Przejdź do treści

O dawstwie komórek jajowych z dr Anną Janicką

679.jpg

Rozmowa z Koordynatorką Programu Dawstwa Komórek Jajowych Centrum Ginekologii i Leczenia Niepłodności VITROLIVE dr n. med. Anną Janicką

Czym jest dawstwo komórek jajowych?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

To forma dobrowolnej pomocy udzielanej przez kobietę niepłodnej Parze. Polega ona na tym, że zdrowa kobieta oddaje swoje komórki jajowe kobiecie, która nie może mieć dzieci z powodu pewnych dysfunkcji jajników. Nieprawidłowości w ich działaniu mogą być wynikiem przedwczesnego wygaśnięcia czynności jajników, poważnych zmian genetycznych czy też leczenia operacyjnego lub przeciwnowotworowego, skutkiem czego dana kobieta utraciła możliwość samodzielnego poczęcia biologicznego dziecka. W takich przypadkach dawstwo to jedyna szansa na urodzenie dziecka.

Dlaczego namawia się kobiety w pewnym wieku do ich oddania?

Nie użyłabym określenia, że się je namawia. Raczej generalnie mówi się o tym, że są wśród nas pary bezpłodne, dotknięte przez los i istnieje możliwość, by im pomóc. Dawczynie muszą świadomie przekazać swoje komórki na rzecz potrzebujących, nie może być przy tym żadnego nacisku, ani ze strony kliniki ani żadnej innej osoby trzeciej czy sytuacji. Świadomość decyzji, dojrzałość emocjonalna i gotowość do przekazania swoich komórek jest weryfikowana w trakcie konsultacji psychologicznej.   Ponadto dawczyni musi przejść kwalifikację medyczną. Wiek to jeden z istotniejszych elementów. Funkcjonujący w VITROLIVE Program Dawstwa Komórek Jajowych zakłada, że przekazująca swoje gamety kobieta ma się znajdować w przedziale 18-35 lat. Wraz z upływem czasu płodność kobiety maleje, wzrasta zaś ryzyko wad genetycznych.

Z jakim ryzykiem wiąże się oddanie komórek?

Z medycznego punktu widzenia ryzyko jest niewielkie. Oddanie komórek jajowych nie zmniejsza płodności dawczyni, a zdarzenia niepożądane związane ze stymulacją hormonalną i zabiegiem, takie jak zespół hiperstymulacji jajników, infekcje czy krwawienia, odnotowuje się niezwykle rzadko.

Dlaczego ankieta, którą należy wypełnić, jest tak szczegółowa? Padają w niej różne pytania, w tym bardzo intymne. W jakim celu się je zadaje? 

Celem osób nadzorujących realizację Programu Dawstwa, odpowiedzialnych za konstrukcję takich ankiet, jest upewnienie się, że kandydatka na dawczynię nie działa pod presją, a sama jest zdeterminowana i chętna do przekazania swoich komórek. Ponadto zależy nam na tym, by taka kobieta była świadoma tego, że jej gamety będą służyły do poczęcia dziecka, które nie będzie przy niej.

Co jest brane pod uwagę przez klinikę podczas analizy takiej ankiety?

Chcemy, by kandydatki były w zgodzie ze sobą i swoją decyzją, dlatego zadajemy pewne pytania, które sprawdzają, czy dawstwo zostało dogłębnie rozważone – na poziomie indywidualnym i w związku, w którym się przebywa. To trudny temat, dlatego naszym celem jest wielopłaszczyznowe przedstawienie go po to, by nie powodował dyskomfortu, nie budził w przyszłości żalu czy złych emocji. Zadajemy także, co pewnie jest oczywiste, pytania zdrowotne, które są istotne dla skuteczności i bezpieczeństwa przebiegu procedury. Mogą też mieć wpływ na zdrowie dzieci i – co istotne – samej dawczyni. Dają one również lekarzowi wstępny pogląd, czy udział w Programie Dawstwa Komórek Jajowych jest dla kandydatek bezpieczny (brak przeciwwskazań do stymulacji hormonalnej i punkcji jajników w znieczuleniu ogólnym). Z punktu widzenia niektórych par, które decydują się na procedurę in vitro z komórką jajową dawczyni, istotne są parametry fenotypowe dawczyni, takie jak kolor oczu czy włosów, biometryczne (waga, wzrost), wykształcenie, grupa krwi oraz fakt, czy posiada własne dzieci. Dane te są zbierane przez kliniki poprzez ankiety lub w trakcie indywidualnych spotkań z koordynatorem i/lub lekarzem.

Z jakiego powodu potencjalna dawczyni może zostać odrzucona?

Każda potencjalna, chętna do oddania komórek jajowych kobieta przechodzi proces weryfikacji psychologicznej, podczas którego określa się, czy jest ona gotowa, stabilna emocjonalnie i zdecydowana na oddanie gamet. Jeśli nie ma przeciwwskazań psychologicznych, zgodnie z międzynarodowymi standardami, dawczyni przechodzi przez szczegółowy wywiad medyczny oraz niezbędną diagnostykę. W ramach Programu Dawstwa otrzymuje ona gwarantowany pakiet specjalistycznych badań medycznych obejmujący badanie przedmiotowe, badanie ginekologiczne, badanie ultrasonograficzne oraz konsultację internistyczną z oceną EKG. Ponadto zostaje poproszona o oddanie krwi na badania laboratoryjne i genetyczne. Ich celem jest ocena ogólnego stanu zdrowia, analiza rezerwy jajnikowej, wykluczenie czynników zakaźnych i nosicielstwa wad genetycznych. W przypadku nieaktualnego wyniku cytologii – pobiera się też próbki materiału biologicznego z szyjki macicy. Nieprawidłowe wyniki są powodem dyskwalifikacji i, jeśli to możliwe, inicjują pogłębioną diagnostykę i wdrożenie leczenia.

Co się dzieje, kiedy dawczyni przejdzie już wszystkie etapy kwalifikacji?

Po pozytywnym przejściu badań zdrowotnych i psychologicznych, rozpoczyna się przygotowanie dawczyni do pobrania komórek. Stymulacja hormonalna trwa około 10 dni i polega na podawaniu preparatów zawierających gonadotropiny (FSH lub FSH/LH). W efekcie dochodzi do wzrostu i dojrzewania zwykle kliku – kilkunastu pęcherzyków jajnikowych, a nie jednego, jak to ma miejsce w cyklu naturalnym. Płyn pęcherzykowy wraz z komórkami jajowymi pobiera się w dość prosty i bezbolesny sposób. Odbywa się to metodą punkcji jajników i realizowane jest ambulatoryjnie, tzn. nie wymaga pobytu w szpitalu. Pobrane komórki jajowe trafiają do banku komórek jajowych VITROLIVE, a dawczyni w przyszłości może ponownie zgłosić się do Programu Dawstwa.

Gdzie są takie komórki przechowywane? 

Pobrane komórki jajowe mogą być przekazane bezpośrednio do procedury zapłodnienia pozaustrojowego albo zostać poddane witryfikacji i w temperaturze ciekłego azotu czekać na moment ich wykorzystania.

Czy mogą być oddawane do innych klinik? Jeśli tak, to czy takie przekazanie jest odpłatne czy nieodpłatne?

Kwestie dawstwa i biorstwa komórek rozrodczych nie są w Polsce regulowane prawnie. Właściwe postępowanie z materiałem biologicznym opisują dyrektywy unijne, przez nasz kraj wciąż nie implementowane, stanowiące jednakże bazę do ustalania procedur wewnętrznych w klinikach leczenia niepłodności.

Wg projektu ustawy o leczeniu niepłodności przygotowanej przez Ministerstwo Zdrowia dawca komórek rozrodczych, które nie zostały wykorzystane, będzie mógł w każdym czasie żądać ich zniszczenia lub przekazać na cele badawcze. W chwili obecnej kwestię postępowania z komórkami jajowymi dawczyni regulują zasady wewnętrzne.

Co to jest dawstwo jawne? 

Dawstwo jawne (lub ze wskazaniem) polega na przekazaniu komórek jajowych przez dawczynię znanej biorczyni lub biorcom, najczęściej rodzinie, przyjaciołom lub znajomym. W takim przypadku tożsamość dawczyni znana jest biorczyni i na odwrót, a pomiędzy tymi stronami najczęściej istnieje jakaś relacja – rodzinna, przyjacielska, koleżeńska.

Czy uważa Pani, ze powinno być jawne czy anonimowe?

W VITROLIVE dane personalne obu stron zawsze utrzymujemy w anonimowości. W projekcie ustawy o leczeniu niepłodności Ministerstwo proponuje ujawniać rok i miejsce urodzenia dawcy osobie urodzonej w wyniku procedury medycznie wspomaganej prokreacji po osiągnięciu przez nią pełnoletniości. Niezależnie od tego, co będzie upubliczniane, należy pamiętać, że jawność czy anonimowość to kwestia złożona socjologicznie, psychologicznie i medycznie. W moim odczuciu winna ona być transparentna, a najlepiej szczegółowo uregulowana prawnie, aby obie zaangażowane strony znały i akceptowały wszelkie aspekty związane ze swoją decyzją.

Czy można w pewnym momencie wycofać zgodę na wykorzystanie jej komórek?

Projekt ustawy rządowej zakłada, że tak.W VITROLIVE, zgodnie z obowiązującym formularzem świadomej zgody podpisywanym przez potencjalne dawczynie, dysponentem pobranych gamet jest klinika. Dawczyni może wycofać się z udziału w Programie na każdym jego etapie aż do momentu zabiegu punkcji jajników.

Czy Dawczyni ma informacje o tym, ile komórek zostało wykorzystanych a ile było urodzeń dzieci?

Tak, w naszym ośrodku dawczyni ma prawo do informacji o liczbie pobranych komórek jajowych. Nie zna wyniku danej procedury, jednakże liczba ciąż klinicznych potwierdzonych badaniem USG jest czynnikiem limitującym dalszy udział dawczyni w Programie.  

Jakie prawa ma dawczyni?

Przede wszystkim biorąc udział w Programie Dawstwa kobieta ma wszelkie prawa wynikające z ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, w tym prawo do informacji, zachowania tajemnicy lekarskiej, wyrażenia zgody na zabieg, poznania możliwych zdarzeń niepożądanych, prawo do dokumentacji medycznej czy poszanowania intymności i godności osobistej. Do momentu punkcji jajników dawczyni może wycofać swoją zgodę na udział w Programie bez podawania przyczyn swojej decyzji. W naszej klinice dawczyni ma też prawo do zachowania pełnej anonimowości danych osobowych i teleadresowych.

Zgodnie z Dyrektywą 2004/23/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 31 marca 2004 r. w sprawie ustalenia norm jakości i bezpiecznego oddawania, pobierania, testowania, przetwarzania, konserwowania, przechowywania i dystrybucji tkanek i komórek ludzkich kobieta, która podejmuje decyzję o przekazaniu swoich komórek jajowych innej parze może otrzymać rekompensatę, obejmującą zwrot poniesionych wydatków i zadośćuczynienie za niewygody związane z oddawaniem komórek jajowych.

Jeśli idzie o aspekty prawne związane z samym dawstwem, dawczyni komórki jajowej, ani kobieta przekazująca zarodek nie mają praw rodzicielskich do dziecka. Prawa te posiada wyłącznie kobieta, która dziecko urodziła. Określa to kodeks rodzinny i opiekuńczy.

A jakie prawa mają biorczynie? 

Pacjenci-biorcy mają prawo otrzymać w pełni wartościowe oocyty od dawczyni. Ważne jest też, by czuli się bezpiecznie. Ma  w tym pomóc zapewnienie, że w VITROLIVE procedura donacji jest przeprowadzana zgodnie z najwyższymi standardami, obowiązującymi wymaganiami prawnymi i medycznymi. Możliwość pozostania dawczynią komórek jajowych jest obwarowana rygorystycznymi warunkami wg surowych norm Unii Europejskiej. Biorcy, podobnie do dawczyni, zachowują pełną anonimowość. Mogą za to poznać grupę krwi, wiek, wagę, wzrost, kolor oczu, włosów i wykształcenie pacjentki, od której komórki jajowe pochodzą.

Co do kwestii formalnych, jak mówiłam, kodeks rodzinny i opiekuńczy przyjmuje, że matką dziecka jest zawsze kobieta, która je urodziła, nawet jeśli ciąża była wynikiem zabiegu medycznego, polegającego na zapłodnieniu komórki jajowej pochodzącej od osoby trzeciej lub transferu zarodka pochodzącego od innej Pary. Tak więc biorczyni ma prawo czuć się matką.

Czy biorczynie są przygotowywane psychologicznie na wzięcie obcej komórki jajowej?

W naszej klinice staramy się, by tak było. Każdej parze, przed podjęciem decyzji i podpisaniem zgody na procedurę biorstwa, zaleca się rozmowę z psychologiem. Programy wsparcia terapeutycznego dla dawczyń oraz biorczyń w VITROLIVE prowadzone zgodnie z treścią wytycznych ESHRE Special Interest Group Psychology and Counselling.

Biorcy korzystający z pomocy dawczyń z Programu egg-sharing są informowani o znaczeniu i konsekwencjach anonimowej donacji. Tłumaczy się im, że dobór dawczyni może dotyczyć tylko pewnych parametrów i muszą być przygotowani na czas oczekiwania i niepewności. Otrzymują także informację, że w przypadku zabiegów z użyciem komórek jajowych, jeśli dawczyni nie będzie w stanie przekazać wymaganej liczby gamet, wykonanie procedury zapłodnienia zostanie przesunięte w czasie. Wszystkim osobom rozważającym wykorzystanie Programu Biorstwa Komórek Jajowych VITROLIVE polecamy zapoznanie się z materiałami poradnikowymi dostępnymi na naszej stronie www.vitrolive.pl w zakładce Materiały dla pacjenta/Poradniki i informatory (szczególnie rekomendowane są zeszyty „Powiedzieć i Rozmawiać”).

Czemu dawstwo budzi tyle wątpliwości?

W pierwszej kolejności pewnie związane jest to z faktem, iż w Polsce dawstwo komórek jajowych, jak zresztą wszelkie kwestie związane z leczeniem niepłodności, nie są uregulowane prawnie. Pacjenci boją się złego traktowania, bo wokół medycyny rozrodu narósł obraz czarnego biznesu, aktywności zarobkowej a nie nastawionej na człowieka i dar życia. To oczywiście przejaskrawiony opis, ale wielu pacjentów poczuło się podczas leczenia jak towar. Szczęśliwie rynek się oczyszcza i jesteśmy już coraz dalej od tego, ośrodki muszą starać się o pacjenta i walczą między sobą argumentem skuteczności i jakości.

Nakłada się na to dodatkowo negatywna ocena społeczna – w Polsce akt przekazania gamet ciągle budzi ostracyzm kulturowy i religijny. Traktuje się te zaangażowane w pomoc niepłodnym parom panie z góry, a ich działanie kategoryzuje się jako przedmiotowe i nastawione na zarobek. Jest to zupełnie niesprawiedliwe, bo z badań naukowych wynika, że dawcami kierują zwykle ich własne potrzeby, wśród których niezwykle istotna jest potrzeba bycia ważnym oraz motywy altruistyczne.

Jak można je rozwiać?

Podstawą budowania akceptacji społecznej i szacunku dla tematów trudnych jest edukacja. Jako środowisko profesjonalistów pomagających w leczeniu niepłodności powinniśmy systemowo szerzyć wiedzę na temat bezdzietności nieintencjonalnej wśród społeczeństwa. Powinniśmy pomagać identyfikować problem, opowiadać o przyczynach niepłodności i sposobach jej leczenia oraz publicznie wskazać na aspekty psychologiczne choroby, zwłaszcza na obciążenie, jakim jest niemożność poczęcia dziecka z własnych gamet. Na tym tle warto mówić o sposobach pomocy parom dotkniętym problemem. Takie działania, według mnie, winny wypływać z naszej strony. Państwo zaś, ze swojej strony, winno zadbać o jasne standardy postępowania i jednoznaczne prawodawstwo.  

 

Dr n. med. Anna Janicka – wielokrotnie wyróżniana absolwentka studiów biotechnologicznych Akademii Rolniczej w Szczecinie. W 2006 roku obroniła pracę doktorską realizowaną w Zakładzie Genetyki i Patomorfologii Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie pod kierownictwem prof. dr hab. n. med. Jana Lubińskiego, uzyskując stopień naukowy doktora nauk medycznych w zakresie biologii medycznej. Kilkukrotnie nagrodzona przez Ministra Zdrowia za cykl publikacji dotyczących biologii molekularnej i diagnozowania predyspozycji do nowotworów dziedzicznych. Od 5 lat zawodowo i naukowo związana z medycyną wspomaganego rozrodu w klinice VITROLIVE w Szczecinie. Od 2014 roku jest członkiem Zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu (PTMR), a także członkiem Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego (PTG) oraz Europejskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii (ESHRE). Od 2010 roku bezpośrednio angażuje się w realizację programów: „European IVF Monitoring (EIM)” na rzecz ESHRE oraz „Oocyte donation study” realizowanego dla the Cross Border Reproductive Care ESHRE – Taskforce. Reprezentant Polski w Komitecie Przedstawicieli Krajowych ESHRE w kadencji przypadającej na lata 2014 – 2017. 

Karolina Błaszkiewicz

dziennikarka. Związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami i z natemat.pl

Czy macierzyństwo po in vitro jest inne?! – ciekawe spostrzeżenia psychologa

mama in vitro

Osoby doświadczające niepłodności wchodzą w rodzicielstwo z pewnymi obciążeniami – tendencją do izolacji, poczuciem niezrozumienia, odmienności, samotności…

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Od kiedy in vitro stało się powszechnie dostępną metodą leczenia niepłodności, spotyka się ona z licznymi kontrowersjami z jednej strony oraz zachwytami z drugiej.

In vitro – ostatnia deska ratunku?

Rzeczywistość jest taka, że metoda ta dała wielu ludziom szansę na rodzicielstwo, której nie mieliby kilkadziesiąt lat wcześniej.  Odmieniła zasadniczo przyszłość osób, które w innych okolicznościach pozostałyby bezdzietne, bo przecież adopcja nie zawsze jest możliwa, z wielu powodów. Ale też, jak wie każda osoba, która się jej podjęła, nie jest łatwą i przyjemną drogą do rodzicielstwa. Zwykle jest tak, że zanim ktoś dotrze do etapu in vitro, przechodzi krótszą lub dłuższą niepłodność, podchodzi do innych sposobów leczenia, przeżywa straty. Zapłodnienie in vitro bywa więc nazywane ostatnią deską ratunku.

Sytuacja polityczna a społeczny odbiór in vitro w Polsce?

Aktualna polska rzeczywistość zdaje się być coraz dalsza od zachodniej, opartej na przesłankach naukowych, faktach oraz rzetelności. Zmiany w prawodawstwie, brak dofinansowania leczenia z publicznych pieniędzy mają realne przełożenie na społeczny odbiór metody, jak również na komfort psychiczny pacjentów. Ich sytuację dodatkowo pogarsza fakt, że ciągle jest wiele niepewności tak w zakresie skuteczności leczenia, ale przede wszystkim jego skutków. Na tym też opierają swoją argumentację przeciwnicy metody. A od niepewności i wątpliwości, potrzebnych w nauce, do absurdów i pseudonaukowych wywodów w rodzaju bruzd na czole „dzieci z in vitro” jest bardzo krótka droga.

In vitro a naturalne starania – ciekawe badania

Warto więc przyjrzeć się temu, co nauka oparta na rzetelnych badaniach mówi na ważne tematy związane z in vitro: czy i w jaki sposób metoda ta wpływa na psychologiczny dobrostan kobiet, jakość ich życia i czy doświadczenie kobiet w ciąży po in vitro różni się zasadniczo od kobiet w ciążach z naturalnego poczęcia.
W jednym z ostatnich badań opublikowanych w 2016 roku wzięło udział 75 kobiet, które w tym samym czasie zaszły w ciążę na skutek  zapłodnienia in vitro i 78, których ciąża była naturalna. Wszystkie uczestniczki zostały przebadane za pomocą kwestionariuszy, wzięto również pod uwagę dane dotyczące nowonarodzonych dzieci.
Wnioski, do których doszli badaczy wskazywały,  że…

kobiety po doświadczeniu in vitro częściej się izolowały społecznie, ale jednocześnie częściej doświadczały pozytywnych emocji wraz z rozwojem ciąży oraz rosnącego poczucie sensu życia. Jednocześnie kobiety będące w grupie in vitro częściej doświadczały trudności seksualnych, co skutkowało obniżonym poczuciem spełnienia w niektórych aspektach życia.

Co ważne, kobiety z pierwszej grupy przeszły stosunkowo krótkie, bo 30-miesięczne leczenie niepłodności zanim zaszły w ciążę, co mogło mieć wpływ na otrzymane wyniki.

Izolacja kobiet po in vitro

Odpowiedź na pytanie, co było źródłem izolacji wśród kobiet po in vitro jest jednocześnie odpowiedzią na pytanie, co jest trudne w niepłodności w ogóle. Badacze postawili tezę, że potrzeba trzymania się na dystans wynikała z niechęci do spotkań rodzinnych oraz koleżeńskich, na których niezmiennie padały pytania o to, kiedy będą dzieci i dlaczego nadal ich nie ma, jak również ze względu na konieczność obserwowania cudzych ciąż. Pary mające trudności w poczęciu czuły się niezrozumiane, przez co podejmowały decyzję o radzeniu sobie z chorobą oraz leczeniem w samotności.

Poczucie odmienności i  nieprzystawalności pozostawało czasami nawet po narodzinach dziecka.

Badania pokazały również, że obie grupy kobiet były w podobnym stopniu zadowolone ze swoich związków.
Natomiast to, co zostało potwierdzone w badaniach z 2016 roku to wyższe ryzyko hospitalizacji kobiet, które zaszły w ciążę po in vitro oraz ciąż zakończonych cesarskim cięciem.

Ciąża po transferze wpływa na psychikę mamy i całe macierzyństwo

Można spekulować, czy ciąża będąca efektem zapłodnienia pozaustrojowego jest ciążą o którą wszyscy, rodzice i personel medyczny, dbają szczególnie. Niekoniecznie na świadomym poziomie. Dlatego też, nawet jeśli badania nie wskazują na to, że…

kobiety po leczeniu niepłodności oraz zapłodnieniu pozaustrojowym przejawiają cechy depresji klinicznej czy zaburzeń lekowych, trudności tych jednak doświadczają. Byłoby to zupełnie zrozumiałe.

Te uczucia pojawiają się już na wczesnych etapach leczenia, a nawet diagnozy i niestety nie znikają w magiczny sposób wraz z pojawieniem się ciąży czy dziecka. Łatwiej je jedynie wówczas ignorować, skupiając się z działaniu.

Kolejne badania pokazują więc, że osoby doświadczające niepłodności wchodzą w rodzicielstwo z pewnymi obciążeniami – tendencją do izolacji, poczuciem niezrozumienia, odmienności, samotności, doświadczają również często trudności w życiu seksualnym. To może ich skłaniać do szukania profesjonalnego wsparcia. Jednocześnie badania przekonują, że niepowtarzalne i niemożliwe do osiągnięcia innymi sposobami szanse, jakie stwarza metoda in vitro znacząco poprawiają jakość życia i ogólny stan psychiczny osób z niej korzystających.

POLECAMY:

Komu George Michael opłacił in vitro?

6 rzeczy, o których wiedzą niepłodni

Tu kupisz najnowszy Magazyn Chcemy Być Rodzicami

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

9 lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia – WASZE HISTORIE

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Moc, z jaką można walczyć o swoje marzenia, jest ogromna. Niewątpliwie prawdziwą siłaczką jest w tej kwestii Dorota. 9 lat starań o dziecko, inseminacje, in vitro – ilość i skala przeżytych w tym czasie emocji są aż trudne do wyobrażenia. „Gdybym miała przystąpić do wszystkiego od nowa, to mimo wszystko powiedziałabym: TAK, TAK, TAK!”.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Czas start!

Stojąc na ślubnym kobiercu nie myślałam kiedy i ile chcę mieć dzieci” – zaczyna swoją opowieść Dorota. Miała wtedy 23 lata, a jej świeżo poślubiony mąż 25. Po roku małżeństwa postanowili, że może warto duet zamienić na tercet. „Podzieliłam się podjętą decyzją z przyjaciółką, która też wtedy rozpoczęła starania o malucha. Byłam przeszczęśliwa, że będziemy miały dzieci w tym samym wieku!” – wspomina. I o ile koleżanka po dwóch miesiącach okazała się być w ciąży, w kolejnym miesiącu następna znajoma, po upływie 2 miesięcy też siostra cioteczna, o tyle u Doroty było bez zmian. Ciągle nic.

Młodzi żyli jednak aktywnie. Wiele podróżowali, spędzili trochę czasu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Zwiedzali, poznawali tamtejszą kulturę, ale i pracowali. 2008 rok był czasem, gdy na stałe postanowili zapuścić korzenie w Polsce. Wtedy też rozpoczęły się wizyty u specjalistów. Pierwsze wyniki badań hormonalnych i badań nasienia nie były najgorsze. Na początek pojawiły się więc leki stymulujące i monitoring – nic. Konsultacje u specjalistów w innym mieście – nic. Naprawdę nie było się do czego przyczepić! Zaproponowano więc inseminację. „Mieliśmy dwie. Niestety bez skutku” – mówi Dorota.

Zmiany, zmiany, zmiany

Z dziewczyny ważącej zaledwie 60 kg urosłam do 70kg. Hormony zrobiły swoje… Puchłam i miałam wilczy apetyt, którego niczym nie byłam w stanie zahamować. Stałam się nerwowa i wszczynałam awantury  – o nic! Być może chciałam w ten sposób wykrzyczeć swój ból i bezradność… Zawsze byłam i dalej jestem uśmiechnięta i mimo niepowodzeń starałam się być dobra dla innych. Owszem, jestem też szczera do bólu, co może nie ułatwia przyjaźni ze mną, ale zależy mi przede wszystkim na zaufanych ludziach – na jakości przyjaźni, a nie ilości. Leczenie jednak sprawiło, że się zmieniłam” – dodaje.

Wtedy też pojawił się pomysł o przerwie. „Dalej walczyliśmy, ale po cichu, sami w domu. Skupiliśmy się na sobie, na pracy. Wciąż wierzyłam wtedy, że nadejdzie w końcu dzień, gdy zobaczę te cholerne dwie kreski!” – mówi w dużych emocjach Dorota. „Tak, to była frustracja. Wszyscy dookoła widzieli, jak bardzo mnie to przygnębia. Co roku w Sylwestra słyszałam życzenia, że ‘w tym roku wam się uda’. Doprowadzały mnie one do szału! Wreszcie przyszedł czas, że życzenia były już tylko uściskami… bez słów” – dodaje.

Nowe rozdanie

Szczególnie ważne było w tym momencie wsparcie, jakie Dorota znajdowała w mężu. To on zaproponował by pojechać do innej kliniki i znaleźć nowych lekarzy. Tym sposobem trafili do jednej z warszawskich placówek. „Lekarz nas zbadał, przejrzał wyniki dotychczasowych badań i powiedział, że w naszym wypadku widzi dwie opcje: albo jeszcze jedna inseminacja, albo decydujemy się na in vitro. Wychodząc od niego poczułam się chora. Skoro nasze badania są dobre, to po co in vitro?!” – zastanawiała się Dorota. Przez kolejny rok biła się z myślami. Cierpiała w tym czasie nie tylko ona, ale i związek, a seks stał się mechaniczną czynnością pod tytułem: „idziemy do łóżka, bo nadchodzi jajeczkowanie”. Trwało to już około 6 lat… Na początku 2012 roku decyzja zapadła.

Wykonaliśmy mnóstwo badań, lekarz zlecił mi tabletki hormonalne na wyciszenie jajników, później ruszyliśmy z zastrzykami  na wzrost pęcherzyków. Stres, który przeżywałam podczas zastrzyków, był niemiłosierny. Później była punkcja. W 7. rocznicę ślubu odbył się transfer dwóch zarodków” – opisuje. Wiązało się to z olbrzymią radością, ale i ogromem oczekiwań. „Po około 15-stu dniach zrobiłam HCG. Byłam w ciąży! Pierwszy raz po tylu latach starań byłam w ciąży!” – mówi w wielkich emocjach Dorota. Niestety radość nie trwała długo.

W pewien sobotni wieczór zobaczyłam krew. Rozpacz i strach, jakie się wtedy pojawiły, są nie do opisania. Ból, nawet nie fizyczny, a psychiczny, wiązał się ze stratą czegoś więcej, niż ‘tylko’ dziecka. Oprócz niego straciłam siebie. Świat przestał istnieć. To był 12. tydzień ciąży” – w słowach Doroty wciąż czuć trud, z jakim musiała się wtedy mierzyć. „W szpitalu doszedł również ból fizyczny, ale był niczym w porównaniu z tym, co działo się we mnie. Kolejne dni były puste. Nie pamiętam z nich nic” – dodaje.

Kosmiczna siła

Następne miesiące miały być odpoczynkiem, regeneracją i nabieraniem sił. Po 4 miesiącach kolejne podejście i podanie dwóch zarodków. Był to grudzień, ale niestety bez prezentu gwiazdkowego. Upragnionych dwóch kresek tym razem nie było. Para nie odpuszczała jednak. W lutym 2013 roku zabrali ostatnie dwa zarodki – test wyszedł pozytywny! „Pojawiła się we mnie wielka radość i pewność, że teraz nic się złego nie stanie. Niestety już po tygodniu zaczęłam mocno krwawić. Straciłam ostatnią nadzieję…” – znów słychać z słowach Doroty ból. W zasadzie to sama już nie wiem co straciłam. Chyba nawet nie była to nadzieja, bo trwałam w swego rodzaju nicości. Nie miałam nic – mówi. Lekarze próbowali w tym czasie odnaleźć przyczynę poronień, ale z badań niczego się nie dowiedzieli. Wyniki były idealne. „Niby jestem zdrowa, a nie dość, że nie mogę zajść w ciążę, to jeszcze nie umiem jej utrzymać… kolejne ciosy…” – opisuje Dorota.

To niesamowite jak wiele sił musiała wtedy mieć – ona i jej mąż. Pomimo strat próbowali dalej, szukali nowych rozwiązań. Zmienili w tym czasie lekarza i podjęli decyzję o kolejnej próbie in vitro. Tym razem uzyskali 9 zarodków, z czego wspólnie z embriologiem wybrali dwa. Testy pokazały, że Dorota jest w ciąży! Znów wielka radość, ale i coraz więcej obaw, czy tym razem się uda?

Dwa tygodnie później okazało się, że oba zarodki się zagnieździły i noszę pod sercem dwoje dzieci. Strach był jeszcze większy! Robiłam badania, chodziłam co dwa tygodnie do lekarza i podpatrywałam jak rosną. Brzuszek rósł, a chłopcy – tak, synowie! – mieli się dobrze. Ciąża przebiegała bez problemów, a my w tym czasie remontowaliśmy nowe, większe mieszkanie, w którym widziałam już biegające dzieci” – gdy Dorota opowiada o tym czasie, nie ukrywa szczęścia.

Szczęście na wyciągnięcie ręki

Pomimo obaw wszystko szło dobrze. Całą trójkę konsultował profesor, który miał za sobą niejeden bliźniaczy poród i zapewnił im profesjonalną opiekę. Podczas rutynowej wizyty u prof. u  jednego z bliźniąt wystąpiły złe przepływy.  „Zostałam skierowana do szpitala, a maluchom trzeba było dać dwa zastrzyki na płucka, na wypadek gdyby trzeba było przeprowadzić wcześniejsze cesarskie cięcie. Dotrwałam jednak do 39. tygodnia ciąży” – opisuje Dorota.

Poród zaplanowany był na 18. lutego o godzinie 9:00. „Nigdy nie czułam aż tak ogromnego stresu. Kochana pani Ania, pielęgniarka, zawiozła mnie na cesarskie cięcie na wózku, bo nogi miałam jak z waty, w uszach mi świstało i nie mogłam zebrać myśli. Trzęsłam się jak galareta” – opisuje Dorota. „Wreszcie nadszedł moment, gdy profesor powiedział: ‘Zaczynamy’. Nastąpiła cisza. Nawet gdyby miał wtedy miejsce jakiś wybuch, to nie wiem czy bym go usłyszałam. Czekałam już tylko na usłyszenie płaczu moich dzieci. Jest pierwsze. Zaraz potem drugie. Pokazali mi synów. Wreszcie są na świecie. Nasze dzieci! Nasze dzieci! Nasze dzieci!”.

Juliusz i Franciszek urodzili się dokładnie 18. lutego 2014 roku o godzinie 9:02 i 9:03. Po dziewięciu latach starań rodziców, w końcu są. Chłopcy mają dziś 3 lata i 8 miesięcy. „Okropne łobuziaki! Nie da się nad nimi zapanować” – mówi ze śmiechem dumna mama i dodaje: „Są naszym całym światem!”.

Teraz Dorota ma już za sobą największy żal i frustrację związaną z tymi wszystkimi latami. Jednak jak mówi, mogło się to udać tylko dzięki miłości. „Wsparcie męża było ogromne, wspierali mnie też rodzice. Są to najważniejsze osoby w moim życiu i zawdzięczam im wszystko” – podsumowuje. Gdy zastanawia się, czy dziś poszłaby tą samą drogą, nie ma wątpliwości. Jedyne co mogłoby być inne, to krótsze zwlekanie z decyzją o in vitro. „Niepłodność idiopatyczna to chyba w tym temacie najgorsza przypadłość. Nie wiesz nawet co możesz leczyć, jakich działań powinnaś się podjąć. Mnie z niemożności zajścia w ciążę wyleczyło in vitro. Moje dzieci, które urodziły się dzięki tej metodzie, są najpiękniejszymi i najmądrzejszymi dzieciakami. Kocham ich” – czy są lepsze słowa by podsumować Happy End?

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.