Przejdź do treści

Nagła śmierć łóżeczkowa

397.jpg

Zespół nagłej śmierci łóżeczkowej jest najczęstszym powodem śmierci niemowląt w wieku 1-12 miesięcy. Każdego roku w Stanach Zjednoczonych ponad 2000 niemowląt umiera z przyczyny zdefiniowanej jako nagła śmierć niemowląt poniżej 1 roku życia, która nie może być wyjaśniona.

Nowe badanie wskazują na to, że dzielenie łóżka jest najistotniejszym czynnikiem ryzyka zgonów związanych ze snem u młodszych niemowląt.

Nowe badania, opublikowane w Pediatrics, analizowali zgony podczas snu niemowląt z 24 państw, w okresie 2004-2012.

Według Centers for Disease Control and Prevention (CDC), trzy najczęściej zgłaszane przyczyny nagłej śmierci niemowląt są: zespół nagłej śmierci łóżeczkowej (SIDS), przyczyna nieznana, przypadkowe uduszenie/uduszenie się w łóżku.

Według danych, SIDS występuje najczęściej u niemowląt w wieku 1-4 miesięcy, nie mniej jednak dzieci umierają na ten zespół aż do pierwszego roku życia.

Ponieważ czynniki ryzyka zgonów niemowląt, związanych ze snem mogą się różnić między różnymi grupami wiekowymi, naukowcy wyróżnili dwie grupy wiekowe: 0-3 miesiące i 4-12.

W sumie, badacze przeanalizowali 8 207 zgonów. Okazało się, że 69% niemowląt z tej grupy zmarło podczas spania w jednym łóżku z rodzicami. Naukowcy wykryli także, że młodsze niemowlęta (73,8%) częściej spały z rodzicami, na ich łóżku lub w pobliżu osoby dorosłej, niż te starsze (58,9%). Tymczasem starsze niemowlęta częściej odnajdywano martwe, ułożone twarzą w dół, uduszone przez koc lub maskotki.  

Naukowcy twierdzą, że ich wyniki pokazują, iż czynniki ryzyka śmierci niemowląt różnią się w w zależności od wieku dziecka, a zatem rodzice powinni być ostrzeżeni przed niebezpieczeństwami specyficznymi dla wieku dziecka.


Źródło: www.medicalnewstoday.com

Marlena Jaszczak

absolwentka SWPS, kobieta o wielu talentach.

Agnieszka Grobelna: „Pokochaj swoją miesiączkę” – o zgodzie na kobiecość i sile, jaka z niej płynie

agnieszka grobelna

Przez 10 lat starała się o dziecko, przeżyła cztery poronienia – Agnieszka Grobelna na bazie swoich doświadczeń postanowiła stworzyć niezależną przestrzeń, w której płodność kobiety będzie zaopiekowana na każdym etapie jej życia. Stąd powstał pomysł Centrum Wspierania Płodności, które znajduje się we Wrocławiu. Ciało, seksualność, cykl – oto rozmowa o sekretach kobiecości.

CHBR: W kobiecości jest siła?

Agnieszka Grobelna: Powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem współgrania kobiecego ciała i psychiki. Zdarza się, że przychodzi do mnie kobieta, która doświadcza bolesności cyklu. Rozmawiam z nią, pokazuję między innymi czym jest cykl i jak można wykorzystać jego moc. Zdaje się, że nie robię wiele, a później nagle ból znika. Kobiety mówią wtedy do mnie: „Agnieszka, to jest takie proste?! Dlaczego nikt o tym nie mówi?! To ja nic więcej nie muszę robić?! Nie muszę brać tony leków?!”. Nie, nie musisz – pokochaj swoją miesiączkę, rozmawiaj ze swoją macicą.

Przyzna pani, że brzmi to co najmniej tajemniczo.

Na jednym z warsztatów powiedziałam, że kocham swoją miesiączkę i za każdym razem na nią czekam. Wstała wtedy pani będąca już po menopauzie i powiedziała niemal z oburzeniem: „Pierwszy raz widzę osobę, która mówi, że kocha swoją miesiączkę. Ja się cieszę, że jej nie mam!”. Odpowiedziałam, że to błąd, bo w naszym cyklu jest ogromna siła! Naprawdę niewiele potrzeba, by móc ją wykorzystać. Zresztą wielokrotnie trafiały do mnie panie z niepłodnością, które miały całą masę różnych przeciwwskazań i zaburzenia hormonalne, nie miały nawet kwalifikacji do in vitro. Po jednej lub kilku sesjach nagle zachodziły w ciążę naturalnie. Oczywiście są to spektakularne przypadki, u niektórych ta praca wymaga więcej czasu, u innych mniej, ale chcę zobrazować, jak proste rozwiązania są czasami najlepsze.

Tak naprawdę płodność jest nieprzewidywalna i na bazie własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie powinno się mówić, iż kobieta nigdy nie zajdzie w ciążę. Gdy jest jeden plemnik i chociażby jedna komórka jajowa, to zawsze istnieje szansa. Jest jednak wiele blokad, także tych emocjonalnych. Z moich obserwacji wynika, że u dużej większości kobiet zmagających się z niepłodnością to właśnie emocje leżą u podstaw. Kobiety są teraz za bardzo pogrążone w męskiej energii. Są silne, na wysokich stanowiskach, zarządzają grupą osób. Siła jest męska, czasami trzeba zbliżyć się do kobiecości i wtedy ciało się odblokowuje. Kobiety zagarnęły przestrzeń mężczyznom, którzy przy tym wszystkim osłabli. Stąd problemy chociażby z ilością plemników. Ja staram się patrzeć na płodność bardzo holistycznie i wykorzystuję w swojej pracy różne metody.

Różne pewnie też dlatego, że każdy przypadek jest bardzo indywidualny.

Dokładnie, nie powinno się nikogo porównywać, bo nigdy tak naprawdę nie wiemy co jest czynnikiem decydującym. Jak bowiem można wytłumaczymy, że kobieta z diagnozą Hashimoto, czy PCOS, zachodzi w naturalną ciążę, a teoretycznie zdrowy człowiek nie? Nie wiemy wtedy, czy czynnikiem decydującym nie jest np. lęk. Pracowałam kiedyś z panią, która miała go w sobie bardzo wiele. Leczyła się, ponieważ nie miała prawidłowej owulacji i płodnego śluzu. Kiedy porozmawiałyśmy o tym, by dali sobie z partnerem luz, także od seksu, nagle jej śluz się poprawił. Kiedy postanowili wrócić do starań, śluzu znowu nie było. Podobnie było z inną panią, która dostawała stany grzybicze pochwy. Wszystko sterowane było u nich lękiem, który niezwykle trudno było odkryć czego dotyczył. Pokazuje to jednak, jak psychika silnie działa na naszą płodność.

I uczyć powinny się o tym już małe dziewczynki?

Zdecydowanie. Mam 8-letnią córkę i odkąd pamiętam mówiłam jej: „Tu gdzie jest twoja macica, tam jest twoja moc”. Dzięki temu córka ma do kobiecości bardzo pozytywny stosunek. Wie, że kiedy pojawi się pierwsza miesiączka, będziemy świętować. Jest to dla mnie ważne, bowiem pracując z kobietami niepłodnymi zdarza mi się wracać do ich korzeni. Kiedy cofamy się do momentu pierwszej miesiączki, okazuje się, że one jej wcale nie przyjęły. Jedna z moich pacjentek teoretycznie była przygotowana przez mamę na pierwszy okres. Gdy jednak zapytałam, co jeszcze się wtedy działo, okazało się, że w dniu swojej pierwszej miesiączki miała jechać z rodziną do Aquaparku. Pytając jak się czuła, usłyszałam, że był wściekła. Co ciekawe, ciągle cierpiała na bardzo silne bóle w czasie menstruacji. Powiedziałam wtedy: „Ty w ogóle nie przyjęłaś tej miesiączki. Odrzuciłaś ją, bo pokrzyżowała ci plany”. Zaczęłyśmy rozmawiać i przyznała mi rację. Poleciłam jej, żeby „pogadała ze swoją macicą”. W następnym cyklu bólu nie było.

Ból jest dla nas tylko informacją, a my zagłuszamy go tabletkami. Jeśli to robimy, to jak mamy dojść do jego pierwotnej przyczyny? Może to być właśnie lęk, ale też wspominana już przeze mnie męska energia.

Rozmawiałam kiedyś z panią, która także cierpiała na silne bóle w czasie miesiączki. Takie, które ścinały ją z nóg, musiała zwalniać się w tym czasie z pracy. Pierwszy okres przeżyła bardzo w porządku, ale zapytana o to, co robi w trakcie menstruacji odpowiedziała: „Wszystko – idę na fitness, daję sobie w kość.” Dla mnie jest to jasny sygnał, że nie ma w niej zgody na miesiączkę. Menstruacja to czas odpoczynku, regeneracji, przemyśleń. Jest to czas na herbatę, książkę, na dopieszczenie siebie. Jeśli dajesz sobie w tym czasie w kość, oznacza to, że ciągle się z nią siłujesz.

Rozmowa lekiem na wszystko?

Oczywiście, że nie. Zdarza się, że musimy włączyć terapię witaminową, zmienić odżywianie, znieść stres umiejscowiony w miednicy czy też wprowadzić konkretne leki – nieraz jest to niezbędne. Wiele czynników ma wpływ na naszą płodność, dlatego, tak ważne jest całościowe spojrzenie na kobiece ciało i kompleksowe działanie. Najważniejsze jednak, to dostrzec, jak wielka w nas jest siła w postaci naszego cyklu, od niego wszystko się zaczyna i jeśli tylko pokochamy swoją kobiecość, możemy być płodne i radosne na każdym etapie swojego życia.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Starali się o dziecko przez 10 lat, dziś są rodzicami… bliźniaków! Joanna: „Nie wolno tracić nadziei”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Starania o dziecko to nieraz wieloletnia walka – ze zdrowiem, z systemem leczenia, z samym sobą. Joanna wraz z mężem walczyli 10 lat. Przeszli setki badań, 7 inseminacji, 3 procedury in vitro. Pomimo trudów i chwil zwątpienia zawsze wierzyli w sukces. I słusznie! Dziś są rodzicami bliźniaków – poznaj ich historię, która daje całą masę pozytywnej energii.

Początek starań był 10 lat temu?

Joanna: Tak, początek był przed dekadą. W pierwszym etapie próbowaliśmy z partnerem naturalnie. I to przez dłuższy okres – trzy lata. Utrudnieniem był fakt, że mąż pracuje za granicą i niestety ma go cały czas tutaj. Mówi się, że jeżeli przez rok starań nie ma dziecka, to znaczy, że już coś jest nie tak. U nas, jak widać, trochę przedłużyliśmy ten okres. Trzy lata starań naturalnych, dopiero po tym czasie udałam się do lekarzy. Najpierw do zwykłych ginekologów – od jednego, do drugiego. Rok zajęło mi takie chodzenie i przyznam szczerze, że podejście lekarzy na których trafiłam, chyba nie było za dobre.

Często słyszy się, że lekarze ginekolodzy „pierwszego kontaktu” nie zawsze profesjonalnie zaczynają pracę z niepłodnością.

Miałam trzech lekarzy, których podejście było praktycznie żadne. Już na wstępie pojawiało się pytanie: „A  co takiego pani robi w tym kierunku?”. Było to żenujące… Dopiero czwarty lekarz podszedł do mnie profesjonalnie. Tylko spojrzał i powiedział, że mam PCO. Kazał mi podnieść brodę, pytał się o owłosienie. Diagnoza była praktycznie od razu, po czym oczywiście miałam różne badania, lekarz chciał się po prostu upewnić i rzeczywiście okazało się, że mam brak owulacji. Mieliśmy później monitorowane cykle, dość długo to trwało. Co jednak ważne, miałam bardzo dobry kontakt z tym właśnie lekarzem. Zyskałam przy nim prawdziwą nadzieję, że się uda, że będzie w porządku, że PCO to nie jest wyrok.

Nadzieja jest bardzo ważna.

Dokładnie, był to prawdziwy lekarz z sercem. Niestety jednak nawet jego serce nie pomogło. Chodziłam do niego półtora roku i w końcu rozłożył ręce. Powiedział, że jego praca się w tym miejscu kończy i proponuje nam klinikę leczenia niepłodności. Minęły już wtedy 3-4 lata odkąd zaczęliśmy się starać, a dziecka dalej nie było.

Nie było na co dalej czekać.

Tak, doktor przyznał, że nie ma co tracić czasu. I to było dobre – nie przeciągał niepotrzebnie sprawy, nie szukał kolejnych badań, tylko wysłał nas do specjalistycznej kliniki. Tak też zrobiliśmy.

W pierwszej klinice, do której trafiliśmy, spędziliśmy rok. Nie przypadła nam ona jednak do gustu. Bardzo źle się tam czułam. Wydawało mi się, że mój problem ich nie interesuje. Zrobili mnóstwo badań, ale z lekarzem nie miałam żadnego kontaktu na płaszczyźnie międzyludzkiej. Zmieniliśmy więc klinikę. W kolejnej trafiłam na bardzo dobrego lekarza, który po przejrzeniu mojej teczki, skomentował: „Kto pani powiedział, że pani nie zajdzie w ciążę?”. Gdy wyszłam z gabinetu byłam w ogromnej euforii! Spędziliśmy w tej klinice 4 lata i to właśnie tam przeszłam siedem inseminacji. To był najcięższy dla mnie okres.

Porusza pani bardzo ważną sprawę – nie są istotne tylko kwestie medyczne, ale też to, co w międzyczasie dzieje się z psychiką człowieka.

To prawda. Czas inseminacji był najcięższy zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża. Podczas pierwszej inseminacji byliśmy nastawieni, że nam się uda! Tym bardziej, że lekarz mówił: „Jasne, jak najbardziej”. Okazało się jednak, że ciąży brak. Druga inseminacja – ciąży brak. Z każdą kolejną, gdy jechałam na betę, to było… ciężkie do opisania. Z jednej strony miałam myśli, że tym razem będzie sukces. Z drugiej, że może jednak los tak chciał i nie będziemy mieć dzieci. Tyle razy już się nie udało… Tak to wyglądało za każdym razem.

Dla mnie inseminacje były gorsze, niż późniejsze in vitro. Być może dlatego, że było ich tak dużo. Non stop robiliśmy dodatkowe badania, do tego strasznie przytyłam, a moje ciało zaczęło się pod wpływem hormonów zmieniać. Nie wiedziałam, czy chcę dalej iść w tę stronę. Nie zrezygnowałam tylko dzięki mojemu mężowi.

Był przy mnie cały czas i mówił: „Uda się, Asia! Próbujmy!”. Na szczęście nasza sytuacja finansowa pozwalała nam na kolejne próby, ale wysiadłam psychicznie. Przy siódmej inseminacji powiedziałam, że już nie chcę. Lekarz zasugerował wtedy byśmy zastanowili się nad in vitro. Kiedy padły te słowa, aż usiadłam.

Usiadła pani z ulgą, czy bardziej z lękiem?

Na początku to było przerażenie. Wiedziałam czym jest in vitro, z czym się wiąże, ale nigdy nie sądziłam, że będzie dotyczyć właśnie mnie. Gdzieś tam w głębi wciąż myślałam, że mamy jeszcze inne szanse, że stanie się jakiś cud i naturalnie uda nam się zajść w ciążę. Zdecydowanie podłamały mnie jednak liczne próby inseminacji.

Przyszliśmy z mężem do domu i zaczęliśmy rozmawiać. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że chyba nie mamy wyjścia. Dlaczego nie? Dla mnie in vitro było i jest z pewnością nadzieją oraz szansą na dziecko. Mieliśmy też to szczęście, że w 2014 skorzystaliśmy jeszcze z „rządkówki”.

Zastanawiam się w takim razie, jak pani patrzy na to wszystko, co obecnie dzieje się wokół in vitro?

Dla mnie, i nie tylko dla mnie, był to ratunek. Po raz kolejny podkreślam, widzę in vitro jako nadzieję i szansę na dziecko, jakie współczesna medycyna dała tysiącom niepłodnych par. Nie wiem o co to całe halo. Dlaczego ktoś ma mi odbierać prawo do bycia rodzicem?

Zaczęła też pani mówić o partnerze. Słyszę, że byliśmy państwo w tym wszystkim razem. Myślę, że jest to duży potencjał w takiej sytuacji.

Bardzo duży. Gdyby mój mąż zrezygnował, gdyby „się rozpadł” i stwierdził, że to nie ma sensu, ja też bym odpadła. Byłam już w takim momencie, że nie wierzyłam w sukces. To on mówił: „Asia, nie może być aż tak źle! Będziemy próbować do skutku!”.

Ma pani poczucie, że te doświadczanie wzmocniły wasz związek, czy jednak były oddalające?

Mój mąż od 14 lat pracuje zagranicą. Wiadomo jak wygląda życie na odległość, ale in vitro i cała ta historia mimo wszystko nas zbliżyła. Oczywiście były momenty, gdy kłóciliśmy się i razem płakaliśmy. Chociaż miałam poczucie, że problem jest po mojej stronie, nigdy nie usłyszałam od niego słów: „To twoja wina”. Być może przeszły mu przez myśl, ale nigdy ich nie wypowiedział. Nigdy też nie stwierdził, że jego chęć posiadania dzieci jest tak silna, że bez nich nie da rady ze mną być.  Mało tego, przyjeżdżał na każde ważniejsze spotkanie, jakie mieliśmy w klinice. Pomimo tego, że dzieliły nas setki kilometrów chciał w tym być i uczestniczyć. To było dla mnie bardzo ważne.

To jest coś, co zapewne daje ogromnego kopa do walki.

Tak. Siła drugiego człowieka, który jest w tej samej sytuacji, jest szalenie pomocna. On mnie najbardziej rozumiał, a wiem, że jemu też było ciężko. Gdy nie udawały się kolejne próby, widziałam łzy w jego oczach. Mówił: „Asia, będzie dobrze”, ale jego głos drżał. Chciał być silny dla mnie. Dziękuję mu za to, że nie przerwaliśmy tego wszystkiego.

Udało się za trzecim in vitro.

Zgadza się. Za pierwszym się nie udało, ale też pierwsze podejście było z dużym spokojem – co będzie to będzie. Za drugim razem miałam już betę prawie 30, więc była radość. Niestety miałam wtedy ciążę biochemiczną, co było ogromnym ciosem. Ile ja łez wylała, gdy beta zaczęła spadać…

Wszystko działo się w ciągu jednego roku. Klinikę przekroczyłam we wrześniu 2014, w październiku rok później podeszłam do trzeciego in vitro. Poprosiliśmy wtedy o dwa zarodki. Musieliśmy to przedyskutować, bo wiadomo jakie mogły być konsekwencje. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na dwa zarodki i dwa zostały.

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Gdy się udało była tylko radość, czy może pojawił się też jakiś lęk?

Oczywiście, że był lęk. Gdy po 12 dniach jechałam na betę, moja głowa była w zupełnie innym świecie. Był strach, była radość, była euforia, milion myśli przelatywało przez moją głowę. Zapytałam nawet czy mogą do mnie zadzwonić z wynikami, bo nie dam rady po nie przyjechać. Kiedy dotarłam do  domu, musiałam iść spać. Emocjonalnie nie funkcjonowałam. Obudził mnie telefon i usłyszałam, że moja beta wynosi 179. Mówię: „Czy pani się czasem nie pomyliła, czy na pewno moje nazwisko tam widnieje?”. Po dwóch dniach kolejne badanie, później dwa pęcherzyki, pierwsze bicie serduszek… wyliśmy jak bobry! To było cudowne!

To mu być niesamowite uczucie. Po tylu latach marzenie staje się rzeczywistością.

Kiedy w 8. tygodniu usłyszeliśmy bicie serduszek przez cały dzień powtarzałam, że nie wierzę. Cieszyłam się tak bardzo, że chciałam fruwać! Dopiero po paru dniach, gdy emocje opadły, pojawił się strach, czy ciąża się utrzyma. Była to ciąża bliźniacza, więc kolejne ryzyko… Był lęk.

Właśnie – bliźniaki!

Gdy decydowaliśmy się na dwa zarodki, braliśmy pod uwagę, że mogą być bliźniaki. Bardziej jednak patrzyliśmy na to pod kątem zwiększenia skuteczności in vitro w ogóle. A tu nagle, dwa podali, dwa zostały. Bliźniaki to początkowy szok: „Co my zrobimy!?”. Myślę jednak, że tak po prostu musiało być. Ten nasz aniołek, który nie dał rady w czerwcu, postanowił wrócić.

Podwójne wyzwanie.

Podwójne wyzwanie, podwójnie dużo roboty, ale jest to coś niesamowitego. Zresztą do dzisiaj zdarza mi się szczypać i sprawdzać, czy przypadkiem to wszystko nie jest snem. Patrzę czasami na nich, gdy śpią. Ta dwójka małych ludzi jest moimi dziećmi, to niesamowite! Maluchy w czerwcu będą miały roczek. Jest ich wszędzie pełno i są cudowne! Mówią już słowo „mama”, co jest nie do opisania.

Po tylu latach musi to być niesamowita nagroda.

Tak, gdy patrzę na naszą historię z perspektywy czasu, myślę sobie, że w sumie nie było aż tak najgorzej.

Czas robi swoje.

Na pewno nie wolno tracić nadziei. Pomimo tego, że miałam zwątpienia, to zawsze była we mnie iskierka, że musi się udać. Mam swój happy end.

ddd

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Podejście holistyczne w leczeniu niepłodności – dr Preeti Agrawal z Wrocławia opowiada o swoim podejściu do leczenia niepłodności

Holistyczne leczenie niepłodności

W podejściu holistycznym człowiek jest traktowany jako całość. Ważna jest nie tyle choroba, co jej przyczyny. Zgodnie z takim podejściem wpływ na płodność mają nie tylko czynniki fizyczne, ale także otoczenie, emocje, dieta, tryb życia. Holistyczne leczenie niepłodności przedstawia dr Preeti Agrawal.

Ginekologia holistyczna

„Holistyczna ginekologia traktuje kobiety jako integralną całość, a nie zbiór organów wymagających wyłącznie specjalistycznej wiedzy. Ginekolog z podejściem holistycznym łączy najnowsze osiągnięcia medycyny zachodniej ze sprawdzonymi terapiami naturalnymi oraz podejściem psychologicznym” – pisze na swojej stronie internetowej dr n. med. Preeti Agrawal, która od kilkunastu lat prowadzi we Wrocławiu praktykę ginekologiczno – położniczą. Zajmuje się prowadzeniem ciąży, leczeniem problemów związanych z niepłodnością (w tym niepłodności wtórnej). A także endometriozą, zaburzeniami miesiączkowania, hiperprolaktynemią, menopauzą, mięśniakami, nietrzymaniem moczu, chorobami piersi i narządów rodnych, a także antykoncepcją i ginekologią dziecięcą – wykorzystując do tego „potencjał organizmu”. „To oznacza, że przy wyborze sposobu leczenia biorę pod uwagę: typ psychologiczny, środowisko, związki z innymi ludźmi, zawód, zainteresowania, diete oraz bagaż życiowych doświadczeń. I przygotowuję dla każdej z pacjentek indywidualizowany plan leczenia, bo każda z nich jest inna” – wyjaśnia dr Agrwal.

Holistyczne leczenie niepłodności

W systemie holistycznym para, która zgłasza się na leczenie z powodu niepłodności poddana jest wnikliwej analizie, uwzględniającej inne aspekty płodności: przyczyny psychosomatyczne, immunologiczne, sposób odżywiania, tryb życia. Podczas pierwszej wizyty dr Preeti Agrawal pyta swoich pacjentów również o tryb życia, relacje rodzinne i przeszłość. „To jak byliśmy wychowywani, czy mamy dobre wzorce rodzinne w kwestii posiadania dzieci, czy jako dziecko nie doświadczyliśmy przemocy, alkoholizmu, nieobecności któregoś z rodziców, czy mieliśmy poczucie krzywdy – to wszystko wpływa na naszą płodność. Istnieje prawdopodobieństwo, że w podświadomości boimy się mieć dzieci, boimy się, że nasze dzieci będą czuły się nieszczęśliwe. Bardzo ważne jest więc uświadomienie sobie tego lęku i zbadanie poziomu wiary w płodność i posiadanie dzieci” – tłumaczy dr Agrawal.

Wiele z par odczuwa presję otoczenia: wszyscy znajomi mają już dzieci, rodzina bardzo wypytuje, więc oni też myślą, że to już czas, że też powinni mieć dziecko, że też by chcieli. Jednak jak wynika z doświadczenia dr Agrawal często, kiedy zaczynają wspólnie analizować sytuację okazuje się, że mają w sobie dużo lęku, nie mają czasu na dziecko, albo nie wierzą czy dadzą sobie radę.

„Gotowość rodziców do posiadania dzieci jest bardzo ważna – to musi być ich decyzja, niezwiązana z presją” – podkreśla ginekolog. Ciało, umysł i dusza muszą być zintegrowane, by kobieta mogła naturalnie zajść w ciążę. „Bo natura ma jeden cel: kontynuację życia. Ten program posiadania dzieci jest w każdej z nas. I to, że tak dużo osób ma obecnie problem z zajściem i utrzymaniem ciąży, że płodność jest zablokowana, wynika z naszego życia. Stąd tak wnikliwe badania tego jak wyglądało życie kobiety od samego początku, nawet od jej poczęcia, poprzez wychowanie, seksualność i tryb życia” – tłumaczy specjalistka.

Czas na wywiad medyczny

Oczywiście oprócz informacji na temat czynników psychologicznych konieczny jest także wywiad medyczny. Zacząć należy od wyjaśnienia podstawowych rzeczy: jakie badania były wykonane dotychczas, jeśli było już prowadzone leczenie to na czym polegało. Czy cykle są regularne, czy jajowody są drożne, czy są jakiekolwiek zmiany patologiczne w obrębie miednicy małej, czy robiono podstawowe badania (morfologia), czy były wykonywane badania pod kątem tarczycy i ukrytej cukrzycy, jakie hormony stosowano dotychczas i dlaczego nie skutkowały, a także czy były wykonywane badania u mężczyzny. „Ta analiza jest fundamentalna, żeby nie przeoczyć czynników medycznych. To podstawowa część, od której zaczynam. Dopiero, kiedy zorientuję się, że w sferze medycznej wszystko jest w porządku, zaczynam badać czynniki emocjonalne i wtedy zaczynam leczenie naturalne, wykorzystując różnego rodzaju zioła, homeopatię i przede wszystkim dietę” – mówi ginekolog holistyczny.

Powiedz mi co jesz, a powiem ci czy zajdziesz w ciążę

Każda para na pierwszej wizycie dostaje ankietę dotyczącą codziennego odżywiania. Na jej podstawie specjalistka ustala indywidualną dietę uwzględniając wszystkie zmiany, które pomogą wzmocnić płodność.

„Zaczynam od wyeliminowania czynników, które przeszkadzają: nadmiaru cukru, produktów rafinowanych, paczkowanych, mrożonych, z puszki – brak świeżych produktów oznacza najczęściej brak bardzo cennych minerałów i witamin. Przeszkadza też nadmiar kawy i używki (alkohol, papierosy). Dieta w dużej mierze musi być uporządkowana, a świadomość tego faktu jest często bardzo słaba” – uważa dr Preety Agrawal.

Bardzo ważne jest funkcjonowanie systemu trawiennego, ponieważ niewłaściwa praca jelit może zaburzyć system hormonalny, wywiad zawiera więc także pytania o regularność wypróżnień i problemy z zaparciami. „Często poprawiając dietę, leczymy jednocześnie alergię. Ale dodatkowo ważna jest suplementacja. Dodawanie do programu diety witamy E, tranu, spiruliny, witaminy C i suplementów zawierających cynk, selen –często jest konieczne. Ale to wymaga indywidualnych ustaleń” – mówi ginekolog.

W naturalnym leczeniu często pomagają też zioła. Ich zastosowanie jest jednak uzależnione od rodzaju zaburzeń, jakie ma dana osoba. Np. skąpe miesiączki to ewidentny brak estrogenu i progesteronu. Gdy druga faza cyklu jest zbyt krótka oznacza to, że trzeba podnieść poziom progesteronu i na to wszystko są odpowiednie zestawy ziół. Gdy problemy są bardziej złożone trzeba stworzyć mieszkankę o indywidualnym składzie, która np. wzmocni pracę tarczycy lub nadnerczy.

Dieta a starania o dziecko – co jeść aby zwiększyć szansę na dziecko. Rozmowa z autorką książki „Dieta dla płodności”

 

Płodność zależy od stylu życia

Na ogólny stan zdrowia ogromny wpływ ma także styl życia. „Jeżeli chcemy zajść w ciążę nasze ciało musi być wypoczęte, zregenerowane, w miarę możliwości odstresowane. Nie może być tak, że kobieta pracuje codziennie po 10 godzin, często też w weekendy, wraca do domu zmęczona, je nieregularnie, często fast foody. To są proste zasady, które trzeba zmienić, jeśli staramy się o ciążę” – uważa dr Preeti Agrawal. Jej zdaniem wiele par nie może począć dziecka z bardzo prostych przyczyn. „W zależności od tego, w jakim obszarze jest problem dobieram terapię, która pomoże odstresować i zregenerować organizm. Korzystając ze wschodnich terapii mamy wiele możliwości, jak choćby refleksoterapia stóp, shiatsu, akupunktura czy masaże ajurwedyjskie, które wzmacniają i uruchamiają samoleczenie. Oddziałują nie tylko fizycznie, ale też na psychikę” – mówi lekarka.

To wszystko dotyczy też mężczyzn. Teorie według których, niepłodności u mężczyzn nie można leczyć, są nieprawdziwe. „Przecież jakość i ilość plemników też odzwierciedla stan zdrowia. Jeśli mężczyzna żyje w pośpiechu, nie je zdrowo, pali dużo papierosów, często sięga po alkohol – to wszystko osłabia także jego płodność. W holistycznym podejściu są sposoby także na problemy męską płodnością” – zapewnia ginekolog.

In vitro – tak, ale nie od razu

Są jednak pary, którym nie da się pomóc naturalnymi metodami leczenia. Np. gdy kobieta ma zablokowane oba jajowody – możemy jedynie przygotować jej organizm, uporządkować go, aby mogła urodzić zdrowe dziecko. Bardzo trudno natomiast jest pomóc takiej osobie zajść w ciążę w sposób naturalny.

Holistyka nie wyklucza żadnej metody leczenia. Samo słowo oznacza całość – a więc wszystko co medycyna, zarówno starożytna jak i współczesna, ma do zaoferowania. Jeśli więc metoda in vitro może być jedynym rozwiązaniem, nie należy jej odrzucać. „Ale nie może być tak jak jest teraz: że tylko dlatego, że nie znajdujemy żadnych przyczyn medycznych, a nie potrafimy pomóc, nawet u bardzo młodych osób sięgamy po tę metodę” – mówi dr Agrawal.

Jej zdaniem metody naturalne mają zdecydowaną przewagę. Dzięki temu, że pary są poddane analizie holistycznej, stają się bardziej uporządkowane, wzmocnione fizycznie. Dzięki odpowiedniej diecie i suplementacji wzmocniony jest cały system hormonalny, uporządkowane są myśli i emocje, harmonizuje się związek. „Dziecko, które jest konsekwencją takiego leczenia przychodzi na świat w dużo lepszym zdrowiu. Gdy rodzice przygotowują się do poczęcia dziecko ma z czego czerpać w swoim życiu – uważa specjalistka. Holistyczne leczenie niepłodności wymaga od pary większego udziału i większej odpowiedzialności, bo są w tym problemie aktywnymi partnerami. Dlatego jestem zdania, że z takiego leczenia para wychodzi wzmocniona. W przypadku in vitro nie ma takiego przygotowania” – wyjaśnia dr Agrawal.

Gdy się nie uda

Porażka przy metodzie in vitro jest bardzo kosztowna finansowo, ale też obciążająca psychicznie i emocjonalnie. Gdy się nie uda, poczucie straty jest bardzo duże. Do tego podawanie dużych dawek hormonów rozstraja organizm. Po takim doświadczeniu często pary wpadają w depresję, zaczynają się wzajemnie obwiniać, a niejednokrotnie nawet rozstają się. Decyzja o wyborze metody leczenia należy jednak do pary, lekarz powinien jedynie ją ukierunkować.

Zdarzają się jednak przypadki, którym nie da się pomóc. „To nie jest tak, że holistyczne leczenie niepłodności jest w stanie pomóc wszystkim, są pewne ograniczenia, których nie możemy przeskoczyć. Ale przy zastosowaniu tej metody łatwiej przychodzi akceptacja problemu. Obserwuję, że pary, które czują się zdrowiej, mają lepsze relacje i więcej siły. Paradoksalnie łatwiej przychodzi im zaakceptowanie tego problemu i zdarza się, że za jakiś czas przychodzą z ciążą. Czasem łatwiej jest im podjąć decyzję o adopcji. To dlatego, że zaczynają funkcjonować bez poczucia winy i poczucia straty. Bez upokorzenia przyjmują dalszy los związany ze swoją bezpłodnością” – tłumaczy dr Preeti Agrawal.

 

 

 

 

 

Tekst ukazał się w pierwszym numerze magazynu Chcemy Być Rodzicami. Przypominamy go z okazji otrzymania przez Panią Agrawal odznaczenia państwowego

Prestiżowe odznaczenie dla dr Preeti Agrawal – lekarki, która do płodności podchodzi holistycznie

Foto: Peter Beym/Chcemy Być Rodzicami

Joanna Rawik

Poronienie – czy jest jakiś „złoty środek”? Psychoterapeutka: „Nie ma jednego, słusznego przeżywania straty”

jak poradzić sobie z poronieniem

Poronienie często wiąże się z  utratą marzeń. Jest zderzeniem z losem, który wydaje się nie mieć sensu. Może jest w takim razie jakiś „złoty środek” na poradzenie sobie z tą stratą? Czy każdy powinien w takiej chwili przeżyć żałobę? Co może być pomocne? Na te i inne pytanie odpowiedziała nam psychoterapeutka Katarzyna Mirecka: „Poronienie jest przerwaniem, zatrzymaniem, jest koniecznością zaadaptowania się do zmian” – mówi.

Czy po doświadczeniu poronienia zawsze trzeba przeżyć żałobę?

Katarzyna Mirecka: Wiele zależy od tego, jak rozumiemy ciążę i jej stratę. Jeśli po poronieniu niemal natychmiast pojawia się myśl, że przecież „nic się nie stało i nie warto tracić czasu, tylko od razu zacząć starać się o kolejne dziecko”, to rzeczywiście może być sygnał zaprzeczenia. Oznacza to, że emocje są silne, najpewniej trudne i nieprzyjemne, a działanie ma pomóc w ich NIEprzeżywaniu. Podobnie zbyt długie, wieloletnie przeżywanie straty, czy też rozumienie poronienia jako początku lub potwierdzenia wielu innych nieszczęść życiowych może sugerować, że w gruncie rzeczy utrata ciąży przykrywa inne trudności emocjonalne.

Poronienie jest stratą. Jest przerwaniem, zatrzymaniem, jest koniecznością zaadaptowania się do zmian i poradzenia sobie ze stresem.

Czy jest zatem „klucz” postępowania w przypadku straty ciąży?

Nie ma jednego, słusznego i zdrowego przeżywania straty. Wiele zależy od tego, jak rozumie się ową „stratę” , na jakim etapie ciąży nastąpiła i czy była to ciąża chciana i planowana. Bo przecież może być tak, że ciąża pojawia się przypadkiem, w nieodpowiednim momencie i niegotowym na nią osobom. Oni – co całkiem zrozumiałe – poczują ulgę.

Wiele innych osób uzna utratę wczesnej ciąży za działanie natury. Znajdą pocieszenie w fakcie, że nie zostali rodzicami ciężko chorego dziecka, że nie zdążyli się do niego przywiązać. Ale są też kobiety, które żałują, że ich ciąża skończyła się tak szybko – nie doświadczyły ruchów, nie zdążyły poznać dziecka.

Rozumiem, że chociaż wszystkie te osoby dotyka jedno doświadczenie, to wywołuje ono różne reakcje?

Ciąża zawsze uruchamia w umysłach przyszłych rodziców jakieś fantazje, zaczyna dziać się jakaś historia, pojawiają się wyobrażania, oczekiwania. Co ważne, dotyczy to obydwojga rodziców. Poronienie jest więc przerwaniem dziejącym się na dwóch płaszczyznach – cielesnej i psychicznej. Te wyobrażenia mogą sięgać bardzo głęboko i dotyczyć bardzo ważnych sfer życia niedoszłego rodzica.

Dlatego też niektóre osoby potrzebują wielu miesięcy, czasami lat, żeby ostatecznie pogodzić się ze stratą ciąży, rozumiejąc ją jako stratę globalną, koniec pewnego etapu życia. Inni potrzebują zatrzymać się na chwilę, zwolnić, odpocząć i wracają do poprzedniej aktywności.

Co zatem może pomóc w poradzeniu sobie z utratą ciąży. Czy są to indywidualne czynniki osobowościowe, wcześniejsze doświadczenia, czy też wsparcie innych?

Każdy z tych czynników może pomagać lub szkodzić. Jeśli nie mamy dobrego doświadczenia w relacjach z bliskimi, trudno szukać u nich pomocy w sytuacji kryzysowej. Samotność może z kolei kryzys pogłębiać.

Poronienie często wywołuje też poczucie wstydu, nieadekwatności, słabości. Może budzić fantazje, że się zawiodło, że nie można polegać na własnym ciele. Trudno o tym komukolwiek powiedzieć, nawet jeśli są wokół nas osoby gotowe słuchać. Co więcej, często nie chcemy też obarczać bliskich swoim nieszczęściem.

A czy poronienie zawsze odbija się na dalszych staraniach i czy ma wpływ np. na inne dzieci w rodzinie?

Może, ale nie musi. Utracona ciąża jest częścią historii rodzinnej. Doświadczeniem przeżytym czasem tylko przez rodziców, ale czasami również przez inne dzieci. I nie ma większego znaczenia, czy dziecko miało w momencie poronienia rok, czy pięć lat. Niezależnie od wieku było ono świadkiem rozpaczy rodziców, widziało i odczuwało ich smutek. Przez jakiś czas musiało też radzić sobie z ograniczoną ich obecnością – fizyczną i emocjonalną. Dobrze jest wtedy myśleć o rodzinie całościowo, bowiem utrzymywanie tajemnic rzadko kiedy dobrze się kończy.

jak poradzić sobie z poronieniem

Co jeszcze warto przeczytać?

Poronienie i strata dziecka – fotografie, które rzucają na te trudne doświadczenia światło szczerości

Cicho sza wokół poronienia – czy naprawdę warto milczeć?

Dlaczego to nie jest „tylko poronienie”?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.