Przejdź do treści

Moda na zabytkowe zegary powraca

227.jpg

Antyki stają się coraz bardziej pożądanym elementem wystroju wnętrz. Wśród nich, dużym zainteresowaniem cieszą się zabytkowe zegary, które dotąd często były niedoceniane.

Marek Biń, zegarmistrz, rzeczoznawca Stowarzyszenia Rzeczoznawców Jubilerskich, mówi:

Ludzie nie zawsze wiedzą co z tym zrobić. Pójdą do zegarmistrza, a zegarmistrz mówi, że się nie opłaca, że skrzynka zniszczona… Zniechęca klienta. Ja robię wprost odwrotnie, bo nieraz ludzie przynoszą zegary w naprawdę fatalnym stanie. Niemniej jednak da się klienta namówić na to, by odrestaurować skrzynkę, tarczę, mechanizm…

Zaznacza także, że nie zawsze jest to opłacalne z ekonomicznego punktu widzenia, o czym należy poinformować klienta.

Klienci często się mnie pytają, czy stare zegary mają duszę. Tak, to są przedmioty z duszą. One potrafią się odwdzięczyć za dobrą robotę, którą się włoży w naprawę, dobrym chodem oraz ładnym dźwiękiem uderzenia w gong. Będą dokładnie pokazywały czas przez wiele, wiele lat.

Najczęściej spotykane są zegary z okresu od początku XIX wieku do lat międzywojennych, rzadziej z końca XVII czy XVIII wieku. Odrestaurowanie takich zegarów zajmuje od 30 do nawet 130 godzin.

Marek Biń powiedział także, że zbiór takich zegarów jest już skończony, nie powstają nowe egzemplarze. Dlatego warto pamiętać, że jeśli jesteśmy w posiadaniu jednego z nich, a sami nie jesteśmy fanatykami antyków, zabytkowy zegar może być fantastycznym prezentem dla kogoś innego.

 

Źródło: http://www.lifestyle.newseria.pl

Marlena Jaszczak

absolwentka SWPS, kobieta o wielu talentach.

Kobiety Na Falach znów w akcji!

this_one

Holenderska organizacja pozarządowa „Women on Waves” tym razem wyprawiła się do Meksyku, gdzie lobbuje za realizacją praw do zdrowia reprodukcyjnego oraz zapewnia dostęp do antykoncepcji i aborcji farmakologicznej.

Jedna z najbardziej znanych organizacji pro-choice, Women on Waves, znów aktywnie działa na rzecz praw reprodukcyjnych! Wraz z siostrzaną organizacją Women on Web dostarczają antykoncepcję oraz leki do aborcji farmakologicznej do krajów, gdzie kobiety nie mają do nich dostępu (Polska jest największym beneficjentem w Europie). Tym razem WoW za cel obrało Meksyk, w którym każdy stan ma różnorodne prawo aborcyjne, jednak nawet w tych z relatywnie liberalnymi przepisami dostęp do legalnej terminacji ciąży jest wprost niemożliwy. Antykoncepcja jest droga i trudno dostępna, a edukacja seksualna niewystarczająca.

Niespełna dwa miesiące temu opisywaliśmy poprzednią misję WoW w Gwatemali. Wtedy nie udało się pomóc lokalnym kobietom, gdyż władze cywilne i wojskowe od początku były wrogo nastawione i po kilku dniach załoga była zmuszona opuścić wody terytorialne Gwatemali, aby nie narażać się na dalsze nielegalne działania ze strony rządu gwatemalskiego.

WoW z Rebecca Gomperts na czele planuje zapewnić lokalnym kobietom edukację z zakresu zdrowia reprodukcyjnego, doradztwo dot. planowania rodziny i antykoncepcji, niedyrektywne poradnictwo dot. kontynuacji ciąży oraz, po wypłynięciu na wody międzynarodowe, zapewnić kobietom w niechcianej ciąży bezpieczną możliwość farmakologicznej aborcji.

Karina Sasin

Lekarka, naukowiec, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)

Przełomowa procedura – czy umożliwi kobietom z uszkodzonymi chemioterapią jajnikami zajście w ciążę?

ciąża po chemioterapii

Zdarza się, że choroby nowotworowe i sposoby ich leczenia wiążą się ze szkodliwymi skutkami ubocznymi. Chemioterapia może uszkadzać między innymi jajniki, co wpływa na zdolność kobiety do posiadania potomstwa. Pojawiła się jednak nadzieja – oto innowacyjna procedura.

Innowacje ku zdrowiu

Jeden z nowojorskich lekarzy, który zajmuje się płodnością, opracował procedurę umożliwiającą kobietom po leczeniu nowotworów zajście w ciążę w naturalny sposób. Procedura porównywana jest do przeszczepu skóry. Lekarze pobierają, po czym przechowują i zamrażają kawałek kobiecej tkanki jajnika, która zawiera w sobie jajeczka. Pobierana jest przed rozpoczęciem chemioterapii. Po wyleczeniu tkanka jest ponownie przeszczepiana do jajnika. Zdaniem lekarza kierującego projektem, jej funkcje reprodukcyjne zostają przywrócone, a kobieta nie musi ograniczać się tylko do ewentualnej perspektywy in vitro, o czym donosi „Daily Mail”.

Ekspert podaje, że zapotrzebowanie na tego typu formę leczenia jest ogromne i pracuje nad stworzeniem specjalistycznej placówki, która będzie się w podobnych zabiegach specjalizować.

Coraz częściej pojawiają się doniesienia łączące informacje na temat chemioterapii i rozrodu. Pisaliśmy niedawno w naszym portalu o odkryciu szkockich naukowców, którzy dowiedli, że „metoda chemioterapii zwykle stosowana do walki z chłoniakiem Hodgkina stymuluje kobiecy organizm do wytwarzania nowych komórek jajowych„.

Według założeń naukowców leczenie onkologiczne nie dość, że nie wyklucza szansy na urodzenia dziecka to może nawet zwiększyć płodność pacjentek” – pisaliśmy >>KLIK<<.

Biorąc pod uwagę błyskawiczny rozwój medycyny, ale też ogromną liczbę zachorowań na nowotwory, są to niezwykle ważne doniesienia. Każde kolejne innowacyjne badania dają nadzieję i nowe szanse.

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Siła zrealizowanych marzeń – dr Magdaleną Langner o medycynie, pasji i specjalizacji w Niemczech

Magdalena Langner

O pasji, zaangażowaniu, dużych emocjach i międzynarodowym doświadczeniu z dr Magdaleną Langner, specjalistką w zakresie położnictwa i ginekologii, rozmawiała Katarzyna Miłkowska.

Czy od zawsze chciała być Pani lekarzem?

Szczerze mówiąc, nie wiem, skąd wzięła się u mnie medycyna. Mój dziadek był lekarzem, jednak nie miałam szansy go poznać, ponieważ zmarł jeszcze przed moimi narodzinami. Natomiast rodzice lekarzami nie są. Pamiętam, że na pewnym etapie podstawówki po prostu zaczęłam mówić, że chcę iść właśnie na medycynę i konsekwentnie do tego dążyłam. Na piątym roku medycyny nie miałam żadnych wątpliwości, że mój kierunek to ginekologia, a szczególnie medycyna rozrodu. Moje marzenia się zrealizowały, zajmuję się leczeniem niepłodności w klinice o najlepszych wynikach i tradycjach w tym zakresie.

Rozumiem, że praca jest Pani pasją. Jest jednak bardzo wymagająca, czy znajduje Pani miejsce na jakieś inne zainteresowania?

Niestety tej przestrzeni jest bardzo mało. Staram się jednak wyrwać chwilę dla siebie, rodziny i przyjaciół. Jestem instruktorem narciarstwa, fanką żeglarstwa, gram też w tenisa – sport jest dla mnie ważny. Staram się zarażać dziecko swoimi pasjami, przede wszystkim właśnie sportem. Daje nam to możliwość rodzinnego spędzania czasu.

Pani rodzice nie byli lekarzami, ale czy obserwując swoje środowisko, może Pani powiedzieć, że ułatwia to rozumienie i wejście w świat medycyny?

Być może w rodzinach lekarskich wyrasta się w określonym porządku życia. Od dziecka poznaje się, z czym wiąże się medycyna, z jakimi wyrzeczeniami w życiu osobistym. Moja rodzina – choć niezwiązana z medycyną – bardzo mnie wspiera. Prawda jest taka, że gdyby nie oni, pewnie nie mogłabym wykonywać tego zawodu z takim zaangażowaniem, z jakim to robię.

Domyślam się, że dotyczy to nie tylko kwestii obciążenia fizycznego, lecz także psychicznego.

Zdecydowanie tak. Leczenie ludzi, sukcesy, a czasem niestety i porażki, czekanie na efekty terapii powodują duże emocje. Zwłaszcza że zajmuję się dziedziną związaną z powstawaniem nowego życia, narodzinami dzieci – to często najważniejsze momenty w życiu moich pacjentów, a ja im w tym towarzyszę. To duża odpowiedzialność i w takiej sytuacji trudno jest się całkowicie wyłączyć po wyjściu z gabinetu. Siłą rzeczy niektóre emocje przynosi się do domu.

Ma Pani doświadczenie związane z pracą zarówno w placówkach prywatnych, jak i w szpitalach. Czy na tej płaszczyźnie są jakieś różnice?

Szpital to żywioł, często nieprzewidywalny. Na pewno dodaje adrenaliny, która jednym jest potrzebna, innym nie. Mnie akurat jest. Lubię to życie, lubię, kiedy coś się dzieje, nawet jeśli jest trudno. Gabinet prywatny to zupełnie inna praca. Moim zdaniem często bardziej wymagająca.

Pracuję sam na sam z pacjentką, a każda z nich wymaga pełnego zaangażowania.

W szpitalu pracuje się zespołowo, gdy człowiek jest już kompletnie padnięty, ktoś z zespołu może go zastąpić. W gabinecie tak się nie da.

Wydaje się, że w Polsce niewiele mówi się o wypaleniu zawodowym lekarzy i o tym, że oni też powinni o siebie zadbać.

Specjalizację robiłam w Niemczech, gdzie pracowałam przez 10 lat. Kładzie się tam duży nacisk właśnie na to, aby lekarz umiał odpowiednio zadbać o swoją formę. Obowiązkowe warsztaty psychologiczne, podczas których uczymy się, jak to robić, przechodzi się przed egzaminem specjalizacyjnym. Z tego, co wiem, w Polsce czegoś takiego nie ma.

Co jeszcze daje doświadczenie zagranicznej praktyki?

Język niemiecki znam od trzeciego roku życia, bo tata pracował w Niemczech. Na etapie przedszkola były momenty, gdy lepiej mówiłam po niemiecku niż po polsku. Chociaż miałam taką możliwość, nie zdecydowałam się na studia medyczne w Niemczech. Kiedy jednak poznałam system dopuszczania do specjalizacji w naszym kraju, stwierdziłam, że może warto spróbować. To była dobra decyzja. Doświadczenie zawodowe zdobyte w innych realiach jest bardzo cenne, poszerza horyzonty, intensywnie kształci. W Niemczech np. przykłada się dużą wagę do kontaktu lekarza z pacjentem i dla mnie jakość tego kontaktu też jest bardzo ważna, ułatwia komunikację i pozytywnie wpływa na efekt leczenia.

Odmienna perspektywa pozwala odnieść się do tego, co widzi Pani na co dzień w Polsce?

Status społeczny lekarza w Niemczech jest wyższy, a współpraca między lekarzami zdecydowanie lepsza. Gdy do szpitala trafia tam młody pracownik, bardzo angażuje się go w pracę zespołu. Wszyscy koledzy chcą mu jak najwięcej przekazać, by szybko dołączył do ich grona i pomagał im w pracy. To daje bardzo dobre efekty w zakresie tempa i jakości kształcenia. U nas o taką współpracę trudniej, chociaż powoli zaczyna się to zmieniać. Myślę, że na lepsze.

 więcej ciekawych tekstów w numerze 4/2017

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Tysiące kobiet dziękują tej matce – pokazała, jak naprawdę wygląda ciało po porodzie!

Foto: Ruth Lee Instagram
Foto: Ruth Lee Instagram

Ruth Lee ma 25 lat, jest blogerką i młodą mamą. Popularność zawdzięcza jednemu zdjęciu na Instagramie. Zdjęciu swojego brzucha kilka dni po tym, jak urodziła córeczkę.

 Fotki vs. rzeczywistość

25-latka przyznaje bez bicia, że nie spodziewała się co stanie się z jej ciałem po rozwiązaniu. „Śledziłam TAK wiele ciężarnych modelek… I kiedy fotografowały się na basenie już w roli ‚5-minutowych’ matek, myślałam ‚Wow! Obym wyglądała tak samo‚” – czytamy w poście Lee.

Jej doświadczenia były jednak bardzo dalekie od tego, czego się naoglądała. Poród przez cesarskie cięcie okazał się bowiem największą traumą. Dziecko przyszło na świat, a mama-debiutantka musiała pogodzić się z „bliznami, rozstępami i brakiem mleka”. To wszystko przytłoczyło ją tak, że wpadła w depresję poporodową.

Zrobiłam to zdjęcie, kiedy [depresja poporodowa] wpełzała już w moje życie. I nie mogłam uwierzyć, że to moje ciało. Byłam nim przerażona” – napisała. Ale podjęła decyzję, że pokaże zdjęcie światu, nawet jeśli nie najlepiej się czuje, widząc siebie taką. Chciała, aby kobiety zrozumiały, co ciąża robi z kobiecym ciałem i że nie są same, choć czują inaczej.

„Dzielę się tym, ponieważ serce podpowiada mi, że wiele ludzi ma problem z byciem niewystarczająco dobrym… Nie pozwólcie by media społecznościowe plamiły wasze rozumienie piękna i tego, co jest PRAWDZIWE” – apeluje Ruth.

Piękno nie zawsze jest perfekcyjne – zdjęcia, które każda kobieta powinna zobaczyć! [KLIK]

Karolina Błaszkiewicz

dziennikarka. Związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami i z natemat.pl