Przejdź do treści

Pas 4D pokazujący dziecko w brzuchu matki – HIT, czy KIT?

Fot. Screen Futurism Facebook
Fot. Screen Futurism Facebook

Wielu rodziców oczekujących dziecka chciałoby jak najszybciej zobaczyć swoje maleństwo. Tradycyjne USG wydaje się być przeżytkiem, gdy na rynku pojawiają się takie oto smaczki – specjalny pas 4D pozwalający wyobrazić sobie dziecko jeszcze będące w brzuchu mamy.

Projekt autorstwa Melody Shiue, projektantki z University of New South Wales, przedstawił między innymi „Futurism”. Maszyna miałaby być pomocna nie tylko w obserwacji dziecka, ale też w stymulacji jego rozwoju, bowiem jeszcze podczas bycia w łonie matki można przekazać maluchowi wiele umiejętności i emocji. Ważny jest też aspekty zdrowotny – wyłapywanie ewentualnych wad rozwojowych.

Komentarza internautów są jednak w ocenie mocno podzielone:

To wygląda śmiesznie, nie mogę sobie nawet wyobrazić kobiety zgadzającej się na noszenie przez dłuższy czas jeszcze większego ciężaru wokół brzucha. Dodatkowo, możliwe efekty nieustannego bombardowania rozwijającego się płodu ultradźwiękami, to eksperyment, którego raczej nie przeprowadzę.

Natura znalazła najlepszy sposób na tę zagadkę i wszystkie inne są bezużyteczne. Nie wiem dlaczego lubimy zmieniać naturę, ponieważ ona sama w sobie jest najwyższą i najpraktyczniejszą formą techniki!

Gdy humanizujesz płód, starasz się postrzegać go takim, jaki naprawdę jest. Wyobrażam sobie, że będzie to najbardziej efektywne narzędzie pro-life, jakie możemy kiedykolwiek wymyślić.

Może być to urządzenie przydatne w ciążach wysokiego ryzyka, ale w większości przypadków kiedy ludzie chcieliby go używać, przypuszczam, że byłoby to niepotrzebne.

Jest potencjał w czasowym użyciu, ale prawdopodobnie potrzeba więcej badać odnośnie fal i ich efektów oddziaływania. Może dawać wiele istotnych możliwości, bądźmy cierpliwi, to jest wspaniały pomysł

Jest się nad czym zastanawiać

To tylko niektóre z mocnych słów, jakie pojawiły się w dyskusji internautów. Widzimy, jak wiele wątków zostało poruszonych. Zdrowie dziecka, „naturalność” ciąży, podejście pro-life, trudy związane ze zmieniającym się kobiecym ciałem. Niby tylko kolejna idea naukowców, a tak wiele tematów do przemyślenia!

Pisaliśmy niedawno w naszym portalu o projekcie innego urządzenia – Oculus Rift: „Dzięki niemu, rodzice będą mogli obserwować, jak rozwija się ich dziecko i jednocześnie słyszeć bicie jego serca >>KLIK<<. Jest to sprzęt, który wykorzystuje wirtualną rzeczywistość i pomaga uzyskać niezwykle wyraźny obraz płodu. Czyżby czekał nas w niedługim czasie prawdziwy skok techniczny?

Źródło: „Futurism” Facebook

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Mindfulness receptą na „baby blues” i depresję poporodową – dlaczego warto być tu i teraz?

minfulness

Coraz więcej mówi się o mindfulness, jako znakomitej metodzie redukcji stresu. Odpowiednie treningi i warsztaty pomagają skupić się na byciu tu i teraz, na oderwaniu się od codziennego mętliku w głowie i znalezieniu balansu. Tego typu praktyki mogą być szczególnie korzystne dla kobiet w ciąży. Pomagają uniknąć popularnego „baby blues”.

Spokój nas uratuje!

Eksperci podkreślają, że nie chodzi tylko o wspomniany tu „baby blues”, ale nawet o depresję poporodową. Mindfulness pomaga bowiem zmniejszyć napięcie i lęk przed pojawieniem się dziecka. Ma także zmniejszać ryzyko konieczności porodu poprzez cesarskie cięcie.

Kobiety, które w czasie ciąży uczestniczyły w tego typu zajęciach, zgłaszały mniej objawów związanych z zaburzeniami nastroju po urodzeniu dziecka. Okazuje się też, że potrafią one otoczyć maluchy lepszą opieką. Kierowniczka badań Dr Larissa Duncan z University of Wisconsin-Madison uważa, że prezentowane tu wyniki badań można przełożyć także na funkcjonowanie mężczyzn. Uważność pozwala rodzicom lepiej radzić sobie między innymi z płaczem dziecka, co czytamy w „Daily Mail”.

Wdech-wydech

Badane kobiety brały udział w zajęciach, które koncentrowały się wokół technik oddechowych, medytacji i jogi. Uczone były skupiania się na chwili obecnej. Jest to niezwykle istotne, bowiem stres związany z pojawieniem się dziecka może być naprawdę ogromny. Według niektórych danych depresja poporodowa dotyka nawet jedną na siedem matek. Warto więc zadbać o siebie wcześniej.

Historię swoich zmagań z zaburzeniami nastroju i macierzyństwem pokazał światu między innymi Kathy DiVincenzo, o której pisaliśmy w naszym portalu. Zdjęcie jej codzienności, które zaprezentowała w sieci, daje silny sygnał, że nic nie jest czarno-białe. Smutek potrafi przykryć nawet szczęście bycia matką  >>KLIK<<

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Jedzenie TYCH produktów może zmniejszyć ryzyko wcześniejszej menopauzy niemal o 60 proc. – masz je w swojej diecie?

wcześniejsza menopauza

Odpowiednia dieta może pozytywnie wpływać na wiele aspektów związanych ze zdrowiem – oto najnowszy przykład pokazujący, jak możemy zmniejszyć ryzyko wystąpienia wcześniejszej menopauzy. Okazuje się, że warto wprowadzić do swojego menu większe ilości białka roślinnego w postaci tofu, soi, czy też orzechów.

Problem tysięcy kobiet

Jak pokazują dane, w Wielkiej Brytanii nawet 1 na 10 kobiet przechodzi okres menopauzy przedwcześnie – zanim osiągnie 45 lat (niektórzy mówią nawet o granicy 40 lat). Powoduje to wzrost ryzyka chorób serca, osteoporozy, spadek funkcji poznawczych, ale też oczywiście płodności. Jest to niezwykle ważne, bowiem menopauza występuje wtedy, gdy ciało przestaje naturalnie wytwarzać estrogeny i inne hormony płciowe, co zatrzymuje zdolności reprodukcyjne kobiet. Średnio występuje w wieku 51 lat. Wcześniejsza menopauza znacznie skraca więc czas kobiety na decyzję o macierzyństwie.

Co masz na talerzu?

Najnowsze badania wykazały, że zwiększenie ilości produktów białkowych pochodzenia roślinnego, powoduje zmniejszenie ryzyka wcześniejszej menopauzy niemal o 60 proc. Badacze przez dwie dekady obserwowali 116,000 kobiet. Rozpoczęli w 1991 roku, zakończyli w 2011, gdy uczestniczki badania były już po menopauzie. Zauważyli, że kobiety, których dieta przewidywała przynajmniej 9 proc. spożywanych kalorii właśnie pochodzących z białka roślinnego – tofu, soja, orzechy, brązowy ryż, produkty pełnoziarniste – objawiały o 59 proc. niższe ryzyko wcześniejszej menopauzy, niż kobiety posiadające w diecie mniej niż 4 proc. białka roślinnego.

Pracę opublikowano w „American Journal of Epidemiology”, w której to eksperci podkreślają, że dietę szczególnie bogatą w białko roślinne mają wegetarianie. Korzyści przynosi też tzw. dieta ‘flexitarian”. Kilka dni w tygodniu na diecie wegetariańskiej i odstępstwa na niektóre posiłki zawierające mięso. Naukowcy podejrzewają, że białko roślinne – które ma inną formę, niż białko pochodzenia zwierzęcego – chroni jajniki i redukuje wyczerpywanie się pęcherzyków, o czym donosi „Daily Mail”.

Jest to kolejne ciekawe doniesienie w tym kontekście. Niedawno pisaliśmy w naszym portalu o innych ważnych składnikach diety, który mogą pomóc w walce z wcześniejszą menopauzą: „Osoby spożywające najwięcej witaminy D wykazywały ryzyko wystąpienia wczesnej menopauzy o 17 proc. niższe. Wysokie spożycie wapnia zmniejszało zaś opisywane tu ryzyko o 13 proc.” – więcej tutaj: >>KLIK<< Co ciekawe, pisaliśmy już także o produktach pochodzenia roślinnego. Mleko sojowe okazało się być pomocne w radzeniu sobie między innymi z PCOS >>KLIK<<.

Czy wymienione tu produkty znajdują się w twojej diecie? A może ich wprowadzenie do codziennego menu pozwoliło poczuć ci zmiany w funkcjonowaniu twojego ciała? Podziel się z nami swoim doświadczeniem!

Źródło: Daily Mail

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Poród okiem matki – perspektywa, która chwyta za serce!

Foto: Lisa Robinson Photography
Foto: Lisa Robinson Photography

Zdjęcia z porodów są przeważnie pełne emocji – z jednej strony radość, z drugiej lęk przed nieznanym, ale też cały ogrom miłości. Nie sposób jednak zobaczyć na nich perspektywę matki, bo niby jak miałaby robić zdjęcia rodząc?! Otóż ta kobieta złamała wszelkie konwenanse.

Siła obrazu

Fotografka Lisa Robinson-Ward na co dzień zajmuje się fotografią ślubną i portretową. Kiedy zaszła w ciążę postanowiła uwiecznić poród córki Anory w niekonwencjonalny sposób. Robiła zdjęcia ze swojej własnej perspektywy. Nie sposób nie cieszyć się z takiego obrotu sprawy, bowiem zdjęcia chwytają za serce! Tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę historię kryjącą się za narodzinami Anory. Fotografka i jej mąż mają już 10-letniego syna i przez lata starali się o kolejne dziecko. Przeżyli po drodze dwa poronienia. Kiedy postanowili zaprzestać starań okazało się, że oczekują maleństwa. Anora ma dzisiaj już niemal dwa lata.

Nie wiedziałam czy będę w stanie robić zdjęcia, czy też nie” – przyznała kobieta. „Zdecydowałam się, ale nie byłam pewna, czy będę dała radę to wykonać” – jej słowa cytuje „Huffington Post”. Kobieta relacjonuje na zdjęciach całą drogę, którą pokonała od rozpoczęcia akcji porodowej, poprzez niezbędne badania, przyjęcie znieczulenia, wsparcie męża i lekarzy. Miała na szczęście łatwy poród, dobrze się czuła i nie pojawiły się żadne komplikacje. Niewątpliwie emocjonalnie była to jednak doniosła chwila. „Część mnie bała się, że gdy będę robić zdjęcia, to tak naprawdę nie będę tam obecna. Byłam jednak całkowicie” – skomentowała fotografka, a dodatkowe wzruszenie przedstawiają wykonane przez nią obrazy.

Obok takiej relacji nie sposób przejść obojętnie!

 

1

Foto: Lisa Robinson Photography

 

2

Foto: Lisa Robinson Photography

 

3

Foto: Lisa Robinson Photography

 

4

Foto: Lisa Robinson Photography

 

5

Foto: Lisa Robinson Photography

 

6

Foto: Lisa Robinson Photography

 

7

Foto: Lisa Robinson Photography

 

8

Foto: Lisa Robinson Photography

 

9

Foto: Lisa Robinson Photography

 

10

Foto: Lisa Robinson Photography

Źródło: „Huffington Post”

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Historia matki i córki z in vitro: Żeby w przestrzeń mówiąc, usłyszeć: Jestem człowiekiem.

in vitro malgosia

Irena nie mogła mieć dzieci. Dwa poronienia, wieloletnie leczenie niepłodności. Zdecydowała się w latach 90. na in vitro. Na świat przyszły dwie dziewczynki – Małgosia i trzy lata później Ania. Obie w 2009 r. zagrały w spektaklu „Bal na Planecie Ziemia”.  O życiu po in vitro, tolerancji, Bogu, spektaklu i polityce z Ireną Kowalewską i jej córką Małgosią – studentką Uniwersytetu Warszawskiego, w ich pięknym mieszkaniu na poddaszu jednej z kamienic na warszawskim Powiślu rozmawia Artur Pastuszka.

AP: Zagrałaś, Małgosiu, w spektaklu, który w dużej części opowiadał o Twoim życiu. Jak czuje się dziecko wcielając się w postać innego dziecka, które ma taką samą historię?

MK: Na pewno było mi łatwiej. Nie musiałam być jakąś spektaklową „Dziewczynką nr 1”, mogłam być sobą. Tylko sceniczna Mama nie była moja. Nie rozumiałam wtedy tego, co mówili aktorzy. Nie miałam pojęcia, kto to jest „Ojciec Dyrektor”…Dopiero teraz, kiedy po latach oglądałam „Bal na Planecie Ziemia” na Youtube, doceniłam, jak inteligentny jest to spektakl; jak wiele wnosi, jak ważne jest to wszystko, co  ja mówiłam, co mówiła tam moja „Matka Ziemia”, „Ojciec Słońce”, pani „Moherowy Beret”, o czym mówiły teksty piosenek… Wtedy ważniejsze było dla mnie to, co się działo na scenie, że teatr, publiczność… Wtedy na tym się skupiałam, że  takie wielkie – „WOW!”

Czy przy tej okazji wróciły wspomnienia?  Pytam o te, które pamięta się latami. Otoczenie zachowuje się w różny sposób, ludzie mają różny poziom wiedzy, tolerancji…

 M.K.: Ja byłam wychowywana tak, że in vitro to jest coś normalnego. Byłam „od zawsze” przeświadczona o tym, że  jedni się rodzą  tak, a inni inaczej. Nie przypuszczałam nawet, że można o in vitro myśleć jak o czymś „złym” czy „nienormalnym”. Nawet jako dziecko, kiedy ktoś mówił o in vitro w jakiś dziwny, nieprzychylny sposób, to ja nie rozumiałam o co chodzi! Ale pamiętam jedną sytuację z okresu, kiedy przygotowywałam się  do spektaklu i pytano mnie, dlaczego ja mam zagrać? A ja mówiłam, że dlatego, że jestem z in vitro, to jakiś chłopak powiedział mi coś nieprzyjemnego. Poza tym – nic. Później, jak już byłam trochę starsza zdarzały się te sytuacje częściej. Jedna była dla mnie bardzo, bardzo przykra. Ale nie czuję, żeby mnie to nadal bolało, bo wiem jak jest naprawdę. Jestem tak wychowana.

A.P.: „Kim jestem, świecie, kim jestem? Czy jestem człowiekiem?!” – pytasz w spektaklu, a echo powtarza – człowiekiem – człowiekiem – człowiekiem… Czy, podobnie jak bohaterka spektaklu, miałaś takie wątpliwości?

M.K.: Nie. Nigdy. No właśnie w tym jest „problem”, że… Nie potrafię tego wyjaśnić… Ja, jako dziecko nie miałam pojęcia, że można to uznać za coś innego, coś wykraczającego poza jakąś normę, że to jakaś „nowość”. Ja nie widziałam tego                  z takiej perspektywy. Później, kiedy zaczęły się dziać te „afery” wokół in vitro, a ja byłam nieco bardziej świadoma, mogłam bardziej zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie myślą o tym  inaczej niż ja.

 

Zatem „Uciekałam i wracałam” to nie jest tekst Twojej piosenki? Nie miałaś ucieczek mentalnych?

 

M.P.: Nie. Ja się chyba nawet trochę tym chwaliłam. Ale wrócę jeszcze do spektaklu. Pamiętam, że, zwłaszcza tą jedną sceną,  bardzo się przejęłam i – kiedy przyswajałam kwestię „Kim jestem, świecie, kim jestem? Czy jestem człowiekiem?” – wiedziałam, że muszę to dobrze zrobić, żeby mówiąc to w przestrzeń, usłyszeć, że Jestem Człowiekiem! Ostatnio wysłałam link do spektaklu swojemu chłopakowi do Londynu… Powiedział, że łezka się kręci i dreszcze idą po ciele.  To było ważne.

Powiedziałaś wcześniej, żekiedy byłaś trochę starsza, zdarzały się sytuacje mniej sympatyczne i była taka, która szczególnie utkwiła w Twojej pamięci… Chcesz o tym opowiedzieć?

M.P.: Tak. Nie ma problemu! Były różne sytuacje. Zdarzyło się, że ktoś w mojej obecności zażartował: „Jak pijesz przez słomkę z szklanki, to na pewno jesteś z probówki”. Zwróciłam uwagę, że nie powinien tak żartować, bo zapewne nie powiedziałby rasistowskiego żartu przy czarnoskórym, a nie wie czy nie jestem z in vitro… Ale to były sytuacje, kiedy mogłam spokojnie wyjaśnić, co leży mi na sercu i nie było mi z tym źle. Bardziej  bolało mnie wówczas to, że przez nieświadomość ludzie mówią takie rzeczy. Ale to było małe piwo, bo zdarzały się też sytuacje, kiedy słyszałam, że nie mam biologicznych rodziców, że jestem wyrzutkiem, jakimś potworem – miksturą ze szklanki. Albo przeczytałam coś w Internecie…

większy fragment rozmowy zostanie opublikowany w numerze wrześniowym Chcemy Być Rodzicami

Artur Pastuszko

Aktor, Dyrektor Generalny i Artystyczny at Open Europe Art. Artur Pastuszko - Platforma Artystyczna. Student 5 roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS