Przejdź do treści

Małgorzata Halber : Częścią doświadczenia ludzkiego jest to, że częściej ci smutno, niż wesoło

629.jpg

Rozmowa z dziennikarką, autorką facebookowego komiksu o depresji – Bohatera i pisarką, która wkrótce wydaje pierwszą książkę pt. „Najgorszy człowiek na świecie”.

Czy osobom dobrze wychowanym jest trudniej na świecie?

Obawiam się, że tak. Kojarzysz taką piosenkarkę, która nazywa się Azealia Banks? W zeszłym roku, kiedy dopadł mnie kolejny dół, stwierdziłam: Jak ja bym chciała robić wszystko tak, jak Azealia Banks. Ona nie jest dobrze wychowana. Ona jest wszystko, tylko nie dobrze wychowana. Jest bezczelna, pyskata, nie zastanawia się, czy to, co mówi jest głupie. Ja jej zazdroszczę. Wiesz, to są takie proste przykłady. Jeżeli starasz się toczyć z kimś jakąś dyskusję i ten ktoś obraża cię albo uderza poniżej pasa. Nie wiem, kto jest autorem tej anegdoty, ale chyba Kałużyński – właśnie chciał podyskutować na poziomie z jakimś kolegą na uniwersytecie, kiedy ten mu odpowiedział: Tak? A tobie śmierdzi z gęby! To jest właśnie ten problem, który ma w tym momencie osoba dobrze wychowana, bo z takim argumentem nie będzie w stanie polemizować. To jeszcze pogrąża ją w oczach obserwujących.

W takim razie, w jaki sposób przekaz dotyczący osiągania sukcesów wpływa na odczuwanie trudności – nie tylko przez dobrze wychowanych?

W stu procentach! Spalmy wszystkie książki, mówiące, jak osiągnąć sukces! Stefan Chwin w wywiadzie – to jedna z najmądrzejszych rzeczy, jakie czytałam – powiedział: Czego my uczymy te dzieci w szkole? Że musisz być pierwszy. W klasie jest 31 osób. Pierwsza będzie jedna. Co z pozostałymi trzydziestoma? Oni nie będą pierwsi, to jest niemożliwe. Czytałam też fajny felieton Macieja Sieńczyka na „Dwutygodniku” – on napisał o tym, jak mu się przez tydzień wydawało, że dostaje nagrodę Nike. Był tym bardzo przejęty i pisze szczerze, obnażająco. Pomyślałam, jaki to jest super temat dla popkultury: co się dzieje z ludźmi, którzy zajmują czwarte miejsce. Ich jest więcej! Jeżeli więc miałabym odpowiedzieć krótko na twoje pytanie, dotyczące propagandy sukcesu: Spalić! Polecam zestawy interaktywnych ćwiczeń Keri Smith: Zniszcz ten dziennik, Brud, To nie jest książka. Smith na Flickerze umieściła coś, co się nazywa Manifestem Buntownika. On ma dwanaście punktów, w tym: „Trać czas”, „Dużo się włócz”, „Pamiętaj, że zrobienie czegokolwiek jest potwornie trudne”. Tym powinny być zastąpione wszystkie historie, mówiące o sukcesie.

Ty z kolei powiedziałaś, że największy sukces osiągnęłaś w najgorszym roku życia.

To był rzeczywiście najgorszy rok: nie mogłam znaleźć pracy, imałam się różnych zajęć. Chciałam podejść do sprawy ambitnie, chciałam pisać i okazało się, że albo piszę za mądrze albo z kolei, że za głupio. Jakieś pomysły na programy nie wypalały. I tak się ciągnęło 12 miesięcy, jeszcze mnie chłopak zostawił.  W pewnym momencie przestałam wstawać z łóżka. Najgorsze było myślenie: Kurde, tak się staram i się nie udaje, więc muszę być beznadziejna.  Tak strasznie nie wiedziałam już co mam zrobić i nagle zaczęłam rysować Bohatera. Jego uważam za swój największy sukces dlatego, że zdarza mi się coraz częściej, że ktoś do mnie podchodzi i mówi mi „Cześć, bo ja cię znam” i już nie z telewizji.  Okazuje się, że z doła i siedzenia na fejsie może też wyjść jakaś nowa jakość. Wszystkie te obrazki są szczere, tak dokładnie się czuję i wiem, że to pomaga, kiedy okazuje się, że nie tylko ty tak masz.

Czy po tym roku doszłaś do jakiegoś poziomu równowagi?

(Śmiech) Absolutnie nie. Chodzę na terapię, jestem na lekach. Napisałam książkę, udało mi się spełnić marzenie mojego życia, zaraz wyjdzie w super wydawnictwie. Dostaję informację, że jestem spoko. Mam bardzo fajnego narzeczonego, który mam nadzieję, będzie moim mężem. Mam swoje mieszkanie. Ale nie! Każdego dnia coś takiego wymyślę, że przed dwie godziny siedzę przerażona, że czegoś nie zrobiłam, popełniłam jakiś błąd, i tylko jeszcze się nie zorientowałam jaki to błąd, ale na pewno zaraz się okaże. Staram się jednak pracować nad jakimś remedium, ponieważ niedługo będę miała 36 lat i np. chciałabym mieć dziecko. Do tego czuję, że potrzebne jest załatwienie pewnych problemów.

Wiesz,  jak kuracja lekowa wpływa na zachodzenie w ciążę i na jej przebieg?

Nie. Nie interesowałam się tym, chociaż z tego, co wiem antydepresanty nie wpływają na ciążę. Nawet wiem bardzo dobrze, bo moja znajoma spodziewa się trzeciego dziecka i pomiędzy ciążami brała leki.   A ja dojrzałam do takiego momentu w swoim życiu, że chcę mieć dziecko.  Nie dlatego, że należy je mieć. Myślę, że oprócz posiadania tytułu magistra oraz własnego mieszkania, chyba nie ma takich rzeczy wobec których czuję, że powinnam je mieć. Wszystko załatwiłam. Potwornie mnie zachwyca sama biologiczna możliwość tego, że ja jako osoba żyjąca mogę mieć w brzuchu inną istotę, która powstaje z niczego, której nie było wcześniej. To jest gigantyczny eksperyment biologiczno-metafizyczny. Potem powstaje zupełnie nowy człowiek. Odrzucając całą wiedzę, to jest absolutnie imponujące i zachwycające. Byłoby słabo, gdybym nie mogła z tego skorzystać. I potem jeszcze z tego, żeby poznać zupełnie nowego człowieka. Zdaję sobie sprawę, że wychowywanie dziecka jest delikatnie mówiąc ciężką sprawą, ale żałowałabym, gdyby takiej osoby, która miałaby geny moje i mojego narzeczonego, zabrakło. Z samej ciekawości, co wyniknie z połączenia tych genów. Aspekt wyjściowy jest biologiczny, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, jest to  niesamowite.

A co ci dało doświadczenie depresji?

Nic. Dodaje tylko tyle, że będziesz bała się, że jeszcze raz w to wejdziesz. To nie jest w żaden sposób romantyczne,  oczyszczające ani wspaniałe. Mam duży problem z udawaniem silniejszej, niż jestem w rzeczywistości – jeśli więc czegoś mnie to nauczyło, to tego, żebym trochę zbastowała, była dla siebie bardziej wyrozumiała. Słabo mi to wychodzi. To nauka na całe życie.

Bohater ma depresję i też zwraca uwagę na ten problem.

Mój kolega ze studiów, Tomasz Stawiszyński, napisał na ten temat książkę i sporo artykułów. On ma taką teorię, która mówi, że nam współczesny świat nie pozwala być smutnymi i dopiero potrzebujemy etykietki depresji, żeby móc się usprawiedliwić z tego smutku, który czujemy. A bardzo często zdarzają się nam sytuacje, wymagające okresu żałoby, jeżeli coś stracimy. Na przykład rozstaniemy się z partnerem. Dobra rada, która się najczęściej pojawia brzmi: „Stary, teraz możesz się wyszaleć! Musisz pójść w tango” albo „Klin klinem”, czy „szkoda życia!”.  Co to jest za rada dla kogoś, kto poświęcił cząstkę siebie, wszedł w bliskość emocjonalną i nagle ona się rozpada? Nie można nad tym przejść do porządku dziennego, no chyba, że to było nieważne, ale jeżeli było ważne, to udawać, że mnie to nie boli, to jest największa zbrodnia, jaką można sobie zrobić. Generalnie wydaje mi się, ze brakuje przyzwolenia, by mówić o trudnościach. Nie musi być to wielki dzwon, że nie wstajesz z łóżka. Ja nie wstawałam z łóżka przez miesiąc, a i tak, gdybyś spytała, czy stwierdziłam, że mam depresję kliniczną – biorę leki, oczywiście – to ja nie wiem.  Wiem tylko, że znajdowałam się w stanie, w którym miałam silne autodestrukcyjne myśli. Nie czułam się smutna – smutek jest ok –ja chciałam siebie zniszczyć, zdetonować się tak, żeby mnie nie było. I to jest groźne tak naprawdę.  Bardzo długo nie wiedziałam, że można o tym mówić. Praca przed kamerą wymaga od ciebie żebyś była wesoła, fajniejsza niż normalnie. A ja sobie ze wszystkim nie radziłam: ze studiami, rodzicami. Tylko życie polega m.in. na tym, że sobie nie radzisz, zresztą każdy sobie radzi tak jak umie.

Co sprawiło, że poszłaś do psychiatry?

Byłam strasznie nieszczęśliwa i samotna, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Czułam się bezsilna, nie radziłam sobie, nie wiedziałam, co się dzieje. Chciałam, żeby ktoś mnie posłuchał. I pomogło.

Leki czasem nie wystarczą.

 Osobiście, nie wierzę tylko i wyłącznie w terapię farmakologiczną. Nie wierzę w to, że ktoś czuje się gorzej, zacznie brać antydepresanty – będzie super. One powodują, że w ogóle zaczynasz rozmawiać o tym, co ci się dzieje. Jestem wielkim zwolennikiem psychoterapii, przy jednoczesnym bardzo dużym poziomie świadomości osoby, która na nią idzie. Żeby wiedziała, co to jest. Niestety z tym jest trochę słabo, czyli nie wiadomo, że po pierwsze, są różne szkoły, po drugie – masz prawo zapoznać się ze swoim terapeutą, on powinien powiedzieć ci, jak cię będzie leczył i jaki ma plan na ciebie. Musisz się z nim ułożyć. To osoba, z którą będziesz bardzo blisko i której będziesz się zwierzać, która – czy tego chcesz czy nie – będziesz  ją traktować jako autorytet albo jak przyjaciela, to zresztą będzie w ramach samego procesu ulegało zmianie. Dobra psychoterapia pokazuje ci, że w ogóle istnieje inny punkt widzenia niż twój i – moim zdaniem – że  nie ma czegoś takiego jak dobre lub złe zachowanie, tylko jest zbieranie doświadczeń. I uczy czuć, rozpoznawać, co się z tobą dzieje i że to, co czujesz jest w porządku. Każdemu by się to przydało, bo każdy jest zwichrowany, dotknięty. Moim zdaniem, to pomaga mądrzej żyć i być dla siebie bardziej wyrozumiałym. Dla innych też. Jestem też zwolennikiem psychoterapii grupowej. Przeszłam to i napisałam o tym w swojej książce. Uczestniczenie w niej było najmocniejszym doświadczeniem życiowym – zdałam sobie sprawę, że inni mają takie same problemy jak ja.

Co byś im powiedziała?

Po pierwsze, powiedziałabym im, że nie mają się czego wstydzić i nie są same. Częścią doświadczenia ludzkiego jest to, że częściej jest ci smutno, niż wesoło. Powiedziałabym, że to w porządku. Jeśli o mnie chodzi, to przez całe życie byłam odludkiem – też dlatego, że pracowałam w telewizji – i nie wiem, jak to się stało, ale po 30-ce poznałam cztery super laski, o których mogę spokojnie powiedzieć, że są moimi przyjaciółkami. Jedna jest żoną mojego byłego chłopaka, drugą spotkałam na imprezie, trzecią – na koncertach, a czwartą też właściwie przez przypadek. Czasami trzeba po prostu strasznie długo czekać.

Wydajesz się bardzo odważna, mówiąc o tym wszystkim. Czym według Ciebie jest zatem odwaga w życiu publicznym?

To trudne pytanie. Ja po prostu mówię, co myślę. Zawsze byłam buntownikiem, takim punkowcem, rebeliantem. To wynikało też z tego, że byłam przyzwyczajona długo do niezależności, do tego żeby postępować i myśleć po swojemu.  Mama mnie też tego uczyła. Dla mnie było to naturalne, że jak widzę jakąś jawną bzdurę, np. jest apel i trzeba napisać po nim wypracowanie, więc wszyscy piszą, że było super i tak dalej. A tam naprawdę ktoś się jąkał, był jakiś słaby występ taneczny – to tak właśnie pisałam. Wychowawczyni wezwała moją mamę i powiedziała: Pani Halino, niech pani uważa na córkę, bo mogą być z nią problemy. W ogólniaku natomiast miałam obniżone zachowanie, z czego byłam bardzo dumna. Zatem odwaga w życiu publicznym może jest umiejętnością mówienia tego, co się myśli i publicznego przyznawania się do błędów. 

Polecamy Bohatera na Facebooku oraz książkę „Najgorszy człowiek na świecie”, która ukaże się 28 stycznia, nakładem wydawnictwa Znak

fot. mat.prasowe Viva Polska

Karolina Błaszkiewicz

dziennikarka. Związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami i z natemat.pl

Dr Jakub Danilewicz: „Mało lekarzy chce zajmować się takimi tematami. Dla mnie jest to misja!” – blaski i cienie bycia lekarzem

Fot. Magdalena Pachut Fotografia
Fot. Magdalena Pachut Fotografia

Chociaż profesjonalny kitel i ogromna wiedza mogą tworzyć dystans, lekarz to też człowiek! Z jednej strony jest praca, która niesie ze sobą wiele emocji. Z drugiej, normalne codzienne życie. Jak to wygląda po tej drugiej stronie medycyny? Do swojego świata zaprosił nas lek. med. Jakub Danilewicz, urolog z Centrum Leczenia Niepłodności PARENS.

Często początek drogi zawodowej determinuje dalszą pracę. Czy już na starcie wiedział pan, że będzie zajmował się płodnością?

Lek. med. Jakub Danilewicz: Na trzecim roku medycyny odbyłem praktyki z urologii dziecięcej, co rozpoczęło moją przygodę z tą właśnie specjalizacją. Przede wszystkim spotkałem się wtedy z dziećmi bardzo poszkodowanymi przez los. Były to maluchy, u których na przykład nie można było oznaczyć płci. Spotkałem się z cierpieniem rodziców i siłą, z jaką uderza to w ich życie.

Później, w trakcie studiów, zacząłem dowiadywać się, że są różne problemy zarówno z płciowością pacjentów, jak i z ich orientacją. W międzyczasie zainteresowałem się też genetyką kliniczną. Będąc już na szóstym roku, tuż przed uzyskaniem dyplomu, podjąłem decyzję, że będzie to właśnie urologia. Nie chciałem jednak zajmować się klasycznymi przypadkami, które kojarzą się z tą specjalizacją, takie jak onkologia urologiczna, czy kamica nerkowa. Chciałem pracować z zagadnieniami pokroju leczenia niepłodności, genetyki klinicznej, seksuologii, zaburzeń tożsamości płciowej, w tym również zmiany płci.

Zdaje się, że dosyć szybko wiedział pan, jaką chce iść drogą?

Myślę, że wręcz przeciwnie. Idąc na studia medyczne ma się już wyobrażenie, która ścieżka będzie dla nas odpowiednia. Są klasyczne specjalizacje, takie jak kardiologia – zawał serca towarzyszy nam od zawsze. Natomiast rozwój cywilizacji i postęp powodują powstawanie coraz to nowszych problemów, które wcześniej w medycynie były nieznane. Mało lekarzy i naukowców chce się takimi tematami zająć. Często wiążą się one także z problemami natury etycznej. W Polskim społeczeństwie, które jest mocno katolickie, tego typu praca spotyka się z niechęcią i negowaniem. Gdy mówię o tym, że zajmuję się leczeniem in vitro, czy pracą z osobami homoseksualnymi, zdarza mi się być odrzucanym. Nawet ,wydawałoby się osoby wykształcone, uważają to za niemoralne, nieetyczne i niegodne lekarza. Dla mnie jest to jednak misja.

Coś, co wydaje mi się w tym kontekście istotne, to fakt, że lekarz nie pracuje tylko z emocjami pacjenta, ale także ze swoimi własnymi. Jak pan sobie z tym radzi?

Miałem o tyle prostszą sytuację, że pochodzę z rodziny, w której kwestie wyznania były bardzo niejednorodne. Nikt z moich rodziców nie był katolikiem. Wychowano mnie w duchu ekumenizmu oraz zrozumienia odmienności drugiego człowieka i odmienności religijnej, co jest niezwykle ważne w naszym państwie. Oczywiście znakomicie jest być heteroseksualnym katolikiem, który ma trójkę dzieci, ale już mało kto zdaje sobie sprawę, jak bardzo cierpi człowiek, który dzieci mieć nie może. Otoczenie na każdym kroku naciska, pojawia się presja w pracy i na wszystkich uroczystościach rodzinnych. Nie jest im to odpuszczane. Nie można się wtedy dziwić, że psychika wysiada, a ludziom odechciewa się żyć.

Tak samo ciężko mają ludzie o orientacji homoseksualnej, czy osoby transseksualne. Mężczyzna, który biologicznie jest mężczyzną, ale genderowo ma inną płeć – lub odwrotnie – jest tym wszystkim wykończony. Nie twierdzę, że takie osoby od razu powinny się nad wyraz eksponować, czy mieć szczególne prawa, ale każdy z nas ma jednakowe prawo do życia. Jeżeli ci ludzie są częścią naszego społeczeństwa, pracują i płacą podatki, to muszą być lekarze, którzy zrozumieją ich problemy i im w tym wszystkim pomogą.

Proszę zauważyć, że nie ma takiej specjalizacji jak andrologia, czy specjalizacji stricte zajmującej się leczeniem niepłodności. Problemy osób niemogących mieć dzieci, kwestia leczenia in vitro, czy spór toczący się wokół gender, zamiatane są w naszym kraju pod dywan. Udaje się, że ich nie ma, a tymczasem one narastają. Ci wszyscy ludzie są między nami, są częścią naszego społeczeństwa i zasługują na pomoc.

Na pewno są to problemy, które powodują olbrzymie cierpienie.

Zdecydowanie, chociaż paradoksalnie łatwiej jest nam zrozumieć alkoholizm, czy wszelkie inne uzależnienia, niż właśnie ludzi niemogących mieć dzieci, osoby homoseksualne, czy  transseksualne. Nie potrafimy im tego wybaczyć.

Mówi pan z ogromną pasją o swojej pracy. Padło też słowo „misja”. Czy rzeczywiście ma pan takie poczucie?

Tak, praca jest moją pasją i misją. Uważam, że pomoc takim ludziom jest wręcz moim powołaniem.

A czy czuje pan, że kariera zawodowa daje panu także siłę i napęd w innych dziedzinach życia?

Życie zawodowe lekarza musi być połączone z jego stylem życia. Jeżeli lekarz nie będzie wkładał serca w swoich pacjentów, nie odniesie sukcesu. Nie chodzi tu tylko o sukces finansowy, ale również o sukces wewnętrzny. Moment, gdy przychodzi pacjent i mówi: „Panie doktorze, dzięki panu żyję. Zdiagnozował mi pan raka, dzięki panu nie popełniłem samobójstwa, zacząłem biegać, jestem szczęśliwym człowiekiem”, jest nie do przecenienia. Tego, co człowiek czuje wtedy w środku, nie da się nawet do końca opisać słowami.

Na pewno nie jest to też łatwy zawód do pogodzenia z życiem osobistym.

Nie jest, natomiast mam szczęście bycia ojcem trójki dzieci. Mam 6-letnią córeczkę Hanię, która od września pójdzie do pierwszej klasy. Mam 4,5-letnią córeczkę Asią, która chodzi o przedszkola i 7-tygodniowego synka Jasia. Staram się godzić obowiązki zawodowe z wychowaniem dzieci. Poświęcam im bardzo dużo czasu, który spędzamy aktywnie. Zimą jeżdżę z nimi na nartach, latem wyjeżdżamy zaś nad morze Bałtyckie, bo jestem patriotą. Kocham mój kraj i uważam, że w Polsce jest mnóstwo fantastycznych miejsc, które warto poznać. Posiadam między innymi patent żeglarza jachtowego i uwielbiam rejsy!

Czy taki sportowy akcent, to dla pana forma dbania o siebie?

Tak, sport jest bardzo ważnym elementem życia mojego i mojej rodziny. Kilka tygodni temu wróciłem  z Bieszczad, gdzie jeździliśmy z córkami konno. Na wyjazd zabrałem też miesięcznego syna. Wszyscy pukali się w głowę. Stwierdziłem jednak, że skoro 500 lat temu ludzie pakowali swoje małe dzieci na statki i przemierzali ocean, to dlaczego ja nie mogę samochodem pojechać z dziećmi w Bieszczady?!

Wydaje się, że nieustannie jest pan z ludźmi. Czy jest czas, który spędza pan samotnie?

Nie wyobrażam sobie tego! Każdą wolną chwilę, jaką tylko mam, poświęcam rodzinie. Nauczyłem córki jeździć na nartach, nauczyłem je pływać, jeździć na rowerze i konno. Planuję nauczyć je także strzelać, dlatego że jestem również członkiem sekcji strzeleckiej Wojskowego Klubu Sportowego „Wawel”.

Kolejna dziedzina! Rozumiem, że jest pan człowiekiem renesansu?

Kilka osób próbowało mnie tak nazwać, niestety mam jedną kluczową wadę… nie potrafię malować! Ludzie żyjący w tym okresie byli artystami, ja niestety nawet piszę tak, że sam nie potrafię siebie odczytać. Za to moja córka Hania pięknie rysuje i jest uzdolniona plastycznie. Jestem prawdziwie dumnym tatą!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Min. Radziwiłł powołał Konsultanta Krajowego dziedzinie położnictwa i ginekologii. Kim jest?

prof. Krzysztof Czajkowski

Nowy Konsultant Krajowy ds. położnictwa i ginekologii powołany przez Ministra Zdrowia dr Konstantego Radziwiłła w dniu dzisiejszym. Nowym Krajowym Konsultantem w dziedzinie położnictwa i ginekologii został Prof. Krzysztof Czajkowski zastąpił na tym stanowisku prof. Stanisława Radowickiego. Obaj są od lat związani z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym i szpitalem położniczym przy ul. Karowej.

Prof. Krzysztof Czajkowski jest ginekologiem-położnikiem oraz specjalistą perinatologii z ponad 35-letnim doświadczeniem zawodowym. Zainteresowania naukowe i kliniczne profesora skupiają się wokół patologii ciąży oraz aspektów etycznych w embriologii i położnictwie. Opinie pacjentek na portalu znanylekarz.pl są różnorodne, od negatywnych (za kwestionowanie wskazań do porodu poprzez cięcie cesarskie i brak podejścia do pacjentek) do pełnych zachwytu.

Nominacja ta wydaję się być kolejnym etapem (po zaprzestaniu publicznego finansowania IVF, wprowadzeniu obowiązku posiadania recepty na antykoncepcję awaryjną i próbami całkowitego zakazu aborcji) wojny przeciwko kobietom prowadzonej przez ministra Radziwiłła ze wsparciem całego rządu Beaty Szydło. Wyrażamy jednak nadzieję, że nowy Konsultant Krajowy prof. Krzysztof Czajkowski wykaże się poszanowaniem etosu zawodu lekarza i będzie kierował się zasadami medycyny opartej na faktach, oraz będzie dążył do poszanowania praw reprodukcyjnych Polek.

 

Kim jest Konsultant Krajowy

Konsultantów krajowych powołuje minister zdrowia spośród specjalistów z poszczególnych dziedzin:
  • medycyny,
  • farmacji,
  • innych dziedzin, które mają zastosowanie w ochronie zdrowia.
Minister może poprosić o wskazanie kandydatów:
  • towarzystwa naukowe o zasięgu krajowym, które zrzeszają specjalistów w danej dziedzinie,
    odpowiednie samorządy zawodów medycznych.
Zadania konsultantów krajowych
  1. inicjują krajowe badania epidemiologiczne oraz oceniają metody i wyniki tych badań;
  2. prognozują potrzeby zdrowotne w swojej dziedzinie;
  3. doradzają, jak realizować zadania, które wynikają z Narodowego Programu Zdrowia i innych programów zdrowotnych;
  4. opiniują wnioski o skierowanie pacjenta do leczenia lub badań diagnostycznych poza granicami Polski;
  5. opiniują i doradzają przy zadaniach realizowanych przez Centrum Egzaminów Medycznych, Centrum Kształcenia Podyplomowego Pielęgniarek i Położnych oraz Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego.

Karina Sasin

Lekarka, naukowiec, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)

„Warto być przyzwoitym” prof. Władysław Bartoszewski. Ile trzeba zapłacić za sumienie?

Stockholm (2)

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak zmierzyć lub wycenić własne bądź cudze sumienie? Nie stworzono jeszcze żadnej skali do oceny sumienia, więc pozostaje nam mierzyć je czynami, tj. zgodnością głoszonych poglądów z postępowaniem danej osoby.

Politycy i działacze ruchów antyaborcyjnych wypadają dość blado. Weźmy na przykład prof. Bogdana Chazana, który zgodnie z doniesieniami medialnymi wykonał tysiące aborcji, a teraz pretenduje do bycia pierwszym obrońcą „życia poczętego”. Cena jego sumienia była niewielka, jednakże po dorobieniu się pokaźnego majątku postanowił zbić fortunę na dochodowym biznesie szumnie zwanym „ruchem pro-life”.

Ostatnio pojęcia takie jak „sumienie” i „klauzula sumienia” zostały zawłaszczone przez ekspansywne i agresywne ruchy przeciwników zdrowia reprodukcyjnego oraz prawą stronę sceny politycznej. Oczywiście większość z nich nie stosuje swojego światopoglądu do samych siebie, co prof. Romuald Dębski podkreślił w wywiadzie-rzece udzielonym Magdalenie Rigamonti, który ukazał się pod tytułem „Bez znieczulenia. Jak powstaje człowiek”.

Skoro polski system prawny zezwala lekarzom odmówić wykonywania obowiązków, to dlaczego nie wolno powołać się na klauzulę sumienia wobec złego rządu i zaprzestać płacenia podatków?

 

Wspieranie finansowe rządu upodlającego kobiety było, jest i będzie wbrew mojemu światopoglądowi, dlatego w rok po ukonstytuowaniu się „dobrej zmiany” podziękowałam nadwiślańskim „władcom macic” za współpracę i wyemigrowałam za morze. Choć podatki są wyższe i klimat surowszy, normalność życia codziennego i systemu opieki zdrowotnej w Szwecji bije po oczach, a w kwestiach dostępu do realizacji praw do zdrowia reprodukcyjnego nawet nie ma porównania… To przecież ojczyzna przeszczepów macicy, bezpłatnego IUI i IVF dla singielek i par homoseksualnych oraz najbardziej przyjazny rodzicielstwu kraj na świecie.

Niestety moje sumienie jako opór i niezgoda na łamanie praw człowieka zostało ostatnio wystawione na ciężką próbę. Kusząca propozycja pracy w Warszawie, ze służbowym mieszkaniem i samochodem, pakietem obejmującym opiekę medyczną VIP (z leczeniem niepłodności i porodem, a to rzadkość!), prywatną szkołą dla potencjalnych dzieci itp. w normalnym kraju byłaby propozycją nie do odrzucenia, jednakże moje sumienie pukało do mojego rozumu, głośno krzycząc i cytując prof. Bartoszewskiego: „Warto być przyzwoitym!”. A więc zamiast „fury, skóry i komóry” w ramach warszawskiego high-life’u nadal pozostaje mi szara, sztokholmska rzeczywistość, ale w poczuciu zgodności z własnym sumieniem i światopoglądem.
Nie ma mojego przyzwolenia na publiczne poniżanie połowy społeczeństwa. Nie z moich podatków. Bez mojego udziału w hucpie straszenia zakazem antykoncepcji i leczenia niepłodności. Na razie czas na życie na wygnaniu, ale w normalności…

Karina Sasin

Lekarka, naukowiec, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)

Jak zachować równowagę emocjonalną w czasie starań? Czy i jak o tym rozmawiać? Porady psycholog

Rodzicielstwo to ważne zadanie życiowe. Kiedy nam się to nie udaje, odczuwamy duży wstyd, zazdrość i poczucie niższości – podkreśla psycholog Anna Zarzycka. Jak więc rozmawiać o przedłużających się staraniach? Skąd czerpać siłę, by zachować równowagę emocjonalną. Jak nie utracić kontaktu z najbliższymi?

Wyobraźmy sobie parę z długim stażem. Znajomi zaczynają wypytywać o dziecko. Jak odpowiadać, gdy nie chcemy o tym rozmawiać?

Najlepiej jak najprościej i zgodnie ze swoimi odczuciami, czyli „nie chcę o tym mówić”. Natomiast taka odpowiedź może prowadzić do kolejnych pytań. To bardzo szeroki i trudny temat. Może się pojawić, czasem zupełnie niezamierzona, presja otoczenia, wynikająca także z uwarunkowań społecznych – mamy dwoje ludzi, którzy założyli rodzinę, są w odpowiednim wieku, by zdecydować się na dziecko, czyli są gotowi na ten etap w życiu. Z kolei para, która od dawna stara się o dziecko, jest szczególnie wrażliwa na tego rodzaju dociekania i często reaguje przyjęciem postawy obronnej, ma poczucie powtórnego skrzywdzenia i nie dostrzega innej motywacji otoczenia.

Pytania mogą wynikać po prostu z życzliwości.

Nie tylko. Czasem ludzie dopytują, bo są na tym samym etapie życia. Chcą się dowiedzieć, jak inni zachowują się w takiej sytuacji. To wynika z potrzeby posiadania grupy odniesienia – znajomych w tym samym wieku, być może z podobnymi problemami. Niezwykle ważne staje się poznanie ich podejścia do kwestii płodności. Warto więc dostrzec nie tylko negatywne, naszym zdaniem, motywacje, ale także te wynikające z potrzeby podzielenia się własnym problemem. Warto się nad tym zastanowić, bo to być może pozwoli nam reagować inaczej. To nie oznacza, że musimy o tym mówić. Jeśli rozmowa na ten temat nas rani, powinniśmy jasno to zasygnalizować, na początku w miękki sposób, niekoniecznie pokazując, jakie są powody.

A jak reagować na dowcipy w aspekcie starań o dziecko? Czasami pojawiają się przykre komentarze.

Reakcja zależy od tego, czy nasze otoczenie wie, z jakim problemem się borykamy. Pytanie więc, czy jest to żart rzucony w przestrzeń, czy też agresywny atak, dzięki któremu inni poprawiają poczucie własnej wartości. Tak czy inaczej polityka uników wyrządza najwięcej szkód. Taka sytuacja wymaga stanowczego reagowania, postawienia granic, pokazania jasnego stanowiska, ale także zastanowienia się, jakie kroki podejmiemy, gdy takie zabiegi nie będą honorowane. Para musi opracować wspólne stanowisko. Czasem słychać komentarze bliskich – „nie chcecie mieć dzieci, stawiacie na karierę, boicie się odpowiedzialności”. W takiej sytuacji otwarte mówienie o problemie może być zawstydzające i zbyt trudne, a zostawienie tego bez komentarza może prowadzić do automatycznego przypisywania parze mylnych intencji. Postawienie granicy w postaci jasnego powiedzenia, że nie chcemy i nie będziemy o tym rozmawiać, bo jest to dla nas trudny temat, może, choć nie musi, przynajmniej w pierwszym momencie skłonić drugą stronę do zaprzestania zaczepek. A dla pary jest pierwszym krokiem ochrony siebie.

Czasami słowa „staramy się” wywołują kolejne pytania.

Zazwyczaj tak jest. Pojawiają się dobre rady, stwierdzenia typu: „My tutaj kibicujemy”, pytania: „No i jak? Już?”. Wtedy także należy reagować. Trzeba pamiętać, że stawianie granic to proces, który wymaga ciągłych reakcji, proces, który sprawia, że nie tylko my uczymy bliskich zasad współistnienia, ale także nasze otoczenie w tych przemianach uczestniczy i zmienia się sposób jego reagowania. Wiele dzieje się także w związku. Każde z partnerów ma inny poziom wrażliwości. To, co dla jednego może być nie do zaakceptowania, na drugim nie zrobi żadnego wrażenia. Bardzo ważna w tym wypadku jest współpraca, zasygnalizowanie swoich potrzeb, oczekiwań, także w parze.

A skąd bierze się tak negatywna ocena intencji innych w czasie starań?

Z jednej strony wiąże się z tym, jak sami postrzegamy niepłodność, jakie budzi ona w nas uczucia i jakiej spodziewamy się reakcji innych, wynika też z doświadczenia poprzednich zranień. Rodzicielstwo to ważne zadanie życiowe. Kiedy nam się to nie udaje, odczuwamy duży wstyd, zazdrość i poczucie niższości. Boli nas, że nie mamy na to wpływu. Pary mają poczucie niespełnienia. Izolacja jest próbą ochrony przed takimi uczuciami, ale jednocześnie wzmacnia je.

Izolacja to metoda radzenia sobie z sytuacją?

Tak, to sposób na niekontaktowanie się ze swoimi bolesnymi uczuciami. Im bardziej odcinamy się od źródeł wsparcia, tym trudniej radzimy sobie z emocjami, odbieramy sobie przestrzeń do osiągnięcia ulgi i spokoju. Jeśli nie mówimy nikomu o problemach, często opóźniamy też proces diagnostyczny.

A jak przygotować się do uroczystości rodzinnych, na których może pojawić się pytanie o potomka? Czy i jak rozmawiać o staraniach?

Już sam fakt, że musimy się do tego przygotowywać, jest stresujący. Kiedy opracowujemy scenariusze, zaczyna narastać w nas lęk i złość. Najważniejsze to mieć dobry kontakt ze sobą i swoimi uczuciami, mieć świadomość tego, co jest dla nas ważne, na co się godzimy i o czym chcemy mówić. Jeśli chcemy coś ukryć, skupiamy na tym całą swoją energię, co jest wycieńczające. Pierwsze, zdawałoby się, niewinne pytanie może być jak wybuch bomby, bo wszystko bierzemy do siebie, odbieramy jako atak. W tym momencie nakręca się taka spirala trudności, niechęci, złości, poczucia skrzywdzenia i żalu.

Co mogą zyskać osoby, które długo starają się o dziecko, otwierając się na innych?

Nie odcinamy się od znajomych, rodziny. Nie trafiamy do zaklętego kręgu samotności. Ktoś może nam coś doradzić – dobrego lekarza, nową metodę leczenia, o której nie słyszeliśmy. Oprócz wyobrażonych docinków czy realnych przykrości i niezręczności możemy dostać też życzliwość, uważność, troskę. Poza tym okazuje się, że nie jesteśmy jedyni, może wśród znajomych jest para, która też przez to przechodziła – zaczynamy mieć poczucie, że ktoś nas rozumie.

Pary mające problemy z poczęciem często odsuwają się od znajomych, którzy mają dzieci…

To jest w pewnym sensie naturalne, podświadomie chcemy uniknąć konfrontacji z bólem. Często słyszę, że po długim okresie starań, które nie przynoszą efektów, nie do zniesienia staje się kontakt z kobietami, które są w ciąży, parami z małym dzieckiem, zaaferowanymi swoim rodzicielstwem. Trzeba to uszanować, trzeba dać sobie czas, nie wystawiać się na takie skrajne doświadczanie bólu, zazdrości, rozpaczy. Jest jednak także druga strona medalu. Konsekwencje odcinania się od rodziny i znajomych mogą być bolesne. Czujemy się wówczas samotni i wyobcowani.

A jak radzić sobie ze złością, gdy na teście jest jedna kreska bądź pojawia się miesiączka?

Musimy sobie jakoś poradzić nie tylko ze złością, lecz także ze stratą i żalem, rozpaczą. To okres, kiedy jesteśmy szczególnie wrażliwi, i bardzo ważne jest, abyśmy dali sobie czas na przeżycie naszego smutku i wszystkich tych intensywnych uczuć, które towarzyszą stracie.

Kiedy warto skonsultować się z psychologiem i co może nam dać takie spotkanie?

Przede wszystkim przedłużające się starania mogą prowadzić do depresji, a depresję trzeba leczyć. Spotkanie z psychologiem warto rozważyć wtedy, gdy zaczynamy nieustannie myśleć o ciąży, nie odczuwamy szczęścia, nie potrafimy zająć się niczym innym, jesteśmy zmęczeni, rozbici, często płaczemy. Pojawia się napięcie, trudności ze snem, odpoczynkiem. Czasem wystarczy kilka spotkań, kiedy dzieje się coś bardzo trudnego, na przykład odczuwamy rozdzierającą rozpacz po stracie ciąży, aby znaleźć ujście dla takich uczuć, móc o nich powiedzieć. Nieprzeżyte emocje, od których się odcięliśmy, powodują kolejne problemy.

Lepiej pójść do psychologa razem czy oddzielnie?

Wszystko zależy od tego, jak każde z partnerów to przeżywa. Czego potrzebuje – czy wspólnego rozwiązywania problemu, czy też może przepracowania go w pojedynkę.

A co mogą dać parze grupy wsparcia?

Przede wszystkim poczucie, że nie jest sama, ale także realną pomoc. Dla każdego z nas bardzo ważne jest bycie członkiem jakiejś społeczności. Z jednej strony możemy skoncentrować się na naszych problemach, rozładować frustrację, a z drugiej – uświadomić sobie, że istnieje wiele innych obszarów naszego życia godnych zainteresowania.

W grupach wsparcia skupiamy się nie tylko na tym, co nas do nich sprowadziło, a co wywołuje wiele intensywnych emocji jak złość czy bezradność (pojawiająca się w związku z sytuacją zawieszenia), ale także nawiązujemy nowe znajomości, opowiadamy sobie o naszych doświadczeniach i planach. W grupie możemy także porozmawiać o innych perspektywach patrzenia na trudności i rozwiązywania ich, obserwować pozostałych członków, co może pomóc w zaakceptowaniu problemu, radzeniu sobie z trudnościami i zauważaniu innych ważnych rzeczy, które dzieją się w naszym życiu.

Katarzyna Płaza - Piekarzewska

Położna i Certyfikowany Doradca Laktacyjny. Tworzy portal i blog ZapytajPolozna.pl, na którym porusza tematykę ciąży, porodu, karmienia piersią i macierzyństwa oraz niepłodności.