Przejdź do treści

Nie mogę zajść w ciążę – co dalej? 5 porad

Nie mogę zajść w ciążę

Test ciążowy kolejny raz pokazuje jedną kreskę. Rośnie w tobie niepokój, stres i frustracja. Przedstawiamy pięć porad, jak nie zwariować.

  1. Nie siej paniki
Być może twoje obawy są przedwczesne i na wyrost. Nie w każdym wypadku należy dmuchać na zimne, bo stres nie jest twoim sprzymierzeńcem. W zależności od wieku pary starającej się o potomstwo, jeśli mimo regularnego współżycia bez zabezpieczeń przez okres powyżej 6 miesięcy (jeśli przektoczyłaś 35 rok życia) lub powyżej 12 miesięcy (w przypadku młodszych kobiet), nie udaje się zajść w ciążę, należy zgłosić się do kliniki specjalizującej się w leczeniu niepłodności.
  1. Zbadaj się
Zanim sama postawisz sobie diagnozę ustąp miejsca specjaliście. Przyczyną żeńskiej niepłodności zazwyczaj są najczęsciej zaburzenia hormonalne, hiperprolaktynemia ,zaburzenia fazy lutealnej, choroby tarczycy, enodmetrioza, niewydolność jajników, stany zapalne lub mięśniaki macicy. To jednak czarny scenariusz, być może brakuje ci jedynie witamin lud odpoczynku. Pozwól lekarzowi zatroszczyć się o swoje zdrowie. Pamiętaj jednak, że wizyta w klinice niepłodności nie oznacza od razu konieczności korzystania z procedury in vitro. Być może po sprawdzeniu cyklu i wykonaniu podstawowych badań uda ci się naturalnie zajść w ciążę.
  1. Porozmawiaj z partnerem
Decyzja o dziecku była waszą wspólną, droga do rodzicielstwa też jest waszą wspólną, a więc i ewentualne bariery powinniście pokonywać wspólnie. Ważne, żeby problemy, z którymi musicie sobie poradzić nie osłabiły waszej relacji, dlatego warto rozmawiać o swoich uczuciach, potrzebach i obawach.
  1. Idź do psychologa
Niemożność posiadania dziecka może być rozpatrywana w kontekście kryzysu życiowego. Szczególnie diagnoza niepłodności i perspektywa uciążliwości samego procesu  leczenia może przyczynić się do stresu chronicznego. Diagnoza niepłodności może być jednym z najsilniej stresujących wydarzeń w  życiu, dlatego nie zostawiaj swoich problemów i pozwól sobie pomóc. Możesz się dowiedzieć, że uczucia, które przeżywasz są całkowicie naturalne w twojej sytuacji.
  1. Sprawdź opcje
Może jesteś już po diagnozie, może przeszłaś przez długotrwały proces leczenia, może wylałaś już morze łez… Usłyszałaś diagnozę lub przeciwnie – nie wiadomo, czemu nie macie dzieci. Sprawdźcie spokojnie wszystkie alternatywy: inseminacja, in vitro, adopcja, dawstwo zarodków, komórek jajowych, plemników czy wreszcie świadoma bezdzietność. Są różne drogi, abyście mogli być szczęśliwi. Wybór należy do was i nikt nie ma prawa was oceniać.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Magda Dubrawska

dziennikarka Chcemy Być Rodzicami, doktorantka socjologii.

Jak poprawić płodność dietą? Bezpłatne spotkanie z dietetykiem

dieta płodności
fot. Pixabay

Czy istnieje dieta płodności? Czy są produkty albo zalecenia żywieniowe, które mogą zwiększyć szansę na ciążę? Sprawdź i przyjdź na bezpłatne spotkanie z dietetykiem.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Czy złą dietą możemy płodności zaszkodzić? Przyjdź na spotkanie pt. „Żywieniowe wsparcie płodności”. Dietetyk opowie, jak odnaleźć się w gąszczu diet-cud i niezweryfikowanych zaleceń.

Na te i inne pytania odpowie doświadczony dietetyk FertiMedicaMagdalena Czyrynda-Koleda. Żywieniowe wsparcie płodności” spotkanie z dietetykiem, 4 listopada o godz. 10.

Ilość miejsc ograniczona, prosimy o rejestrację pod numerem telefonu 22 3797987 lub mailowo pod adresem info@fertimedica.pl

Zobacz także: Witaminy płodności. Zobacz, które pomogą ci zajść w ciążę

Wstęp bezpłatny.

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

Poronienia i zmiana płci córki. Cher o swoich doświadczeniach

Cher o zmianie płci córki
fot. Instagram - @cher

Życie popularnej wokalistki Cher nie było łatwe. Oprócz sławy, pieniędzy i blasku fleszy spotkało ją też wiele cierpienia. Zanim urodziła długo wyczekiwaną córeczkę Chastity Sun Bono, kilka razy straciła ciążę. Dziewczynka nigdy jednak nie poczuła się w pełni kobietą i w dorosłym życiu postanowiła zmienić płeć. Co w takiej sytuacji czuje matka? – Wpadłam w histerię, kiedy utraciłam córkę – mówi po latach Cher.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Cherilyn Sarkisian La Pierre, bo tak w rzeczywistości nazywa się Cher, już kilka lat temu na łamach portalu Parade opowiadała o trudnych doświadczeniach ze swojego życia.

Cher swojego ojca poznała dopiero w wieku 11 lat, ponieważ odsiadywał on wyrok za handel narkotykami. Potem w wieku 16 lat przyszła gwiazda rzuciła szkołę i opuściła rodzinny dom, utrzymując się samodzielnie. Za nowe miejsce zamieszkania obrała Hollywood, gdzie poznała swojego późniejszego męża Sonny’ego Bono – kompozytora i producenta nagrań.

Muzyczna para osiągnęła ogromny sukces, a hit „I Got You Babe” szturmem podbił amerykańskie listy przebojów. W ich związku nie działo się jednak dobrze. Sonny chorobliwe kontrolował żonę, w efekcie po 11 latach małżeństwa, podjęli decyzję o rozstaniu.

Zobacz także: Strata po stracie – poronienie nawracające jako doświadczenie traumy

„Straciłam czworo dzieci”

W czasie małżeństwa z Sonnym, Cher długo starała się zajść w ciążę. Niestety kilka razy poroniła.

– Straciłam czworo dzieci przed Chaz. To były samoistne poronienia – powiedziała w 2010 roku.

Po trzecim poronieniu sytuacja ta stała się dla mnie koszmarem. Ludzie gratulowali mi kiedy byłam w ciąży, a kiedy traciłam dziecko mówili: „oh, bardzo nam przykro”. Boże, już nigdy więcej nie chcę tego słuchać – myślałam sobie.

W roku 1969 na świat przyszła córka Cher i Bono. Chastity Sun Bono nie czuła się jednak kobietą. Cierpiała na depresję, lęki zajadała słodyczami, czego efektem była znaczna nadwaga. Jak dziś wspomina, punktem zwrotnym w jej życiu były 13. urodziny – to wtedy zrozumiała, że urodziła się kimś innym, niż w rzeczywistości powinna być.

W 1995 roku Chastity publicznie opowiedziała o swoim homoseksualizmie. Dla Cher, która walczyła przecież o prawa lesbijek, gejów i brała udział w paradach równości, był to szok. Nie potrafiąc zrozumieć i zaakceptować inności swego dziecka, wyrzuciła Chastity z apartamentu na Manhattanie.

– Przestraszyłam się wtedy. Zawsze wyobrażałam sobie, że wyjdzie za mąż i założy rodzinę – zdradziła Cher. Jak napisała w swoim pamiętniku, dopiero po zetknięciu się z problemem była w stanie zweryfikować swoje całe dotychczasowe przekonania. Miała wielu przyjaciół homoseksualistów, jednak nie chciała, żeby jej córka znalazła się w tym gronie.

Chaz Bono fot. Instagram - @therealchazbono

Chaz Bono // fot. Instagram – @therealchazbono

Zobacz także: Malarka i niedoszła matka. Twórczość Fridy Kahlo

Cher o zmianie płci córki

Na przełomie 2008 i 2010 roku Bono przeszedł operację zmiany płci. Po dwóch latach terapii hormonalnej, w wieku 42 lat Chastity stała się mężczyzną, przybierając imię Chaz Salvatore Bono. O swojej przemianie napisał książkę „Jak stałem się Chazem”. Powstała również seria filmów ukazujących etapy transformacji Chaza.

Na początku Cher nie komentowała decyzji swojego dziecka o zmianie płci. Dopiero jakiś czas później, z pomocą psychologa, gwieździe udało się odbudować relacje z Chazem. – To było dla mnie trudne, ale teraz już o tym nie myślę – mówi Cher. Zrozumiała, że musi w końcu zaakceptować decyzję Chaza, ponieważ inaczej nigdy nie byłaby w stanie funkcjonować normalnie.

Stanęła w obronie syna

W roku 2010 Chaz wziął udział w amerykańskiej wersji Tańca z Gwiazdami. W mediach społecznościowych od razu posypały się krytyczne komentarze. W obronie Chaza stanęła wtedy Cher.

Chaz został zaatakowany na blogach i w komentarzach internetowych, z powodu udziału w „Tańcu z gwiazdami”! Żyjemy w Ameryce, czyż nie? Trzeba być naprawdę bezczelnym, żeby pisać takie komentarze. Wspieram go we wszystkim, co robi. Trzeba nie lada odwagi, żeby zdecydować się na udział w tym programie. Bogu dzięki, akurat odwagi na pewno mu nie brakuje! – napisała wówczas na jednym z portali społecznościowych.

Obecnie Chaz zajmuje się karierą filmową, zagrał m.in. w popularnym serialu American Horror Story. Jest również aktywnym działaczem na rzecz LGBT.

Cher i Chaz Bono fot. Instagram - @therealchazbono

Cher i Chaz Bono podczas rodzinnego spotkania // fot. Instagram – @therealchazbono

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Daily Mail, Parade, Onet

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Straty i ból, które budują! Happy End: „Czasem pewne rzeczy dzieją się w konkretnym celu”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Walka z niepłodnością przypomina nieraz walkę z całym światem – z własnym ciałem, z emocjami, z innymi ludźmi, z finansami, z systemem… wymieniać można niemal bez końca. Niewątpliwie ogromny bój o swoje marzenia stoczyła Kasia.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nasza walka była długa, ale i tak uważam, że mieliśmy wiele szczęścia. Nie mam mutacji genu, nie mam endometriozy, mam oba jajowody, plemniki były ‘nasze’, a małżeństwo nie rozpadło się. Najważniejsze jednak, że ostatecznie wywalczyliśmy nasz cud. Wiele par ma dużo gorszą sytuacje. Podziwiam ich, że mają siłę walczyć” – mówi skromnie Kasia. Skromnie, bowiem pokora widniejąca w jej słowach – chociaż jest wielką siłą – zupełnie nie oddaje ilości przeżyć, jakie pojawiły się podczas niemal ośmiu lat starań.

Początek długiej drogi

Decyzja o dziecku pojawiła się u Katarzyny i jej męża jeszcze przed ślubem. Był grudzień 2008 roku, a para miała przed sobą całą młodość. Kasia miała wtedy 23 lata, jej partner 26. Nie nastawiali się na błyskawiczny sukces, bo w końcu „mieli jeszcze czas” – jak to mówili wszyscy dookoła. Kasi szybko jednak zapaliła się czerwona lampka, być może dlatego, że już od kilku lat dziecko było jej wielkim marzeniem. „Już po paru miesiącach bezowocnych starań wysłałam męża na badanie, co wydaje się być najlepszym początkiem. Pozwala zaoszczędzić masę pieniędzy, nerwów i stresu” – opowiada.

Niestety nieskutecznie, bowiem negatywnych emocji nie udało się w tym wypadku uniknąć. „Wyniki były złe. Rozpłakałam się, bo wiedziałam, że jeżeli w ogóle doczekamy się dziecka, to będzie to bardzo trudne” – dodaje. Para wciąż starała się jednak naturalnymi sposobami. W międzyczasie każdy kolejny ginekolog twierdził, że u Kasi nie widać żadnych przeszkód i cierpliwość będzie ich największym sprzymierzeńcem: „Tak, po 3 latach nadal byli odważni, którzy mówili, że ‘jesteśmy młodzi i to tylko kwestia czasu. On niestety nieubłaganie leciał, a ciąży nadal nie było…” – opowiada.

Po kolejnym roku Katarzyna znalazła adres Poradni leczenia niepłodności małżeńskiej. „Doznałam ogromnego szoku, gdy pani ginekolog oznajmiła, że w naszym przypadku nic nie mogą pomóc. Mieliśmy udać się do kliniki leczenia niepłodności i to prawdopodobnie od razu w celu procedury IVF. Nie mogliśmy uwierzyć, że nas to dotyka” – mówi w dużych emocjach. Nie poddawała się jednak i wertując internet doszła do wniosku, że cierpi na PCOS. Lekarz potwierdził zespół policystycznych jajników, ale kolejny rok przyjmowania leków nic nie dał. Chociaż właściwie dał – kopa do podjęcia coraz to poważniejszych kroków.

Zadzwoniłam do jednej z klinik i umówiłam nas na wizytę. Od razu nastawiona byłam na inseminację. Rzeczywiście lekarz na pierwszej konsultacji, po obejrzeniu dotychczasowych wyników i wysłuchaniu naszej historii, zaproponował IUI. Teraz czekały nas powtórne badania i z wielką nadzieją weszliśmy w kolejny etap starań” – opowiada.

Nowy rozdział

Pierwsza inseminacja odbyła się w czerwcu 2014 roku i chyba oboje nie mogliśmy uwierzyć w pozytywny wynik bHCG, który otrzymaliśmy po 14 dniach. To było ogromne szczęście” – mówi Katarzyna i przywołuje w swojej pamięci wspomnienia: „Tego samego dnia była kumulacja Lotto. Z uśmiechem powtarzałam, że swoją szóstkę już trafiłam, bo jak często udaje się za pierwszym razem?” – niestety radość nie trwała długo.

Beta rosła, ale nie tak jak powinna. W pęcherzyku ciążowym była pustka. Pomimo, że ciąża była bezzarodkowa ja i tak cierpiałam. W końcu skoro był pęcherzyk, to musiał być i zarodek, w którego rozwoju coś poszło nie tak…” – mówi Kasia. Po tej próbie nastąpiła prawie roczna przerwa. O nie, nie w staraniach. Kobieta obserwowała siebie, mierzyła temperaturę, badała śluz, schudła ponad 20 kilogramów. Po tym czasie para przystąpiła jednak do kolejnej inseminacji. I kolejnej. I kolejnej. „Łącznie było ich jeszcze cztery, ale żadna nie zakończyła się ciążą” – podsumowuje.

Ostatnia inseminacja była w sierpniu 2015 r. Skończyły się pieniądze i siły. Na refundację in vitro nie było szans. Dopiero pod koniec roku mogliśmy zacząć myśleć o kolejnym etapie. W marcu najpierw zrobiliśmy badania męża, później wykonałam swoje. 23-ego maja 2016 r. odbyła się punkcja. Pobrano 22 oocyty,12 dojrzałych komórek. Zapłodniły się tylko i aż cztery z sześciu. W drugiej dobie miał miejsce transfer dwóch zarodków. Znów przeżyłam szok kiedy wynik bHCG wskazywał ciążę” – opowiada Katarzyna.

Nie było jednak wcale kolorowo. „Plamienia nie odpuszczały i ze względu na nie, pani doktor wysłała mnie do szpitala. W pierwszym nie dostałam żadnej pomocy, a według USG nie było widać ani jednego pęcherzyka. Zapłakana pojechałam z mężem do kolejnego szpitala. Nie zapomnę chyba nigdy tego momentu, kiedy lekarka odwróciła w moją stronę monitor. Od razu zauważyłam pulsujący punkt. To był nasz synek, czułam że to jest synek!” – opowiada Kasia, która dopiero po pierwszym prenatalnym USG tak naprawdę zaczęła cieszyć się ciążą. Znów niestety radość nie była jej dana na długo: „W 14. tygodniu ciąży trafiłam do szpitala z krwawieniem. Synek żył. Był też krwiak. Po czterech dniach serduszko już nie biło. Daliśmy mu na imię Staś i pochowaliśmy obok mojej mamy”.

Trudna droga do spełnienia

Przez kolejne 8 tygodni Kasia była na urlopie macierzyńskim. Jednak cała droga, którą już dotąd przeszła i silne przeżycia ostatniego czasu nie pozostały bez echa. „Wróciłam do pracy, ale nie mogłam się na niczym skupić. Przepracowałam dwa miesiące i czułam, że nie dam rady dłużej” – opowiada Kasia, która niestety nie dostała wtedy tak bardzo potrzebnego jej wsparcia. „Wręcz przeciwnie. Usłyszałam, że każdy ma swoje problemy… Postanowiłam więc znów zawalczyć. Ten ostatni raz. Chciałam zabrać pozostałe dwa zarodki i zakończyć tę drogę” – słyszymy.

Mąż Kasi wraz z lekarzem przekonali ją do pojedynczego transferu. „19-ego grudnia 2016 roku pierwsza Śnieżynka wróciła z nami do domu. 28-ego grudnia w wielkiej tajemnicy wykonałam test z krwi. Byłam przekonana, że i tym razem się nie udało. Nie czułam absolutnie nic, co wskazywałoby na to, że jest inaczej. Chciałam wypłakać się jeszcze przed Sylwestrem… Jednak intuicja mnie zawiodła. Sylwester był już bezalkoholowy!” – wspomina z uśmiechem.

 

Świat dookoła

Finalnie wszystko zakończyło się wielkim szczęściem, ale był to bardzo ciężki czas. Nie tylko dla Kasi, ale i dla jej męża. Każdy kolejny cykl, kolejne łzy, kolejne próby odbijały się na związku. Było w tym czasie wiele kłótni i wiele „prawie” rozwodów, jak mówi o nich Kasia. „Niepłodność to potężny egzamin dla związku. Emocji było mnóstwo. Mąż był twardy i nie pokazywał po sobie cierpienia. Często mnie to denerwowało. Myślałam, że mu nie zależy, że może nawet jest mu na rękę, że się nie udaje… Człowiek nie myśli wtedy racjonalnie” – dodaje.

Co ważne w historii Kasi, to otwartość z jaką mówi o przeżytych stratach: „Myślę, że najgorsze co może spotkać kobietę to poronienie, martwy poród oraz śmierć dziecka i absolutnie nie są to równoważne wydarzenia. Uważam jednak, że wsparcie i pomoc musi dostać każda z nas”. Pierwsza strata ciąży spowodowała, że Kasia zamknęła się w domu, zarówno przed rodziną, jak i przed znajomymi. „Moje myśli biegły w zdecydowanie złym kierunku… ale byłam też na tyle „twarda” że sama poszłam do psychiatry. Bałam się chyba sama siebie… dostałam leki i numer do psychologa” – opisuje i dodaje, że niestety nie mogła poddać się wtedy terapii. Z perspektywy czasu widzi jednak, że wszystkie obowiązki można było ze sobą połączyć i bardziej o siebie zadbać.

Inaczej było już przy drugim poronieniu. „Byłam wtedy bardziej doinformowana i mądrzejsza. Stasia straciliśmy w 15. tygodniu ciąży i chociaż było bardzo ciężko ‘urodziłam’ go własnymi siłami. Nie mogłam go jednak pożegnać tak, jak chciałam. Personel szpitala mi to skutecznie uniemożliwił. Pożegnałam się z synkiem dopiero w dniu pogrzebu” – opisuje w dużych emocjach i dodaje: „Tak, pochowaliśmy Stasia. Czułam, że muszę to zrobić. Że tak powinno być.

Tym razem kobieta skorzystała z długotrwałego wsparcia specjalistów. „Trafiłam na cudowną panią psycholog, która jako pierwsza o naszym synku mówiła po imieniu, co było dla mnie bardzo ważne. Nie lubię określenia ‘płód’, a tym bardziej ‘resztki po poronieniu’, jak to zaczęli mówić w szpitalu. To w dużej mierze dzięki pani Ewie przestałam się obwiniać i źle o sobie myśleć. Odbyło się wiele spotkań, dzięki którym zaczęłam się lepiej czuć” – opowiada. Ogromnym wsparciem był w tym czasie także mąż Kasi. Bliscy i znajomi są w takich chwilach wręcz niezbędni.

Sedno „happy end’u”

Czy dziś Kasia postąpiłaby tak samo i tak samo długo starałaby się o dziecko? Tak, chociaż jedno chciałaby zmienić – mówi, że nie czekałaby tyle czasu z wizytą w klinice. Z drugiej strony zauważa, że gdyby wszystko potoczyło się szybciej, mogłaby nie być w tym miejscu, w którym jest obecnie.

Foto. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Czasem pewne rzeczy dzieją się w konkretnym celu. Po pierwszym poronieniu wzięliśmy szczeniaka. Nasz pierwszy synuś!” – mówi Kasia z radością. Dziś nie wyobraża sobie bez niego dnia.

Bruno urodził się 18-ego lipca 2017 roku w 32. tygodniu ciąży – wcześniak. Ciągle nie mogę uwierzyć w ten nasz cud! Droga ku niemu kosztowała nas mnóstwo pieniędzy, stresu, łez i wyrzeczeń. Niczego jednak nie żałuję, nawet pomimo późniejszych nieprzespanych nocy, bolącego kręgosłupa i długiego oraz ciężkiego porodu” – mówi doświadczona już mama. Co więcej, nie zamierza na tym poprzestać. Gdy pierwszy raz usłyszała krzyk Bruna, postanowiła, że za dwa lata sprawi mu rodzeństwo: „Oby się udało. W końcu czeka na nas jeszcze jedna nasza Śnieżynka” – dodaje z uśmiechem i nadzieją.

Szczerze mówi też o tym, co myśli o otaczającej nas rzeczywistości i powtarzających się, nieraz wręcz piętnujących, opiniach o in vitro: „Szkoda, że rząd nie potrafi docenić daru medycyny. Te wszystkie krzywdzące określenia nigdy nie powinny paść. Chociaż my za całą procedurę musieliśmy płacić, mam nadzieję i mocno trzymam kciuki, by refundacja wróciła”. Jest to szczególnie ważny głos, bowiem mówi nim osoba, która sama doświadczyła wszystkich trudów walki z niepłodnością. Czy może być jakiś mocniejszy dowód na to, że warto walczyć, niż jej „happy end”?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Program prokreacyjny działa tylko „na papierze”. Niepłodni pacjenci nadal nie mogą korzystać z leczenia

Fot. fotolia
Fot. fotolia

O tym, że rusza program ochrony zdrowia prokreacyjnego oficjalnie informował minister zdrowia ponad rok temu. Realnie od tamtego czasu nie przyjęto jeszcze żadnych pacjentów z zakresu leczenia niepłodności. Niepłodne pary są zdezorientowane i z niecierpliwością czekają.  Resort tymczasem deklaruje, że przyjmowanie pacjentów rozpocznie się do końca tego roku.
Rządowy program wpierania in vitro zamknięto w połowie ubiegłego roku, a pacjenci z niepłodnością do dziś nie doczekali się alternatywy. Minister zdrowia otworzył uroczyście Program Kompleksowej Ochrony Zdrowia Prokreacyjnego nie w momencie, gdy był on gotowy na przyjęcie pacjentów, tyko w czasie, gdy zaczęły się jedynie prace przygotowawcze (konkursy ofert, nabór personelu oraz doposażenie placówek w sprzęt medyczny). To jest bardzo mylące dla niepłodnych par, gdyż oni bardzo liczą na pomoc i gdy usłyszeli, że będą mieli taką możliwość chcieli z niej skorzystać. Nie powinno więc dziwić, że rozżaleni pacjenci wydzwaniają z pytaniami do wyłonionych w drodze konkursu przez ministerstwo ośrodków referencyjnych z pytaniem, kiedy w ramach realizacji programu będą udzielane świadczenia medyczne.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

– Staramy się z mężem o dziecko od 7 lat. Nie mamy pieniędzy na  leczenie w prywatnych klinikach, więc dla nas taka możliwość to ostatnia deska ratunku. Każdy kolejny rok to dla nas wieczność… – mówi z żalem pani Milena (prosi o anonimowość).

Leczenie niepłodności: wybrano 17 ośrodków referencyjnych

Gdzie będzie można uzyskać świadczenie a gdzie nie?
Do tej pory w przeprowadzonych na przełomie 2016 i 2017 r. postępowaniach konkursowych resort zdrowia wyłonił 17 ośrodków referencyjnych, w tym 4 w Warszawie i 2 we Wrocławiu, 2 w województwie pomorskim. Założeniem ministerstwa było wyłonienie co najmniej 16 realizatorów  programu, po jednym w każdym województwie.

Na ten moment brakuje podmiotów w czterech województwach: kujawsko-pomorskim, lubuskim, podlaskim i warmińsko-mazurskim.

Ośrodki przygotowują się do przyjęcia niepłodnych pacjentów

Łódzki Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki, który otworzył Klinikę diagnostyki i leczenia niepłodności pod koniec zeszłego roku to pierwszy ośrodek, który miał niepłodnym parom gwarantować pomoc w zakresie leczenia prokreacyjnego. Czy tak się dzieje?

Kupujemy jeszcze sprzęt medyczny, udzielamy porad pacjentom, jednak do tej pory nie było hospitalizacji wyjaśnia nam Beata Aszkielaniec, rzecznik prasowy CZMP w Łodzi.



Oznacza to jedynie tyle, że placówka rozpoczęła przyjmowanie pacjentów w samych poradniach. Otwarcie kliniki nie oznaczało uruchomienia rządowego programu. Kompleksowe przyjmowanie pacjentów będzie możliwe dopiero z końcem roku.

Centrum Ginekologii Położnictwa i Neonatologii w Opolu przygotowuje się do udzielania świadczeń z zakresu leczeniu niepłodności. Została podpisana umowa na utworzenie laboratorium andrologicznego, które powstanie do końca 2017 r. Tam również trwa procedura konkursowa na doposażenie ośrodka w sprzęt medyczny.

Przyjęcia pacjentów dopiero pod koniec roku – czekamy na wyjaśnienia ministerstwa

Jak zapewnia resort w wywiadzie m.in dla Rzeczpospolitej – rp.pl i portalu politykazdrowotna.com pacjenci mają być przyjmowani do końca roku a w ośrodkach trwają jeszcze prace modernizacyjne oraz kompletowanie niezbędnego sprzętu i aparatury medycznej. Na nasze pytania odnośnie realizacji rządowego programu rekreacyjnego jeszcze nie uzyskaliśmy odpowiedzi od rzecznika ministerstwa zdrowia. Jak tylko poznamy szczegóły odnośnie przyjęć pacjentów i możliwości leczenia, będziemy informować.

POLECAMY:

Ostatnia szansa na in vitro. Czy rząd zniszczy ich marzenia?

 

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.