Przejdź do treści

Otyłość a trudności w trakcie porodu

373.jpg

Naukowcy zidentyfikowali w mięśniu macicy pewnego rodzaju “przełącznik”, który odgrywa kluczową rolę podczas porodu.

Badanie opublikowane w czasopiśmie Nature Communications wskazuje również na to, że u kobiet z nadwagą przełącznik jest wadliwy. To odkrycie może wyjaśniać, dlaczego kobiety z nadwagą w trakcie porodu częściej doświadczają nieregularnych skurczy i są bardziej skłonne do decydowanie się na cesarskie cięcie, niż inne kobiety.

Powszechnie wiadomo, że silne, rytmiczne skurcze macicy umożliwiają główce dziecka rozszerzenie szyjki macicy. Jednakże aż do teraz nie było wiadome, co kontroluje te skurcze.

Badanie, przeprowadzone przez badaczy i specjalistów z Monash University, Royal Women’s Hospital oraz Hunter Medical Research Institute wykazało, że odpowiada za to kanał potasowy w macicy (hERG).

Podczas ciąży, hERG tłumi skurcze i zapobiega  przedwczesnemu porodowi. Natomiast, na początku porodu, białko działa jako swego rodzaju “przełącznik”, który hamuje działanie hERG, co inicjuje rozpoczęcie porodu.

Zespół prowadzony przez profesor Helenę Parkington z School of Biomedical Sciences w Monash University odkrył, że u kobiet z nadwagą ten “przełącznik” nie działa hamująco na hERG.

„Od dawna wiadomo, że kobiety z nadwagą są znacznie bardziej narażone na komplikacje w czasie ciąży i porodu – ale nie zawsze wiemy dlaczego”, powiedziała prof. Parkington.

 

Źródło: http://www.medicalnewstoday.com

Marlena Jaszczak

absolwentka SWPS, kobieta o wielu talentach.

Przemoc w dzieciństwie wpływa na zdolności poznawcze

374.jpg

Nowe badanie opublikowane w American Journal of Psychiatry wykryło związek między przemocą doświadczaną przez dzieci a zmniejszeniem się istoty szarej w mózgu, odpowiedzialnej za przetwarzanie informacji.

Stosowanie przemocy w stosunku do dzieci opisuje wszystkie formy fizycznego i emocjonalnego znęcania się, wykorzystywanie seksualne, zaniedbania oraz inne nadużycia, które negatywnie wpływają na zdrowie, rozwój, godność lub życie dziecka w wieku poniżej 18 lat.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) szacuje, że na całym świecie około 20% kobiet i 5-10% mężczyzn przyznaje się, że było wykorzystywane seksualnie w dzieciństwie, a 23% osób raportuje, że doświadczyło przemocy fizycznej.

Wcześniejsze badania wykazały, że wykorzystywanie dzieci może prowadzić do zmian w strukturze mózgu. Jednakże, zespół zaangażowany w przeprowadzenie najnowszego badania, w tym Joaquim Radua, badacz w FIDMAG Sisters Hospitallers Foundation for Research and Teaching w Hiszpanii twierdzi, że badania neuroobrazowania mózgu, próbujące zbadać zakres tych zmian, były „niespójne”.

Badacze postanowili sprawdzić, w jakim stopniu maltretowanie dziecka wpływa na strukturę jego mózgu.

Zespół przeanalizował dane z 12 badań, w których wykorzystywano morfometrię bazującą na metodzie wokseli, czyli metodę neuroobrazowania, która ocenia różnice w anatomii mózgu pomiędzy dwiema grupami osób.

Badaniami objęto 56 dzieci i młodzieży oraz 275 dorosłych z historią przemocy w dzieciństwa, a także 56 dzieci i 306 osób dorosłych, które nie były narażone na złe traktowanie w dzieciństwie.

Okazało się, że osoby, które były maltretowane w dzieciństwie, miały znacznie mniejsze ilości substancji szarej w niektórych rejonach mózgu, w porównaniu z osobami, które nie doświadczyły nadużyć.

Zespół zwraca uwagę, że najbardziej spójną redukcję objętości istoty szarej wśród osób narażonych na nadużycia, odnotowano w obszarach mózgu związanych z kontrolą poznawczą. Zespół twierdzi, że może to wyjaśniać, dlaczego niektóre ofiary przemocy w dzieciństwie mają trudności z kontrolą poznawczą, czyli zdolnością do szybkiego odnajdywania się w nowych sytuacjach.

Źródło: http://www.medicalnewstoday.com

Marlena Jaszczak

absolwentka SWPS, kobieta o wielu talentach.

Bóg chce in vitro

Hartman in vitro a Bóg
Jan Hartman, fot. Peter Beym

Z prof. Janem Hartmanem, filozofem, o etyce, in vitro, kościele i dzieciach, rozmawia Jolanta Drzewakowska.

W 2 numerze magazynu „Chcemy Być Rodzicami” przedstawiamy historię kobiety, która ma troje dzieci z in vitro. Swoją opowieść kończy ona słowami: „W klinice zostały jeszcze zarodki i już tam zostaną. To przykre, ale co mam zrobić. Niektórzy decydują się oddać zarodki do adopcji, ale ja sobie tego nie wyobrażam. Oddać, a potem zaglądać do każdego wózka? To byłoby straszne. Więcej dzieci nie planuję”. Czy decyzja dotycząca zarodka jest konfliktem etycznym?

Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że zarodki są czymś pośrednim między człowiekiem i innymi tkankami. I z tego powodu wymagają jakiejś ochrony. Tyle etyk może na ten temat powiedzieć. Jakoś jednak trzeba zdefiniować tę ochronę, a to już jest kwestia polityczna i prawna. Nie jest zadaniem dla etyka powiedzenie, jaki kształt taka regulacja powinna przybrać. Może co najwyżej zwracać uwagę na proste rzeczy, np. na to, że jak się na coś decydujemy, to to jest zawsze decyzja arbitralna. I musimy wiedzieć, że dyskusji o statusie zarodka nie może patronować pytanie, w którym momencie zarodek staje się człowiekiem, bo każdy, kto zadaje to pytanie, wie, że odpowiedź nie brzmi tak, że można wskazać konkretny dzień czy liczbę komórek. Prawdą jest – z tym się wszyscy zgadzamy – że chcemy jakiejś ochrony i że w Polsce na razie jej prawie nie ma.

Obecnie możemy się bardzo często spotkać z opinią, że prawo powinno być usankcjonowaniem kodeksu moralnego. Słynie Pan z tego, że jej Pan nie podziela. Jednak czy akurat w takich kwestiach, jak: in vitro, mrożenie zarodków, surogacja, kodeks moralny, obyczaj nie powinny być podstawą uregulowań prawnych?

Nie istnieje coś takiego jak kodeks moralny. Gdyby istniał, to nie byłoby moralności, tylko prawo. Ten kodeks byłby prawem. To, jakie przyjmujemy regulacje w różnych sprawach, jest, po pierwsze, następstwem tradycji prawa. Po drugie, jest następstwem norm obyczajowych danego społeczeństwa. A te zawsze ewoluują. Teraz zwyczaje zmieniają się bardzo szybko i to powoduje intensyfikację konfliktów. Trzecim źródłem prawa, ale najmniej wyrazistym, jest coś, co można nazwać sferą przekonań moralnych. Nie obyczajowych, tylko moralnych. Jest to bardzo mało wyrazista sfera, ponieważ ludzie bardzo rzadko mają zdolność odróżniania przekonań etycznych od zwykłych norm obyczaju. Ludzie nie potrafią tego rozróżniać, ale zgoda, jest coś takiego jak poczucie moralne, świadomość moralna, bardziej uniwersalna i bardziej racjonalna sfera tworzenia i bronienia przekonań etycznych, niż np. religia.

Jest coś ponad religią?

Początek świadomości etycznej jest wtedy, kiedy rozumiem, że nie mogę się kierować po prostu sumieniem, czyli swoimi osobistymi przekonaniami moralnymi czy „poczuciem moralności”, bo moralność jest czymś ponadosobistym, publicznym i niezależnym od moich przekonań. Ponadto rozumiem, że etyczność zaczyna się tam, gdzie dochodzi do poczucia winy, do rozterki. A religia jest zawsze partykularna i zmienna, choćby nawet wyznawało ją miliard ludzi. Jest coś takiego jak osąd moralny, który przekracza zarówno sferę obyczaju, impregnowaną przez religię, jak i osobiste przekonania, zwane czasem sumieniem.

Część naszych czytelniczek musi wykazać się odwagą. Poddając się procedurom in vitro, czasem ryzykują na tym tle konflikt ze swoimi rodzinami, ze społecznością. Medycyna rozrodu bardzo się zmienia. Czy etyka i filozofia w ogóle nadążają za tym?

Na razie nadąża, ale za chwilę przestanie. Chcę jasno powiedzieć, że kwestie zapłodnienia in vitro czy technologicznie wspomaganej rozrodczości nie rodzą typowo etycznych problemów. Z jednej strony wywołują one konsternację obyczajową, z drugiej zaś religijną, z punktu widzenia dogmatycznych systemów religijnych, głównie katolicyzmu. Rodzą problemy polityczne, wtedy kiedy Kościół katolicki próbuje narzucić społeczeństwu swoje dogmaty poprzez zakazywanie in vitro i kiedy udaje, że powołuje się na jakąś niereligijną koncepcję osoby. To jest kłamstwo. Nie ma czegoś takiego jak niereligijna koncepcja osoby w ustach księży katolickich.

Porozmawiajmy o języku. Często już samo użycie konkretnego wyrażenia może sugerować jego ocenę moralną. Np. mówiąc „adopcja zarodka”, mogę mieć na myśli, że adoptuję dziecko.

Język, jakim się posłużymy, musimy wybrać. Mnie się akurat zwrot „adopcja zarodka” bardzo podoba. Ważne jest, żebyśmy sobie zdawali sprawę z tego, że używamy języka z wyboru. Np. w języku prawa kościelnego przerwanie ciąży czy aborcja jest nazywane „spędzenie płodu”, a to jest zwrot po prostu obrzydliwy. Kościół używa w wewnętrznym dyskursie odrażających zwrotów, natomiast w dyskursie, którym epatuje społeczeństwo, używa zwrotu „nienarodzony” czy też „zabicie nienarodzonego”. Chodzi o to samo, formalnie nazywa się to „spędzenie płodu”, ale na użytek PR nazywa się to „zabicie nienarodzonego”. Skrajna hipokryzja. Nazywanie zarodka dzieckiem, kiedy mamy słowo „zarodek”, które jest neutralne, jest lingwistyczną przemocą. Jest próbą skłamania, że już właśnie ustaliliśmy, że zarodek jest dzieckiem, podczas gdy wiemy dokładnie coś odwrotnego – mianowicie, że niczego takiego wspólnie nie ustaliliśmy. Wiemy na pewno, że zarodek nie jest tym samym, co dziecko i wiemy na pewno, że nie jest tym samym co kawałek naskórka.

Wiemy na pewno, że zarodek nie jest tym samym, co dziecko i wiemy na pewno, że nie jest tym samym co kawałek naskórka.

Może lepiej by było, gdybyśmy posługiwali się językiem biologii?

Język trzeba tworzyć, ale znowu inteligentnie i z dużą wrażliwością na kłamstwo, które może się przejawiać w budowaniu terminologii. Jeżeli ktoś mówi „nienarodzony”, „dziecko poczęte”, to znaczy, że chce udawać, że nie ma problemu tam, gdzie on jest. A problem jest taki, że my na pewno i bez wątpliwości ustaliliśmy, że zarodek nie jest tym samym co urodzone dziecko. Dowód? Nikt nie chce karać śmiercią za aborcję ani w ogóle nie ma mowy o tym, czy status jednego i drugiego jest taki sam. Wiemy, że jest on pośredni.

A czy nie wymaga właśnie odwagi powiedzenie: „Nie wiemy, w którym momencie człowiek się staje”?

Nie. To jest źle postawione pytanie. Jeżeli chodzi o to, w którym momencie zarodek staje się człowiekiem, to filozof może powiedzieć, że jedyna proporcjonalna i adekwatna do pytania forma odpowiedzi musiałaby być wskazaniem dnia lub liczby komórek. I wiadomo, że będzie to idiotyczna odpowiedź.

Bardzo często, jeżeli chodzi o eksperymenty medyczne, jest mowa o zabawie w Boga. Czy gdybyśmy nie mieli pojęcia Boga, to moglibyśmy darować sobie tę całą etyczną otoczkę?

Pojęcie Boga nie ma tutaj nic do rzeczy.

Jednak takie stwierdzenie pada bardzo często. Jeżeli np. słyszymy o możliwości wyboru płci dziecka.

Jeżeli sobie genitalia osłoniłem ubraniem, to bawię się w Boga, bo Pan Bóg dał mi je na wierzchu. Jak wynalazłem samolot, to bawię się w Boga, bo skrzydła dał Pan Bóg ptakom. To jest po prostu idiotyczne. Jeżeli ktoś jest już bardzo głupi, to można mu powiedzieć, że widocznie tak Pan Bóg chciał, żeby te duszyczki powstawały w szkle, a więc wyposażył człowieka w sposób rozrodczości inny niż typowo zwierzęcy. Przypominam księżom: Pan Bóg – zgodnie z doktryną – zgadza się tworzyć również dusze ludzkie w szkle. I kocha te dusze, one też są na jego obraz i podobieństwo.

Obowiązkiem teologicznym Kościoła jest uznać wolę bożą. Bóg chce, jak widać, dzieci z in vitro. I mówię teraz z punktu widzenia ortodoksji teologicznej.

I tutaj każda próba umniejszenia tej prerogatywy Boga i sugerowanie, że te dzieci powstają wbrew Jego woli, na podstawie ludzkiej wolności, która się jej sprzeciwia, jest zwykłym bluźnierstwem. Oni – Kościół – się boją in vitro z zupełnie innego powodu. Po prostu chodzi o to, że in vitro umożliwia dziewicy posiadanie dziecka. Niszczy tę wyobraźnię, w której dziewictwo jest dowodem świętości, a seks i seksualność są skalaniem, które przenosi grzech pierworodny. Bardzo mocno jednak jeszcze raz podkreślę: sprzeciw Kościoła wobec in vitro jest niezgodny z doktryną katolicką, ponieważ zakłada, że człowiek może swoim grzechem, nadużyciem wolności, wymusić na Bogu stworzenie swojego obrazu.Zresztą Kościół w ogóle się nie przejmuje swoją doktryną. Nieustannie głosi rzeczy, które są z tą doktryną sprzeczne.
Bardzo mocno jednak jeszcze raz podkreślę: sprzeciw Kościoła wobec in vitro jest niezgodny z doktryną katolicką, ponieważ zakłada, że człowiek może swoim grzechem, nadużyciem wolności, wymusić na Bogu stworzenie swojego obrazu.Zresztą Kościół w ogóle się nie przejmuje swoją doktryną. Nieustannie głosi rzeczy, które są z tą doktryną sprzeczne.

A jakie ma Pan zdanie jako etyk na temat surogacji?

Wiadomo, jakie jest ryzyko etyczne z nią związane. Chodzi o to, że dziecko będzie przedmiotem przetargu, że będzie przedmiotem umowy, w której nie jest stroną. Sąd musi dopiero rozstrzygać, czyje to dziecko będzie. Jest oczywiste ryzyko związane z tym, że kobieta będzie wynajmować swój brzuch dlatego, że jest biedna. W związku z tym, pojawia się potrzeba regulacji, a więc tego, żebyśmy wszyscy się na coś umówili. Bardzo wiele rzeczy wymaga regulacji po prostu dlatego, że istnieje. Aborcja, eutanazja, surogacja wymagają regulacji, bo są. A co to jest regulacja? Tutaj filozof może powiedzieć, że regulacja to jest coś takiego, co określa, w jakich granicach coś jest dozwolone. Coś pomiędzy zakazem i pełną swobodą.

Idąc tym tropem, stwierdzimy, że to jest etyka i filozofia liberalnego społeczeństwa. Co w takiej sytuacji uznajemy za zjawiska niepożądane?

Liberalnemu społeczeństwu zagraża relatywizm moralny. W Polsce panuje terror relatywizmu moralnego. Rób, co chcesz, kieruj się podszeptem sumienia, oczywiście tego ukształtowanego przez Kościół, a nie przez kogokolwiek innego. Ta ideologia rozstrzygającej funkcji sumienia jest dewastująca moralnie. I sugerowanie ludziom, że mogą się kierować własnymi, czyli osobistymi, głębokimi przekonaniami, jest sugerowaniem im, że moralności publicznej nie ma.

A więc nie ma miejsca na dyskomfort moralny?

Dyskomfort moralny jest naturalnym stanem istoty moralnej. Przeciwieństwem poczucia winy jest pycha. Istota etyczna ma poczucie winy, a istota nieetyczna ma poczucie zadowolenia z siebie. I Kościół na tym gra: bądźcie zadowoleni. Z jednym wyjątkiem: spowiadajcie się nam z wszystkich grzechów. Macie mieć poczucie winy wobec Boga, ale nie wobec siebie nawzajem. Najgorsze jest to nadużywanie mechanizmów rozgrzeszania, resetu.

Dyskomfort moralny jest naturalnym stanem istoty moralnej. Przeciwieństwem poczucia winy jest pycha.

Może jednak to jest tylko odpowiedź Kościoła na potrzeby społeczne?

Oczywiście. Kościół ma bardzo inteligentny model biznesowy i PR i operuje – można powiedzieć – miękkimi walorami: ludzkimi zaletami, wadami, nadziejami. Jest takim wielkim psychologiem. Kiedyś nie miał konkurencji. A w stosunku do ludu był dostarczycielem usług kulturalnych. I to działało przez kilkanaście stuleci. Teraz ten monopol traci. Częścią przemiany, wyzwolenia społeczeństwa, laicyzacji społeczeństwa jest uzyskanie przez nie świadomości moralnej, w której świetle to, co robi Kościół, jest przeciwieństwem moralności.

Pisał Pan kiedyś, że „tabu w społeczeństwie jest rzeczą niezbędną”. Może jednak stanowisko Kościoła ma tutaj swoje uzasadnienie – żeby nie rozmawiać o in vitro czy niepokalanym poczęciu. A tego pierwszego nie poddawać regulacjom.

Oczywiście są tacy, którzy marzą, żeby prawo medyczne było w zawieszeniu. Kościół o tym marzy. Kościół żyje z tego, że tworzy kryzysy. Stworzył kryzys wokół prawa medycznego i pokazuje, że na pewien teren państwo nie może wejść. Polska jest jednym z ostatnich krajów, gdzie z powodu bezduszności Kościoła nie ma regulacji in vitro. Kościół tak dalece gardzi zarodkami, że jest gotów w nieskończoność przewlekać sytuację, w której te sprawy są nieuregulowane. To jest szczególna forma demoralizacji. Jednak z punktu widzenia duchownych katolickich z bardziej rozwiniętych krajów taka postawa, że nie można ustanowić ochrony zarodków poprzez ustawodawstwo o in vitro, jest absolutnie nieakceptowalna. Jednak to dla polskiego Kościoła nie liczy się w najmniejszym nawet stopniu, liczy się tylko zachowanie jak najszerszego zakresu władzy.

Proszę mi na koniec powiedzieć o tym, jak wygląda życie prywatne filozofa. W którym momencie Pan, człowiek myślący, zaczął myśleć o posiadaniu dziecka?

Moja żona jest starsza ode mnie i chyba trochę za późno zdecydowaliśmy się na dziecko. Jak się moja córka urodziła, to moja żona miała 37 lat. Wszystkim radzę, aby o dzieciach myśleli jak najwcześniej. Dużo jest takich par, które w ogóle nie mogą mieć potomstwa bez pomocy medycyny, ale jest też bardzo dużo ludzi – o tym się znacznie mniej mówi – którzy mają jedno dziecko, a potem się zrobiło za późno i drugiego już nie mogą mieć. I to jest tajemnica ich jednodzietności. Dodam jeszcze, że mężczyźni bardzo długo dojrzewają do tego, żeby być ojcami i bardzo często patrzą na to zadaniowo, tzn. że powinni nimi być. Zwykle boją się tego. Teraz może trochę mniej, bo w mediach jest wiele pozytywnych wzorców ojca. Jednak tradycyjnie było trochę inaczej – dziecko się kojarzyło z obowiązkami, z ograniczeniem wolności i utratą części uwagi partnerki.

Czy odczuwał Pan, że kiedy dziecko się rodzi, coś się zmienia również w sposobie myślenia?

Myślę, że nie od razu od urodzenia dziecka. Jednak jak dziecko podrośnie, to człowiek się uczy, jak z małego dziecka powstaje racjonalna istota i to jest oczywiście bardzo ważne doświadczenie.Jak się uczy mówić, jak się uczy myśleć. Jak dziwnie widzi świat, nie rozumiejąc go, i dochodzi do rozumienia go, podchodząc do rzeczy najprostszych. To jest poważne doświadczenie również dla filozofa. Dawniej ojcowie mało się zajmowali dziećmi, więc mało korzystali z tego doświadczenia, no ale nadeszły nowe pokolenia, w których ojcowie, prawie na równi z matkami, zajmują się dziećmi. Dlatego te pierwsze lata życia córki dobrze wspominam, jako lata uczenia się, kim jest człowiek i jak się nim staje od małego.

Co było najważniejszą nauką w tym poznawaniu?

Moja córka ma charakter niesamowicie autonomiczny i zdumiewało mnie, w jak małym stopniu rodzice mają wpływ na dzieci. To dzieci rządzą w tych relacjach bardziej. Wyobrażam sobie, że jeżeli dzieci dawniej były grzeczniejsze i bardziej ułożone, to działo się tak z powodu bardzo daleko posuniętej represyjności wychowania. Jeżeli z góry się wyklucza taki dryl wychowawczy i przemoc, to jest tak, że dzieci robią, co chcą, i poniekąd rządzą rodzicami. Ja absolutnie jestem niezdolny do surowości. Nie uważam, żebym wychowywał, nie czuję się wychowawcą…

Bardziej opiekunem?

Można tak powiedzieć, ja po prostu wierzę w to, że jak się jest porządnym człowiekiem, to nawet jak dzieci nie podlegają wpływowi rodziców, bo się buntują, to w dłuższej perspektywie nie odchodzą daleko moralnie i mentalnie od swoich rodziców. Zarówno w negatywnym, jak i w pozytywnym sensie.

Rozmowa z prof. Janem Hartmanem ukazała się z drugim numerze pierwszego poradnikowego magazynu dla osób starających się o dziecko „Chcemy być rodzicami” luty – marzec 2014. 

Prof. Jan Hartman – filozof i bioetyk, profesor  nauk humanistycznych, wydawca i publicysta (część publicystyki opublikowana w książce pt. „Zebra Hartmana”), wykładowca akademicki, polityk.

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.