Przejdź do treści

Migracja w poszukiwaniu darmowego in vitro

479.jpg

„Program – Leczenie Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego na lata 2013-2016” funkcjonuje w Polsce od ponad roku.

Program ten w okresie od 1 lipca 2014 r. do 30 czerwca 2016 r. realizowany jest w 31 placówkach w Polsce. Geograficznie najwięcej, bo aż cztery ośrodki leczące niepłodność z środków budżetu państwa, zlokalizowane są w województwach mazowieckim i śląskim, po 3 placówki znaleźć można w województwach dolnośląskim, podlaskim i małopolskim. Dwie finansowane odgórnie kliniki znajdują się w regionach: zachodniopomorskim, pomorskim, łódzkim, lubelskim i kujawsko-pomorskim. Po jednym ośrodku usytuowanym jest za to w województwach: wielkopolskim, świętokrzyskim, opolskim i podkarpackim. Żadnej kliniki nie znajdą u siebie mieszkańcy warmińsko-mazurskiego i lubuskiego.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Podział środków między aplikujące placówki dokonany został na podstawie zarządzenia Ministra Zdrowia z dnia 11 marca 2010 r. w sprawie prowadzenia prac nad opracowaniem
i realizacją programów zdrowotnych (Dz. Urz. Min. Zdrow. Nr 4, poz. 32). Zwycięskie kliniki wyznaczyła Komisja Konkursowa, wykorzystując przy tym swoje autorskie narzędzie – algorytm oceny klinik stworzony przez Ministerstwo Zdrowia. W związku z przeprowadzoną ewaluacją i parcelacją środków pojawiło się wiele nieporozumień, bowiem – według rożnych autorytetów medycznych – ministerialny model oceny nie był do końca prawidłowy. Oparto się na parametrach ogólnych i te w konkursie wyróżniono, pominięto natomiast bardzo ważne identyfikatory szczegółowe. W opinii klinik uczestniczących w konkursie ofert na wybór realizatorów programu zdrowotnego pn. „Program – leczenie niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego na lata 2013 – 2016” zaakceptowanej przez Zarząd Sekcji Płodności i Niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego przeczytać można, iż w ocenie konkursowej przyjęto wadliwe kryteria uniemożliwiające rzetelną ocenę ofert, założenia preferujące sztuczne zawyżanie lub zaniżanie danych oraz uniemożliwiające zapewnienie uczciwej konkurencji.

Pomimo protestów części środowiska, na realizację darmowych procedur in vitro w Polsce do 30 czerwca 2016 przekazano finanse publiczne w kwocie 170 586 398 zł. Największym beneficjentem okazało się województwo mazowieckie (29 995 240 zł), zaraz po nim śląskie (22 315 158 zł), następnie – kolebka polskiego in vitro – podlaskie (20 983 410 zł) oraz małopolskie (18 536 980 zł), dolnośląskie (17 397 300 zł) i pomorskie (14 381 650 zł). Zachodniopomorskie, mimo iż ma tyle samo refundowanych placówek co łódzkie, dostało 3 razy mniej pieniędzy (7 146 400 vs. 20 802 700 zł). Niewiele ponad 15 mln zł rozdysponowano pomiędzy regiony: wielkopolskie (4 896 520,00 zł), lubelskie (3 953 100 zł), kujawsko-pomorskie (3 612 870 zł) i świętokrzyskie (3 206 770 zł). Najmniej, bo poniżej 2 mln na województwo, trafiło do opolskiego (1 760 800 zł) i podkarpackiego (1 597 500 zł), choć to i tak lepiej niż w warmińsko-mazurskim i lubuskim, gdzie klinik z programem ministerialnym nie ma i niepłodne pary zmuszone są poszukiwać pomocy poza swoim miejscem zamieszkania.

Jak sprawdzić efektywność geograficznej alokacji środków przez Ministerstwo? Sprawa jest o tyle trudna, że niestety nie jest możliwe przeliczenie przyznanych środków na liczbę cykli, a tym samym odniesienie ich do danych demograficznych i szacunkowych potrzeb społeczeństwa w wieku reprodukcyjnym z danego regionu. Mimo, że każda klinika musiała pojedynczą procedurę wycenić poniżej progu 7510 zł, mogła w swoim wniosku konkursowym zupełnie indywidualnie wyliczyć koszty procedury. Nie wiadomo zatem dokładnie, ile prób uzyskania ciąży wykona każdy z realizatorów, a co za tym idzie – nie da się w pełni kontrolować efektywność pracy klinik z programu. Nie możliwe jest dokonanie oceny, czy najhojniej obdarowane regiony uzyskają najwyższe odsetki ciąż. Jedyne raporty, które podawane są do wiadomości publicznej, udostępnia Ministerstwo, jednak przestawiają one rezultaty w skali całego kraju, nie zaś województw.

Jak w takich okolicznościach odnajdują się pacjenci? Teoretycznie wybrać mogą dowolną klinikę w Polsce, niezależnie od miejsca swojego zameldowania. Najłatwiej i najtaniej jest jednak korzystać z usług ośrodka w pobliżu, bo obniża to koszty transportu czy ewentualnego noclegu w przypadku leczenia ambulatoryjnego. Jak mówi koordynator programu ministerialnego w szczecińskiej klinice VITROLIVE, dr n. med. Anna Janicka: „Nasi pacjenci to głównie pary z zachodniopomorskiego i lubuskiego, jednak coraz częściej odnotowujemy wizyty i przeniesienia pacjentów, głównie z Poznania. Przybywają do nas, bo Wielkopolska ma tylko jedno jeden ośrodek, w którym wykonuje się refundowane in vitro i pacjenci niecierpliwią się długim czasem oczekiwania na rozpoczęcie procedury.” Rzeczywiście, w zachodniopomorskim funkcjonują dwa podmioty realizujące programu MZ: Laboratorium Wspomaganego Rozrodu działające przy Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 1 im. prof. Tadeusza Sokołowskiego w Policach zarządzane przez Annę Kazienko oraz cytowana wyżej prywatna klinika VITROLIVE założona przez prof. Rafała Kurzawę. Jak mówią kierownicy, obie te placówki obsługują „swoich” mieszkańców, mieszkańców z lubuskiego oraz pary, które nie załapały się na listy oczekujących w swoich „rejonowych” klinikach, mają przed sobą perspektywę długiego czekania na procedurę w klinice wojewódzkiej lub zmieniają realizatora, bo są niezadowolone z dotychczasowej pracy swojego ośrodka.

Ten ostatni powód buduje jednak tylko niewielki odsetek migracji, gdyż z powodu wyłączenia elementu komercyjnego leczenia, pacjenci nieco łagodniej podchodzą do oceny placówek. Szczególnie dotyczy to dwóch pierwszych z trzech refundowanych prób zapłodnienia. Najpopularniejsza ścieżka leczenia wygląda tak, że pary zaczynają w klinice, którą znają, w której już rozpoczęli diagnostykę i terapię, a po dwóch nieudanych próbach przenoszą się do innego miejsca, mając nadzieję na świeże spojrzenie, inne rozwiązania i sukces terapeutyczny. Dla tych pacjentów odległość nie ma znaczenia – liczą się opinie o klinice i lekarzu oraz deklarowana skuteczność leczenia. Wszak do wykorzystania pozostaje już tylko „ostatnia” darmowa procedura.

Przed uruchomieniem programu deklarowane kryteria, którymi kierowali się pacjenci przy wyborze kliniki, w pierwszej kolejności odnosiły się do renomy kliniki, podejścia personelu do chorego oraz autorytetu lekarza. W pewnym stopniu same „cywilizowały” rynek leczenia niepłodności. Teraz, z powodu włączenia na listę realizatorów programu zdrowotnego podmiotów, które nie miały wcześniej doświadczenia w obszarze medycyny rozrodu, podejście to musiało się zmienić. Części pacjentów wystarczy to, że klinika ma sprzęt i wolne miejsca. Czy pozwoli to na maksymalizację efektów programu i osiągnięcie poprawy trendów demograficznych? Z pewnością przy bardziej przemyślanej strategii podziału środków mogłoby rodzić się nas więcej. 

 

 

 

zdjęcie prof. Kurzawy – Peter Beym do magazynu Chcemy Być Rodzicami 1/2013 

materiały prasowe

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

In vitro pomoże więźniowi zostać ojcem?

in vitro, zapłodnienie pozaustrojowe

Charles Bronson najbardziej brutalny więzień w Wielkiej Brytanii chce zostać ojcem, pomimo, że w jego więzieniu regulamin nie zezwala na intymne zbliżenia. Czy marzenie więźnia spełni się dzięki in vitro?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Więzień domaga się zgody na intymne zbliżenia ze swoją partnerką, aktorką Paulą Williamson na terenie zakładu karnego, w którym odbywa wyrok. Mówi, że chce zostać ojcem, a jego partnerka twierdzi, że pomimo kryminalnej historii będzie „wspaniałym tatą”. Jak donosi Daily Mail.

Brutalny przestępca marzy o córeczce

64-letni Charles Bronson większość z ostatnich 40 lat spędził za kratami. Na wolności dopuszczał się licznych przestępstw z użyciem przemocy. Mężczyzna powiedział w rozmowie z prasą, że chciałby mieć córkę. Uważa, że będzie „najlepszym tatą na świecie”. – Wymyśliłem już imię, Sophie – anioł wszystkich aniołów. Moje życie będzie wtedy spełnieniem marzeń – powiedział w rozmowie z dziennikarzami.

In vitro spełni marzenie o dziecku za kratami?

Bronson planuje ożenić się z Williamson jesienią  tego roku. Jednak przepisy obowiązujące w zakładzie karnym, w którym przebywa, nie zezwalają na intymne kontakty więźniów. Bronson i jego partnerka prawdopodobnie będą zmuszeni do poczęcia dziecka metodą in vitro – podaje Daily Mail.

Jego narzeczona twierdzi, że chce być matką jego dziecka. Przyznaje, że nie planowała macierzyństwa, dopóki nie poznała Bronsona. Charles Bronson odbywa wyrok dożywocia, ale mimo tego cieszy się na zostanie ojcem i zapowiada, że gdy będzie miał 90 lat, jego córka będzie miała 25.

A Wy co o tym sądzicie?

Piszcie w komentarzach…

Zobacz także:

In vitro – jak nie oszaleć w trakcie starań

Źródło: Daily Mail

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Niepłodność męskim okiem. To nie tylko problem kobiet!

Niepłodność męskim okiem
Pixabay

Niepłodność to nie tylko problem kobiet. Jest to oczywiste, jednak wciąż najwięcej publikacji na ten temat poświęconych jest właśnie emocjom kobiet. A przecież mężczyźni równie mocno przeżywają trudności związane z zajściem w ciążę swojej partnerki. 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Należałoby zacząć od tego, że większość mężczyzn uważa poczęcie dziecka za sprawę prostą i naturalną. Bardziej obawiają się, czy podołają obowiązkom rodzicielskim, kiedy ich potomek przyjdzie już na świat.

– Przed ślubem, ja i moja żona wiedzieliśmy, że spłodzenie dziecka będzie trudne. Wtedy nie rozumiałem, co tak naprawdę oznacza niepłodność. Zrozumiałem dopiero, kiedy powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak” – opowiada o swoich doświadczeniach terapeuta William McKenna.

– Wraz żoną staraliśmy się o dzieci od dnia ślubu, jednak życie z niepłodnością jest pełne załamań. Mógłbym kłamać i mówić, że w pełni pogodziliśmy się z naszą rzeczywistością. Jednak emocjonalnie trudne do zniesienia przeżycia, czyli na przykład niepłodność, nigdy całkowicie nas nie opuszczają.

Niepłodność męskim okiem: bezsilność

Bezsilność i obniżone poczucie męskości to główne odczucia towarzyszące mężczyźnie zmagającemu się z niepłodnością. Świadczą o tym zarówno badania, jak i relacje terapeutów. Faktem jest, że bez względu na to, kto w związku cierpi na niepłodność, mężczyzna odczuwa negatywne emocje.

Jednym z najtrudniejszych przeżyć dla pary, która bez efektów stara się o dziecko, jest wysłuchiwanie rad ze strony rodziny i znajomych. „Uda się wam następnym razem, „Może to wola boska”, „Jeżeli przestaniecie się starać, to na pewno wa się uda” – często słyszą. Pomimo dobrych chęci, takie słowa mogą ranić i utwierdzać w przekonaniu, że nikt dookoła nie rozumie problemu niepłodności. Naruszona jest tu bowiem zasada: nigdy nie próbuj odbierać bólu, po prostu usiądź i wysłuchaj.

Obniżone poczucie męskości

Często mężczyźni mają zaniżone poczucie własnej męskości z powodu niepłodności. Po części wynika to z pewnego rodzaju fantazji i przeświadczenia, że jeżeli tylko próbowałoby się mocniej, rzeczywistość dałoby się odczarować. Innym powodem może być tzw. „efekt Disneya”, gdzie pary zapominają, że życie składa się zarówno z tych dobrych, jak i złych momentów.

Przy tym wszystkim obecny jest też lęk, że nie użyło się „nadprzyrodzonych mocy”, by pomóc w cierpieniu partnerce. Eksperci podkreślają, że ważne jest w takim przypadku danie sobie przestrzeni do własnych przemyśleń.

Mężczyźni uważają słabości za przejaw swego rodzaju braku męskości. A w końcu co może być większą słabością niż trudności w spłodzeniu dziecka? Chodzi w końcu o podstawową zdolność w życiu człowieka – rozmnażanie. Jednak co tak naprawdę jest wyznacznikiem męskości?

– Moim zdaniem męskość to zaangażowanie i radzenie sobie z odwagą ze słabościami własnymi i innych – twierdzi McKenna. – Jako terapeuta popieram pomysł postrzegania małżonka jako towarzysza, jednak jeżeli zmagacie się z niepłodnością, poleganie tylko i wyłącznie na partnerze może być szkodliwe. Ważną sprawą w małżeństwie jest wiedza, kiedy małżonkowi dać przestrzeń do poradzenia sobie z jego własnymi emocjami, które dotyczą tylko jego.

William McKenna to amerykański terapeuta i psycholog. Ukończył studia doktoranckie w Instytucie Psychologii na Divine Mercy University w Arlington w stanie Wirginia.

Zobacz także:

Niepłodność oczami mężczyzny

Co z tymi plemnikami, czyli najczęstsze przyczyny męskiej niepłodności

 

Źródło: vertilymag.com

Anna Wencławska

Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych. W wolnym czasie gra na gitarze i śpiewa w zespole.

Waga ma znaczenie. Niedowaga i jej wpływ na płodność

Niedowaga a płodność
Pixabay

Wiadomo, że otyłość powoduje zaburzenia płodności zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Zbyt duża ilość tkanki tłuszczowej wpływa bowiem na zmiany hormonów reprodukcyjnych. Co jednak, jeżeli mamy do czynienia z sytuacją odwrotną? Czy niedowaga może mieć wpływ w staraniach o poczęcie nowego życia? Eksperci przypominają, że w przypadku utraty ok. 30% masy ciała może dojść do wtórnej utraty miesiączki oraz do niepłodności.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Styl życia ma ogromny, jeżeli nie największy wpływ na zdrowie człowieka. To, jak się odżywiamy, ile godzin dziennie przesypiamy i to, czy stosujemy używki odbija się na naszej formie. Jeżeli chodzi o otyłość, czyli nadmierne gromadzenie tkanki tłuszczowej w organizmie, cierpi na nią już co piąty Polak. U mężczyzn może doprowadzić do zmniejszenia poziomu testosteronu i wtórnej niewydolności hormonalnej jąder (hipogonadyzmu hipogonadotropowego). Kobietom grożą natomiast zaburzenia metaboliczne, nadmierne wydzielanie adrogenów (hiperadrogenizm), wczesne poronienia, powstanie wad wrodzonych płodu i komplikacje ciąży.

Niedowaga – wróg płodności

Okazuje się, że nie mniej groźna jest niedowaga. Problemy z płodnością na tym tle występują u ok. 1-5% kobiet. Według ogólnopolskich badań stanu odżywiania ludności przeprowadzonych w roku 2000 wynika, że niedobór masy dotyczy 11% kobiet w wieku 19-29 lat. Zjawisko niedowagi maleje wraz z wiekiem. Gwałtowny spadek masy spowodowany na przykład anoreksją, bulimią, rygorystyczną dietą, czy zbyt intensywnymi ćwiczeniami, może doprowadzić do zaburzeń miesiączkowania. Zjawisko to występuje przy spadku masy ciała o ok. 10-15%.

Utrata miesiączki i niepłodność

Przy utracie 30% masy występuje wtórna utrata miesiączki oraz niepłodność. Zaburzenia cyklu miesiączkowego i całkowita utrata miesiączki dotyczą 30% kobiet chorujących na anoreksję. W badaniach klinicznych obserwuje się obniżenie stężenia LH, czyli lutropiny. Jest to hormon, który doprowadza do pęknięcia pęcherzyka jajnikowego, czyli do owulacji.

Dolna zawartość tłuszczu w ciele człowieka wynosi 22%. Poniżej tej wartości pojawiają się problemy z miesiączkowaniem na skutek aromatyzacji androgenów. Według badań, u kobiet przy BMI poniżej 20 kg/m2 ryzyko niepłodności spowodowane zaburzeniami owulacji było wyższe o 38% niż u kobiet z prawidłową masą ciała.

Zobacz także:

Jak waga wpływa na płodność?

Otyłość – nieprzyjaciel płodności

Otyłość matek zwiększa ryzyko epilepsji u dzieci? Najnowsze badania!

Źródło: Dietetycy.org.pl, Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych. W wolnym czasie gra na gitarze i śpiewa w zespole.

Grunt to wierzyć, że się uda! Maria: „Musiałam przejść tę drogę, by teraz unosić się radością z naszym małym skarbem”

Fot. archiwum prywatne Marii
Fot. archiwum prywatne Marii

Lata starań o upragnione dziecko, siedem poronień, setki badań – doświadczeniem, które ma za sobą Maria, spokojnie można obdzielić kilka osób. Pomimo trudów zawsze była w niej jednak nadzieja, że będzie najlepszą mamą na świecie! Wierzyła w to nie tylko ona, ale też jej bliscy i lekarka, która stanęła na ich drodze.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Starania o dziecko – droga, której nie znamy

Wszystko rozpoczęło się przed siedmioma laty, kiedy to Maria i Grzegorz rozpoczęli swoje starania. Okazało się to być jednak znacznie trudniejsze, niż mogłoby się początkowo wydawać. W całej mojej historii przeszłam siedem poronień. Pierwsze miało miejsce w 2010 roku. Kolejne były niemal co roku, zazwyczaj na wiosnę. Jednego roku zdarzyły się dwa: wiosną i jesienią – opowiada Maria, która starała się szukać pomocy u doświadczonych lekarzy.

Specjaliści nie umieli jej jednak pomóc, a tempo życia nie działało na korzyść przyszłej mamy: „Gdy okres się opóźniał zaraz robiłam testy ciążowe i badanie Beta HCG. Starałam się też o wolne w pracy, żeby móc przeleżeć najcięższy początek ciąży. Zawsze jednak trzeba było coś zakończyć, przekazać. Był stres i dużo jazdy samochodem” – opowiada o swojej ówczesnej pracy Maria, która zajmowała w tym czasie kierownicze stanowisko.

Pomimo dużego wysiłku wkładanego w starania, nikt nie mógł znaleźć przyczyny, dlaczego wciąż i wciąż dochodzi poronień. „Podczas ostatniej utraty ciąży usłyszałam w szpitalu, że nie umieją mi pomóc i nadaję się tylko do leczenia klinicznego.  Usłyszałam również, że jeśli nie mam wykonanych badań za 1500 złotych, to co ja tu w ogóle robię… Załamałam się wtedy” – mówi Marysia. Pomimo skrupulatnych obserwacji cyklu, testów owulacyjnych, leków, zabiegowi udrożniania jajowodów oraz wielu innych badań, co i rusz przychodziła kolejna strata.

Nowy początek

Z jednej strony było to dla Marii dobijające, z drugiej pojawiała się motywacja do dalszej walki. Kobieta starała się przypominać sobie, że przecież będzie najlepszą mamą na świecie – musi się udać! „W 2015 roku, po szóstym poronieniu, znalazłam namiary do lekarki, która przed kilkoma laty jako jedyna rozmawiała ze mną w szpitalu po ludzku. Z wielką radością i jeszcze większą nadzieją umówiłam się do niej na wizytę. Pani Kasia zawsze o wszystko wypytywała, z chęcią zapoznawała się z moją historią, skierowała mnie do szpitala, na wizytę u hematologa oraz na zabieg histeroskopii. Każda wizyta była bardzo konkretna i nie trwała, jak u wcześniejszych lekarzy, 5-10 minut. Najważniejsza – dla niej i dla mnie – była wiara, że będę miała swoje upragnione dzieciątko. Powiem szczerze, dobry lekarz to skarb!” – podkreśla Marysia.

Wiosną miał odbyć się zabieg histeroskopii, ale pojawiła się siódma ciąża. Niestety w dniu wyznaczonej wizyty kontrolnej Maria wylądowała w szpitalu. „Zabieg musiałyśmy przełożyć o trzy miesiące. Choć wiedziałam, że będzie ze mną w klinice mąż i wykonywać będzie go pani Kasia, bardzo się bałam” – zabieg okazał się być jednak niezwykle potrzebny. „Dowiedziałam się, że moja macica była w złym stanie. Cała w zrostach i pajęczynach zrostowych po wcześniejszych poronieniach” – dodaje Maria.

Histeroskopia miała być powtórzona kilka miesięcy później. W tym czasie nastąpiły duże zmiany w życiu zawodowym, pojawiło się więcej czasu na relaks i kontakt z bliskimi. Myśli o dziecku zeszły na dalszy plan, a celem na tamten moment stało się leczenie. Sprawy potoczyły się jednak inaczej: „13-ego  września, to był wtorek, powinnam była już mieć okres. Uznałam więc, że zrobię test. Chociaż pewnie i tak nic z tego nie będzie, a tu… dwie kreski! Wystraszyłam się i stwierdziłam, że chyba test był zepsuty. W środę wykonałam kolejny i u po 40-stu sekundach pojawiły się dwie wyraźne krechy! Uznałam jednak, że na badanie Bety HCG tym razem nie pójdę. Nie chciałam się stresować, a na piątek i tak miałam umówione spotkanie z lekarzem. Na wizycie była już tylko ogromna radość. Zarówno moja, jak i Pani Kasi. Obie popłakałyśmy się ze szczęścia!” – wciąż słychać w Marii ogrom pozytywnych emocji!

Karuzela przeżyć

Jednak w czasie przedłużających się starań emocji jest znacznie więcej, i to nie tylko tych pozytywnych. Silny stres wpływa też na związek: „Na całe szczęście nie pojawiło się u nas wzajemne obwinianie. Mąż także musiał wykonać badania, zależało mu tak samo bardzo, jak i mnie. W związku staraliśmy się wspierać. Grześ zawsze był ze mną na wszystkich zabiegach i badaniach” – opowiada Maria, ale dodaje przy tym, że chwile zmęczenia dały im w kość. Ciężko bywało też w relacjach z dalszą rodziną. „Mama, siostra, ciocie i kuzynki zawsze mnie wspierały i nie naciskały. Mama dużo się modliła, żeby nam się w końcu udało. Niestety zdarzały się też komentarze: „I co, znów straciłaś?” – to bolało. Łzy same cisnęły się wtedy do oczu i nie umiałam przestać płakać. Nie chciałam jednak, aby ktoś widział moją słabość, bezradność i ogrom bólu” – mówi Maria.

Automatycznie wręcz pojawia się wtedy pytanie, czy nie było myśli o poddaniu się i zrezygnowaniu ze starań. Co może wtedy podtrzymywać nadzieję? „We mnie podtrzymywały ją wiara, słowa przyjaciół i rodziny, że będę najlepszą mamą. Dużo dała mi też lekarka. Wiedziałam, że pani Kasia naprawdę chce mi pomóc” – podkreśla szczęśliwa dziś mama.

Antoś ma już  kilka miesięcy. Niby mały człowiek, a tak wiele zmienił: „Zauważyłam, że jestem teraz bardziej uczuciowa i silniej przeżywam emocje. Wiem i widzę jakie posiadamy szczęście. Jestem dumna jak mówię o sobie „mamusia”. Wierzę, że drogą przez którą musiałam przejść – upadki i dołki – były potrzebne po to, żeby teraz unosić się szczęściem i radością z naszym małym skarbem” – mówi Maria i dodaje, że dziś podjęłaby takie same kroki. Pomimo trudów i bólu wierzy, że warto walczyć do końca.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.