Przejdź do treści

Palenie w ciąży wpływa na płodność przyszłych pokoleń

palenie w ciąży a płodność
Palenie w ciąży może mieć wpływ na zdrowie przyszłych pokoleń / fot. Pixabay

Badania wykazują, że palenie papierosów zmniejsza kobiecą płodność. Jednakże, coraz częściej pojawiają się dowody na to, że palenie w czasie ciąży obniża płodność córki palaczki i i zwiększa szanse na wystąpienie raka i astmy u kolejnych pokoleń.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Australijscy naukowcy przeprowadzili eksperymenty na myszach- samice przez pięć tygodni były trzymane w pomieszczeniu, w którym wdychały dym papierosowy. Również w okresie ciąży i karmienia młodych, samice narażone były na obecność dymu.

Po porodzie, z potomstwa „myszy palaczek” wyselekcjonowano samice, które rozmnożono, tworząc tym samym kolejne pokolenie (F2). Po pewnym czasie również z nich wyselekcjonowano samice, które wydały na świat potomstwo (pokolenie F3).

Dym papierosowy obniża płodność następnych pokoleń

Naukowcy przez 9 miesięcy badali, jak dym papierosowy wpłynął na płodność kilku następnych pokoleń myszy. Okazało się, że u samic z pokolenia F2 proliferacja (czyli silne rozrastanie) komórek macierzystych jajników zostało zredukowane w porównaniu z innymi samicami.

Jednak najbardziej zauważalną zmianą u F2 był znacznie bardziej wydłużony czas potrzebny na poczęcie oraz wydłużony czas pomiędzy ciążami. U pokolenia F3 zauważono natomiast nieznaczny wzrost liczby oocytów i pęcherzyków, a zarodek w ich ciele rozwijał się już prawidłowo.

Opis i wyniki badań opublikowano na łamach Human Reproduction 1 czerwca 2017 roku.

Zobacz także:

Palenie w ciąży może zniszczyć wątrobę dziecka – sprawdź najnowsze badania

Bierne palenie zabija płodność i prowadzi do wcześniejszej menopauzy

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Human Reproduction

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Testy płodności kobiet nie są do końca wiarygodne – twierdzą naukowcy. Zobacz dlaczego?

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Testy płodności oceniające zdolność kobiety do zajścia w ciążę, nie spełniają tej obietnicy – twierdzą autorzy badań, o których informuje „Journal of the American Medical Association”.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Testy rezerwy jajnikowej zostały opracowane na potrzeby klinik wykonujących zabiegi in vitro. Dzięki pomiarowi poziomu odpowiednich hormonów we krwi (AMH, FSH), miały oceniać ilość dostępnych komórek jajowych, a co za tym idzie – podatność kobiety na terapię. W tej roli się sprawdzają. Jednak zaczęto je reklamować jako metodę przewidywania szans na zajście w ciążę. I to pojawia się pewna nieścisłość!

Dlaczego testy na płodność mogą być nie do końca wiarygodne?

Badania na testach AMH przeprowadził zespół prof. Anne Z. Steiner z University of North Carolina w Chapel Hill, USA. Włączono do nich 750 kobiet w wieku od 30 do 44 lat, u których nie stwierdzono wcześniej niepłodności i które próbowały zajść w ciążę od nie więcej niż trzech miesięcy.

Jak się okazało, niski poziom AMH lub wysoki poziom FSH – hormonów związanych z rezerwą jajnikową – nie miały związku z prawdopodobieństwem zajścia w ciążę w ciągu najbliższego miesiąca, półrocza czy roku.

Eksperci podkreślają, że wiele kobiet z niską rezerwą jajnikową zachodzi w ciążę bez problemu, podczas gdy mające znacznie lepsze wyniki testu mogą potrzebować wiele czasu i wymagać leczenia. Wyniki testu są więc niemiarodajne, jeśli chodzi o samo stwierdzenie niepłodności, mogą natomiast być przydatne przy wyborze odpowiedniej terapii in vitro.

Źródło: PAP, Rynekzdrowia.pl

POLECAMY:
Rezerwa jajnikowa – czyli po co robić test AMH?

5 faktów o testach owulacyjnych

5 nietypowych objawów niepłodności

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

4 najgorsze gafy, jakie popełnia kobieta starając się o dziecko

PARA3

Zobacz, jakie najgorsze wpadki może zaliczyć kobieta podczas długich starań o zajście w ciąże.  Czasami warto spojrzeć na starania o dziecko z dystansem i przymrużeniem oka. Znacie to?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Starania o dziecko nieco mniej serio i z przymrużeniem oka

4 najgorzsze gafy podczas starań o dziecko to...

1. Kiedy zostawiasz mocz w szklance od drinka swojego faceta, po wykonaniu testu na owulację. Wiemy, że jesteś podekscytowana, że test wyszedł pozytywnie, ale przez swoją lekkomyślność narażasz  partnera/męża na nieprzyjemne konsekwencje. A w „tym dniu” kłótnia wam chyba nie jest potrzebna, prawda?

para 1

2. Kiedy oznajmiasz facetowi, gdy właśnie ogląda mecz z drinkiem w ręku, że czas na seks, bo masz właśnie „te dni”. Dni płodne, owszem są ważne w staraniach o dziecko, ale pamiętaj, że współżycie na żądanie i to jeszcze w „takiej chwili”, nie przyniesie upragnionego rezultatu.

PARA2

3. Kiedy rozmawiasz podczas seksu o tym, co jadłaś na lunch, zdajesz relacje z dnia i kiedy czytasz wiadomości i pocztę w komórce. Chyba nie musimy tłumaczyć, dlaczego nie sprzyja to odpowiedniej atmosferze.

PARA3

4. Kiedy zaraz po zakończonym współżyciu kładziesz nogi w górze, by nasienie miało większe szanse na to, by znaleźć się tam gdzie powinno. A może lepiej przytulić się do siebie?

PARA4

Ranking najgorszych scen pary staraczy został wyjęty z filmu opublikowanego na stronach serwisu Huffingtonpost.

Źródło: Huffingtonpost

POLECAMY:

Staraczki nie oglądajcie tego filmu

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Dlaczego nie mogę być ojcem? Niepłodność idiopatyczna – jak radzi sobie z nią mężczyzna?

Mężczyźni z pewnością dużo gorzej radzą sobie z informacją o chorobie, niechętnie decydują się na leczenie. To dla nich często powód do wstydu, bodziec obniżający poczucie własnej wartości.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Co począć, gdy – choć w sferze fizycznej wszystko jest w porządku – wiadomość o ciąży nadal nie nadchodzi? Gdzie szukać pomocy?

Minimum od roku staracie się o dziecko – nie używacie środków antykoncepcyjnych, regularnie ze sobą współżyjecie – a na teście ciążowym wciąż pojawia się tylko jedna kreska? Pora na wizytę u lekarza i wstępne badania. Diagnostyka dość szybko przynosi odpowiedź na pytanie, skąd problem z zapłodnieniem. Należy zacząć od potwierdzenia występowania owulacji, oceny drożności jajowodów i jakości nasienia, wykonania rentgena macicy i jajników. Co jeśli wyniki wszystkich badań są bardzo dobre? To prawdopodobnie niepłodność idiopatyczna – niemożność poczęcia dziecka, której powody nie są znane. Trzeba będzie więc zmierzyć się z przeciwnikiem, o którym nic nie wiemy. I jak tu być silnym mężczyzną?

Czytaj też: Męska niepłodność a stres oksydacyjny

 

Niepłodność niczym informacja o śmierci bliskiej osoby

By zrozumieć emocje panów, trzeba sobie uświadomić, że już sama wiadomość o niepłodności wywołuje zdaniem psychologów uczucia zbliżone do tych towarzyszących śmierci bliskiej osoby, diagnozie nowotworu złośliwego czy rozwodowi. Kolejne etapy oswajania się z tą informacją przypominają żałobę.

Mężczyźni reagują bardzo różnie. Wiadomość o niepłodności mocno rzutuje na ich poczucie seksualności – nie spełniają przecież swojej jakże ważnej roli. Mogą pojawić się zaburzenia erekcji, brak popędu, co jest efektem ogromnej frustracji – seks nie ma sensu, nie doprowadza przecież do upragnionego ojcostwa. Problem mogą nasilić takie zalecenia w leczeniu niepłodności, jak „seks na żądanie”.

 

Niepłodność idiopatyczna a męskie ego

W związku zaczyna dochodzić do kryzysów, konflikty urastają do olbrzymich rozmiarów. Mogą ucierpieć także inne relacje. Mężczyźni nie lubią dzielić się swoimi problemami (to przecież niemęskie), zaczynają odsuwać się od przyjaciół, krewnych. Tłumienie emocji często wywołuje nieuzasadnioną agresję, a także prowadzi do głębokiej depresji. Następuje utrata poczucia własnej wartości – w głowie kołaczą się myśli: „jestem przegrany”.

Nie zawsze jednak musi tak być. Wielu mężczyzn, po usłyszeniu diagnozy, kompensuje sobie brak możliwości prokreacyjnych działaniami w innych obszarach życia – rzucają się w wir pracy, zaczynają uprawiać ekstremalne sporty. Podziw i szacunek, które wzbudzają, w sposób naturalny łagodzą ból związany z niepłodnością. Inni za wszelką cenę chcą zrekompensować swoim partnerkom brak potomstwa – angażują się w leczenie niepłodności, dbają o jak najlepszą atmosferę w związku.

Są także mężczyźni, którzy po usłyszeniu diagnozy, natychmiast zakładają, że to nie ich wina, nie w nich leży problem. Przecież ich układ rozrodczy jest nieskomplikowany, nie może zawieść. To metoda na uniknięcie szoku i złych emocji. Odpowiedź na stereotypowy pogląd, że facet musi być silny.

To, jak mężczyźni radzą sobie z informacją o niepłodności, jest sprawą bardzo indywidualną. Najważniejsze, by w tak traumatycznej sytuacji kobiety znalazły w sobie siłę do okazywania im wsparcia i mogły liczyć na równie silne z drugiej strony. To szalenie ważne, zwiększa bowiem szansę na rodzicielstwo. Warto także skorzystać z pomocy psychologa, który obiektywnie oceni relacje w związku i pomoże obniżyć poziom stresu, a ten jest jednym z najbardziej szkodliwych czynników, kiedy staramy się o potomstwo.

POLECAMY:

6 sposobów na przetrwanie niepłodności

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego

In vitro – Terapia a nie fanaberia – felieton męskim okiem

In vitro
In vitro

Irytuje mnie, gdy słyszę wypowiedzi niektórych osób, które przekonują, że in vitro to nie jest  żadną terapią, bowiem nie rozwiązuje problemu jakim jest niepłodność. O dyskryminacji osób korzystających z in vitro w naprawdę mocnych słowach.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przecież nie jest to jedyna procedura medyczna, która działa właśnie na takiej zasadzie, czyli osiąga efekt terapeutyczny, ale nie likwiduje pierwotnego problemu. Nie trzeba szukać daleko aby przytoczyć inne przykłady powszechnie uznawanych procedur medycznych, które działają dokładnie tak samo, jak in vitro.

Na przykład zastrzyki z insuliny stosowane w leczeniu cukrzycy nie wyleczą przecież trzustki, ale wyręczą ją w wypełnianiu zadań, a co za tym idzie efekt terapeutyczny zostanie osiągnięty. Podobnie proteza nogi nie sprawi, że utracona noga nagle odrośnie, ale umożliwi w miarę normalne funkcjonowanie i poprawi komfort życia. Jakoś nie słychać głosów, że należy zaprzestać stosowania protez czy insuliny gdyż są przeciwko naturze.  Uznawanie jedynie procedury in vitro jako jedynej będącej przeciw naturze jest niesprawiedliwe i krzywdzące.

In vitro: procedura medyczna lecząca niepłodność

In vitro to przecież nic innego jak jednak z procedur medycznych, której celem jest osiąganie efektu terapeutycznego głównie w stosunku do osób borykającą się z problemem niepłodności. A niepłodność jest oczywiście chorobą, która jak każda inna znalazła swoje miejsce w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10. Jako N97 oznaczona jest niepłodność kobiet a jako N46 mężczyzn. Dla odmiany cukrzyca insulinozależna to E11. Dlaczego zatem twierdzić, że leczenie jednej z chorób jest właściwe i zgodne z naturą i godnością człowieka, a innej już nie? Kto i dlaczego ma prawo podejmować takie decyzje?!

Czytaj też: Ostatnia szansa na vitro. Czy rząd zniszczy ich marzenia? 

In vitro: kto płaci za tę chorobę?

Moim zdaniem kluczowe jest, aby zacząć patrzeć na in vitro jako na metodę terapeutyczną, a  niepłodność zacząć postrzegać jak jedną z wielu chorób. Wystarczy już, że zapłodnienie in vitro nie jest refinansowane ze środków publicznych.

Przecież osoby borykające się z problemem niepłodności płacą normalne składki na NFZ, a jednak za leczenie swojej przypadłości muszą dodatkowo płacić ogromne pieniądze. Być może osoby takie wolałby aby NFZ przestał refundować operacje bariatryczne (odchudzające) a zaczął refundować kosztowne leczenie niepłodności.

Należy przy tym zwrócić uwagę, że problem niepłodności pomijając oczywistą konsekwencję niemożliwości posiadania potomstwa, wiąże się z szeregiem problemów natury psychicznej jak depresja oraz może utrudniać normalną egzystencje w społeczeństwie. Dokładnie tak, jak paraliż nóg utrudnia egzystencję w społeczeństwie osobie bez wózka inwalidzkiego. Nikt jednak nie krzyknie, że wózek inwalidzki jest wbrew naturze!

In vitro a protesty obrońców życia

O społecznej ignorancji dla problemu in vitro świadczą niewątpliwie protesty tak zwanych obrońców prawa do życia, którzy demonstrują z plakatami zamrożonych kilku miesięcznych płodów. Przecież zarodek jaki bierze udział w procedurze zapłodnienia pozaustrojowego wygląda diametralnie inaczej.

To tylko kilka komórek, z której może lecz nie musi niestety powstać nowe życie. Osoby leczące się w klinikach in vitro byłby wielokrotnie bardziej szczęśliwe, gdyby transferowane zarodki wyglądały tak jak na plakatach przeciwników in vitro bowiem zapewne szansa  na ciąże z takich zarodków byłaby zdecydowanie większa. Tak jednak nie jest, a podany zarodek wcale nie musi zagnieździć się w macicy przyszłej matki… Dokładnie jak przeszczep narządu może, ale nie musi się przyjąć…

Złote rady o adopcji zamiast in vitro

Fatalnym jest gdy osoby borykające się z problemem niepłodności słyszą od innych osób „złote rady” , że mogą adoptować sobie dziecko.  Szkoda tylko, że osoby dające takie rady same nie adoptują dziecka. Domy dziecka wtedy nie byłyby tak przepełnione, bowiem wiele jest osób dających takie wspaniałe rady. Przecież adopcja to bardzo skomplikowana sprawa, o wiele bardziej złożona w porównaniu z posiadaniem biologicznego dziecka. Po pierwsze nie każdy jest gotowy aby zdecydować się na adopcje. Po drugie dzieci adoptowane często mają różne problemy zdrowotne, a nie każdy jest gotów wziąć na wychowanie chore dziecko. Decyzja o ewentualnej adopcji jest sprawą indywidualną każdego człowieka, i na pewno nie należy dawać rad tego typu osobom mającym problemy z płodnością. Dokładnie tak samo jak obrońcy życia walczą o zakaz aborcji chorych płodów, ale jednak sami nie ustawiają się w kolejce, aby adoptować chore dzieci. Najłatwiej zawsze decyduje się za innych czy ocenia postępowanie innych osób…

Czytaj też: Adopcja a niepłodność

In vitro: dyskryminowane społecznie

Jak już wcześniej pisałem in vitro wiąże się z ogromnymi kosztami, a nie jest refundowane przez Państwo. W związku z powyższym nie każdego stać na taką droga terapię. Niektórzy decydują się spróbować zebrać środki w internecie w ramach finansowania społecznościowego, które tak doskonale sprawdza się w przypadku innych chorób. Niestety, przeważnie napotykają na ogromne niezrozumienie i wiele negatywnych uwag. Często słyszy się, że skoro nie stać ich na in vitro to jak ma być ich stać na utrzymanie dziecka i że w związku z tym nie powinni go mieć. Czy na pewno tak jest, że utrzymanie dziecka kosztuje 60 tys rocznie czyli 5 tysięcy miesięcznie? Skąd taka kwota? Tyle bowiem potrafią kosztować dwa cykle terapii in vitro połączone z zaawansowaną diagnostyką. Takie dwie terapie z powodzeniem można odbyć w ciągu jednego roku. Czy zatem na pewno porównanie kosztów terapii in vitro do utrzymania dziecka jest zasadne? Poza tym niezrozumiałym wydaje się być, że finansowanie społecznościowe sprawdza się do zbierania środków na chore dzieci, a nie sprawdza się gdy ktoś chce zebrać środki na to aby mieć zdrowe dziecko dzięki in vitro, a co za tym idzie nie musieć zbierać pieniędzy na jego leczenie.. Czy na pewno nie lepiej zapobiegać niż leczyć ? Nie ma też niestety żadnych fundacji które umożliwiłyby zbieranie 1% podatku na leczenie niepłodności. Dlaczego tak choroba jest tak bardzo dyskryminowana społecznie?

In vitro: nie tylko na niepłodność

Kończąc należy podkreślić, że in vitro nie jest tylko i wyłącznie dedykowane osobom borykającą się z problemem niepłodności rozumianej jako niemożliwość zajścia w ciążę. In vitro umożliwia badanie genetyczne już na etapie blastocysty umożliwia wczesne wykrycie chorób przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Dzięki temu można sprawić, że dziecko narodzone będzie pozbawione ciężkiej choroby a co za tym idzie cierpienia, bólu czy nawet  przedwczesnej śmierci. Przecież żaden rodzic nie chce, aby jego dziecko cierpiało czy spędzało życie w szpitalu zamiast na placu zabaw. Dlaczego zatem nie miałby uchronić go od tego dzięki analizie genetycznej w stadium blastocysty? Obrońcy życia pewnie stwierdzą, że efektem takiej analizy jest to, że chore zarodki pozostają zamrożone w klinikach leczenia niepłodności co jest nieludzkie. Żaden problem, mogą przecież zgłosić się sami do takiej kliniki i adoptować taki zamrożony zarodek, a potem patrzyć jak cierpi po narodzeniu. Ale nie.. przecież osoby podnoszące takie argumenty mają przeważnie swoje cudowne bezproblemowe życie i gromadkę zdrowych dzieci. Dzięki temu mają czas aby oceniać pod względem moralno-etycznym postępowania innych…  Przecież gdyby siedzieli 24 godziny na dobę w szpitalu z chorym dzieckiem nawet przez głowę by im nie przyszło, że mogą stanąć na ulicy z absurdalnym transparentem pokazującym zamrożone kilkumiesięczne dzieci… Ale zdecydowanie prościej ocenia się innych, gdy samemu nie ma się pojęcia o tym co to znaczy mieć chore dziecko czy wyprawić swojemu dzieciątku pogrzeb zamiast imprezę na pierwsze urodziny…

In vitro pozwala uniknąć cierpienia zarówno dziecka jak i rodzica, cierpienia zarówno psychicznego oraz fizycznego i tak należy na nie patrzyć. Nie można też zastąpić go naprotechnologią, bowiem problemy które może rozwiązać zapłodnienie pozaustrojowe są zupełnie innego kalibru, niż te na które może pomóc obserwacja ciała kobiety….

Mam nadzieję, że społeczne postrzeganie in vitro w końcu się zmieni a osoby skazane na tą terapię dostaną należne społeczne wsparcie a nie potępienie..

Autor: Kacper K. bloger, który pisze o staraniach właśnie z in vitro z PGD po stracie dwóch córek http://facet-o-invitro.pl/

POLECAMY:

Rokowania w leczeniu niepłodności – najnowsze badania ESHRE

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.