Przejdź do treści

Jak mogę ci pomóc? Jak możesz mi pomóc?

The Leading Source For Manufacturing And Product Innovation News

Z Sylwią Włodarską, współtwórczynią fundacji RoRo, rozmawiała Katarzyna Płaza-Piekarzewska.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Sylwio, prowadzisz warsztaty na temat empatii. Chciałam porozmawiać o niej w kontekście par od dawna starających się o dziecko. Czym w ogóle jest empatia?

To w najprostszym ujęciu umiejętność zrozumienia innych ludzi oraz zdolność widzenia uczuć i emocji. Jak pisze Marshall B. Rosenberg:

„To umiejętność postawienia się w sytuacji drugiego człowieka i skierowanie uwagi wyłącznie na jego uczucia i potrzeby, bez mieszania ich z własnymi. Jest próbą zobaczenia świata oczami drugiego człowieka – bez oceniania czy podawania gotowych rozwiązań”.

W Porozumieniu bez Przemocy podstawą jest empatia dla siebie. Kiedy w czasie warsztatów pytam o to, czym jest empatia dla siebie, często widzę zdziwienie albo słyszę stwierdzenia, że nie ma czegoś takiego. Kiedy jednak rozmawiamy o tym dłużej, dochodzimy do wniosku, że trudno o empatię dla innego człowieka bez naładowania baterii empatii dla samego siebie.

Para stara się o dziecko. Przychodzi czas, w którym można zrobić test ciążowy. Dreszczyk emocji, może pokażą się dwie kreski, a tu jedna i nie chce być inaczej. Pojawia się frustracja i złość. Co może zrobić partner/partnerka? Jak zachować się w tej sytuacji?

Dać sobie przestrzeń i zgodę na te emocje. Wszystkie są ważne i potrzebne, bo pozwalają nam dotrzeć do niezaspokojonych potrzeb. W tym przypadku mogą to być: potrzeba akceptacji, autentyczności, jasności, bezpieczeństwa, poczucia własnej wartości, szacunku, poczucia sprawczości, bliskości czy więzi. Ważne, żeby zauważyć te emocje, poczuć je w ciele, nazwać je. Niewygodne emocje mają to do siebie, że tłumione przybierają na sile, podnosi nam się poziom kortyzolu, łatwo wtedy o reakcję automatyczną, a nie świadomą odpowiedź na sytuację, w której się znaleźliśmy. Wyobrażam sobie, że w takiej chwili nie potrzeba nawet wielu słów, raczej bliskości, dostępności fizycznej i emocjonalnej, która wspiera.

Pozwolić tej złości zaistnieć w sytuacji, kiedy test ciążowy znowu pokazuje jedną kreskę?

Pozwolić. Złość jako emocja jest ok. Odgrywa istotną rolę – informuje nas o tym, że nasza bardzo ważna potrzeba nie jest zaspokojona. Należy mieć świadomość, że istnieją różne sposoby na wyrażenie złości poza tymi automatycznymi, agresywnymi. W złości mamy tendencję do szukania winnych na zewnątrz lub w sobie, co nie zmienia sytuacji, tylko wciąga nas w spiralę osądzających myśli.

Chcemy wyżalić się koleżance, ale słyszymy lawinę rad. Tymczasem to wcale nie łagodzi naszych emocji. Co to znaczy być empatycznym?

Tak jak uważność i obecność wspierają empatię, tak udzielanie rad, pocieszanie, litowanie się, licytowanie się, czyli „a ja to miałam jeszcze gorzej”, zabijają ją. Często słowa wcale nie są potrzebne. Być empatycznym to być w pełni przy drugim człowieku, jego emocjach i potrzebach. Empatia jest jak latarnia morska, więc gdy chcesz dawać komuś empatię, to kierujesz całe światło na tę osobę, nie opowiadasz historii, nie udzielasz rad, nie porównujesz, nie osądzasz, nie oceniasz, nie litujesz się, tylko jesteś w pełni obecny przy tym, co przeżywa. Dajesz jej przestrzeń i uwagę, by mogła w pełni wyrazić siebie i dojść do najlepszych rozwiązań.

Co daje nam empatia?

Empatia daje nam wybór, wybija z działania automatycznego, schematycznego, buduje kontakt, skłania do działania, wskazuje potrzeby. Wreszcie, mając empatię dla siebie, możemy podzielić się nią z innymi.

W jaki sposób możemy poprosić o empatię?

Wyobrażam sobie, że możemy po prostu powiedzieć: „Proszę, wysłuchaj mnie teraz w ciszy tak długo, aż powiem ci, że wystarczy. Dobrze?” albo „Słyszałam o empatycznym słuchaniu i chciałabym go z tobą wypróbować. Czy chciałabyś wysłuchać mnie w ciszy i być przy moich uczuciach i tym, co dla mnie ważne w tej chwili?”.

W kobiecie może pojawić się wiele negatywnych myśli związanych z niepowodzeniem w zajściu w ciążę. W jaki sposób może sama sobie dać empatię?

By nie dać się wciągnąć spirali negatywnych myśli, warto przede wszystkim skupić się na oddechu. Pozwala to, w skrócie, na zintegrowanie mózgu i przywrócenie jego wszystkich funkcji, nie tylko tych odpowiedzialnych za ucieczkę/atak/zastygnięcie. Dobrze pamiętać o łagodności dla siebie. Empatia to taki kojący balsam. Ja do spotkania z trudnymi emocjami używam zeszytu, staram się odpowiedzieć na pytania:

1. Co obserwuję? Co jest teraz w moim ciele?
2. Jakie uczucia są we mnie? Smutek, gniew, wstręt, a może strach?
3. Jakie potrzeby nie są zaspokojone? Czego mi potrzeba, czego chcę?
4. Sformułuj prośbę do siebie, która pomoże ci zaopiekować się twoimi niezaspokojonymi potrzebami.
5. Powiedz, co czujesz i czego w związku z tym potrzebujesz?
W jaki sposób ćwiczyć empatię?

Kilka razy dziennie zatrzymywać się, by poczuć, co jest w moim ciele – czy jest rozluźnione, lekkie, a może spięte i obolałe. Mieszkają w nim emocje, dlatego kontakt z ciałem jest taki ważny. Emocje są drogowskazami do potrzeb. Te komfortowe: radość, zadowolenie, spokój, ufność, wskazują nam, że nasze potrzeby są w danym momencie zaspokojone. Te niekomfortowe: frustracja, bezsilność, przytłoczenie, informują nas o tym, że ważne dla nas potrzeby nie są zaspokojone. W trudnych momentach naszego życia kluczowe jest także praktykowanie wdzięczności. To nic innego jak zauważanie zaspokojonych potrzeb. Można robić to, łapiąc na zdjęciach chwile dające nam radość, prowadząc dziennik wdzięczności, w którym zapisywać będziemy to, co dobrego spotkało nas danego dnia. Liczą się małe rzeczy: ciepła kawa, pełna lodówka, pomocny człowiek, który przytrzymał drzwi, otrzymany uśmiech.

Jak okazać empatię partnerowi?

Przygotować się na pełne uwagi słuchanie, całkowite zanurzenie w teraźniejszości i skupienie na tym, co mówi do nas druga strona. Skierowanie uwagi wyłącznie na potrzeby i uczucia mówiącego. Wyłączamy wtedy nasze myśli, przychodzące nam do głowy pomysły, osądy, rady, nasze doświadczenia. Stajemy się czystą uwagą i skupieniem.

Czy możesz podać kilka przykładowych zdań, którymi możemy zacząć rozmowę empatyczną na trudny dla nas temat?

Zacznijmy ją tak jak każdą inną, ważne, aby podejść do niej z uszami przygotowanymi na słyszenie emocji i potrzeb, które kryją się pod wyrażanymi słowami. Ale najpierw potrzeba dużo łagodności i empatii dla siebie z różnych źródeł. Zadbajmy o przestrzeń. Nie zaczynajmy takiej rozmowy w pośpiechu. Można też uprzedzić rozmówcę, że będziemy chcieli porozmawiać i potrzebujemy nieco więcej czasu.

 
Sylwia Włodarska
Współtwórczyni Fundacji RoRo, która od 6 lat wspiera rodziców w znajdowaniu własnej filozofii rodzicielstwa opartej na bliskości, szacunku i zaufaniu, trenerka empatycznej komunikacji, absolwentka studiów NVC, uczestniczka zaawansowanych kursów NVC (Nonviolent communication, Porozumienie bez Przemocy), autorka bloga paniswojegoszczescia.pl. Pasjonatka książek i bycia blisko natury, mama Trójcy, która jest niewyczerpanym, choć często wyczerpującym źródłem inspiracji.

Katarzyna Płaza - Piekarzewska

Położna i Certyfikowany Doradca Laktacyjny. Tworzy portal i blog ZapytajPolozna.pl, na którym porusza tematykę ciąży, porodu, karmienia piersią i macierzyństwa oraz niepłodności.

Surogacja – dlaczego i komu jest potrzebna?

surogacja

Surogacja jest faktem. Może nie cieszyć się wsparciem społecznym, może budzić opory etyczne, może być wreszcie nieakceptowalna, ale wszędzie tam gdzie pojawia się niepłodność, pojawiają się sposoby na jej pokonanie oraz osoby gotowe w tym uczestniczyć. Zainteresowanych jest wielu, każdy z innego powodu. Te powody i nie zawsze uczciwe motywację budzą liczne wątpliwości do zjawiska surogacji.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Ale jednak on się dzieje i nie wydaje się, żeby cokolwiek miało się zmienić. Pomimo tego, że jest faktem, bardzo niewiele wiemy o tym, kto i dlaczego decyduje się urodzić dziecko dla kogoś innego. Nie ma teorii psychologicznych, które pomogłoby zrozumieć to zjawisko, można się jedynie domyślać i stawiać hipotezy.

„By pomóc”

Widząc, jak jej przyjaciółka traci kolejne ciąże, Tina zażartowała, że jej niemiecka macica może być pomocna w sprowadzaniu na świat dzieci przyjaciółki[1]. Ostatecznie przyjaciółka została matką biologiczną, jednak pomysł, żeby urodzić dzieci dla kogoś innego zagościł w umyśle Tiny i rzeczywiście  stała się dwukrotnie matką-surogatką.

Tina nie musiała tego robić, nie była w trudnej sytuacji finansowej, nie mieszkała w kraju, który słynie z eksploatowania kobiet, „ciąża na zamówienie” nie była dla niej jedyną szansą na wydobycie się z finansowej zapaści. W przypadku tych kobiet każda teoria psychologicznie będzie dodatkowo obciążona realnością. Ich motywacje w oczywisty sposób będą również bezpośrednio zależne od życiowych okoliczności i zobowiązań.

Proces stawania się surogatką, jak to miało miejsce w przypadku Tiny, pokazuje unikalną perspektywę. Kobiety decydujące się na surogację zwykle podkreślają, że robią po to, żeby pomóc. Często wcześniej znały osobę, która nie mogła zajść lub utrzymać ciąży, widziały ich rozpacz i wysiłek.

Podkreślają też, że pieniądze, które nieuchronnie pojawiają się w procesie surogacji, są bonusem, a nie zasadniczą motywacją. Zresztą temat finansów wydaje się być szczególnie kontrowersyjny. Z jednej strony ciąża zawsze wiąże się z jakimiś wydatkami, które ponoszą rodzice. Z drugiej jednak strony nikt nie jest w stanie wyliczyć, ile kosztuje dziecko. Czy fakt zostania rodzicem mierzyć kosztami leczenia niepłodności? Czy kobiecie, która urodziła i oddała dziecko należy się jakieś dodatkowe podziękowanie wyrażone w pieniądzach? Czy jeśli kobieta przyjmie pieniądze, to dziecko sprzedała? Czy może uznała, że wykonała pewną pracę, sama bardzo wiele zainwestowała i zaryzykowała? I wreszcie – na ile wymiana pieniężna chroni i kogo?

Emocjonalny bagaż

Nieliczne badania, do których mamy dostęp, pokazują, że nawet najlepsze chęci i intencje nie zapobiegają negatywnym skutkom emocjonalnym zarówno wśród matek, które urodziły dzieci dla kogoś, jak i dla dzieci. Surogacja powinna być rozumiana jako doświadczenie silnie obciążające emocjonalnie dla kobiety i mogące skutkować licznymi negatywnymi konsekwencjami[2]. Dlatego też każda kobieta decydująca się na „wynajęcie” swojej macicy powinna otrzymać pomoc psychologiczną. Zaleca się również, żeby przed podjęciem ostatecznej decyzji odbyła konsultacje psychologiczne.

Inna ważna dla wychowujących dziecko rodziców kwestia, a więc brak więzi między dzieckiem a kobietą, która je urodziła budzi wiele wątpliwości. Więź między matką a dzieckiem, rozpoczynająca się jeszcze na etapie ciąży, jest uwarunkowana biologicznie oraz psychologicznie i jest podstawą prawidłowego rozwoju dziecka. Trudno sobie wyobrazić skutki, jakie może mieć przerwanie tej więzi tak dla matki, jak i dziecka. Istnieją doniesienia sugerujące, że surogacja nie jest nieobciążonym konsekwencjami układem, nawet jeżeli przebiega w atmosferze uczciwości i zrozumienia.

Surogację łatwo jednoznacznie ocenić, łatwo stanąć na gruncie moralności i wydać jedynie słuszny wyrok, łatwo wreszcie dać „dobrą” radę i zamknąć do niej drogę. A przecież jedyna alternatywa dla biologicznego rodzicielstwa – adopcja – nie zawsze jest możliwa. W Polsce rzeczywiście wiele dzieci czeka na rodziców, ale procedury są długie i skomplikowane. Czekają więc i rodzice, i dzieci. W wielu krajach natomiast adopcja jest sprywatyzowana i wiąże się z gigantycznymi kosztami.

Jeśli więc wszyscy zaangażowani mają świadomość, że surogacja jest czymś więcej niż umową prawną,  że trzeba zadbać o bezpieczeństwo i dobrostan psychiczny każdej z osób bezpośrednio zaangażowanych w ten proces i że surogacja nie kończy się momencie przekazania dziecka, jest realna szansa, że wszystko zakończy się bez uszczerbku dla zaangażowanych. A dziecko, które się pojawi nie będzie produktem, nie jest na sprzedaż i ze pojawiło się na świecie, ponieważ było chciane i kochane

[1] https://www.usatoday.com/story/news/nation-now/2017/04/22/making-match-how-women-become-surrogates/99442752/

[2] https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4126251/

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Tęczowi ojcowie: „Bycie rodzicem po stracie to obciążenie, zwłaszcza jeśli temat został zduszony i ukryty”

tęczowi ojcowie

Żaden rodzic nie powinien przechodzić przez stratę dziecka. Nie ma w tym żadnego sensu, logiki ani sprawiedliwości, a jednak się zdarza. Ta strata jest też momentem, kiedy wspólny front rodziców zostaje zachwiany. Kobieta po stracie często może liczyć na jakiś rodzaj wsparcia, może porozmawiać ze swoim lekarzem prowadzącym, czasem w szpitalu jest psycholog (niestety, nie jest to jeszcze standard w polskich placówkach zdrowia), są też kobiety, z którymi można się spotkać i z których pewnie część również przeszła przez podobne doświadczenie.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Mężczyzna doświadczający straty dziecka zostaje sam. Nie mówią sami ojcowie, ale też niewiele mówi się o ojcach po stracie. Dlatego tak cenna są wszystkie teksty, fotografie, kampanie społeczne, które przybliżają nam ich perspektywę. Ważne jest to, jak sobie radzą ze stratą, ale też to, co dzieje się z nim potem. Bo przecież ostatecznie większość z nich wita kolejne dzieci. Bycie rodzicem, zwłaszcza na początku drogi, jest wyzwaniem. Bycie rodzicem po stracie to dodatkowe obciążenie, zwłaszcza jeśli temat został zduszony i ukryty.

Tak, jak są tęczowe dzieci, tak też są tęczowi ojcowie. Tęczowe dzieci to określenie używane dla opisania dziecka, które urodziło w rodzinie po doświadczeniu straty – poronienia, śmierci noworodka lub śmierci dziecka nienarodzonego. To ciekawe, że o tęczowych ojcach częściej mówią kobiety niż oni sami. Tak też się stało w przypadku niedawnej inicjatywy blogerki Bryn Huntpalmer, która stworzyła koszulki z nadrukiem tęczy. Prosty i jasny przekaz, że są wśród nas mężczyźni, którym ojcostwo nie przyszło łatwo.

Czy „to” trzeba celebrować?

Mamy tendencje do unikania tak zwanych trudnych tematów. Strata ciąży lub dziecka jest takim właśnie tematem.  Dominuje przekonanie, że po trudnych przejściach dobrze jest się jak najszybciej pozbierać i zapomnieć.

Drugi powód, dla którego ojcowie po stracie dziecka są niemal niewidoczni w przestrzeni publicznej wiąże się z rolą, że serce jej dziecka nie bije. Był to też dzień urodzin jej męża. Kiedy lekarz oznajmił, że nie ma tętna, twarz niedoszłego ojca stężała i zaczął się trząść. Jednak trwało to ledwie kilkanaście sekund, ponieważ po chwili chwycił rękę swojej żony i skupił się na pocieszaniu jej.

Nie jest tak, że kobiety tego nie widzą. Być może w chwili największej rozpaczy szczególnie  potrzebują wsparcia, ale są też świadome zarówno cierpienia mężczyzny, jak i tego, że i on potrzebuje pomocy.

Jeśli przeprowadzić jakikolwiek sondaż, ankietę, jeśliby po prostu zapytać osoby po stracie, jakiego rodzaju wsparcia potrzebują, niemal zawsze odpowiadają, że miejsca, w którym mogliby porozmawiać z ludźmi takimi jak oni. Gdzie mogliby wymienić podobnym doświadczeniem, poznać inne osoby, które również doświadczyły straty albo po prostu poznać ich historie. Miejsce tych spotkań jest drugorzędne – może to być grupa na Facebooku, forum internetowe, czy lokalna grupa samopomocowe. I jeśli ktoś z tego typu wsparcia korzysta, to są to głównie kobiety. Tęczowi ojcowie potrzebuje dodatkowej zachęty do tego, żeby dołączyć do społeczności osób po  stracie. Potrzebują też uznania, że ich uczucia są prawdziwe, że odgrywają rolę nie tylko pocieszycieli kobiet, ale sami potrzebują zrozumienia.

Niektóre osoby potrzebują wizualnych znaków potwierdzających ich przeżycia. Mężczyźni mogą chcieć zrobić sobie tatuaż albo choćby mieć koszulkę z nadrukiem tęczy. Utrata ciąży bywa doświadczeniem niezauważalnym dla otoczenia, a jednocześnie wywołującym bardzo realne uczucia. Dlatego też symbole przypominające zarówno o stracie, jak i dziecku, które przecież było czasami są jedynym widomym znakiem tego, co wydarzyło i pierwszą drogą prowadzącą do przepracowania uczuć.

Uczucia, cale jakie?

Dla kobiety utrata ciąży lub dziecka może wiązać z szeregiem emocji, od chwilowego i przejściowego załamania aż po pełnoobjawowy zespół stresu pourazowego. Emocje mężczyzn tylko pozornie są znacznie bardziej ubogie. Mężczyźni też potrzebują mieć miejsce i czas, kiedy mogą się rozsypać, przestać być pocieszycielami. Rozsypanie nie będzie trwało wiecznie, a jest ważnym krokiem w procesie zdrowienia. Jeśli koszulka pomaga zacząć rozmowę, to dobrze. Czasami tak jest łatwiej. Tylko otwarta i szczera rozmowa na temat straty, ale też na temat dziecka, które albo realnie było przez chwilę, albo też pojawiło się w planach i nadziejach, może zdjąć stygmat z poronienia i śmierci dzieci. Ale też z ich rodziców.

Jeden z ojców zapytany o to, co powiedziałby innemu mężczyźnie, który również stracił dziecko stwierdził: „Ty też masz prawo do żałoby”.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Ważna rola kliniki i lekarza w emocjonalnym i praktycznym wsparciu pary

Warsztaty InviMedu

Niepłodność jest to choroba, która wpływa na każdy aspekt życia niepłodnej pary. Kłopoty z poczęciem dziecka przekładają się na relacje w związku, w życiu towarzyskim, w pracy zawodowej, w środowisku rodzinnym. Problem ten często jest bagatelizowany przez otoczenie osób niepłodnych, brak wsparcia powoduje wycofywanie się z kontaktów, izolację społeczną, co z kolei paradoksalnie  jeszcze bardziej potęguję mechanizm ucieczki i ukrywania się ze swoimi problemami.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Trudne emocje i uczucia podczas starań o dziecko

Osoby z problemem niepłodności muszą zmierzyć się z wieloma emocjami, negatywnymi uczuciami, które pojawiają się podczas kolejnych prób walki o dziecko. Wstyd, złość, smutek, poczucie beznadziei, rozgoryczenie, lęk to tylko niektóre z emocji które są codziennością pary starającej się bezskutecznie o dziecko.

Jak wspierać się i radzić sobie podczas starań o dziecko

Pierwszym elementem jest akceptacja, a więc przyznanie się przez pacjenta, że mam problem z poczęciem dziecka, „jestem w  grupie, która nie może zajść w ciążę”. Pojawia się stres, negatywne przekonania na temat własnej osoby, obniżenie poczucia własnej wartości. Konieczne jest  zaakceptowanie problemu i podjęcie działania. Doświadczenia pokazują, że wsparcie otoczenia i poczucie akceptacji jest bardzo ważne w procesie leczenia. Rozpoczyna się tu etap diagnostyki, wielu badań, które wymagają czasu i zaangażowania.  Akceptacja diagnozy i zaproponowanego przez lekarza sposobu leczenia jest bardzo ważna, dobrze wyedukowany pacjent, który posiada informacje o przebiegu leczenia, ma poczucie kontroli tego co i dlaczego się dzieje, łatwiej akceptuje poszczególne etapy, odczuwa mniejszy lęk,  niepokój i napięcie. Ważne jest tu podejście lekarza, który pozostawia pacjentom przestrzeń na zadanie pytań, wyjaśnienie  wszystkich wątpliwości, nie ma złych pytań, wszystkie są dobre jeśli otrzymanie na nie odpowiedzi pozytywnie wpłynie na pacjenta.

Zabieg zapłodnienia pozaustrojowego jest odczuwany przez pacjentów jako trudny emocjonalnie i fizycznie. Intensywne badania, wizyty lekarskie, przyjmowane leki, oczekiwanie na wynik stymulacji, punkcja, embriotransfer i wreszcie uznawany przez pacjentów za najtrudniejszy moment – oczekiwanie na wynik. Poziom stresu jest bardzo wysoki, badania pokazują, że niewielki wpływ na wynik leczenia dodatkowo potęguje przeżywany stres,  wywołuje również  lęk i często w konsekwencji dochodzi  do pojawienia się objawów depresji.

Konsultacje z psychologiem – zmiana myślenia prowadzi do poprawy nastroju

Do leczenia trzeba być przygotowanym od strony psychicznej, bardzo ważne jest tu pozytywne myślenie. A.T.Beck twórca modelu terapii poznawczej wskazuje, że zniekształcone lub nieprzystosowawcze myślenie, wpływa na nastrój i zachowanie pacjenta. Realistyczna ocena i zmiana myślenia prowadzi do poprawy nastroju i  modyfikacji zachowania, co ma bezpośrednie przełożenie na zwiększenie szans na powodzenie w procesie leczenia. Chodzi o to, aby znając swoje szanse, realnie oceniać sytuację, koncentrować się na pozytywach. Para musi też zawsze być przygotowana emocjonalnie na niepowodzenie i posiadać „plan awaryjny” na taką sytuację.

Aleksandra Gozdek – Piekarska

Psycholog

Certyfikowany psychoterapeuta  polskiego towarzystwa psychoterapii poznawczo – behawioralnej. Specjalizująca się w psychologii prokreacyjnej

Klinika Gameta

Klinika Gameta ma ponad 20 lat doświadczenia w diagnozowaniu i leczeniu niepłodności. Profesor Jerzy Radwan, twórca Gamety, jest współautorem pierwszego zabiegu invitro w Polsce.

Moje życie po transferze. Historia pewnego obłędu

 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Od trzech tygodni to trwa, od czasu transferu. A przynajmniej od dwóch jestem pewna, że zwariowałam. Aby uzyskać pogłębioną diagnozę, spotykam się Dr. Google’em. Proponuje mi odwiedzenie pewnego forum i po chwili myślę z ulgą: „Jest nas więcej!”. Jak wygląda życie po transferze?

„Festiwal hipnotyzowania wzrokiem własnych gaci” – czytam u jednej z forumowiczek i zastanawiam się, czy to już ten etap, w którym i ja powinnam wziąć udział w tej imprezie, i czy otrzymam na niej jakąś nagrodę. Czytam dalej i już wiem. Byłabym w pierwszej trójce. Zwłaszcza że zestaw objawów wskazujących na ciążę w moim przypadku rozrósł się nieco ponad normę. Swędzenie skóry, ucisk w klatce piersiowej, spuchnięte stopy, żyłki na piersiach – jak na pierwsze dwa tygodnie objawów miałam bardzo dużo. I – o zgrozo – o każdym z nich znalazłam jakąś informacje w internecie. Może nie na najpopularniejszych stronach, ale jednak! To tylko potwierdzało moje teorie, co do których niekoniecznie chciałam przyznawać się publicznie.

„To przerażające jednak. Muszę nad tym zapanować” – dotarło do mnie, kiedy mój rozum na chwilę przejął nade mną kontrolę. „Jak dojrzała kobieta, starająca się o to, by zostać matką, może ulegać takim obsesjom i paranojom?” – zastanawiam się i podejmuję jedyną słuszną decyzję. „Koniec!”. Z rozważań wyrywa mnie nagłe kłucie w brzuchu. Przerywam czytanie, myślenie zresztą też. „Tak, to na pewno było TO”. Ostrożnie badam powierzchnię brzucha, wsłuchuję się w odgłosy ciała, a następnie podnoszę się z krzesła pomału i ostrożnie. Jestem absolutnie przekonana, że jak będę wykonywać zbyt gwałtowne ruchy, będę zbyt dużo chodziła, zarodek się oderwie. Sunę więc powoli (żeby nic nie uszkodzić), acz wytrwale do łazienki, zastanawiając się jednocześnie, czy nie wykręcać już numeru do lekarza. Telefon zresztą sunie do łazienki razem ze mną, by pospiesznie napisać SMS-a do M. On też musi wiedzieć, że TO się wydarzyło.

Od czasu implantacji nie zdarzyło mi się ani razu normalnie skorzystać z toalety. Wyrzucić ot tak prostu papier toaletowy. Najpierw zostaje on poddany dokładnym oględzinom. Zresztą to, że będą oględziny, jest planowane już na etapie zakupów. Wiadomo, że na innym niż biały można jednak TO przeoczyć. Oględziny nic nie dały. Umawiam się do lekarza tak na wszelki wypadek. No, w końcu TO się wydarzyło. Wizyta dopiero po południu. Rzucam się więc w czeluści internetu i sprawdzam wszystko. Tam nic nie ma, ale przecież mogłam coś przeoczyć.

Szykuję się. Sunę pod prysznic. Niezbyt gorący, żeby nie ugotować zarodka. Starannie omijam okolice brzucha. Nie mogę bowiem pozbyć się dręczących myśli, że gdybym była w ciąży, to gorąc mógłby bardzo zaszkodzić.

I od pewnego czasu zaczynam zwracać uwagę na znaki. Jestem przekonana, że nasza szczęśliwa piosenka, którą puścili wczoraj w radiu, to znak, że już jestem w ciąży. A jeszcze to, że w kuchni znowu zakwitł kwiatek, i to ten, który już prawie nam zwiądł! To daje mi już absolutną pewność. Oprócz tego sama szukam znaków. Poranny pasjans to rzecz obowiązkowa. Jak śniadanko. Robię tak długo, aż wyjdzie. Tylko taki wynik jest dla mnie wiarygodny.

Podobno kobiety w ciąży miewają barwne sny. I ja od kilku dni takie mam! Co prawda trudno mi za każdym razem je zapamiętać. Rano, po przebudzeniu, walczę sama z sobą choć o skrawek pamięci snu. Nie wychodzi. Muszę pamiętać, żeby nie patrzeć w okno, może wtedy się uda. Choć i tak przekonanie, że sen był barwny, mam pełne.

Spiesząc się ostrożnie i powoli (w moim obłędzie myśl o uszkodzeniu zarodka nadal jest bardzo realna), ubieram się, zachowując przy tym odpowiedni rytuał. Bolą czy nie bolą – oto jest codzienne, wielokrotne o różnych porach dnia i w różnych miejscach pytanie. Badałam już piersi wszędzie. W restauracji potrafię specjalnie wyjść do łazienki, by sprawdzić stan faktyczny. Zresztą jak wychodzę w miejsce ustronne, to dobry objaw. Znak, że się jeszcze kontroluję. Niestety, kilka razy zdarzyło mi się już o tym zapomnieć i badanie fizykalne przeprowadziłam w kiosku, w sklepie, u fryzjera też.

„A więc bolą” – stwierdzam po chwili z dużą z ulgą. To dobry objaw. „U kobiet w ciąży co chwilę przecież bolą” – tłumaczę swoją obsesję sama przed sobą, by tylko odpędzić od siebie myśl, że jestem szalona. Wkładam buty. Niesznurowane, by nie musieć co chwilę się schylać. Nie dopinając u spodni ostatniego guzika, wychodzę z domu. Wsiadam do samochodu.

To straszne, jak dziurawe są polskie drogi. Na każdym kroku czyha na mnie i mój zarodek niebezpieczeństwo. Przy byle dziurze, podskoku zaciskam mocno uda. Na kolejnych światłach nie wytrzymuję i sprawdzam, czy nie ma krwawienia. W zaglądaniu w gacie króluję i nie ograniczam się tylko do WC. Stanie na czerwonym jest wystarczającą okazją, czasem i miejscem, by to zrobić.

Gdy szczęśliwie dojeżdżam do kliniki, nie jestem już pewna, czy umówiłam się do właściwego lekarza i czy w tym obłędzie nie powinnam poprosić o pomoc kogoś innego. Szybko jednak sobie uświadamiam, że TO się wydarzyło. Po wizycie w gabinecie niestety pozostaję bez złudzeń. Po litościwym spojrzeniu lekarza jadę do domu i włączam komputer.

Na forum dziewczyny opisują kolejne obsesje po inseminacji lub transferze. Czy ja też tak mam? Czytam i wydaje mi się, że jakby ktoś opisywał moje najskrytsze tajemnice. Każda z nas ma coś za skórą. I choć nie wiem, czy to duże pocieszenie, okazuje się, że w tym obłędzie jesteśmy naprawdę podobne.

„Rozbiłam termometr rtęciowy” – czytam. „Nie istnieje w necie strona o wpływie rtęci na płód, której nie znam. Mimo wszelkich możliwych środków ostrożności, które mogłam zastosować, wykonałam dwa telefony do dwóch lekarzy” – z autoironią pisze jedna.

„Jak się uda, to nie dźwigam nic, nie podnoszę rąk do góry. No bo przecież wszystko może zaszkodzić” – czytam następny wpis.

„Jak to kicha bez napinania mięśni?” – zastanawiam się, gdy jedna z nich pisze, że opanowała taką sztukę. Ja po każdym kichnięciu lecę sprawdzić, czy mi krew nie leci, bo to jednak intensywny skurcz jest. Zazdroszczę jej i gotowa jestem pisać do niej prywatną wiadomość z prośbą o radę, jak bezpiecznie kichać.

„Gdyby gdzieś na świecie odbywał się festiwal hipnotyzowania wzrokiem własnych gaci, miałybyśmy dożywotnio stanowiska jurorek honorowych” – pisze kolejna.

Gdyby nie mdłości, pewnie bym czytała dalej. Głęboko się zastanawiam, czy są duże, małe, czy średnie. I co to oznacza, bo że oznacza, to wiem na pewno. Po chwili się okazuje, że to grubsza sprawa. Zastanawiam się, czy to już czas iść do łazienki, czy jeszcze trochę nie poczekać, tak żeby nie trzeba było przeć. Tak! Przeć! W ramach oczekiwania wyglądam przez okno, sprawdzając, czy nie biegną po mnie z kaftanem bezpieczeństwa. Na szczęście mój M. o wielu rzeczach nie wie. Inaczej pewnie sam wezwałby kogo trzeba.

Kładę się więc ostrożnie do łóżka. M. już tam jest. Według opinii staraczek – i mojej własnej zresztą też – seks jest absolutnie szkodliwy na tym etapie. Nie chcę zaszkodzić zarodkowi i M. o tym wie. Nie wiem, co o tym myśli, ale wie. Odwracam się więc ostrożnie, układając się na lewym boku, nogi zginając pod jedynie słusznym katem 45 stopni. I czekam… Gdy słyszę, że M. już śpi, dyskretnie biorę do ręki komórkę. Ostatnia kontrola. Bez tego nie zasnę. Wystarczy lekko oświetlić chusteczkę. Ewentualnie same majtki. Dobranoc. Kolorowych snów.

Autor: Katarzyna Koy

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.