Przejdź do treści

Nowe władze Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu

456.jpg

Podczas II Sympozjum Szkoleniowego Medycyny Rozrodu i Endokrynologii Ginekologicznej wybrano nowe władze Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu.

 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Sympozjum odbyło się w dniach 11-13 września 2014 roku pod hasłem „Płodność i niepłodność w XXI wieku”. Podczas wyborów wyłoniono nową Przewodniczącą PTMR – dr Katarzynę Kozioł, ginekolog położnik i starszy embriolog kliniczny.

Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu to stowarzyszenie mające za zadanie szerzenie i doskonalenie zasad etyki lekarskiej, podnoszenie kwalifikacji zawodowych i poziomu naukowego członków Towarzystwa. Ponadto celem organizacji jest dbałość o autorytet w społeczeństwie dla profesjonalistów zajmujących się embriologią kliniczną i medycyną wspomaganego rozrodu. Towarzystwo troszczy o pacjentów poprzez stawanie sobie na pierwszym miejscu zapewnienie wysokiej jakości usług świadczonych przez instytucje zajmujące się embriologią kliniczną i medycyną rozrodu. Cel ten zostaje osiągnięty przez Towarzystwo poprzez prawnie dopuszczalne formy nadzoru oraz reprezentowanie embriologii klinicznej w kraju i za granicą.

Chemioterapia zwiększa szanse na płodność? Zaskakujące wyniki badań

Chemioterapia
Fotolia

Popularne leki stosowane w trakcie chemioterapii mogą być pomocne w stymulacji produkcji jajeczek w jajnikach – twierdzą naukowcy. Odkrycie może okazać się pomocne w poszukiwaniu nowych sposobów do walki w niepłodnością.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Koszty leczenia niepłodności są bardzo duże. W Polsce cała procedura ni vitro waha się w granicach 10 tys. złotych. Oczywiście jest to orientacyjna suma, ponieważ zarówno czas, jak i koszt leczenia zależy od przyczyny problemu. Dla porównania, średni koszt tego zabiegu w USA to od 11 tys. do 12 tys. dolarów – podaje ośrodek Advanced Fertility Center w Chicago./

Chemioterapia a płodność

Naukowcy z Uniwersytety Edynburskiego pobrali próbki tkanek z jajników 14 kobiet, które przechodziły chemioterapię. Następnie porównali je z próbkami 12 zdrowych kobiet. Wyniki były zaskakujące.

Tkanki pochodzące z jajników kobiet poddanych terapii z użyciem ABVD były zdrowsze w porównaniu z tkankami młodych, zdrowych pacjentek. Po zastosowaniu ABVD zauważono również podwyższoną produkcję jajeczek. ABVD to mieszanka leków, w skład której wchodzi doksorubicyna, znana również jako adriamycyna, bleomycyna, winblastyna, dakarbazyna.

Potrzebne są dalsze badania

Do niedawna uważano, że zwiększenie liczby jajeczek w ciągu życia kobiety jest niemożliwe. Wciąż istnieje wiele wątpliwości i potrzebne są dalsze badania, aby zrozumieć wpływ ABVD na płodność kobiety.

– Badania dotyczą tylko kilku pacjentek, jednak wyniki były spójne i mogą się okazać znaczące w dalszych poszukiwaniach – oświadczyła profesor Evelyn Telfer ze School of Biology and Sciences. – Musimy bardziej poznać mechanizm oddziaływania mieszanki leków na jajniki i konsekwencje – dodała.

Wyniki badań zostały opublikowane w dzienniku „Human Reproduction”, akcję wspiera Rada Badań Medycznych.

Zobacz także:

Chemioterapia, która przywraca szanse na dziecko. Jeden lek na niepłodność i nowotwór?

Chemioterapia w ciąży

Przełomowa procedura – czy umożliwi kobietom z uszkodzonymi chemioterapią jajnikami zajście w ciążę?

Źródło: CNBC

Anna Wencławska

Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych. W wolnym czasie gra na gitarze i śpiewa w zespole.

Grunt to wierzyć, że się uda! Maria: „Musiałam przejść tę drogę, by teraz unosić się radością z naszym małym skarbem”

Fot. archiwum prywatne Marii
Fot. archiwum prywatne Marii

Lata starań o upragnione dziecko, siedem poronień, setki badań – doświadczeniem, które ma za sobą Maria, spokojnie można obdzielić kilka osób. Pomimo trudów zawsze była w niej jednak nadzieja, że będzie najlepszą mamą na świecie! Wierzyła w to nie tylko ona, ale też jej bliscy i lekarka, która stanęła na ich drodze.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Starania o dziecko – droga, której nie znamy

Wszystko rozpoczęło się przed siedmioma laty, kiedy to Maria i Grzegorz rozpoczęli swoje starania. Okazało się to być jednak znacznie trudniejsze, niż mogłoby się początkowo wydawać. W całej mojej historii przeszłam siedem poronień. Pierwsze miało miejsce w 2010 roku. Kolejne były niemal co roku, zazwyczaj na wiosnę. Jednego roku zdarzyły się dwa: wiosną i jesienią – opowiada Maria, która starała się szukać pomocy u doświadczonych lekarzy.

Specjaliści nie umieli jej jednak pomóc, a tempo życia nie działało na korzyść przyszłej mamy: „Gdy okres się opóźniał zaraz robiłam testy ciążowe i badanie Beta HCG. Starałam się też o wolne w pracy, żeby móc przeleżeć najcięższy początek ciąży. Zawsze jednak trzeba było coś zakończyć, przekazać. Był stres i dużo jazdy samochodem” – opowiada o swojej ówczesnej pracy Maria, która zajmowała w tym czasie kierownicze stanowisko.

Pomimo dużego wysiłku wkładanego w starania, nikt nie mógł znaleźć przyczyny, dlaczego wciąż i wciąż dochodzi poronień. „Podczas ostatniej utraty ciąży usłyszałam w szpitalu, że nie umieją mi pomóc i nadaję się tylko do leczenia klinicznego.  Usłyszałam również, że jeśli nie mam wykonanych badań za 1500 złotych, to co ja tu w ogóle robię… Załamałam się wtedy” – mówi Marysia. Pomimo skrupulatnych obserwacji cyklu, testów owulacyjnych, leków, zabiegowi udrożniania jajowodów oraz wielu innych badań, co i rusz przychodziła kolejna strata.

Nowy początek

Z jednej strony było to dla Marii dobijające, z drugiej pojawiała się motywacja do dalszej walki. Kobieta starała się przypominać sobie, że przecież będzie najlepszą mamą na świecie – musi się udać! „W 2015 roku, po szóstym poronieniu, znalazłam namiary do lekarki, która przed kilkoma laty jako jedyna rozmawiała ze mną w szpitalu po ludzku. Z wielką radością i jeszcze większą nadzieją umówiłam się do niej na wizytę. Pani Kasia zawsze o wszystko wypytywała, z chęcią zapoznawała się z moją historią, skierowała mnie do szpitala, na wizytę u hematologa oraz na zabieg histeroskopii. Każda wizyta była bardzo konkretna i nie trwała, jak u wcześniejszych lekarzy, 5-10 minut. Najważniejsza – dla niej i dla mnie – była wiara, że będę miała swoje upragnione dzieciątko. Powiem szczerze, dobry lekarz to skarb!” – podkreśla Marysia.

Wiosną miał odbyć się zabieg histeroskopii, ale pojawiła się siódma ciąża. Niestety w dniu wyznaczonej wizyty kontrolnej Maria wylądowała w szpitalu. „Zabieg musiałyśmy przełożyć o trzy miesiące. Choć wiedziałam, że będzie ze mną w klinice mąż i wykonywać będzie go pani Kasia, bardzo się bałam” – zabieg okazał się być jednak niezwykle potrzebny. „Dowiedziałam się, że moja macica była w złym stanie. Cała w zrostach i pajęczynach zrostowych po wcześniejszych poronieniach” – dodaje Maria.

Histeroskopia miała być powtórzona kilka miesięcy później. W tym czasie nastąpiły duże zmiany w życiu zawodowym, pojawiło się więcej czasu na relaks i kontakt z bliskimi. Myśli o dziecku zeszły na dalszy plan, a celem na tamten moment stało się leczenie. Sprawy potoczyły się jednak inaczej: „13-ego  września, to był wtorek, powinnam była już mieć okres. Uznałam więc, że zrobię test. Chociaż pewnie i tak nic z tego nie będzie, a tu… dwie kreski! Wystraszyłam się i stwierdziłam, że chyba test był zepsuty. W środę wykonałam kolejny i u po 40-stu sekundach pojawiły się dwie wyraźne krechy! Uznałam jednak, że na badanie Bety HCG tym razem nie pójdę. Nie chciałam się stresować, a na piątek i tak miałam umówione spotkanie z lekarzem. Na wizycie była już tylko ogromna radość. Zarówno moja, jak i Pani Kasi. Obie popłakałyśmy się ze szczęścia!” – wciąż słychać w Marii ogrom pozytywnych emocji!

Karuzela przeżyć

Jednak w czasie przedłużających się starań emocji jest znacznie więcej, i to nie tylko tych pozytywnych. Silny stres wpływa też na związek: „Na całe szczęście nie pojawiło się u nas wzajemne obwinianie. Mąż także musiał wykonać badania, zależało mu tak samo bardzo, jak i mnie. W związku staraliśmy się wspierać. Grześ zawsze był ze mną na wszystkich zabiegach i badaniach” – opowiada Maria, ale dodaje przy tym, że chwile zmęczenia dały im w kość. Ciężko bywało też w relacjach z dalszą rodziną. „Mama, siostra, ciocie i kuzynki zawsze mnie wspierały i nie naciskały. Mama dużo się modliła, żeby nam się w końcu udało. Niestety zdarzały się też komentarze: „I co, znów straciłaś?” – to bolało. Łzy same cisnęły się wtedy do oczu i nie umiałam przestać płakać. Nie chciałam jednak, aby ktoś widział moją słabość, bezradność i ogrom bólu” – mówi Maria.

Automatycznie wręcz pojawia się wtedy pytanie, czy nie było myśli o poddaniu się i zrezygnowaniu ze starań. Co może wtedy podtrzymywać nadzieję? „We mnie podtrzymywały ją wiara, słowa przyjaciół i rodziny, że będę najlepszą mamą. Dużo dała mi też lekarka. Wiedziałam, że pani Kasia naprawdę chce mi pomóc” – podkreśla szczęśliwa dziś mama.

Antoś ma już  kilka miesięcy. Niby mały człowiek, a tak wiele zmienił: „Zauważyłam, że jestem teraz bardziej uczuciowa i silniej przeżywam emocje. Wiem i widzę jakie posiadamy szczęście. Jestem dumna jak mówię o sobie „mamusia”. Wierzę, że drogą przez którą musiałam przejść – upadki i dołki – były potrzebne po to, żeby teraz unosić się szczęściem i radością z naszym małym skarbem” – mówi Maria i dodaje, że dziś podjęłaby takie same kroki. Pomimo trudów i bólu wierzy, że warto walczyć do końca.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Strata za stratą… miłość i tak zwycięża! „Zrobiłabym wszytko tak samo, by tylko mieć nasze córeczki”

Fot. archiwum prywatne / Julka przytulająca się do siostry będącej jeszcze w brzuchu mamy
Fot. archiwum prywatne / Julka przytulająca się do siostry będącej jeszcze w brzuchu mamy

Karolina i Rafał są ze sobą od 14 lat, jednak ich doświadczenie spokojnie można przełożyć na co najmniej sto bitych lat. Przeżyli razem upadki – poronienia, śmierć rodziców – ale i wzloty. Są bowiem rodzicami pięcioletniej Julii, a druga córka jest w drodze: „Gdy patrzę w przeszłość, zrobiłabym wszytko tak samo by tylko mieć nasze córeczki” – mówi Karolina.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wspólna droga zaczęła się, gdy Karolina miała 18 lat. Można by rzecz: „szczenięca miłość”, ale zakochani szybko wiedzieli, że chcą ze sobą zbudować rodzinę. Chcieli mieć przynajmniej jednego syna, o czym już wtedy rozmawiali. „Mąż jest starszy ode mnie o 9 lat. Szukał wtedy pracy, ja dopiero skończyłam szkołę. Mieliśmy jeszcze czas” – mówi Karolina i dodaje, że starania rozpoczęli dopiero kiedy oboje zawodowo stanęli na nogi i zamieszkali z rodzicami Rafała. „Był to 2006 rok. Nie było jednak w nas szczególnej presji. Kiedy jednak po trzech latach nie było efektu, stwierdziliśmy, że coś jest nie tak. To właśnie wtedy zaczęłam odwiedzać lekarzy” – opowiada.

Początek trudnej drogi

Specjaliści nie byli jednak specjalnie pomocni. Twierdzili, że para jest jeszcze młoda i nic złego się nie dzieje. Nie byli też szczególnie wrażliwi: „Pod koniec 2009 roku, któryś już z kolei lekarz, na podstawie badania USG powiedział, że prędzej trafimy szóstkę w totka, niż będziemy mieć dziecko. Skąd wysnuł taki wniosek? Uważał, że za bardzo się staramy i za dużo myślimy o ciąży. Kazał nam zająć się czymś innym. Zajęliśmy się więc przygotowaniami do ślubu” – mówi Karolina i wspomina swoją skromną, wymarzoną ceremonię, która otworzyła przed parą nowy etap. Niestety nie był on łatwiejszy.

Kilka miesięcy po ślubie Karolina trafiła do lekarki, która dokładniej zaczęła przyglądać się jej problemom. Po trzech miesiącach stymulacji lekami i monitoringów doszła do wniosku, że trzeba wykonać zabieg laparoskopii – nakłuwania jajników. „Miesiąc później byłam w ciąży. Trwała niestety tylko sześć tygodni. Straciliśmy nasze maleństwo 1-ego stycznia 2011 roku” – opowieść wciąż wywołuje w Karolinie duże emocje. I nic dziwnego, trudno wyobrazić sobie ból, z którym musiała się zmierzyć. „Poddałam się. Powiedziałam sobie, że nie będziemy rodzicami. Trwałam w tym przekonaniu do lipca, kiedy to na nowo rozpoczęliśmy walkę o maluszka” – dodaje.

Głową w mur

Był to czas pełen zmagań nie tylko z ciałem i biologią, ale też z emocjami. „Kłóciliśmy się z mężem, który nie chciał zgłosić się na badania nasienia. Twierdził, że jestem w ciąży, bo rzeczywiście spóźniał mi się okres. Konflikty nie ustępowały i dla świętego spokoju zrobiłam test. Ku mojemu zdziwieniu ukazały się dwie grube, piękne kreski! Kilka miesięcy później, w 2012 roku, na świat przyszła nasza zdrowa, upragniona córeczka!” – mówi Karolina i podkreśla, że sama ciąża była też dla niej dużym wyzwaniem. Była bowiem zagrożona, a ona musiała kilkukrotnie przebywać w szpitalu. Nie przyćmiło to jednak ich ogromnego szczęścia. Szczęścia, które popchnęło parę kilka lat później do starań o rodzeństwo dla Julii. Znów niestety nic nie szło po ich myśli.

W styczniu 2015 roku zwolniłam się z pracy, bo nie mieliśmy z kim zostawić córki. Dodatkowo teściowa, która chorowała na raka, była coraz słabsza i potrzebowała de facto więcej opieki, niż nasze dziecko” – opisuje z trudem Karolina. Kilka tygodni później znów jednak zobaczyła dwie kreski. Tym razem oprócz ogromu radości, było też jednak wiele strachu. Dlaczego nie udało się miesiąc wcześniej, gdy jeszcze oboje mieli pracę? Jak teraz poradzą sobie z dwójką maluchów? Wszystko wynagradzało jednak szczęście córki, która nie mogła już doczekać się rodzeństwa.

Los nie daje za wygraną

Pierwsze tygodnie ciąży były trudne – wymioty, mdłości i liczne wizyt u lekarza. W 10. tygodniu ciąży wszystko zdawało się być jednak w porządku. Mdłości ustąpiły, a Karolina i Rafał zaczęli się uspokajać. „Nie wiedziałam wtedy, że oznacza to najgorsze. W 14. tygodniu ciąży okazało się, że maluszek już od jakiegoś czasu nie żyje. Świat mi się zawalił. Pytałam się siebie, jak to możliwe?! Przecież wszystko było dobrze?!” – mówi Karolina. Spędzało jej sen z powiek przede wszystkim to, jak powie o stracie starszej córce, która już kochała swojego upragnionego braciszka. Spokojna rozmowa, wizyta w szpitalu i powrót do rzeczywistości.

Wszystko to kosztowało Karolinę bardzo wiele, nadzieję dała jej wtedy Julia: „Mała stanęła w oknie i patrząc w niebo powiedziała: ‘Mamo, tam na chmurce siedzi mój braciszek. Macha do mnie i mówi, że do nas wróci’. Zatkało mnie. Żyliśmy z dnia na dzień właśnie dla naszej córki. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że najbliższy rok skrywa kolejne złe dni pełne płaczu. 3 miesiące po stracie dziecka mąż stracił matkę. Nie zdążyliśmy podnieść się po jej śmierci, a po kolejnych trzech miesiącach mąż pochował ojca. Tego było już dla nas za wiele” – historia Karolina jest wręcz trudna do wyobrażenie. Nic dziwnego, że para zdecydowała się w pewnym momencie zaprzestać starania o kolejne maleństwo. Przewrotność losu jest jednak nie do przewidzenia. Pod koniec stycznia Karolina znów miała mdłości.

Wszystko będzie dobrze!

Szok, radość, łzy i strach, że po raz kolejny będzie tak samo. Że znów stracimy maluszka, a najbardziej będzie cierpiała córka. Mijały jednak tygodnie, a mdłości się nasilały. Moja ginekolog mówiła, że to dobry znak i mamy wierzyć, że będzie dobrze” – mówi Marta, która jest właśnie w 33. tygodniu ciąży. Wszyscy oczekują już przyjścia na świat drugiej dziewczynki. „Malutka kopie bardziej, niż pierwsza córeczka, z czego bardzo się cieszymy. Szykujemy wyprawkę i czekamy. Chcemy ją w końcu przywitać, poznać i przytulić” – dodaje szczęśliwa dziś mama.

Los zdaje się być naprawdę pokrętny. W ciągu kilkunastu lat związku Karolina i Rafał przeżyli bowiem wiele zwrotów. „Najważniejsze jednak, że zawsze byliśmy razem. Nawet wtedy, gdy traciliśmy nasze maluszki mąż był ze mną i dawał wiele wsparcia” – mówi kobieta i dodaje: „Gdy teraz patrzę w przeszłość, zrobiłabym wszystko tak samo, by tylko mieć nasze córeczki… te kopniaki wynagradzają wszystko!”.

Fot. archiwum prywatne / Karolina z Julią

Fot. archiwum prywatne / Karolina z Julią

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Moje życie po transferze. Historia pewnego obłędu

 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Od trzech tygodni to trwa, od czasu transferu. A przynajmniej od dwóch jestem pewna, że zwariowałam. Aby uzyskać pogłębioną diagnozę, spotykam się Dr. Google’em. Proponuje mi odwiedzenie pewnego forum i po chwili myślę z ulgą: „Jest nas więcej!”. Jak wygląda życie po transferze?

„Festiwal hipnotyzowania wzrokiem własnych gaci” – czytam u jednej z forumowiczek i zastanawiam się, czy to już ten etap, w którym i ja powinnam wziąć udział w tej imprezie, i czy otrzymam na niej jakąś nagrodę. Czytam dalej i już wiem. Byłabym w pierwszej trójce. Zwłaszcza że zestaw objawów wskazujących na ciążę w moim przypadku rozrósł się nieco ponad normę. Swędzenie skóry, ucisk w klatce piersiowej, spuchnięte stopy, żyłki na piersiach – jak na pierwsze dwa tygodnie objawów miałam bardzo dużo. I – o zgrozo – o każdym z nich znalazłam jakąś informacje w internecie. Może nie na najpopularniejszych stronach, ale jednak! To tylko potwierdzało moje teorie, co do których niekoniecznie chciałam przyznawać się publicznie.

„To przerażające jednak. Muszę nad tym zapanować” – dotarło do mnie, kiedy mój rozum na chwilę przejął nade mną kontrolę. „Jak dojrzała kobieta, starająca się o to, by zostać matką, może ulegać takim obsesjom i paranojom?” – zastanawiam się i podejmuję jedyną słuszną decyzję. „Koniec!”. Z rozważań wyrywa mnie nagłe kłucie w brzuchu. Przerywam czytanie, myślenie zresztą też. „Tak, to na pewno było TO”. Ostrożnie badam powierzchnię brzucha, wsłuchuję się w odgłosy ciała, a następnie podnoszę się z krzesła pomału i ostrożnie. Jestem absolutnie przekonana, że jak będę wykonywać zbyt gwałtowne ruchy, będę zbyt dużo chodziła, zarodek się oderwie. Sunę więc powoli (żeby nic nie uszkodzić), acz wytrwale do łazienki, zastanawiając się jednocześnie, czy nie wykręcać już numeru do lekarza. Telefon zresztą sunie do łazienki razem ze mną, by pospiesznie napisać SMS-a do M. On też musi wiedzieć, że TO się wydarzyło.

Od czasu implantacji nie zdarzyło mi się ani razu normalnie skorzystać z toalety. Wyrzucić ot tak prostu papier toaletowy. Najpierw zostaje on poddany dokładnym oględzinom. Zresztą to, że będą oględziny, jest planowane już na etapie zakupów. Wiadomo, że na innym niż biały można jednak TO przeoczyć. Oględziny nic nie dały. Umawiam się do lekarza tak na wszelki wypadek. No, w końcu TO się wydarzyło. Wizyta dopiero po południu. Rzucam się więc w czeluści internetu i sprawdzam wszystko. Tam nic nie ma, ale przecież mogłam coś przeoczyć.

Szykuję się. Sunę pod prysznic. Niezbyt gorący, żeby nie ugotować zarodka. Starannie omijam okolice brzucha. Nie mogę bowiem pozbyć się dręczących myśli, że gdybym była w ciąży, to gorąc mógłby bardzo zaszkodzić.

I od pewnego czasu zaczynam zwracać uwagę na znaki. Jestem przekonana, że nasza szczęśliwa piosenka, którą puścili wczoraj w radiu, to znak, że już jestem w ciąży. A jeszcze to, że w kuchni znowu zakwitł kwiatek, i to ten, który już prawie nam zwiądł! To daje mi już absolutną pewność. Oprócz tego sama szukam znaków. Poranny pasjans to rzecz obowiązkowa. Jak śniadanko. Robię tak długo, aż wyjdzie. Tylko taki wynik jest dla mnie wiarygodny.

Podobno kobiety w ciąży miewają barwne sny. I ja od kilku dni takie mam! Co prawda trudno mi za każdym razem je zapamiętać. Rano, po przebudzeniu, walczę sama z sobą choć o skrawek pamięci snu. Nie wychodzi. Muszę pamiętać, żeby nie patrzeć w okno, może wtedy się uda. Choć i tak przekonanie, że sen był barwny, mam pełne.

Spiesząc się ostrożnie i powoli (w moim obłędzie myśl o uszkodzeniu zarodka nadal jest bardzo realna), ubieram się, zachowując przy tym odpowiedni rytuał. Bolą czy nie bolą – oto jest codzienne, wielokrotne o różnych porach dnia i w różnych miejscach pytanie. Badałam już piersi wszędzie. W restauracji potrafię specjalnie wyjść do łazienki, by sprawdzić stan faktyczny. Zresztą jak wychodzę w miejsce ustronne, to dobry objaw. Znak, że się jeszcze kontroluję. Niestety, kilka razy zdarzyło mi się już o tym zapomnieć i badanie fizykalne przeprowadziłam w kiosku, w sklepie, u fryzjera też.

„A więc bolą” – stwierdzam po chwili z dużą z ulgą. To dobry objaw. „U kobiet w ciąży co chwilę przecież bolą” – tłumaczę swoją obsesję sama przed sobą, by tylko odpędzić od siebie myśl, że jestem szalona. Wkładam buty. Niesznurowane, by nie musieć co chwilę się schylać. Nie dopinając u spodni ostatniego guzika, wychodzę z domu. Wsiadam do samochodu.

To straszne, jak dziurawe są polskie drogi. Na każdym kroku czyha na mnie i mój zarodek niebezpieczeństwo. Przy byle dziurze, podskoku zaciskam mocno uda. Na kolejnych światłach nie wytrzymuję i sprawdzam, czy nie ma krwawienia. W zaglądaniu w gacie króluję i nie ograniczam się tylko do WC. Stanie na czerwonym jest wystarczającą okazją, czasem i miejscem, by to zrobić.

Gdy szczęśliwie dojeżdżam do kliniki, nie jestem już pewna, czy umówiłam się do właściwego lekarza i czy w tym obłędzie nie powinnam poprosić o pomoc kogoś innego. Szybko jednak sobie uświadamiam, że TO się wydarzyło. Po wizycie w gabinecie niestety pozostaję bez złudzeń. Po litościwym spojrzeniu lekarza jadę do domu i włączam komputer.

Na forum dziewczyny opisują kolejne obsesje po inseminacji lub transferze. Czy ja też tak mam? Czytam i wydaje mi się, że jakby ktoś opisywał moje najskrytsze tajemnice. Każda z nas ma coś za skórą. I choć nie wiem, czy to duże pocieszenie, okazuje się, że w tym obłędzie jesteśmy naprawdę podobne.

„Rozbiłam termometr rtęciowy” – czytam. „Nie istnieje w necie strona o wpływie rtęci na płód, której nie znam. Mimo wszelkich możliwych środków ostrożności, które mogłam zastosować, wykonałam dwa telefony do dwóch lekarzy” – z autoironią pisze jedna.

„Jak się uda, to nie dźwigam nic, nie podnoszę rąk do góry. No bo przecież wszystko może zaszkodzić” – czytam następny wpis.

„Jak to kicha bez napinania mięśni?” – zastanawiam się, gdy jedna z nich pisze, że opanowała taką sztukę. Ja po każdym kichnięciu lecę sprawdzić, czy mi krew nie leci, bo to jednak intensywny skurcz jest. Zazdroszczę jej i gotowa jestem pisać do niej prywatną wiadomość z prośbą o radę, jak bezpiecznie kichać.

„Gdyby gdzieś na świecie odbywał się festiwal hipnotyzowania wzrokiem własnych gaci, miałybyśmy dożywotnio stanowiska jurorek honorowych” – pisze kolejna.

Gdyby nie mdłości, pewnie bym czytała dalej. Głęboko się zastanawiam, czy są duże, małe, czy średnie. I co to oznacza, bo że oznacza, to wiem na pewno. Po chwili się okazuje, że to grubsza sprawa. Zastanawiam się, czy to już czas iść do łazienki, czy jeszcze trochę nie poczekać, tak żeby nie trzeba było przeć. Tak! Przeć! W ramach oczekiwania wyglądam przez okno, sprawdzając, czy nie biegną po mnie z kaftanem bezpieczeństwa. Na szczęście mój M. o wielu rzeczach nie wie. Inaczej pewnie sam wezwałby kogo trzeba.

Kładę się więc ostrożnie do łóżka. M. już tam jest. Według opinii staraczek – i mojej własnej zresztą też – seks jest absolutnie szkodliwy na tym etapie. Nie chcę zaszkodzić zarodkowi i M. o tym wie. Nie wiem, co o tym myśli, ale wie. Odwracam się więc ostrożnie, układając się na lewym boku, nogi zginając pod jedynie słusznym katem 45 stopni. I czekam… Gdy słyszę, że M. już śpi, dyskretnie biorę do ręki komórkę. Ostatnia kontrola. Bez tego nie zasnę. Wystarczy lekko oświetlić chusteczkę. Ewentualnie same majtki. Dobranoc. Kolorowych snów.

Autor: Katarzyna Koy

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.