Przejdź do treści

Naprotechnologia – kto tu kradnie czas?

Naprotechnologia - czy kradnie czas

Starający się o dziecko nieustannie słyszą tykanie zegara biologicznego. Każdego dnia walczą z czasem prokreacyjnym.

Od kilku miesięcy naprotechnologia jest gorącym tematem, a ludzie dzielą się na jego zwolenników i przeciwników. Ci pierwsi walczą z in vitro i hołdują naturalnym metodom, ci drudzy po prostu nie wierzą w siłę naprotechnologii, nazywając ją złodziejem czasu prokreacyjnego. Atmosferę dodatkowo podgrzewają plotki, jakoby rząd miał finansować leczenie tą właśnie metodą.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

 

Zegar tyka

Z dala od polityki toczą się prawdziwe dylematy setek niepłodnych par – którą metodę wybrać. Zwykle naprotechnologię stawia się jako alternatywę zabiegów in vitro. „Naprotechnologia nigdy nie zastąpi in vitro! To musi być wyraźnie powiedziane. Dane dotyczące skuteczności leczenia metodą in vitro, sposoby leczenia można znaleźć w literaturze fachowej. Natomiast o zaletach naprotechnologii mamy tylko informacje gazetowe. Są opinie ludzi, którzy tego typu procedurę wykonują i niestety, mimo że oferują nieskuteczne leczenie, to jeszcze biorą za to niemałe pieniądze” – denerwuje się prof. Marian Szamatowicz, nazywany „ojcem polskiego in vitro”.

Wolność człowieka określają nie zakazy i sankcje, ale możliwość wyboru. „Jeśli człowiek za własne pieniądze chce iść do naprotechnologa, niech idzie. Musi mieć jednak świadomość, że w pewnych sytuacjach naprotechnologia nie daje żadnych szans. Nie da szansy, jeśli są nieodwracalnie uszkodzone jajowody, nie da szansy w przypadku zaawansowanej endometriozy, nie da szansy, jeśli leczono za pomocą naprotechnologii przez parę lat, a kobieta zdążyła się zestarzeć” – dodaje Szamatowicz i dotyka sedna sprawy. Najczęściej powtarzanym argumentem przeciw leczeniu naprotechnologicznemu jest tykający zegar biologiczny.

„Mówią, że ochronna medycyna prokreacyjna to złodziej czasu prokreacyjnego. Okazuje się, że niekoniecznie. Jest duża grupa pacjentek, które są po trzech, czterech czy dziewięciu nieudanych zabiegach in vitro – tłumaczy lek. Tadeusz Wasilewski z kliniki Napromedica i odpiera zarzuty przeciwników naprotechnologii. – Nasze działania wraz z diagnostyką przyniosły rozwiązanie – poczęcie i urodzenie dziecka. A więc to nie my z naturalną medycyną prokreacyjną byliśmy złodziejami czasu. Zdaję sobie sprawę, że części pacjentów, którym proponujemy taką medycynę, nie powiedzie się poczęcie dziecka. Ci pacjenci trafią do ośrodków, w których lekarze zaproponują skuteczne in vitro. Dziś na świecie nie ma metody, która dawałaby stuprocentową pewność posiadania dziecka” – dodaje Wasilewski.


Tonący brzytwy się chwyta


Osoby zmagające się z niepłodnością pomocy szukają wszędzie. „Moja przygoda z naprotechnologią była dosyć krótka, ale pozostawiła niesmak” – wspomina nasza czytelniczka, Ewelina. Na wizytę zapisała ją teściowa. Ewelina nie chce podać ani nazwy placówki, ani nazwiska lekarza, do którego trafiła, sama też woli pozostać anonimowa. Czuje się oszukana, uwierzyła w coś, co miało pomóc spełnić jej marzenia, dzięki czemu miała zostać mamą.

Statystyki leczenia niepłodności metodą naprotechnologii są obiecujące. Według zapewnień specjalistów dziecko może urodzić nawet 80% pacjentek. Nic dziwnego, że chętnych nie brakuje. Ewelina także uwierzyła, na wizytę w klinice zabrała całą dokumentację i resztki nadziei, które jej zostały. Naprotechnolog nie pozostawił jednak złudzeń. „Lekarz sprawdził nasze wyniki… i stwierdził, że w naszym przypadku możemy się zastanowić tylko nad IVF… – wspomina Ewelina. – Lekarz powiedział nam, że z niskimi parametrami nasienia męża, moją endometriozą drugiego stopnia, charakterystycznymi dla niej zrostami i dwurożną macicą nasze szanse są marne… I żebyśmy dali sobie spokój…” – opowiada Ewelina.


Mimo porażki Ewelina nie poddała się. Wraz z mężem zapisali się na konsultację w Centrum Matki Polki w Łodzi. „Lekarz
powiedział, że to jeszcze nie tragedia, bo jajowody są ciągle drożne. Kazał nam zrobić „wakacje” od lekarzy i leczenia i jesienią zacząć starania na nowo… – opowiada Ewelina.


Kiedy powiem sobie dość


Ewelinie naprotechnologia nie pomogła, ale też nie ukradła jej czasu. Lekarz powiedział wprost – nie pomogę. Być może zbyt pochopnie ocenił stan zdrowia dziewczyny, jednak umiejętność postawienia granic starań o dziecko jest piętą achillesową wielu specjalistów.

 

Magda Dubrawska

dziennikarka Chcemy Być Rodzicami, doktorantka socjologii.

Program leczenia niepłodności według ministra zdrowia. Połowa placówek nie spełniła wymogów

Ośrodki leczenia niepłodności - konkurs Ministerstwa Zdrowia
Pixabay

We wrześniu 2016 roku Ministerstwo Zdrowia ogłosiło konkurs na placówki, które w ramach programu prokreacyjnego będą oferowały kompleksowe leczenie niepłodności. Okazało się jednak, że większość klinik nie spełniło wymogów resortu. Ministerstwo zdecydowało się zatem ogłosić kolejny plebiscyt i zmieniło kryteria kwalifikacji.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pierwsze pary miały zostać objęte leczeniem w 2017 roku, jednak tak się nie stanie, ponieważ wciąż brakuje odpowiednich ośrodków. Zgodnie z założeniem Ministerstwa Zdrowia, na jedno województwo przypadać miał jeden ośrodek leczenia niepłodności.

Ośrodki leczenia niepłodności – konkurs Ministerstwa Zdrowia

Okazało się, że większość klinik nie spełnia wymogów narzuconych przez resort. Po ogłoszeniu konkursu w ubiegłym roku, zgłosiło się 20 placówek, jednak połowa odpadła. Siedem z nich nie miało statusu szpitala klinicznego lub szpitala utworzonego przez uczelnię medyczną, co było wymogiem ministerstwa.

Pod koniec września 2017 r. ministerstwo ogłosiło nowy konkurs. W tym roku zgłaszać się już mogły także placówki samorządowe, które udostępniają bazę szpitalną na rzecz publicznej uczelni medycznej. Dzięki temu do konkursu zakwalifikowało się Centrum Ginekologii, Położnictwa i Neonatologii z Opola, które w pierwszym plebiscycie odpadło – pisze Gazeta Prawna. Centrum otrzymało 1,44 mln zł na stworzenie m.in. laboratorium andrologicznego.

Na czym będzie polegał program Ministerstwa Zdrowia?

Obecny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zdecydował o wygaszeniu rządowego programu in vitro. Na czym zatem miałby polegać nowy program leczenia niepłodności? Jak podaje Gazeta Prawna, chodzi tu głównie o pogłębioną diagnozę oraz opiekę psychologiczną nad pacjentami. Na stronie MZ można natomiast przeczytać o najważniejszych celach programu. Wśród nich wymieniono:

  • poprawę stanu zdrowia uczestników w zakresie zidentyfikowanych chorób utrudniających posiadanie potomstwa;
  • podniesienie kwalifikacji i umiejętności lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, lekarzy specjalistów oraz położnych w zakresie czynników wpływających na występowanie niepłodności oraz wczesnego wykrywania przyczyn niepłodności;
  • określenie przyczyn niepłodności wśród uczestników;
  • wzrost jakości udzielanych świadczeń w zakresie kompleksowej diagnostyki niepłodności;
  • zabezpieczenie płodności wśród pacjentek leczących się z powodów onkologicznych poprzez utworzenie Banku Tkanek Germinalnych.

Zobacz także:

Kontrowersyjna ustawa przegłosowana. Czy to koniec lokalnych programów in vitro?

Klauzula sumienia a prawa reprodukcyjne

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Gazeta Prawna, Ministerstwo Zdrowia

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.