Przejdź do treści

Niepłodność a zaburzenia psychiczne i seksualne

145.jpg

Połowa kobiet leczonych z powodu niepłodności twierdzi, że jest to najbardziej traumatyczne doświadczenie w ich życiu. Poziom stresu i lęku u osób borykających się z niemożnością zajścia w ciążę jest porównywalny do lęku odczuwanego przez chorych na raka.

W większości przypadków przyczyną niepłodności są choroby ciała, nie można jednak wykluczyć, że przynajmniej w części przypadków niepłodność jest związana z zaburzonym stanem psychicznym i emocjonalnym. Potwierdzają to badania wskazujące, że kobiety silnie reagujące na bodźce stresowe (co objawia się wysokim ciśnieniem tętniczym krwi i dużym przyspieszeniem czynności serca) mają mniejszą szansą na powodzenie leczenia metodą zapłodnienia in vitro w porównaniu z kobietami odporniejszymi psychicznie. 
 
Nie tylko psychika ma wpływ na płodność, ale i niepłodność ma istotny wpływ na psychikę. Około 50 proc. kobiet i 15 proc. mężczyzn leczonych z powodu niepłodności uważa, że jest to najbardziej stresujące przeżycie, jakiego kiedykolwiek doświadczyli. Z badań prowadzonych w różnych krajach wynika, że średnio 30 proc. kobiet leczących się z powodu niepłodności doświadcza objawów depresyjnych Największe nasilenie poczucia pustki, beznadziejności i przygnębienia obserwowane jest w drugim-trzecim roku leczenia niepłodności. W pierwszym roku leczenia większość kobiet jest nastawionych optymistycznie do terapii i ma nadzieję na jej szybkie powodzenie, natomiast później, po etapie kryzysu psychicznego – przyzwyczaja się do swojej sytuacji.
Pacjentki leczone z powodu  niepłodności często borykają się także z obniżonym poczuciem własnej wartości, zaniżoną samooceną, czy poczuciem krzywdy. Informacje o ciążach i narodzinach dzieci w ich otoczeniu najczęściej wywołują u nich uczucie żalu i złości. Z tego powodu nierzadko izolują się społecznie. Do tego dochodzi powszechny problem poszukiwania winy u siebie lub u partnera. 
Gdy u pacjentki z niepłodnością dojdzie do rozwoju depresji, jej szanse na zajście w ciąże maleją. Depresja może bowiem destabilizować poziomy hormonów, niekorzystnie wpływać na jakość komórek jajowych, a także zaburzać funkcjonowanie układu odpornościowego.

 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Co mówi biologia?

„Ponieważ zaburzenia psychiczne występują u 40 proc. osób leczonych z powodu niepłodności, lekarz nie może traktować niepłodności jako problemu wyłącznie fizycznego” – więcej
portale medyczne

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Jak starać się o dziecko i nie zwariować? Z pamiętnika staraczki

z pamiętnika staraczki
fot. Pixabay

Pisarka i matka dwójki synów Clemmie Telford przez jakiś czas próbowała zajść w trzecią ciążę. Chcąc wesprzeć inne „staraczki”, stworzyła swój żartobliwy pamiętnik opisujący próby spłodzenia dziecka. „Pamiętam, jak samotna czułam się, kiedy mijały tygodnie i miesiące. Przewertowałam internet w poszukiwaniu ludzi z podobnymi doświadczeniami” – ujawnia Telford na swoim blogu.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Należy zaznaczyć, że mamy już dwójkę dzieci. Zarówno Bertie jak i Woody zostali spłodzeni za drugim podejściem. Pierwszy cykl traktowałam zawsze bardziej jako próbę, łut szczęścia. Kiedy zdecydowaliśmy się na trzecie dziecko, odpowiednio się przygotowaliśmy i powtarzaliśmy „za trzecim razem może nie pójść już tak gładko” – zaczyna opowieść Clammie. Zobaczcie, jak opisywała swoje przeżycia.

Zobacz także: Jak przeżyć ciążę (nie swoją!) i nie zwariować?

Z pamiętnika staraczki

  • Cykl pierwszy przyszedł i odszedł… Nie ma problemu.
  • Cykl drugi… Już nie jest tak fajnie.
  • Cykl trzeci i znowu nic. Ok, teraz mogę powiedzieć, że się niepokoję.
  • „Nie wpadaj w obsesję” powiedziałam sobie.
  • Nagle co druga osoba mówi „udało nam się zajść w ciążę za pierwszym podejściem!” „Tylko raz uprawialiśmy seks”, „Nawet się nie staraliśmy!”
  • Dobrze dla was. Bardzo się cieszę. Ale jestem ZAZDROSNA. Nawet bardzo.
  • Rozczarowana też jestem. I sfrustrowana. I czuję się winna.
  • Rozum podpowiada mi, że powiodło mi się przecież na tylu innych płaszczyznach.
  • Rozum również mi podpowiada, że kilkumiesięczne starania to jeszcze nie walka. Oczywiście, że nie.
  • Ale nawet po kilku miesiącach starania o dziecko, uciekło mi przecież trochę życia.

Zobacz także: „I znów nie ma drugiej kreski…”

Co ze zdrowiem psychicznym?

  • Zaczynam czuć się obojętna. Starania poddają próbie nasz związek i moje zdrowie psychiczne.
  • Myślę skrajnościami- albo szybko zajdziesz w ciążę, albo będzie powód do niepokoju. Oczywiście znowu zdawałam sobie sprawę, że to bzdury.
  • Dlaczego nikt nie mówi o „staraczkach”? O parach, które starają się o ciążę przez 5, 9, 18 miesięcy?! Statystyki mówią przecież, że tacy ludzie istnieją! Zdaje się, że nikt się do tego nie przyznaje.
  • Potrzebuję osób z podobnymi problemami! Może łatwiej będzie mi znieść moje doświadczenia?
  • Więc, cykl trzeci przeminął. Tak jak i moje racjonalne myślenie.
  • Obsesyjne analizowanie wszystkiego pomaga mi w rozładowaniu emocji.
  • Przyrzeczenie w stylu „ o nie, nigdy nie będę sikać na patyczki (czytaj: test ciążowy), to za wielka presja” zmieniło się na „ ZDECYDOWANIE chcę nasikać na ten patyczek, chcę wiedzieć co tu jest grane”.
  • Może lubrykant jest winowajcą? Dr Google mówi mi, że to może utrudniać plemnikom przedostanie się z pochwy do szyjki macicy. Ok, w takim razie zamawiam na Amazonie Pre-Seed. Skoro już tu jestem, to czemu nie kupić testów ciążowych?

Zobacz także: Czy negatywne emocje pomagają parom niepłodnym?

Media społecznościowe naszpikowane mamusiami – horror

  • Oczywiście znowu nic. Wynik negatywny. W połączeniu ze świadomością, że wydałam już fortunę na testy, jest to podwójnie dołujące.
  • Dochodzą różne dziwne zachowania: nogi do góry po seksie,żeby zatrzymać plemniki jak najdłużej.
  • Teraz to już jestem przekonana, wszystkie moje jajeczka przepadły po 35 urodzinach.
  • Okłamuję się: może to krwawienie implantacyjne?  Dobrze wiem, że nie.
  • Wyobraźnia podsuwa obrazy: dziecko, które nie pojawi się na święta Bożego Narodzenia, guz, który nigdy nie zostanie nabity podczas wakacji…
  • Nieźle, okres pojawił się podczas moich urodzin i w Dniu Matki.
  • Wszystkie media społecznościowe naszpikowane są mamusiami. Istna tortura.
  • Staram się znaleźć dobre strony: oho, mogę napić się alkoholu!
  • Głupie, głupie ciało! Nie spełnia roli, do której zostało stworzone!
  • Miałam akupunkturę, zrezygnowałam z kawy,  staram się ćwiczyć więcej i nauczyłam się WIELE na temat moich cykli.
  • Przypomniało mi się też, że regularny sex byłby w sumie przydatny w staraniach o dziecko.
  • Postanowiłam napisać tę listę. Pomogło mi to poczuć się lepiej. Mam nadzieję, że pomoże również innym ludziom z podobnym problemem.
  • Stało się! Po pięciu miesiącach jestem w ciąży!

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: motherofalllists.com

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

9 lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia – WASZE HISTORIE

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Moc, z jaką można walczyć o swoje marzenia, jest ogromna. Niewątpliwie prawdziwą siłaczką jest w tej kwestii Dorota. 9 lat starań o dziecko, inseminacje, in vitro – ilość i skala przeżytych w tym czasie emocji są aż trudne do wyobrażenia. „Gdybym miała przystąpić do wszystkiego od nowa, to mimo wszystko powiedziałabym: TAK, TAK, TAK!”.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Czas start!

Stojąc na ślubnym kobiercu nie myślałam kiedy i ile chcę mieć dzieci” – zaczyna swoją opowieść Dorota. Miała wtedy 23 lata, a jej świeżo poślubiony mąż 25. Po roku małżeństwa postanowili, że może warto duet zamienić na tercet. „Podzieliłam się podjętą decyzją z przyjaciółką, która też wtedy rozpoczęła starania o malucha. Byłam przeszczęśliwa, że będziemy miały dzieci w tym samym wieku!” – wspomina. I o ile koleżanka po dwóch miesiącach okazała się być w ciąży, w kolejnym miesiącu następna znajoma, po upływie 2 miesięcy też siostra cioteczna, o tyle u Doroty było bez zmian. Ciągle nic.

Młodzi żyli jednak aktywnie. Wiele podróżowali, spędzili trochę czasu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Zwiedzali, poznawali tamtejszą kulturę, ale i pracowali. 2008 rok był czasem, gdy na stałe postanowili zapuścić korzenie w Polsce. Wtedy też rozpoczęły się wizyty u specjalistów. Pierwsze wyniki badań hormonalnych i badań nasienia nie były najgorsze. Na początek pojawiły się więc leki stymulujące i monitoring – nic. Konsultacje u specjalistów w innym mieście – nic. Naprawdę nie było się do czego przyczepić! Zaproponowano więc inseminację. „Mieliśmy dwie. Niestety bez skutku” – mówi Dorota.

Zmiany, zmiany, zmiany

Z dziewczyny ważącej zaledwie 60 kg urosłam do 70kg. Hormony zrobiły swoje… Puchłam i miałam wilczy apetyt, którego niczym nie byłam w stanie zahamować. Stałam się nerwowa i wszczynałam awantury  – o nic! Być może chciałam w ten sposób wykrzyczeć swój ból i bezradność… Zawsze byłam i dalej jestem uśmiechnięta i mimo niepowodzeń starałam się być dobra dla innych. Owszem, jestem też szczera do bólu, co może nie ułatwia przyjaźni ze mną, ale zależy mi przede wszystkim na zaufanych ludziach – na jakości przyjaźni, a nie ilości. Leczenie jednak sprawiło, że się zmieniłam” – dodaje.

Wtedy też pojawił się pomysł o przerwie. „Dalej walczyliśmy, ale po cichu, sami w domu. Skupiliśmy się na sobie, na pracy. Wciąż wierzyłam wtedy, że nadejdzie w końcu dzień, gdy zobaczę te cholerne dwie kreski!” – mówi w dużych emocjach Dorota. „Tak, to była frustracja. Wszyscy dookoła widzieli, jak bardzo mnie to przygnębia. Co roku w Sylwestra słyszałam życzenia, że ‘w tym roku wam się uda’. Doprowadzały mnie one do szału! Wreszcie przyszedł czas, że życzenia były już tylko uściskami… bez słów” – dodaje.

Nowe rozdanie

Szczególnie ważne było w tym momencie wsparcie, jakie Dorota znajdowała w mężu. To on zaproponował by pojechać do innej kliniki i znaleźć nowych lekarzy. Tym sposobem trafili do jednej z warszawskich placówek. „Lekarz nas zbadał, przejrzał wyniki dotychczasowych badań i powiedział, że w naszym wypadku widzi dwie opcje: albo jeszcze jedna inseminacja, albo decydujemy się na in vitro. Wychodząc od niego poczułam się chora. Skoro nasze badania są dobre, to po co in vitro?!” – zastanawiała się Dorota. Przez kolejny rok biła się z myślami. Cierpiała w tym czasie nie tylko ona, ale i związek, a seks stał się mechaniczną czynnością pod tytułem: „idziemy do łóżka, bo nadchodzi jajeczkowanie”. Trwało to już około 6 lat… Na początku 2012 roku decyzja zapadła.

Wykonaliśmy mnóstwo badań, lekarz zlecił mi tabletki hormonalne na wyciszenie jajników, później ruszyliśmy z zastrzykami  na wzrost pęcherzyków. Stres, który przeżywałam podczas zastrzyków, był niemiłosierny. Później była punkcja. W 7. rocznicę ślubu odbył się transfer dwóch zarodków” – opisuje. Wiązało się to z olbrzymią radością, ale i ogromem oczekiwań. „Po około 15-stu dniach zrobiłam HCG. Byłam w ciąży! Pierwszy raz po tylu latach starań byłam w ciąży!” – mówi w wielkich emocjach Dorota. Niestety radość nie trwała długo.

W pewien sobotni wieczór zobaczyłam krew. Rozpacz i strach, jakie się wtedy pojawiły, są nie do opisania. Ból, nawet nie fizyczny, a psychiczny, wiązał się ze stratą czegoś więcej, niż ‘tylko’ dziecka. Oprócz niego straciłam siebie. Świat przestał istnieć. To był 12. tydzień ciąży” – w słowach Doroty wciąż czuć trud, z jakim musiała się wtedy mierzyć. „W szpitalu doszedł również ból fizyczny, ale był niczym w porównaniu z tym, co działo się we mnie. Kolejne dni były puste. Nie pamiętam z nich nic” – dodaje.

Kosmiczna siła

Następne miesiące miały być odpoczynkiem, regeneracją i nabieraniem sił. Po 4 miesiącach kolejne podejście i podanie dwóch zarodków. Był to grudzień, ale niestety bez prezentu gwiazdkowego. Upragnionych dwóch kresek tym razem nie było. Para nie odpuszczała jednak. W lutym 2013 roku zabrali ostatnie dwa zarodki – test wyszedł pozytywny! „Pojawiła się we mnie wielka radość i pewność, że teraz nic się złego nie stanie. Niestety już po tygodniu zaczęłam mocno krwawić. Straciłam ostatnią nadzieję…” – znów słychać z słowach Doroty ból. W zasadzie to sama już nie wiem co straciłam. Chyba nawet nie była to nadzieja, bo trwałam w swego rodzaju nicości. Nie miałam nic – mówi. Lekarze próbowali w tym czasie odnaleźć przyczynę poronień, ale z badań niczego się nie dowiedzieli. Wyniki były idealne. „Niby jestem zdrowa, a nie dość, że nie mogę zajść w ciążę, to jeszcze nie umiem jej utrzymać… kolejne ciosy…” – opisuje Dorota.

To niesamowite jak wiele sił musiała wtedy mieć – ona i jej mąż. Pomimo strat próbowali dalej, szukali nowych rozwiązań. Zmienili w tym czasie lekarza i podjęli decyzję o kolejnej próbie in vitro. Tym razem uzyskali 9 zarodków, z czego wspólnie z embriologiem wybrali dwa. Testy pokazały, że Dorota jest w ciąży! Znów wielka radość, ale i coraz więcej obaw, czy tym razem się uda?

Dwa tygodnie później okazało się, że oba zarodki się zagnieździły i noszę pod sercem dwoje dzieci. Strach był jeszcze większy! Robiłam badania, chodziłam co dwa tygodnie do lekarza i podpatrywałam jak rosną. Brzuszek rósł, a chłopcy – tak, synowie! – mieli się dobrze. Ciąża przebiegała bez problemów, a my w tym czasie remontowaliśmy nowe, większe mieszkanie, w którym widziałam już biegające dzieci” – gdy Dorota opowiada o tym czasie, nie ukrywa szczęścia.

Szczęście na wyciągnięcie ręki

Pomimo obaw wszystko szło dobrze. Całą trójkę konsultował profesor, który miał za sobą niejeden bliźniaczy poród i zapewnił im profesjonalną opiekę. Podczas rutynowej wizyty u prof. u  jednego z bliźniąt wystąpiły złe przepływy.  „Zostałam skierowana do szpitala, a maluchom trzeba było dać dwa zastrzyki na płucka, na wypadek gdyby trzeba było przeprowadzić wcześniejsze cesarskie cięcie. Dotrwałam jednak do 39. tygodnia ciąży” – opisuje Dorota.

Poród zaplanowany był na 18. lutego o godzinie 9:00. „Nigdy nie czułam aż tak ogromnego stresu. Kochana pani Ania, pielęgniarka, zawiozła mnie na cesarskie cięcie na wózku, bo nogi miałam jak z waty, w uszach mi świstało i nie mogłam zebrać myśli. Trzęsłam się jak galareta” – opisuje Dorota. „Wreszcie nadszedł moment, gdy profesor powiedział: ‘Zaczynamy’. Nastąpiła cisza. Nawet gdyby miał wtedy miejsce jakiś wybuch, to nie wiem czy bym go usłyszałam. Czekałam już tylko na usłyszenie płaczu moich dzieci. Jest pierwsze. Zaraz potem drugie. Pokazali mi synów. Wreszcie są na świecie. Nasze dzieci! Nasze dzieci! Nasze dzieci!”.

Juliusz i Franciszek urodzili się dokładnie 18. lutego 2014 roku o godzinie 9:02 i 9:03. Po dziewięciu latach starań rodziców, w końcu są. Chłopcy mają dziś 3 lata i 8 miesięcy. „Okropne łobuziaki! Nie da się nad nimi zapanować” – mówi ze śmiechem dumna mama i dodaje: „Są naszym całym światem!”.

Teraz Dorota ma już za sobą największy żal i frustrację związaną z tymi wszystkimi latami. Jednak jak mówi, mogło się to udać tylko dzięki miłości. „Wsparcie męża było ogromne, wspierali mnie też rodzice. Są to najważniejsze osoby w moim życiu i zawdzięczam im wszystko” – podsumowuje. Gdy zastanawia się, czy dziś poszłaby tą samą drogą, nie ma wątpliwości. Jedyne co mogłoby być inne, to krótsze zwlekanie z decyzją o in vitro. „Niepłodność idiopatyczna to chyba w tym temacie najgorsza przypadłość. Nie wiesz nawet co możesz leczyć, jakich działań powinnaś się podjąć. Mnie z niemożności zajścia w ciążę wyleczyło in vitro. Moje dzieci, które urodziły się dzięki tej metodzie, są najpiękniejszymi i najmądrzejszymi dzieciakami. Kocham ich” – czy są lepsze słowa by podsumować Happy End?

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Staracie się o dziecko? Sięgnijcie po dynię!

pestki dyni na płodność
Pestki dyni bogate są w cynk, selen i żelazo

Dynia to królowa jesieni – w tym sezonie dostać ją można niemal w każdym sklepie. Oprócz niezaprzeczalnych walorów smakowych pełni ważną funkcję- może wspomóc naszą płodność.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

O niezastąpionych właściwościach dyni mówi m.in. dr Venkat, dyrektor Kliniki Leczenia Niepłodności Harley Street w Wielkiej Brytanii. – Wierzcie lub nie, ale nasiona dyni zawierają jeden z najważniejszych mikroelementów wzmacniających męską płodność, czyli cynk. Polepsza jakość nasienia oraz zwiększa poziom testosteronu. Nasiona dyni to również źródło kwasów omega-3, dzięki którym poprawia się ukrwienie narządów płciowych, poprawiają się również funkcje seksualne – mówi.

Zobacz także: Maca na płodność

Pestki dyni mają również bardzo dobry wpływ na kobiecą płodność. Cynk jest bowiem niezbędny do produkcji jajeczek. – Dzięki cynkowi w pęcherzyku Graafa jest wystarczająca ilość płynu. Bez tego płynu jajeczko nie jest w stanie przemieszczać się po jajowodzie – tłumaczy dr Venkat.

Cynk ma pozytywny wpływ na funkcjonowanie gruczołu krokowego, działa przeciwmiażdżycowo, wzmacnia kości i przedłuża żywotność plemników. Natomiast panie doceniają cynk za jego zbawienny wpływ na skórę, włosy i paznokcie.

Pestki dyni bogate są również w magnez, który stabilizuje funkcje układu nerwowego, poprawia pamięć i odpowiada za sprawne funkcjonowanie układu naczyniowo-sercowego.

W pestkach dyni znajdziemy również żelazo, które wspomaga odporność i odpowiada za prawidłowe funkcjonowanie komórek jajowych, a później zarodka.

Zobacz także: Witaminy płodności. Zobacz, które pomogą ci zajść w ciążę

Super przepisy na jesienne wieczory

Poniżej przedstawiamy super proste przepisy na pestki dyni. Są one bardzo zdrowe, pyszne i szybie! To świetna alternatywa dla niezdrowych przekąsek, takich jak paluszki czy chipsy.

Nagrzej piekarnik do 165 stopni, wydrąż dynię i wybierz pestki. Następnie opłucz je pod zimną wodą.
Wysuszone pestki dyni ułóż na papierze do pieczenia i piecz przez 30 minut.

Pestki możesz przyprawić według uznania. Oto kilka pomysłów:

  • delikatnie skrop pestki oliwą z oliwek, przyprawami i ponownie włóż pestki do piekarnika na ok. 20 minut, aż do uzyskania złotego koloru,
  • na słodko: nasmaruj pestki masłem, cukrem, cynamonem i miodem
  • po hiszpańsku: nasmaruj pestki wędzoną papryką i po pieczeniu wymieszaj je z migdałami
  • po włosku: dodaj do pestek oliwę z oliwek, przyprawy włoskie (np. bazylię, oregano, pietruszkę) i czerwony pieprz
  • serowe: do pestek dodaj masło, ser i paprykę

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Harley Street Fertility Clinic

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Czy negatywne emocje pomagają parom niepłodnym?

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Niepłodni często słyszą – nawet w gabinetach lekarskich, że wiele zależy od ich nastawienia, więc trzeba myśleć pozytywnie. Ale czy na pewno? Psycholog pokaże, że trudne emocje też mogą być pomocne w procesie leczenia niepłodności.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

O niepłodności i jej leczeniu zwykło się myśleć jako o doświadczeniu wywołującym liczne, skrajne i często negatywne emocje. To przekonanie stało się też częścią narracji, z którą pacjenci spotykają się w gabinetach lekarskich. Słyszą, że skuteczność leczenia zależna jest w znacznej mierze od ich nastawienia. Nie powinni więc poddawać się złym lub negatywnym emocjom. Trzeba myśleć pozytywnie.

Negatywne emocje w procesie leczenia niepłodności

Problemów z tym przekonaniem jest jednak kilka. Po pierwsze, zarówno niepłodność jak i metody jej leczenia mogą być źródłem traumy, w obliczu której trudno pozostać spokojnym i opanowanym, nie mówiąc o zachowaniu optymistycznej postawy. Druga sprawa to właściwie rozumienie, czym są i jaką w gruncie rzeczy rolę pełnią tak zwane negatywne emocje w procesie radzenia sobie z niepłodnością.

Ci pacjenci, którzy mówią o uczuciach takich jak desperacja czy złość mogą czuć się marginalizowani, a nawet napiętnowani. Dostają mniej lub bardziej wprost wyrażoną opinię, że to nie czas na tego typu stany emocjonalne. Jednak czy słusznie?

Bezradność, lęk, złość… jakie uczucia towarzyszą niepłodnym

Depresja i lęk nie należą do stanów twórczych. Ale też w gruncie rzeczy pacjenci leczący się z powodu niepłodności doświadczają znacznie bardziej złożonych emocji takich jak bezradność, desperacja i złość. A to znacznie zmienia postać rzeczy. Dlatego też, zanim zaczniemy namawiać pacjentów na przyjęcie jedynie słusznej postawy podczas leczenia, warto się przyjrzeć temu, z czym w gruncie rzeczy się zmagamy? Jeśli przyjrzymy się „negatywnym” emocjom pojawiającym się podczas leczenia niepłodności może się okazać, że niosą one ze sobą spory potencjał.

Bycie na krawędzi… napędza, czy blokuje niepłodnych?

Pacjenci będący w trakcie leczenia niepłodności często mówią o poczuciu balansowania na krawędzi. Można by więc spodziewać się, że osoby te zmagają się z rozchwianiem emocjonalnym, zagubieniem i trudnościami w podejmowaniu decyzji. Ale przecież, kiedy myślimy o pacjencie leczącym niepłodność, jego obraz jest zasadniczo inny. Częściej pozostaje on pod wpływem licznych emocji, twórczego pobudzenia niż klinicznej depresji.

Tak zwane toksyczne emocje w gruncie rzeczy odgrywają pozytywną rolę, ponieważ desperacja i gniew motywują do działania, poszukiwania optymalnych rozwiązań, zmuszają do podejmowania decyzji przemyślanych i świadomych.

Desperacja siłą napędową w długich staraniach o dziecko

Rozumienie desperacji jest bardzo szerokie, zaczynając od sytuacji, w której ktoś decyduje się na każde rozwiązanie, byle tylko zakończyć nieprzyjemną dla niego sytuację. Jednak osoby leczące się z powodu niepłodności, choć opisują swoje doświadczenie jako totalne, podporządkowujące sobie niemal wszystkie inne aspekty życia, wywołujące poczucie pustki i bezradności, mówią jednocześnie, że te właśnie uczucia ich motywują. Nie polegają na przypadkowych rozwiązaniach, niesprawdzonych metodach oraz miejscach. Badania pokazują, że pacjenci, którzy sami o sobie definiują jako zmagających się z desperacją, to również pacjenci, których cechuje szczególnie silna motywacja, ambicja i realizm.

Jakie uczucia znane przy niepłodności…gniew… znacie to?

Kolejna nielubiana emocja, nie pasująca w powszechnym przekonaniu zwłaszcza do kobiet to gniew.

A przecież pacjenci zmagający się z niepłodnością mają bardzo wiele powodów do złości i gniewu: utratę kontroli nad własnym ciałem, konieczność dostosowania swojego życia, potrzeb i możliwości do licznych wizyt w klinice, nierzadko niekompetencje lub nawet nieuczciwość „specjalistów” spotykanych po drodze. Mogą się też złościć na los, Boga, członków rodziny czy przypadkowo spotkane kobiety w ciąży. Mogą się wreszcie złościć na rzeczywistość, w której 40-letnia celebrytka bez problemu zdawałoby się zachodzi w ciążę bliźniaczą, a sąsiadką, która nie chce mieć dzieci ani nie ma ku temu warunków rodzi kolejne.

Złoszczą się na realność i własne fantazje. I nic w tym dziwnego ani nienaturalnego. Złość może być bardzo pomocna w testowaniu rzeczywistości, w konfrontowaniu tego, co słuszne i konstruktywne, w odsiewaniu faktów od pragnień bez poparcia. Bez złości, bez rozczarowania pacjentka, która przeszła w danej klinice trzy nieudane próby in vitro pewnie by w niej została. Bez wściekłości i poczucia rozczarowania być może nie zaczęłaby szukać innych miejsc, metod, specjalistów. Być może nie odważyłaby się opowiedzieć o swoim doświadczeniu i tkwiłaby w samotności. Gdyby nie złość i rozczarowanie łatwiej byłoby zatrzymać się na etapie niewiedzy i ślepego zaufania.

Złość może więc być twórcza i rozwojowa

Jak zauważają badacze złość, poczucie bezradności i winy współwystępują z nadzieją, wdzięcznością i optymizmem. Dlatego też warto pamiętać, jak ważną rolę odgrywają emocje w naszym życiu. Wszystkie emocje, również te tradycyjnie (i niesłusznie, warto dodać) nazywane negatywnymi.

Oczywiście, gdyby zanurzyć się jedynie w poczuciu rozpaczy czy depresji, zapewne będzie to oznaczać koniec leczenia niepłodności.

Ale pacjenci dotknięci tym schorzeniem są dość specyficzną  grupą społeczną – choć nie cierpią na chorobę zagrażającą życiu, cechuje ich niezwykła aktywność w poszukiwaniu metod leczenia, często są bardzo dobrze wykształceni, zarabiają powyżej „średniej”, żeby móc opłacić bardzo kosztowne i nierefundowane leczenie, są też niestrudzeni w podnoszeniu się z porażek.

Tak więc warto dać sobie prawo do przeżywania różnych emocji i stanów.

POLECAMY:

6 rzeczy, o których wiedzą tylko niepłodni

Puści, uszkodzeni, popsuci… tak czują się niepłodni?

Tu dostępny najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

 

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami