawet o USG. Lekarz zapewniał, że wszystko w porządku, więc mu wierzyłam.
W 33 tygodniu  ciąży obudziły mnie skurcze. Wiedziałam, że dzieje się coś złego. Pojechałam na izbę przyjęć, bo wiedziałam, że mój lekarz machnie ręką. Okazało się, że mam rozwarcie około 3 cm, a skurcze nada się rozkręcają. Leki, zastrzyki na podtrzymanie ciąży i tak 9 dni. Miałam na siebie uważać, więc bardzo o siebie dbałam. Rodzić zaczęłam dopiero w 41 tygodniu. Na porodówce szło szybko i książkowo. Przy przebijaniu wód okazało się, że nie są one prawidłowe. Urodziłam w asyście męża i położnej po 8 godzinach. Syn ważył 3700g i miał 56 cm. Urodził się siny i nie płakał. W ogóle się nie ruszał. Dostał 3/5/8/8 pkt. Długo krzyczałam, że chce, żeby zapłakał. Zabrali go a mąż pobiegł z nimi. Wrócił po 30 min. z dobrą nowiną, że synek oddycha.

Okazało się, że synek jest bardzo słaby, że złapał wszytko co mógł, od zapalenia ropnego, po gronkowca złocistego. Trafił do inkubatora poprzyczepiany kabelkami do aparatury. Lekarze się dziwili, że taki duży, fajny a ma taki słaby organizm.

Nikt wówczas nie dociekał, czy to nie jest moja wina a ja… znowu zaszłam w ciążę

Syn wyleczony z bakterii po 2 tygodniach wrócił ze mną do domu. Po niedotlenieniu okołoporodowym synek wymagał rehabilitacji. Dziś ku zaskoczeniu lekarzy chodzi, mówi, śmieje się i nic po nim nie widać.
W lipcu tego samego roku ponownie zaszłam w ciążę.  Po kilku dniach od wykonania testu dostałam miesiączki, ale innej niż do tej pory. Bardzo obfitej.  Więc na wszelki wypadek zrobiłam IP. Diagnoza: nieprawidłowe krwawienie maciczne. Pomyślałam wtedy, że to wina wadliwego testu. Dopiero dużo lat później dowiedziałam się, że to była ciąża biochemiczna.
Myśl o następnym dziecku pojawiła się po 3 latach. Starania, ale na spokojnie, aż w sierpniu się udało patrzę, znów dwie kreski. Radość nie trwało jednak długo. Po kilku dniach koszmar sprzed lat się powtórzył. Wiedząc że coś jest nie tak znów zrobiłam IP, a tam ta sama diagnoza. Kiedy pokazałam testy ciążowe lekarzowi, stwierdził: „że czasem tak bywa”. Nic mi nie wytłumaczył. Znów ciąża biochemiczna, czyli już 2.

Staraliśmy się dalej, ale bezowocnie.

Czarny scenariusz powracał jak bumerang…

W maju 2015 roku (5 lat od 1 porodu) ponownie zaszłam w ciążę, potwierdzoną dwoma testami ciążowymi z moczu i tym razem również z krwi. Wynik pozytywny. Niestety scenariusz ponownie się powtórzył. Poroniłam pod  koniec 6 tyg. ciąży, zanim dostałam się do innego lekarza. Płakałam 3 dni.
Wróciłam do domu. I nie mogłam uwierzyć. Poszłam do kolejnego lekarza. Opowiedziałam całą historię, poprosiłam o wytłumaczenie. Choć w głowie kołatały mi się myśli… czemu ja??? Gdy usłyszałam: „że tak bywa, że natura i Bóg wiedzą co robią, jestem młoda mam zrobić następne” wyszłam trzaskając drzwiami.
Odczekałam dokładnie 3 miesiące. I się udało.
I znów kilka testów każdy innej firmy, wszystkie pozytywne. Test z krwi. Pozytywny. Poszłam do lekarza, na USG pokazał zarodek, po czasie serce… Cieszyłam się niewyobrażalnie…. Poroniłam w 11 tygodniu ciąży.
Z wypisem wróciłam do lekarza, zapytałam czemu mi nie dał żadnych leków podtrzymujących ciążę (a prosiłam kilka razy), powiedział, że ciąży do 13 tygodnia się nie ratuje, to jest kwestia Boga. I że tak miało być.
Jak zapytałam co teraz, dowiedziałam się, że lekarz nie widzi potrzeby robienia szczegółowych badań i dociekania , dlaczego nie mogę utrzymać ciąży, bo…muszę poronić 3 razy!!1 Z płaczem zapytałam, czy ma serce skazywać mnie 3 raz na to samo. Nic nie powiedział. Już do niego nie wróciłam. Zamknęłam się w sobie.
Szukałam na własna rękę. Polecono mi innego lekarza.  Zaproponował serie badań: morfologia, ob, crp, żelazo, mocz, toksoplazmoza, żółtaczka, cytomegalia i przeciwciała kardiolipinowe.

Jak usłyszałam, że mogę, chciałam zawalczyć o ciążę

Zrobiłam wszystkie zlecone badania. Lekarz żartował, że dużo tego wyszło, ale warto sprawdzić wszystko, żeby wykluczyć…. no właśnie. Wszystkiego nie dało się wykluczyć, bo okazało się, że jeden z wyników zdecydowanie odbiega od normy. Wyszły mi przeciwciała kardiolipinowe na bardzo wysokim poziomie.
Lekarz wytłumaczył mi, że jest to zespół antyfofolipiodwy, gdzie przeciwciała w krwi działają przeciwko własnemu organizmowi. Że powinnam znaleźć reumatologa, który się mną zaopiekuje. Wytłumaczył mi, że jeśli chodzi o ciążę, jest to możliwe, ale leczenie jest trudne i wymagające.
Postanowiłam zawalczyć o dziecko, dlatego zdecydowałam się na leczenie.  Brałam leki i codziennie zastrzyki w brzuch. Po 1 zastrzyku płakałam, bo był bolesny, po 2 też… po 5 już tylko wykrzywiałam z bólu twarz. Potem znów to samo, test ciąża i znowu biochemiczna.

Powiedziałam sobie dość! To było ponad moje siły!

Powiedziałam dość, nie dam rady. Był luty 2016. Byłam zmęczona psychicznie i fizycznie.  Poszłam do nowego ginekologa. Tym razem to była kobieta. Nowa pani doktor była bardzo życzliwa, życiowa osoba, płakała ze mną. Przytuliła mnie oznajmiając; damy radę. Powtórzyła badania, potwierdziła diagnozę.

Przeciwciała kardiolipidowe stały na mojej drodze do ciąży

Przeciwciała kardiolipinowe uszkadzają moje komórki w tym jajowe. Więc przed zajściem w ciążę, znowu to samo leczenie: leki i zastrzyki.

Momentami miałam dość tego bólu i codziennych zastrzyków. Mój brzuch wyglądał jak poduszka do igieł. Jednak szybko sobie przypominałam, po co to robię i wiara wracała. I się udało.

Ciąża nie była łatwa. Na izbie przyjęć w szpitalu bardzo dobrze mnie już znali. Ale najważniejszy był efekt: w styczniu 2017 urodziłam przez CC syna w 37 tygodniu : 3900g 56 cm – wielki,  zdrowy, najpiękniejszy na świecie syn.

Jak najlepiej opisać moje zmagania (raczej walkę) o ciążę? W ciąży byłam 7 razy a mam 2 dzieci. To mój ból, krzyk, moja karma i wołanie lekarzy: tak ma być, Bóg tak chciał.

POLECAMY:

Strata po stracie – poronienia nawracające

Zespół antyfosfolipidowy przyczyną poronienia

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

 

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Strata za stratą… miłość i tak zwycięża! „Zrobiłabym wszytko tak samo, by tylko mieć nasze córeczki”

Fot. archiwum prywatne / Julka przytulająca się do siostry będącej jeszcze w brzuchu mamy
Fot. archiwum prywatne / Julka przytulająca się do siostry będącej jeszcze w brzuchu mamy

Karolina i Rafał są ze sobą od 14 lat, jednak ich doświadczenie spokojnie można przełożyć na co najmniej sto bitych lat. Przeżyli razem upadki – poronienia, śmierć rodziców – ale i wzloty. Są bowiem rodzicami pięcioletniej Julii, a druga córka jest w drodze: „Gdy patrzę w przeszłość, zrobiłabym wszytko tak samo by tylko mieć nasze córeczki” – mówi Karolina.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wspólna droga zaczęła się, gdy Karolina miała 18 lat. Można by rzecz: „szczenięca miłość”, ale zakochani szybko wiedzieli, że chcą ze sobą zbudować rodzinę. Chcieli mieć przynajmniej jednego syna, o czym już wtedy rozmawiali. „Mąż jest starszy ode mnie o 9 lat. Szukał wtedy pracy, ja dopiero skończyłam szkołę. Mieliśmy jeszcze czas” – mówi Karolina i dodaje, że starania rozpoczęli dopiero kiedy oboje zawodowo stanęli na nogi i zamieszkali z rodzicami Rafała. „Był to 2006 rok. Nie było jednak w nas szczególnej presji. Kiedy jednak po trzech latach nie było efektu, stwierdziliśmy, że coś jest nie tak. To właśnie wtedy zaczęłam odwiedzać lekarzy” – opowiada.

Początek trudnej drogi

Specjaliści nie byli jednak specjalnie pomocni. Twierdzili, że para jest jeszcze młoda i nic złego się nie dzieje. Nie byli też szczególnie wrażliwi: „Pod koniec 2009 roku, któryś już z kolei lekarz, na podstawie badania USG powiedział, że prędzej trafimy szóstkę w totka, niż będziemy mieć dziecko. Skąd wysnuł taki wniosek? Uważał, że za bardzo się staramy i za dużo myślimy o ciąży. Kazał nam zająć się czymś innym. Zajęliśmy się więc przygotowaniami do ślubu” – mówi Karolina i wspomina swoją skromną, wymarzoną ceremonię, która otworzyła przed parą nowy etap. Niestety nie był on łatwiejszy.

Kilka miesięcy po ślubie Karolina trafiła do lekarki, która dokładniej zaczęła przyglądać się jej problemom. Po trzech miesiącach stymulacji lekami i monitoringów doszła do wniosku, że trzeba wykonać zabieg laparoskopii – nakłuwania jajników. „Miesiąc później byłam w ciąży. Trwała niestety tylko sześć tygodni. Straciliśmy nasze maleństwo 1-ego stycznia 2011 roku” – opowieść wciąż wywołuje w Karolinie duże emocje. I nic dziwnego, trudno wyobrazić sobie ból, z którym musiała się zmierzyć. „Poddałam się. Powiedziałam sobie, że nie będziemy rodzicami. Trwałam w tym przekonaniu do lipca, kiedy to na nowo rozpoczęliśmy walkę o maluszka” – dodaje.

Głową w mur

Był to czas pełen zmagań nie tylko z ciałem i biologią, ale też z emocjami. „Kłóciliśmy się z mężem, który nie chciał zgłosić się na badania nasienia. Twierdził, że jestem w ciąży, bo rzeczywiście spóźniał mi się okres. Konflikty nie ustępowały i dla świętego spokoju zrobiłam test. Ku mojemu zdziwieniu ukazały się dwie grube, piękne kreski! Kilka miesięcy później, w 2012 roku, na świat przyszła nasza zdrowa, upragniona córeczka!” – mówi Karolina i podkreśla, że sama ciąża była też dla niej dużym wyzwaniem. Była bowiem zagrożona, a ona musiała kilkukrotnie przebywać w szpitalu. Nie przyćmiło to jednak ich ogromnego szczęścia. Szczęścia, które popchnęło parę kilka lat później do starań o rodzeństwo dla Julii. Znów niestety nic nie szło po ich myśli.

W styczniu 2015 roku zwolniłam się z pracy, bo nie mieliśmy z kim zostawić córki. Dodatkowo teściowa, która chorowała na raka, była coraz słabsza i potrzebowała de facto więcej opieki, niż nasze dziecko” – opisuje z trudem Karolina. Kilka tygodni później znów jednak zobaczyła dwie kreski. Tym razem oprócz ogromu radości, było też jednak wiele strachu. Dlaczego nie udało się miesiąc wcześniej, gdy jeszcze oboje mieli pracę? Jak teraz poradzą sobie z dwójką maluchów? Wszystko wynagradzało jednak szczęście córki, która nie mogła już doczekać się rodzeństwa.

Los nie daje za wygraną

Pierwsze tygodnie ciąży były trudne – wymioty, mdłości i liczne wizyt u lekarza. W 10. tygodniu ciąży wszystko zdawało się być jednak w porządku. Mdłości ustąpiły, a Karolina i Rafał zaczęli się uspokajać. „Nie wiedziałam wtedy, że oznacza to najgorsze. W 14. tygodniu ciąży okazało się, że maluszek już od jakiegoś czasu nie żyje. Świat mi się zawalił. Pytałam się siebie, jak to możliwe?! Przecież wszystko było dobrze?!” – mówi Karolina. Spędzało jej sen z powiek przede wszystkim to, jak powie o stracie starszej córce, która już kochała swojego upragnionego braciszka. Spokojna rozmowa, wizyta w szpitalu i powrót do rzeczywistości.

Wszystko to kosztowało Karolinę bardzo wiele, nadzieję dała jej wtedy Julia: „Mała stanęła w oknie i patrząc w niebo powiedziała: ‘Mamo, tam na chmurce siedzi mój braciszek. Macha do mnie i mówi, że do nas wróci’. Zatkało mnie. Żyliśmy z dnia na dzień właśnie dla naszej córki. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że najbliższy rok skrywa kolejne złe dni pełne płaczu. 3 miesiące po stracie dziecka mąż stracił matkę. Nie zdążyliśmy podnieść się po jej śmierci, a po kolejnych trzech miesiącach mąż pochował ojca. Tego było już dla nas za wiele” – historia Karolina jest wręcz trudna do wyobrażenie. Nic dziwnego, że para zdecydowała się w pewnym momencie zaprzestać starania o kolejne maleństwo. Przewrotność losu jest jednak nie do przewidzenia. Pod koniec stycznia Karolina znów miała mdłości.

Wszystko będzie dobrze!

Szok, radość, łzy i strach, że po raz kolejny będzie tak samo. Że znów stracimy maluszka, a najbardziej będzie cierpiała córka. Mijały jednak tygodnie, a mdłości się nasilały. Moja ginekolog mówiła, że to dobry znak i mamy wierzyć, że będzie dobrze” – mówi Marta, która jest właśnie w 33. tygodniu ciąży. Wszyscy oczekują już przyjścia na świat drugiej dziewczynki. „Malutka kopie bardziej, niż pierwsza córeczka, z czego bardzo się cieszymy. Szykujemy wyprawkę i czekamy. Chcemy ją w końcu przywitać, poznać i przytulić” – dodaje szczęśliwa dziś mama.

Los zdaje się być naprawdę pokrętny. W ciągu kilkunastu lat związku Karolina i Rafał przeżyli bowiem wiele zwrotów. „Najważniejsze jednak, że zawsze byliśmy razem. Nawet wtedy, gdy traciliśmy nasze maluszki mąż był ze mną i dawał wiele wsparcia” – mówi kobieta i dodaje: „Gdy teraz patrzę w przeszłość, zrobiłabym wszystko tak samo, by tylko mieć nasze córeczki… te kopniaki wynagradzają wszystko!”.

Fot. archiwum prywatne / Karolina z Julią

Fot. archiwum prywatne / Karolina z Julią

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Ostatnia szansa na in vitro. Czy rząd zniszczy ich marzenia?

trzecie podejście do in vitro
Facebook - Monika Majtczak

Pani Monika i pan Krzysztof mają za sobą dwie próby zapłodnienia metodą in vitro. Większość czasu podporządkowują najważniejszemu celowi – staraniom o dziecko. Nie wiedzą jednak, czy po raz trzeci uda im się spróbować. Na drodze do ich szczęścia mogą stanąć działania rządu.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pani Monika wraz z partnerem korzystają z programu refundacji in vitro w Łodzi. Niedawno dostali informację, że w listopadzie mogą podejść do trzeciej, ostatniej już próby w ramach programu. Boją się jednak, że przez działania rządu nie będą już mieli takiej możliwości. Wszystko wskazuje na to, że rząd i minister zdrowia Konstanty Radziwiłł dążą do zablokowania samorządowych dofinansowań na zabiegi in vitro.

– Mam nadzieję, że będziemy mogli spróbować – mówi ze łzami w oczach pani Monika. Podkreśla przy tym, że teraz przede wszystkim liczy się czas. – Zegar tyka, nam lat nie ubywa – dodaje w rozmowie dziennikarzem TVN24.

Dofinansowanie in vitro w Łodzi

W Łodzi miejski program dofinansowania procedury in vitro cieszy się dużym powodzeniem. Jak pisaliśmy we wrześniu, miasto planowało przeznaczyć na ten cel 1 mln złotych rocznie. Radny Adam Wieczorek podkreślał wówczas, że wyniki programu znacząco przewyższyły jego założenia.

Normy WHO, dotyczące skuteczności procedury in vitro, kształtują się od 20 do 40 procent i jest to wskaźnik dotyczący skuteczności zapłodnienia. U nas wskaźnik ten wynosi 41 procent – podkreślił Adam Wieczorek.

Co czuje człowiek, który ma świadomość, że być może nigdy nie zostanie rodzicem? – Na samą myśl pojawiają mi się łzy – mówi pani Monika. – To jak zabranie kawałka siebie – dodaje.

Według nowych przepisów, samorządy dofinansowujące z własnej kasy zabiegi zapłodnienia pozaustrojowego, będą musiały w pierwszej kolejności zgłosić się po opinię do Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT). Warto zaznaczyć, że komisja ta podlega ministrowi zdrowia.

Za rozpoczęcie programu bez wydania decyzji AOTMiT oraz w przypadku negatywnej opinii, samorządom będą grozić kary. Do tej pory opinia AOTMiT nie była wiążąca, a gminy samodzielnie mogły podejmować decyzję o rozpoczęciu lokalnych programów leczenia niepłodności metodą in vitro.

Jak podkreśla minister Konstanty Radziwiłł, nowe przepisy zablokują „wydawanie przez gminy pieniędzy na rzeczy bezsensowne”. Czyli w jego opinii, na in vitro. – Mam nadzieję, że ktoś z rządu może słuchając tych paru słów ode mnie pomyśli, jak to jest ważne dla wielu osób – mówi pani Monika.

Ile kosztuje in vitro w Polsce?

– Z samą procedurą in vitro jest dużo napięcia emocjonalnego, dużo nerwów, dużo stresu, dużo niewiadomych, to w tym momencie to jest dodatkowy stres. Co jeżeli się okaże, że samorządy będą musiały nam odmówić środków i będziemy musieli pokryć koszt w całości? – zastanawia się pani Monika. Jak dodaje, nie wyobraża sobie takiej sytuacji, ponieważ wraz z partnerem są przygotowani tylko na częściowe pokrycie kosztów leczenia.

A koszty są niemałe. Zgodnie ze wstępnym cennikiem w klinikach jest to wydatek rzędu 10 – 12 tys. złotych. Ceny te nie obejmują jednak dodatkowych badań wstępnych i późniejszych badań laboratoryjnych. W efekcie okazuje się, że koszty są o 50 proc., a czasem nawet o 100 proc. wyższe od początkowego założenia! O kosztach in vitro możecie przeczytać tu.

Poczucie wstydu

Pani Monika wskazuje na jeszcze jeden ważny problem związany z leczeniem niepłodności. Część osób korzystających z metody in vitro boi się opowiedzieć o tym znajomym, a nawet rodzinie. – Boją się napiętnowania z każdej ze stron – zauważa.

Z takim napiętnowaniem mogą się spotkać zwłaszcza kobiety z małych miejscowości. Zdarza się, że kiedy uda im się już zajść w ciążę, nie informują swojego ginekologa, że korzystały z procedury in vitro. Czego się boją? Reakcji ludzi, wytykania palcami, często chcą po prostu oszczędzić dziecku przykrości.

Wciąż jeszcze zdarza się przecież słyszeć, że „dzieci z in vitro gorzej się rozwijają”, a embriony „poddaje się utylizacji”. Niedawno plakaty o takich treściach pojawiły się na państwowej uczelni (!) w Lublinie, o czym pisaliśmy kilka dni temu. Zobacz materiał

„Niepłodność to rodzaj kalectwa”

Pani Monika widzi jednak światełko w tunelu. Po reportażu zaczęły do niej pisać inne kobiety, które również starają się o dziecko metodą in vitro. Wśród nich była Kasia, dziewczyna z niewielkiej miejscowości, która nie miała okazji i możliwości wypowiedzieć się na ten temat przed kamerą.

„Ja bym powiedziała, ze niepłodność to rodzaj kalectwa” – twierdzi Kasia. „Bo jak żyją ludzie w pełnych rodzinach? Wstają rano, robią dzieciom śniadanie, spędzają radosne poranki, żyją życiem, które nam zostało odebrane bez winy. Jaka jest w tym nasza wina, co my mamy robić po przebudzeniu…? Zabrano nam jakość życia i podstawową potrzebę posiadania dzieci, to nie kwestia marzenia, z którego można zrezygnować, to podstawowa potrzeba! To nasze prawo, dlaczego ktoś nam to prawo odbiera?” – zastanawia się Kasia.

Jak podkreśla pani Monika, tego typu wiadomości od obcych osób są dla niej pokrzepieniem. Wie, że nie jest sama i razem z nią głośno o in vitro wkrótce będą mówić dziesiątki, a może nawet setki kobiet. – To dobry początek, bo może zaczną nabierać odwagi, by mówić rodzinie, znajomym, a wreszcie może w większym gronie będziemy wypowiadać się publicznie. Może materiał będzie przepustką do tego, by wprowadzić ludzi z naszego otoczenia w ten ważny intymny i ciężki etap walki o dziecko. Zdecydowanie nam wszystkim brakuje wsparcia.”

Jak przyznaje nasza bohaterka, mówienie o niepłodności i in vitro nie jest łatwe. – Było to dla mnie trudne. Ale nie wstydzę się i jestem dumna z tego, że mogę teraz otwarcie na ten temat rozmawiać – dodaje na zakończenie.

Zobacz także:

Krucjata Młodych organizuje publiczny Różaniec. Modlitwą będą walczyć ze „sztucznym zapłodnieniem”

Rezerwa jajnikowa – czyli po co robić test płodności AMH i FSH?

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Czarno na białym, Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.