Przejdź do treści

O tym, jak życie potrafi zaskakiwać

688.jpg

W zeszłym roku mniej więcej o tej samej porze pisałam felieton o tym, jak trudnym czasem są dla mnie i wielu „staraczek” święta i jak trudne jest wysłuchiwanie życzeń, żeby w przyszłym roku było już inaczej. I chociaż było to moim największym marzeniem, nie spodziewałam się, że rzeczywiście tak będzie. Życie bywa bardzo przewrotne – obok mnie w kołysce śpi moje największe szczęście, świąteczno-noworoczny cud – mój synek.

Zacznijmy jednak od początku. Zupełnie banalnie poznałam mężczyznę mojego życia i zapragnęliśmy zostać rodzicami. Tę decyzję podjęliśmy jeszcze przed zaplanowaniem ślubu. To była naturalna kolej rzeczy: dwoje ludzi się poznaje, kocha, chcą mieć razem dziecko. Na początku standardowo czekała mnie wizyta u ginekologa, podstawowe badania, kwas foliowy i trochę przyjemności J. Ale kolejne miesiące mijały i niewiele się działo. Wtedy jeszcze nie wpadałam we frustrację, dawałam sobie czas. Po mniej więcej pół roku starań trafiłam do pierwszego lekarza ginekologa-endokrynologa,  zaczęły się monitoringi cyklu, podawanie zastrzyków na pęknięcie pęcherzyka i starania na poważnie. Niestety, jedynym ich efektem były torbiele, które zaczęły się pojawiać właściwie co cykl. Jeden z nich niemal wyprawił mnie na tamten świat, bo pękł i dostałam krwotoku wewnętrznego. Powoli zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie w porządku. Niektórzy znajomi zaczęli powoli sugerować wizytę w klinice leczenia niepłodności, ale wtedy jeszcze się bardzo przed tym broniłam (bo pewnie będę mi chcieli od razu robić to „straszne in vitro”).

Dzisiaj wiem, że to był wielki błąd, mogłam zaoszczędzić sobie wiele czasu, nerwów i być może po prostu szybciej zajść w ciąże. Zaczęły pojawiać się kolejne torbiele i po prawie roku spędzonym na nieustannej walce z nimi postanowiłam posłuchać rad koleżanki i odwiedzić klinikę leczenia niepłodności. Koleżanka znała lekarza w Białymstoku, właściciela tamtejszej kliniki, i bardzo go polecała. Pierwsza wizyta o dziwo nie zaczęła się od słów, które wtedy wydawały mi się wyrokiem, czyli in vitro, tylko od laparoskopii i leczenia torbieli. Później mieliśmy startować z inseminacją. I dopiero jeśli nie wyjdzie – wrócić do tematu in vitro. Laparoskopia nie wykazała niczego strasznego: żadnej endometriozy, drożne jajowody, właściwie nie wiadomo, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Potem kilka miesięcy brania hormonów i pożegnałam nawracające torbiele. Już mieliśmy startować z inseminacją, kiedy okazało się, że mam problemy z pęcherzykiem żółciowym i najpierw trzeba go będzie wyciąć, a dopiero potem wrócić do starań. Cała „akcja pęcherzyk” zabrała mi ponad pół roku: najpierw szczepienia, potem przy okazji operacji wycięty guz na wątrobie, czekanie na wyniki, dochodzenie do siebie, dieta itp. W końcu, prawie rok od pierwszej wizyty, mogłam przystąpić do pierwszej inseminacji.  Do tej pory pamiętam, jak cała podekscytowana pędziłam z torbą-lodówką do koleżanki, żeby zrobiła mi pierwszy zastrzyk, bo zrobienie go samodzielnie wydawało mi się niemożliwe. Nie wiedziałam, że zastrzyki staną się moją codziennością na długi czas i będę czasami ich robić nawet po kilka dziennie, sama, niemalże z zamkniętymi oczami. Wtedy pierwszy raz zawitaliśmy na kilka dni do Białegostoku. Było lato, piękna pogoda, wzięliśmy urlop. Pełen relaks – nic, tylko zachodzić w ciążę. Ale niestety nic z tego. Potem próbowaliśmy jeszcze dwa razy, niestety bez powodzenia. Wtedy też zaczęłam aktywnie pojawiać się na forum Nasz Bocian i powoli szykować się do in vitro. Przy pierwszym podejściu byłam jak dziecko we mgle. Gdyby nie koleżanki z forum, nie wiedziałabym nawet, jak to wszystko wygląda, bo lekarz opowiadał o tym bardzo oględnie, a w broszurce, którą dostałam w klinice, brakowało wielu praktycznych informacji. 

Pierwsze podejście zaskoczyło mnie fatalnym samopoczuciem i zmianami w moim ciele. Zaczęłam robić się coraz pełniejsza i ze względu na rosnące jajeczka nie byłam w stanie dopiąć spodni, co podczas mroźnej zimy bywało dość uciążliwe. Mąż akurat zaczynał pracę w nowej firmie, dlatego do Białegostoku pojechałam z mamą – to chyba nie była dobra decyzja. Bardzo to wszystko przeżywałam, a on w tym nie uczestniczył. Rozmawialiśmy tylko przez telefon i to krótko, bo nowa praca zaczęła się od ważnego wyjazdu zagranicznego. Miałam wielkie plany na pobyt w Białymstoku: chodzenie do kina, restauracji, spotkania z innymi dziewczynami uczestniczącymi w procedurze, ale przez złe samopoczucie skończyło się tylko na wizytach w klinice i kilku miłych spotkaniach z koleżankami z forum pod gabinetem lekarskim. Decydując się na ivf, nie spodziewałam się, że będą temu towarzyszyć aż tak skrajne emocje: od wielkiej ekscytacji po płacz. Hormony robiły swoje.  Z nerwów na dwa dni przed punkcją dostałam gorączki i trzęsłam się z zimna, śpiąc pod dwiema kołdrami w dresie. Wtedy też pomocne okazało forum, bo już chciałam się leczyć aspiryną, czego absolutnie nie wolno robić przed punkcją. Na szczęście punkcja odbyła się bardzo sprawnie i bez komplikacji. To był tłusty czwartek, z radości prosto ze szpitala pojechałam do kliniki z pączkami dla pielęgniarek. Na transfer jechałam już razem z mężem, niemal na skrzydłach, a euforia osiągnęła apogeum, kiedy po 8 dniach od transferu zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Po dwóch kolejnych dniach dostałam plamień, ale ponieważ poziom beta hcg rósł, ze spokojem czekałam na USG. Kiedy ten dzień nadszedł i okazało się, że nie ma nawet pęcherzyka ciążowego, o serduszku nie wspominając, totalnie się załamałam. Płakałam non stop. Przez kilka dni nie mogłam zrozumieć, że zanim jeszcze zdążyłam uwierzyć, że jestem w ciąży, już w niej nie byłam…

Minęło kilka miesięcy. Uporałam się ze swoimi emocjami i nadszedł czas na podejście numer dwa. Tym razem, ze względu na pracę, której nie chciałam zawalać, oraz na kompleksową opiekę, zdecydowałam się na wybór warszawskiej, bardzo renomowanej kliniki. I znowu wielkie nadzieje przeplatane ogromnym stresem. Niestety od początku jakoś nie do końca się układało. Najpierw bardzo dużo badań, potem bardzo długie wyciszanie. W planach było podejście na początku wakacji, ale wszystko tak się przedłużało, że pierwsze zastrzyki stymulacyjne dostałam dopiero w połowie sierpnia, zaraz po infekcji, która później okazała się być cytomegalią i miała konsekwencje w postaci całej serii niepowodzeń. Stymulacja na szczęście szła dosyć szybko. Rano w drodze do pracy robiłam badania krwi, a potem po południu czekała mnie wizyta u lekarza. Punkcja przebiegała bez żadnych problemów, opieka „po” wspaniała i do tego 8 dobrych jajeczek, z których udało się uzyskać 8 zarodków! Transfer został zaplanowany na 3. dzień. Jechaliśmy tacy zadowoleni. To była sobota, więc w planach leżenie i odpoczynek. Niestety na miejscu nie było już tak wesoło – transfer zrobiła inna lekarka, ponieważ mój lekarz nie pracował w sobotę. Nie spodobały jej się wyniki cytomegalii, kazała je powtórzyć (później okazało się, że klinika dopuściła mnie do udziału w programie z aktywną cytomegalią – chyba ktoś nie przeczytał wyników moich i męża). Powtórzyliśmy i na szczęście okazało się, że już jest ok. 

Dalszą część tekstu przeczytasz w  7 numerze naszego magazynu

Wysłuchała Joanna Rawik

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Prześliczne zdjęcia noworodków – cud malutkiego życia w obiektywie australijskiej fotografki

Foto: Instagram Rebecca Colefax
Foto: Instagram Rebecca Colefax

Fotografia potrafi przekazać prawdziwe piękno. Natura, sztuka, życie – nowe życie. Oto prześliczne zdjęcia noworodków, które podbijają serca obserwatorów z całego świata.

Cud człowieczeństwa

Autorką zdjęć jest Rebecca Colefax. Była australijska sportsmenka, gdy oddała się macierzyństwu, odkryła też na nowo pasję fotografowania. Szczególnie ukochała sobie pracę z maluchami. Są one dla niej inspiracją i dają możliwość zachowania jednych z najpiękniejszych chwil z życia całych rodzin.

col2

col1

Doświadczenia i perspektywa autorki jest szalenie ciekawa. W 2003 roku była ona bowiem pierwszą australijską mistrzynią świata w kiteboardingu. „Doszłam w swoim sporcie najwyżej, jak tylko mogłam, zdobyłam tytuł uniwersytecki, podróżowałam po całym świecie. Jednak z tych wszystkich momentów, to właśnie narodziny moich dzieci były najbardziej niesamowite” – powiedziała w rozmowie z „Daily Mail”. Po urodzeniu trzeciego dziecka, co miało miejsce sześć lat temu, postanowiła powrócić do swojej młodzieńczej pasji i chwyciła za aparat. Koncentruje się teraz na fotografowaniu kobiet w ciąży, noworodków i niemowlaków, a zdjęcia są dla niej nie tylko ładnym obrazkiem, ale przede wszystkim sposobem na ocalenie wspomnień.

Nie sposób nie zgodzić się z mocą, jaką niesie za sobą obraz. Fotografia potrafi kształtować nasze rozumienie świata, poglądy, podejście do siebie i innych. Najlepszym przykładem na to są zdjęcia, które prezentowaliśmy niedawno w naszym portalu. Opowiadają one swoim przekazem trudne historie poronień oraz utraty dziecka. Piękno i ból zawarte w zdjęciach mają ogromną siłę!

col3

col4

col5

col6

col7

Źródło: „Daily Mail”

Foto: Instagram Rebecca Colefax

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Nie ochrzczę swojego dziecka. To fanaberia czy coraz częstsza decyzja? Prawdziwa historia

chrzest dziecka z in vitro

Chrzest dziecka to w Polsce niemal obowiązek. Czy powiedzieć księdzu, że nie zostało poczęte drogą naturalną? Rozmawiamy z Anetą, mamą Alana – dziecka urodzonego dzięki metodzie in vitro.

Powiedziałaś mi jakiś czas temu, że nie ochrzcisz Alana. Czy pozostajesz przy tej decyzji?

Tak, Alan nie będzie ochrzczony. Często słyszę od znajomych: „przecież nie musisz mówić, że twoje dziecko jest z in vitro”. Ale dlaczego mam to ukrywać? Nie zrobiliśmy nic złego. Czy in vitro to jakaś dżuma, powód do wstydu? W trakcie procedury dużo czasu spędzałam na forach i czytałam wypowiedzi wielu praktykujących katoliczek, które jak my zdecydowały się na tę metodę, bo pragnęły dziecka, bo mają do niego pełne prawo. To metoda leczenia niepłodności, która moim zdaniem jest etapem w rozwoju ludzkości i jak inne, na przykład przeszczepy serca, daje nam szansę na szczęśliwe życie. Czy niedowidzący ma zrezygnować z okularów, bo działa wbrew woli Boga?

Pewnie znalazłby się ksiądz, który ochrzciłby wasze dziecka bez zadawania pytań

Zacznę może od tego, że czuję się bardzo skrzywdzona tymi komentarzami i opiniami, że decydując się na in vitro zabijam nienarodzone dzieci. To mnie odpycha od kościoła.

Nie chcę łaskawej zgody. Nie chcę usłyszeć, że ktoś w drodze wyjątku ochrzci moje dziecko, bo to przecież nie jego wina, ale tych bezbożników, którzy sprowadzili je na świat. Kiedyś usłyszałam, że zadziałaliśmy wbrew woli Boga, być może w jego zamyśle mieliśmy nie mieć dzieci. A już zupełnie powaliło mnie stwierdzenie, że Alan jest dzieckiem szatana.

A metoda in vitro jest coraz częściej ostatnią szansą na rodzicielstwo.

Tak, my mamy wielu znajomych, którym nie udało się począć dziecka w sposób naturalny. Czy kościół będzie mógł sobie pozwolić na odrzucenie tylu potencjalnych wiernych? Mam nadzieję, że atmosfera wokół in vitro zmieni się. Może nie za rok czy dwa, jestem realistką, ale jednak w najbliższych latach. Zaczniemy postrzegać metodę przez pryzmat medycyny, a nie religii. Uważam, że podjęliśmy słuszną decyzję. Każde dziecko, którego się pragnie, jest darem od Boga dla katolików i darem od losu dla pozostałych.

Cofnijmy się o kilka lat. Dlaczego zdecydowaliście się in vitro?

Bardzo chcieliśmy mieć dziecko,  niestety mimo prób nie udawało się. Jak wiele par trafiliśmy do lekarza. Moje badanie USG wyszło dobrze. Zasugerowano nam, że najrozsądniej będzie rozpocząć diagnostykę od Michała. Okazało się, że ma zbyt mało plemników zdolnych do zapłodnienia. Stanęliśmy przed dylematem – albo decydujemy się na leczenie, które może potrwać nawet dwa lata, albo rozpoczynamy procedurę in vitro. Wybraliśmy drugie rozwiązanie. Udało się dopiero za czwartym razem. Wykorzystaliśmy wszystkie zarodki. Każda kolejna próba była dla mnie wielkim przeżyciem. Te trzy straty mogłabym porównać do poronień, myślę, że to takie uczucie,  jak po stracie dziecka.

Rozumiem, że gdybyś mogła cofnąć czas, nie zmieniłabyś decyzji?

W żadnym wypadku.

Czy zdecydowałabyś się na przekazanie zarodków do adopcji?

Ależ oczywiście. Gdyby sukcesem zakończyła się któraś z wcześniejszych prób, jak najbardziej. Jest tylu ludzi, którzy marzą o dziecku. Wiem, jakie to uczucie. Zrobiłabym to bez wahania. Może dlatego tak bardzo denerwuje mnie, kiedy słyszę słowa księży i niektórych polityków o mordowaniu dzieci. Przeraża mnie ta obłuda lub niewiedza – nie wiem, co gorsze.

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego

Poznań – trzy kliniki zrealizują miejski program in vitro. Start już w lipcu!

in vitro Poznań

Miejskie programy in vitro są alternatywą dla braku państwowych rozwiązań związanych z tą właśnie metodą walki z niepłodnością. Jednym z miast, którego mieszkańcy mogą liczyć na wsparcie, jest Poznań. Ogłoszono, że trzy kliniki dostały kontrakt na realizację programu.

Poznań czas-start!

Program miejski ma mieć swój początek w połowie lipca 2017 roku i ma pomóc 367 parom. Konkurs na jego realizację wygrały trzy kliniki – wszystkie, które były zgłoszone, spełniły wymagania formalne. Wyniki ma jeszcze zaakceptować rada miasta, co nastąpić ma pod koniec czerwca bieżącego roku.

Niemal 40 proc. kontraktu zrealizować ma InviMed. Po 30 proc. wykonają Kliniczny szpital przy Polnej i prywatny ośrodek Ivita.Realizatorzy – szpital kliniczny przy Polnej w Poznaniu, który wcześniej leczył w ramach rządowego in vitro, InviMed oraz Ivita deklarują, że będą leczyć zgodnie z najnowszymi standardami, w tym wytycznymi Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii” – słowa Magdaleny Pietrusik-Adamskiej, szefowej Wydziału Zdrowia i Spraw Społecznych w poznańskim Urzędzie Miasta, cytuje lokalna „Wyborcza”.

O programie, który pojawił się w stolicy Wielkopolski, informowaliśmy na naszym portalu już na początku tego roku. Ma on obowiązywać w latach 2017-2020, a na jego realizację zarezerwowano w budżecie miasta 1,9 mln złotych. „Wsparcie sięgać ma 5 tys. zł, a każda para dopłatę może dostać maksymalnie do trzech prób in vitro” – pisaliśmy.

Co ważne, zapisy do programu poprzedzi odpowiednia kampania informacyjna.

Źródło:poznan.wyborcza.pl

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Witamina D ma moc – jedne z ważniejszych kobiecych narządów mogą być jej wdzięczne!

witamina D

Najnowsze badania wykazały, że dieta bogata w witaminę D – posiadają ją między innymi tłuste ryby i jajka – zmniejsza ryzyko wystąpienia wcześniejszej menopauzy nawet o 17 proc. Okazuje się, że spowalnia proces starzenia się jajników. Dobry wpływ na kobiece ciało ma także żywność bogata w wapń.

Siła witamin

Są to ważne badania, biorąc pod uwagę fakt, że około 10 proc. kobiet przechodzi menopauzę już przed 45. rokiem życia. Może zwiększać to ryzyko osteoporozy i chorób serca. Zmniejsza też szanse na poczęcie dziecka.

Eksperci przez niemal dwie dekady zbadali 116,430 kobiet. Wypełniały one w tym okresie m.in. kwestionariusze dotyczące diety. 2041 uczestniczek, w czasie trwania badania, weszło w okres menopauzy. Okazało się, że osoby spożywające najwięcej witaminy D wykazywały ryzyko wystąpienia wczesnej menopauzy o 17 proc. niższe. Wysokie spożycie wapnia zmniejszało zaś opisywane tu ryzyko o 13 proc. Uważa się, że wiąże się to z faktem, iż krowie mleko zawiera w sobie hormony płciowe opóźniające właśnie menopauzę. Są to wyniki, które opisano już po wykluczeniu innych czynników ryzyka, takich jak waga, czy historia związana z karmieniem piersią.

Płodność na celowniku

Główna autorka badań powiedziała: „Wczesna menopauza związana jest nie tylko z wyższym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych, demencji i osteoporozy, ale może mieć wpływ także wiele lat wcześniej na poczęcie dziecka” – słowa Alexandry Purdue-Smithe, z University of Massachusetts, cytuje „Daily Mail”.

Przykładowo, kobieta, która będzie mieć menopauzę w wieku 43 lat, już mając 33 lata może mierzyć się z problemami związanymi z zajściem w ciążę” – dodaje ekspertka. Okazuje się, że dowody laboratoryjne na pozytywny wpływ witaminy D są naprawdę silne. „Zwiększa produkcję hormonów spowalniających starzenie się jajników i spowalnia tempo, w którym kobieta traci jajeczka. Jest to ważne, bowiem menopauza przychodzi właśnie wtedy, gdy kobieta jajeczek już nie ma” – podkreśla Purdue-Smithe.

Warto zadbać o dostarczenie opisywanej tu witaminy do swojego organizmu. Jak pisaliśmy już w naszym portalu, jest to królowa płodności: „Okazało się, że witamina D ma swoją rolę nie tylko w metabolizmie kostnym, ale również wpływa na endometrium, komórki ziarniste w jądrach, plemniki i przysadkę mózgową” – mówili w rozmowie z nami lekarze. A czy twoja dieta jest wystarczająco w nią bogata?

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.