Przejdź do treści

Nie można przepraszać

Książka Karoliny Domagalskiej „Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro” została nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. Zaraz po jego wydaniu z autorką rozmawiała Jolanta Drzewakowska. Z przyjemnością publikujemy fragment wywiadu.

Jak długo zajmujesz się tematem niepłodności, starań o dziecko?
Karolina Domaglska: Po raz pierwszy zetknęłam się z tym tematem, gdy studiowałam gender studies na Uniwersytecie Europy Centralnej w Budapeszcie. W 2003 roku napisałam pracę magisterską o wpływie rozwoju medycyny reprodukcyjnej na tradycyjne pojmowanie rodziny. Chodziłam na kurs przedstawiający niepłodność od strony prawnej, podczas którego m.in. analizowaliśmy sprawy sądowe. Takie były moje początki. Materiał do pracy zbierałam, rekrutując osoby dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Nasz Bocian.
 
Dlaczego ten temat zainteresował Cię już na studiach?
Wydaje mi się, że do niektórych tematów po prostu czuje się miętę. Kiedy to zagadnienie przyszło do mnie, poczułam w nim niesamowitą moc. Wyczuwałam, że nadchodzi zmiana społeczna, która może rozsadzić wiele naszych wyobrażeń, byłam ciekawa, jak sobie z tym poradzimy w naszej katolickiej Polsce. Zaczęłam więc od pytania, jak dawstwo komórek rozrodczych wpływa na tradycyjny model rodziny, ponieważ wszyscy moi rozmówcy zachowywali tajemnicę, nawet przed swoimi najbliższymi. Teraz, 12 lat później, spokojnie mogłabym znaleźć rodziny, które wybierają otwartość, to rzeczywiście bardzo się zmienia.
 
Jak medycyna reprodukcyjna wiąże się z gender studies?
Chodzi przede wszystkim o upłciowienie spojrzenia. O rozpoznanie, jak rozwój medycyny reprodukcyjnej wpływa na społeczne oczekiwania wobec kobiet, ale też jakie założenia na temat roli kobiet leżą u podstaw funkcjonowania tej dziedziny.
W latach 90. pojawiło się mnóstwo feministycznych publikacji, w których zadawano pytania: Czy medycyna reprodukcyjna daje kobietom nadzieję na wyzwolenie, czy wręcz przeciwnie, niesie niebezpieczeństwo, zagrożenie? Pierwsze teorie głosiły, że jest to kolejny sposób patriarchalnego zawłaszczenia zdolności reprodukcyjnych kobiet, które są tak cenne, że chcemy je dodatkowo kontrolować. Że kliniki leczenia niepłodności tworzą mężczyźni, którzy mają władzę nad całą procedurą. To niewątpliwie ciekawa perspektywa, ale jako zbyt jednostronna, nie do końca do mnie przemawiała. Szukałam teorii, które będą brała pod uwagę więcej punktów widzenia i przede wszystkim traktowały kobiety jako aktorki wydarzeń.
 
Myślisz, że medycyna reprodukcyjna jest narzędziem wyzwolenia czy represji?
Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale warto pamiętać, że może być to narzędzie represji. Rozwijając kolejne możliwości – nie tylko in vitro, ale też dawstwo czy surogację – wspieramy dążenie do tego, aby kobiety miały dzieci, ale zapominamy, jak bardzo kosztowne jest dla nich przechodzenie przez wszystkie procedury. Dotyczy to zwłaszcza kobiet niepłodnych i niepłodnych „społecznie”, czyli lesbijek. Jeśli mówimy o niepłodności, trzeba pamiętać o wyraźnym postawieniu granic, aby decyzja, że być może moja droga powinna się zatrzymać właśnie tu, nie spotykała się z negatywną oceną społeczeństwa. Nie ma nikogo, kto powie: Jeżeli czujesz, że to dla ciebie za dużo, po pierwszym, piątym, ósmym czy osiemnastym in vitro albo jeszcze przed rozpoczęciem procedury, to może nie jest to wyjście dla ciebie. To kwestia zadania sobie pytania, czy świat bez dzieci, życie bez nich – ma sens. Czy na pewno powinniśmy zrobić wszystko, żeby mieć potomka? Nie chodzi o jednoznaczne odpowiedzi, ale o stawianie pytań.
Niestety, postawienie pewnych pytań często odgradza nas od siebie, odbierane jest przez osoby starające się o dziecko jako atak, co w pewnym sensie jest zresztą zrozumiałe.
Próbowałam rozmawiać także z lekarzami, pytałam ich, czy w pewnym momencie mówią „stop”. Odniosłam wrażenie, że im też trudno jest podjąć taką decyzję, najczęściej czują bowiem, że pacjenci nie są na to gotowi. Unikają w ten sposób ogromnej odpowiedzialności, tym bardziej, że nigdy nie wiadomo, może za osiemnastym razem się uda?
 
Jedną z historii opisanych w Twoim reportażu jest historia pary, która przywiozła do swojego kraju dziecko z surogacji, a gdy okazało się, że nie można go zarejestrować, ojciec wyjechał do Izraela…
To pokazuje ogromną odwagę i brawurę ludzi, którzy się na to decydują. Nie jest dziś problemem urodzić dziecko, ale trzeba umieć przewidzieć na przykład to, że dziecko może być bezpaństwowcem albo zostać zabrane do domu dziecka. Tak było w przypadku Włochów, którzy pojechali do Rosji i tam skorzystali z surogacji. Ostatecznie odzyskali swoje dziecko, ale dopiero po dwóch latach. Tu pojawia się też pytanie o rolę państwa. Jak to się stało, że taka sytuacja była w ogóle możliwa? Wydaje się, że kiedy tego typu zdarzenia stają się coraz częstsze, prawo powinno działać w zgodzie z interesem dzieci. Z drugiej strony, w ten sposób legitymizujemy transakcje, w których można bez swojej komórki jajowej, bez swojego plemnika pojechać np. do Rosji, gdzie obca kobieta urodzi nam dziecko, a my wrócimy z nim do swojego kraju.
 
Która historia odcisnęła się w Twojej pamięci najbardziej? Co zrobiło na Tobie największe wrażenie?
Niesamowicie związałam się z Agnieszką, z którą spotykałam się rok i poznałam dokładnie jej życie, córkę i sytuację życiową. Spotykałyśmy się wiele razy, polubiłyśmy się. Duże wrażenie zrobiła na mnie przeczytana gdzieś historia o kobiecie, której jajniki nie produkowały komórek jajowych, więc dokonano przeszczepu fragmentu jajników od siostry. W efekcie zaczęła miesiączkować, zaszła w ciążę, ale poroniła. Chciała być jednak w ciąży tak bardzo, że przeszła transplantację, aby samodzielnie móc wyprodukować komórki. Dlaczego? Do tej pory noszę w głowie to pytanie. To pokazuje wagę tego tematu – nasze pragnienie posiadania potomstwa, jedna z podstawowych potrzeb, w zderzeniu z możliwościami i osiągnięciami medycyny, sprawia, że stajemy się jacyś bezradni, bezbronni. Skoro mogę, to muszę.
 
W twojej książce jest wiele opowieści o „normalnym” in vitro, ale pojawiają się też historie graniczne. Jest dawstwo, dawstwo rodzinne, są matki solo, lesbijki, post mortem… To zagadnienia, które jeszcze nas nie dotyczą. Czy przychodzą Ci do głowy historie, które wciąż jeszcze nie wybrzmiały?
 
Wcale nie uważam, że te historie nas nie dotyczą, tylko ludzie, którzy dokonują takich wyborów, nie czują się na tyle komfortowo, aby o tym opowiadać. Na pewno bardzo ciekawe wydają mi się historie dotyczące przeszczepu macicy i przeszczepu jajników. Przeszczep jajników otwiera przed nami zagadnienie oddalania w czasie menopauzy. Jestem również bardzo ciekawa efektów, jakie przyniosą badania sztucznych gamet, opracowania komórek rozrodczych z innych komórek.
 
Brzmi to nieco przerażająco…
Ale może właśnie to będzie rozwiązaniem wszystkich problemów z dawstwem: kto jest kim, czy na świecie nie ma 200 osób, które są czyimś rodzeństwem itd. Może byłoby najlepiej, gdyby każdy, kto będzie chciał mieć genetyczne potomstwo, uzyska taką możliwość. Może macica będzie kiedyś hodowana na zewnątrz i to tam będzie rozwijało się dziecko? Jeśli miałabym założyć futurystyczne okulary, powiedziałabym, że reprodukcja będzie od nas odseparowywana, funkcje biologiczne będą odsuwane coraz bardziej na zewnątrz i za sto lat kobieta nie będzie rodzić.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Cały wywiad do przeczytania w nr 8 magazynu Chcemy Być Rodzicami (do kupienia tutaj…)

E-wersja magazynu Chcemy Być Rodzicami do kupienia tutaj!

Jolanta Drzewakowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.