Przejdź do treści

Małgorzata Halber : Częścią doświadczenia ludzkiego jest to, że częściej ci smutno, niż wesoło

629.jpg

Rozmowa z dziennikarką, autorką facebookowego komiksu o depresji – Bohatera i pisarką, która wkrótce wydaje pierwszą książkę pt. „Najgorszy człowiek na świecie”.

Czy osobom dobrze wychowanym jest trudniej na świecie?

Obawiam się, że tak. Kojarzysz taką piosenkarkę, która nazywa się Azealia Banks? W zeszłym roku, kiedy dopadł mnie kolejny dół, stwierdziłam: Jak ja bym chciała robić wszystko tak, jak Azealia Banks. Ona nie jest dobrze wychowana. Ona jest wszystko, tylko nie dobrze wychowana. Jest bezczelna, pyskata, nie zastanawia się, czy to, co mówi jest głupie. Ja jej zazdroszczę. Wiesz, to są takie proste przykłady. Jeżeli starasz się toczyć z kimś jakąś dyskusję i ten ktoś obraża cię albo uderza poniżej pasa. Nie wiem, kto jest autorem tej anegdoty, ale chyba Kałużyński – właśnie chciał podyskutować na poziomie z jakimś kolegą na uniwersytecie, kiedy ten mu odpowiedział: Tak? A tobie śmierdzi z gęby! To jest właśnie ten problem, który ma w tym momencie osoba dobrze wychowana, bo z takim argumentem nie będzie w stanie polemizować. To jeszcze pogrąża ją w oczach obserwujących.

W takim razie, w jaki sposób przekaz dotyczący osiągania sukcesów wpływa na odczuwanie trudności – nie tylko przez dobrze wychowanych?

W stu procentach! Spalmy wszystkie książki, mówiące, jak osiągnąć sukces! Stefan Chwin w wywiadzie – to jedna z najmądrzejszych rzeczy, jakie czytałam – powiedział: Czego my uczymy te dzieci w szkole? Że musisz być pierwszy. W klasie jest 31 osób. Pierwsza będzie jedna. Co z pozostałymi trzydziestoma? Oni nie będą pierwsi, to jest niemożliwe. Czytałam też fajny felieton Macieja Sieńczyka na „Dwutygodniku” – on napisał o tym, jak mu się przez tydzień wydawało, że dostaje nagrodę Nike. Był tym bardzo przejęty i pisze szczerze, obnażająco. Pomyślałam, jaki to jest super temat dla popkultury: co się dzieje z ludźmi, którzy zajmują czwarte miejsce. Ich jest więcej! Jeżeli więc miałabym odpowiedzieć krótko na twoje pytanie, dotyczące propagandy sukcesu: Spalić! Polecam zestawy interaktywnych ćwiczeń Keri Smith: Zniszcz ten dziennik, Brud, To nie jest książka. Smith na Flickerze umieściła coś, co się nazywa Manifestem Buntownika. On ma dwanaście punktów, w tym: „Trać czas”, „Dużo się włócz”, „Pamiętaj, że zrobienie czegokolwiek jest potwornie trudne”. Tym powinny być zastąpione wszystkie historie, mówiące o sukcesie.

Ty z kolei powiedziałaś, że największy sukces osiągnęłaś w najgorszym roku życia.

To był rzeczywiście najgorszy rok: nie mogłam znaleźć pracy, imałam się różnych zajęć. Chciałam podejść do sprawy ambitnie, chciałam pisać i okazało się, że albo piszę za mądrze albo z kolei, że za głupio. Jakieś pomysły na programy nie wypalały. I tak się ciągnęło 12 miesięcy, jeszcze mnie chłopak zostawił.  W pewnym momencie przestałam wstawać z łóżka. Najgorsze było myślenie: Kurde, tak się staram i się nie udaje, więc muszę być beznadziejna.  Tak strasznie nie wiedziałam już co mam zrobić i nagle zaczęłam rysować Bohatera. Jego uważam za swój największy sukces dlatego, że zdarza mi się coraz częściej, że ktoś do mnie podchodzi i mówi mi „Cześć, bo ja cię znam” i już nie z telewizji.  Okazuje się, że z doła i siedzenia na fejsie może też wyjść jakaś nowa jakość. Wszystkie te obrazki są szczere, tak dokładnie się czuję i wiem, że to pomaga, kiedy okazuje się, że nie tylko ty tak masz.

Czy po tym roku doszłaś do jakiegoś poziomu równowagi?

(Śmiech) Absolutnie nie. Chodzę na terapię, jestem na lekach. Napisałam książkę, udało mi się spełnić marzenie mojego życia, zaraz wyjdzie w super wydawnictwie. Dostaję informację, że jestem spoko. Mam bardzo fajnego narzeczonego, który mam nadzieję, będzie moim mężem. Mam swoje mieszkanie. Ale nie! Każdego dnia coś takiego wymyślę, że przed dwie godziny siedzę przerażona, że czegoś nie zrobiłam, popełniłam jakiś błąd, i tylko jeszcze się nie zorientowałam jaki to błąd, ale na pewno zaraz się okaże. Staram się jednak pracować nad jakimś remedium, ponieważ niedługo będę miała 36 lat i np. chciałabym mieć dziecko. Do tego czuję, że potrzebne jest załatwienie pewnych problemów.

Wiesz,  jak kuracja lekowa wpływa na zachodzenie w ciążę i na jej przebieg?

Nie. Nie interesowałam się tym, chociaż z tego, co wiem antydepresanty nie wpływają na ciążę. Nawet wiem bardzo dobrze, bo moja znajoma spodziewa się trzeciego dziecka i pomiędzy ciążami brała leki.   A ja dojrzałam do takiego momentu w swoim życiu, że chcę mieć dziecko.  Nie dlatego, że należy je mieć. Myślę, że oprócz posiadania tytułu magistra oraz własnego mieszkania, chyba nie ma takich rzeczy wobec których czuję, że powinnam je mieć. Wszystko załatwiłam. Potwornie mnie zachwyca sama biologiczna możliwość tego, że ja jako osoba żyjąca mogę mieć w brzuchu inną istotę, która powstaje z niczego, której nie było wcześniej. To jest gigantyczny eksperyment biologiczno-metafizyczny. Potem powstaje zupełnie nowy człowiek. Odrzucając całą wiedzę, to jest absolutnie imponujące i zachwycające. Byłoby słabo, gdybym nie mogła z tego skorzystać. I potem jeszcze z tego, żeby poznać zupełnie nowego człowieka. Zdaję sobie sprawę, że wychowywanie dziecka jest delikatnie mówiąc ciężką sprawą, ale żałowałabym, gdyby takiej osoby, która miałaby geny moje i mojego narzeczonego, zabrakło. Z samej ciekawości, co wyniknie z połączenia tych genów. Aspekt wyjściowy jest biologiczny, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, jest to  niesamowite.

A co ci dało doświadczenie depresji?

Nic. Dodaje tylko tyle, że będziesz bała się, że jeszcze raz w to wejdziesz. To nie jest w żaden sposób romantyczne,  oczyszczające ani wspaniałe. Mam duży problem z udawaniem silniejszej, niż jestem w rzeczywistości – jeśli więc czegoś mnie to nauczyło, to tego, żebym trochę zbastowała, była dla siebie bardziej wyrozumiała. Słabo mi to wychodzi. To nauka na całe życie.

Bohater ma depresję i też zwraca uwagę na ten problem.

Mój kolega ze studiów, Tomasz Stawiszyński, napisał na ten temat książkę i sporo artykułów. On ma taką teorię, która mówi, że nam współczesny świat nie pozwala być smutnymi i dopiero potrzebujemy etykietki depresji, żeby móc się usprawiedliwić z tego smutku, który czujemy. A bardzo często zdarzają się nam sytuacje, wymagające okresu żałoby, jeżeli coś stracimy. Na przykład rozstaniemy się z partnerem. Dobra rada, która się najczęściej pojawia brzmi: „Stary, teraz możesz się wyszaleć! Musisz pójść w tango” albo „Klin klinem”, czy „szkoda życia!”.  Co to jest za rada dla kogoś, kto poświęcił cząstkę siebie, wszedł w bliskość emocjonalną i nagle ona się rozpada? Nie można nad tym przejść do porządku dziennego, no chyba, że to było nieważne, ale jeżeli było ważne, to udawać, że mnie to nie boli, to jest największa zbrodnia, jaką można sobie zrobić. Generalnie wydaje mi się, ze brakuje przyzwolenia, by mówić o trudnościach. Nie musi być to wielki dzwon, że nie wstajesz z łóżka. Ja nie wstawałam z łóżka przez miesiąc, a i tak, gdybyś spytała, czy stwierdziłam, że mam depresję kliniczną – biorę leki, oczywiście – to ja nie wiem.  Wiem tylko, że znajdowałam się w stanie, w którym miałam silne autodestrukcyjne myśli. Nie czułam się smutna – smutek jest ok –ja chciałam siebie zniszczyć, zdetonować się tak, żeby mnie nie było. I to jest groźne tak naprawdę.  Bardzo długo nie wiedziałam, że można o tym mówić. Praca przed kamerą wymaga od ciebie żebyś była wesoła, fajniejsza niż normalnie. A ja sobie ze wszystkim nie radziłam: ze studiami, rodzicami. Tylko życie polega m.in. na tym, że sobie nie radzisz, zresztą każdy sobie radzi tak jak umie.

Co sprawiło, że poszłaś do psychiatry?

Byłam strasznie nieszczęśliwa i samotna, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Czułam się bezsilna, nie radziłam sobie, nie wiedziałam, co się dzieje. Chciałam, żeby ktoś mnie posłuchał. I pomogło.

Leki czasem nie wystarczą.

 Osobiście, nie wierzę tylko i wyłącznie w terapię farmakologiczną. Nie wierzę w to, że ktoś czuje się gorzej, zacznie brać antydepresanty – będzie super. One powodują, że w ogóle zaczynasz rozmawiać o tym, co ci się dzieje. Jestem wielkim zwolennikiem psychoterapii, przy jednoczesnym bardzo dużym poziomie świadomości osoby, która na nią idzie. Żeby wiedziała, co to jest. Niestety z tym jest trochę słabo, czyli nie wiadomo, że po pierwsze, są różne szkoły, po drugie – masz prawo zapoznać się ze swoim terapeutą, on powinien powiedzieć ci, jak cię będzie leczył i jaki ma plan na ciebie. Musisz się z nim ułożyć. To osoba, z którą będziesz bardzo blisko i której będziesz się zwierzać, która – czy tego chcesz czy nie – będziesz  ją traktować jako autorytet albo jak przyjaciela, to zresztą będzie w ramach samego procesu ulegało zmianie. Dobra psychoterapia pokazuje ci, że w ogóle istnieje inny punkt widzenia niż twój i – moim zdaniem – że  nie ma czegoś takiego jak dobre lub złe zachowanie, tylko jest zbieranie doświadczeń. I uczy czuć, rozpoznawać, co się z tobą dzieje i że to, co czujesz jest w porządku. Każdemu by się to przydało, bo każdy jest zwichrowany, dotknięty. Moim zdaniem, to pomaga mądrzej żyć i być dla siebie bardziej wyrozumiałym. Dla innych też. Jestem też zwolennikiem psychoterapii grupowej. Przeszłam to i napisałam o tym w swojej książce. Uczestniczenie w niej było najmocniejszym doświadczeniem życiowym – zdałam sobie sprawę, że inni mają takie same problemy jak ja.

Co byś im powiedziała?

Po pierwsze, powiedziałabym im, że nie mają się czego wstydzić i nie są same. Częścią doświadczenia ludzkiego jest to, że częściej jest ci smutno, niż wesoło. Powiedziałabym, że to w porządku. Jeśli o mnie chodzi, to przez całe życie byłam odludkiem – też dlatego, że pracowałam w telewizji – i nie wiem, jak to się stało, ale po 30-ce poznałam cztery super laski, o których mogę spokojnie powiedzieć, że są moimi przyjaciółkami. Jedna jest żoną mojego byłego chłopaka, drugą spotkałam na imprezie, trzecią – na koncertach, a czwartą też właściwie przez przypadek. Czasami trzeba po prostu strasznie długo czekać.

Wydajesz się bardzo odważna, mówiąc o tym wszystkim. Czym według Ciebie jest zatem odwaga w życiu publicznym?

To trudne pytanie. Ja po prostu mówię, co myślę. Zawsze byłam buntownikiem, takim punkowcem, rebeliantem. To wynikało też z tego, że byłam przyzwyczajona długo do niezależności, do tego żeby postępować i myśleć po swojemu.  Mama mnie też tego uczyła. Dla mnie było to naturalne, że jak widzę jakąś jawną bzdurę, np. jest apel i trzeba napisać po nim wypracowanie, więc wszyscy piszą, że było super i tak dalej. A tam naprawdę ktoś się jąkał, był jakiś słaby występ taneczny – to tak właśnie pisałam. Wychowawczyni wezwała moją mamę i powiedziała: Pani Halino, niech pani uważa na córkę, bo mogą być z nią problemy. W ogólniaku natomiast miałam obniżone zachowanie, z czego byłam bardzo dumna. Zatem odwaga w życiu publicznym może jest umiejętnością mówienia tego, co się myśli i publicznego przyznawania się do błędów. 

Polecamy Bohatera na Facebooku oraz książkę „Najgorszy człowiek na świecie”, która ukaże się 28 stycznia, nakładem wydawnictwa Znak

fot. mat.prasowe Viva Polska

Karolina Błaszkiewicz

dziennikarka. Związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami i z natemat.pl

Kilka sposobów na przetrwanie TYCH dwóch tygodni

dwa tygodnie po zapłodnieniu

Gdyby próbować wskazać najtrudniejszy moment w długim procesie leczenia niepłodności, pewnie  byłby to okres dwóch tygodni pomiędzy transferem a pierwszym testem ciążowym lub badaniem krwi. Dwa tygodnie, kiedy właściwie  kobieta jest w dziwnym stanie ciąży-nie- ciąży. Ma w sobie zarodek, w jakimś sensie jest więc w ciąży, a jednocześnie nie jest to stan faktyczny ani tym bardziej pewny.

Co jest również szczególnie trudne, to fakt, że po wielu tygodniach intensywnych działań i aktywności, nagle nie może robić nic. Bywa, że kobiety zalecenie odpoczynku traktują literalnie i rzeczywiście zastygają w bezruchu, jakby to miało utrzymać zarodek. Trudno ten czas wykorzystać na coś przyjemnego czy konstruktywnego, na zajęcie się sobą. W mniejszym stopniu okres ten jest trudny również dla kobiet, które naturalnie starają się o dziecko lub też przeszły procedurę IUI.

Warto więc przygotować się na okres. Być może będzie łatwiej go przetrwać, nawet jeśli nie uda się go przyspieszyć ani skrócić.

1. Nie próbuj diagnozować symptomów

Ciało podczas leczenia przechodzi wiele. Jest nakłuwane, rozcinane, oglądane. Trzeba przyjmować wiele leków, które mają wiele skutków ubocznych. Dlatego też objawy, które pojawiają się po transferze mogą mieć bardzo wiele przyczyn. Mdłości na tym etapie prawdopodobnie niestety nie oznaczają wczesnej ciąży. Podobnie jest z bólami. Przede wszystkim więc nie należy szukać diagnoz w Internecie, ponieważ ten sam objaw może oznaczać coś zupełnie innego w zależności od indywidualnej sytuacji pacjentki.

Powstrzymywanie się przed samodiagnozowaniem w Internecie jest w tym czasie szczególnie trudne, ponieważ właśnie wtedy kobieta czuje się szczególnie zagubiona i samotna. Również dlatego, że zostaje na te dwa tygodnie pozbawiona regularnego kontaktu z lekarzem prowadzącym i jedyne, co może, to czekać.

Wyjątek od tej reguły stanowi ryzyko przestymulowania. O ile więc to ważne, żeby nie nadinterpretować, nie należy również lekceważyć takich objawów, jak bardzo silny ból, krwawienie, czy wyjątkowo dokuczliwe mdłości.

2. Odłącz się od Internetu

A przynajmniej warto powstrzymać się przed czytaniem historii o wczesnych ciążach, objawach, czy poronieniach. Może to być dobry czas, żeby zweryfikować, do czego tak naprawdę używamy Internetu, ile czasu w nim spędzamy. Z jednej strony kontakty internetowe mogą być bardzo pomocne i rozwijające, nierzadko udaje się je przenosić do rzeczywistości. Jednak z drugiej media społecznościowe są miejscem, w którym kwitnie fantazja i narcystyczna kreacja. Na wakacje jedzie się wyłącznie w wyjątkowo piękne miejsca, a dzieci są zawsze piękne i grzeczne. Rzeczywistość można dowolnie tworzyć i chętnie z tego korzystamy. Dla osoby tuż po serii bolesnych zabiegów i w okresie naznaczonym przede wszystkim wątpliwościami i niepewnością, takie zderzenie może być bolesne.

3. Znajdź wsparcie

Nie inaczej. Przede wszystkim. Warto korzystać ze wsparcia partnera, ale też trzeba pamiętać, że jego zasoby – z oczywistych powodów – są w tym momencie ograniczone. Być może uda się znaleźć inne kobiety mające podobne doświadczenia na koncie. Często nawet nie trzeba podejmować specjalnego wysiłku, ale zwyczajnie przestać się ukrywać. Ludzie są obok i czekają, jeśli da się im szansę.

4. Nazwij swoje uczucia

Może się to wydać dziwne początkowo, ale ma wiele korzyści. Jest to technika wykorzystywana na przykład w medytacji. Pozwala się zatrzymać i przedefiniować to, co o sobie i swojej sytuacji myślimy. Zamiast trwać w łańcuchu myśli: Nie uda mi się. Źle to zrobiłam. Jestem beznadziejna, można pomyśleć: Boję się. Zależy mi na tym, żeby się powiodło. Przywraca to zgodę na uczucia, również te trudne, sprawia że są bardziej prawdziwe, a jednocześnie możliwe do przeżycia.

5. Pozwól sobie na smutne dni

Czyli tak naprawdę nie ma sensu udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest. Smutek nie oznacza przyznania się do porażki, nie jest też jej antycypowaniem. Jest elementem rzeczywistości i życia psychicznego. Jest wreszcie zdrową i naturalną reakcją na trudne wydarzenia, które przecież miały miejsce. Nie idzie wreszcie o pogrążanie się w smutku, ale na zgodę jego obecność.

6. Defensywny pesymizm[1]

Metoda znacznie mniej kontrowersyjna niż może się początkowo wydawać. Jej zwolennicy namawiają do „ostrożnego optymizmu”, do nastawienia się na jak najbardziej realistyczne rozwiązania. Być może ciąża pojawi się za dwa tygodnie, ale jest bardziej prawdopodobne, że zajmie to kilka miesięcy. Namawiają również do ograniczenia oczekiwań. Natomiast dla osób z natury nadmiernie optymistycznych, metoda ta może urealnić sytuację.

W gruncie rzeczy nie ma jednego i pewnego sposobu na przetrwanie tych dwóch tygodni. Dramat polega na tym, że często te dwa tygodnie zdarzają się wiele razy w życiu kobiety, cyklicznie i nie wiadomo, kiedy ta sytuacja się zmieni. Tym ważniejsze jest więc dobre radzenie sobie i pozostanie otwartym na te formy wsparcia, które są dostępne.

[1] https://www.cda.pl/video/14928300

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Dr Karina Sasin nominowana do nagrody „120 under 40” – „Chciałabym pomóc jak największej liczbie osób, których prawa są łamane” – GŁOSUJMY!

Karina Sasin

Młodzi ludzie wkraczający w świat nauki nie zawsze mają prostą drogę do przebycia. Tym bardziej jeśli tematyka, którą się zajmują, wzbudza wiele kontrowersji – zdrowie reprodukcyjne zdecydowanie taką dziedziną jest. Nasza redaktorka naukowa, dr Karina Sasin, nie boi się jednak otwarcie pisać zarówno o kwestiach medycznych, jak i społecznych aspektach tego właśnie tematu.

Dr Karina Sasin nominowana została do nagrody „120 under 40”, która jest międzynarodowym projektem mającym na celu wsparcie młodych działaczy i naukowców. Jej nominacja dotyczy kategorii media, a to właśnie redakcja „Chcemy Być Rodzicami” jest jedną z przestrzeni, w których publikowane są teksty Kariny Sasin. Więcej o samym konkursie pisaliśmy już na naszym portalu. Dlaczego? Bo wszystko zależy od naszych głosów! >>KLIK<<

O tym dlaczego właśnie to nauka skradła serce dr Sasin, dlaczego tak ważna jest dla niej dyskusja o zdrowiu seksualnym i co sądzi o samej nominacji? Oto rozmowa, która wiele wyjaśnia.

Jestem ciekawa, czy spodziewałaś się nominacji? Wcześniej miałaś już kontakt z tą nagrodą, czy może było to dla Ciebie zaskoczenie i coś zupełnie nowego?

Karina Sasin: O nagrodzie dowiedziałam się, gdy zostałam do niej nominowana. Było to dla mnie dużym, acz miłym, zaskoczeniem. Z samą Fundacją Bill’a i Melindy Gates’ów miałam do czynienia w trakcie praktyk studenckich w WHO, jednakże wtedy działalność Fundacji skupiała się głównie na zapewnieniu edukacji seksualnej i dostępu do antykoncepcji w najbiedniejszych krajach Afryki i Azji. Sam projekt „120 Under 40″ jest nową inicjatywą, pierwsza edycja miała miejsce dopiero rok temu.

Z Twoich tekstów wnioskuję, że ścieżka naukowa jest dla Ciebie nie tylko sposobem na rozwój osobisty, ale też widzisz w niej misję. Czy masz poczucie, że rzeczywiście nauka może być bliska codziennym problemom? Wiele osób uważa bowiem, że bardzo trudno jest ją pogodzić z realnym życiem.

Nie da się rozdzielić nauki od aspektów klinicznych, czy społecznych. W zakresie planowania rodziny, do którego WHO włącza również leczenie niepłodności, obecnie standardowe metody leczenia jak inseminacja, czy IVF nie byłyby możliwe bez badań laboratoryjnych na zwierzętach, a później walidacji poszczególnych metod leczenia w badaniach klinicznych i epidemiologicznych.

Gdyby nie badania biochemiczne nad hormonami płciowymi na początku XX wieku, nie byłoby antykoncepcji hormonalnej, a badania kliniczne od lat 60. pozwoliły wielokrotnie zmniejszyć dawkę estrogenu, czyli poprawić bezpieczeństwo i komfort stosowania, przy równie wysokiej skuteczności w zapobieganiu ciąży. Zaś dane epidemiologiczne pozwoliły nam wyodrębnić, które pacjentki nie powinny stosować tego typu antykoncepcji ze względu na ryzyko zakrzepicy.

Bliski memu sercu przykład na nierozłączność nauki i praktyki klinicznej to przeszczepy macicy. Zaczęło się od poznania grup krwi, zgodności tkankowej i odkrycia leków immunosupresyjnych. Później lata doświadczeń na zwierzętach, które doprowadziły do narodzin siedmiorga dzieci przez kobiety, którym nie dawano nawet najmniejszej szansy na macierzyństwo.

Chciałabym też dowiedzieć się, co aktualnie jest dla Ciebie ważniejsze – kwestie stricte medyczne, czy może aspekty społeczne? A może jest to dla Ciebie nierozerwalne?

Jak już wcześniej wspomniałam jest to mechanizm naczyń połączonych. Uważam, że nie byłabym dobrą aktywistką bez wiedzy naukowej dającej mi mocne argumenty w dyskusji nad prawami reprodukcyjnymi, jak również nie czułabym się spełnioną naukowczynią nie czyniąc pożytku z mojej wiedzy i umiejętności.

Zastanawiam się także, jakie masz teraz plany? Co jest aktualnym celem młodej, odważnej lekarki, aktywistki?

W moim zwariowanym życiu dzieje się tak wiele, że trudno jest mi wyodrębnić jeden główny cel. Staram się, by wszystkie moje działania zawodowe zwiększały świadomość społeczną na temat zdrowia reprodukcyjnego i związanych z nim trudności emocjonalnych, które są albo pomijane (w przypadku niepłodności lub nieprawidłowej opieki okołoporodowej) lub wyolbrzymiane (te związane z aborcją).

Moim drugim, równie ważnym, jest wspólny z moim partnerem projekt pt. „dzieciorobienie”, który z uwagi na to, że urodziłam się z zespołem MRKH (wrodzony brak macicy) jest bardzo trudny i wymagający. Jednakże mamy nadzieję, że dzięki doświadczeniu koleżanek i kolegów naukowców-lekarzy osiągniemy sukces, czyli mówiąc w skrócie, za rok lub dwa urodzę własne dziecko.

Na co dzień żyjesz w Szwecji. Dlaczego właśnie ten kraj – może wyniknęło to z poczucia, że nie mogłabyś na takim samym poziomie wykonywać pracy naukowej, medialnej i edukacyjnej tu, w Polsce?

Od zawsze byłam wprost zakochana w Szwecji, więc wybór kraju, w przeciwieństwie do samej decyzji o emigracji i jej przyczynach, był oczywisty. Nasz północny sąsiad zapewnia każdemu chcącemu kontynuować naukę, czy rozpocząć pracę, równy start: bezpłatny kurs szwedzkiego, naukę na uniwersytecie, darmową i bardzo dobrą opiekę zdrowotną oraz wsparcie na rynku pracy dla nowych emigrantów. Czy mogłabym robić to samo w Polsce? Pewnie tak, gdyż wyjechałam głównie z przyczyn osobistych, a nie zarobkowych, jednakże tutaj mam poczucie stabilności i wsparcia socjalnego na wypadek choroby, wypadku czy utraty pracy.

Również szeroko pojęta „normalność” bardzo ułatwia życie. Tu każdy zajmuje się sobą i swoim życiem, a politycy i kler nie ingerują w życie seksualne obywateli, jak to ma miejsce w Polsce. Ludzie wzajemnie szanują swoją autonomię i prawo do decydowania, a fakt, że ktoś poddał się aborcji, czy ma dziecko urodzone dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu nie wzbudza żadnych negatywnych emocji. W Polsce pod rządami PiS, czyli w państwie coraz bardziej totalitarnym, przeraża mnie cenzura oraz wzrost nastrojów antysemickich, dlatego nie widzę możliwości powrotu dopóki aroganccy „władcy macic” z jedynym słusznym katolickim sumieniem narzucają obywatelom swój światopogląd i wyznanie.

Czyli rozumiem pozostaje nam trzymać kciuki? Czy może bardziej sprawczo, jak na aktywistkę przystało, powiedziałabyś raczej: „wziąć sprawy w swoje ręce”?

Tak jak napisałam w felietonie do czerwcowego numeru magazynu, warto zastanowić się i rozważyć we własnym sumieniu, czy chcemy legitymizować naszymi podatkami działania obecnego rządu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma możliwość emigracji, jednak naszemu pokoleniu jest zdecydowanie łatwiej „strzelić focha” niż na przykład naszym rodzicom. Członkowstwo w Unii Europejskiej daje mam wprost nieograniczone możliwości realizacji planów i marzeń zawodowych w innych krajach UE. Od wyjazdów na Erasmus’a na studiach, poprzez staże i praktyki, skończywszy na uznawalności wykształcenia i uprawnień zawodowych.

Kolejnym dobrodziejstwem Unii, który Polki i Polacy mogą całkowicie legalnie użyć do sabotowania zindoktrynowanej opieki zdrowotnej jest możliwość leczenia za granicą na koszt NFZ. W tym zakresie wiele krajów oferuje bardzo dużą przychylność, np. Szwedzkie szpitale oferują możliwość korzystania z usług z zakresu zdrowia reprodukcyjnego (antykoncepcja, aborcja, poradnictwo, leczenie specjalistyczne) na podstawie karty EKUZ. Mam nadzieję, że niedługo takie postępowanie, na wzór sprzeciwu wobec „global gag rule” prezydenta Trumpa, stanie się standardem we wszystkich krajach wspólnoty jako wyraz solidarności z Polkami ciemiężonymi przez „władców macic” łamiących ich podstawowe prawa człowieka.

Słyszę o planach zarówno zawodowych, jak i prywatnych. A co w tym wszystkim może dać Ci doświadczenie bycia laureatką „120 under 40″. Czy otworzyłoby to przed Tobą nowe drzwi? Czy granty, które są tam do zdobycia, będą dla Ciebie rzeczywiście pomocne, masz już na nie jakiś plan?

Mini-grant przewidziany dla laureatów chciałabym przeznaczyć na stworzenie międzynarodowego think-tank’u działającego na rzecz realizacji prawa do zdrowia reprodukcyjnego, ze szczególnym uwzględnieniem dostępu do refundowanego leczenia każdego rodzaju niepłodności. Uważam, że dobro (i zło też) wraca i należy otrzymaną pomoc przekazywać dalej. Ja na swojej drodze zawodowej i w życiu osobistym spotkałam wiele osób, które bardzo pomogły mi w realizacji moich planów i marzeń, więc chciałabym pomóc jak największej liczbie osób, których prawa są łamane. Oddolne inicjatywy pomagające konkretnym osobom są bardzo cenne, jednak ich zasięg jest mocno ograniczony, stąd plan na działania na szczeblu strategicznym: rządów, Komisji Europejskiej i organizacji międzynarodowych takich jak WHO.

bez-tytulukk

karinasas

Chcesz zagłosować? Kliknij >>TUTAJ<<

U góry strony  jest zielony przycisk „vote”, ktory przekieruje do utworzenia konta za pomoca adresu email i umozliwi zaglosowanie oraz opublikowanie linku na FB/Twitter. Dziękujemy za wsparcie dla Kariny ❤ udostępnijcie ten post by zwiększyć szansę Kariny na zwycięstwo ❤

Fot. dr Karina Sasin

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Diagnostyka mężczyzny w walce z niepłodnością – czego można się spodziewać?

diagnostyka mężczyzny

U podstaw leczenia niepłodności leży prawidłowa i szeroka diagnostyka. Dotyczy ona też panów, bowiem jak wskazują dane około, w około 35 proc. przypadków, to czynnik męski jest przyczyną niepowodzeń w staraniach o dziecko. Czego może spodziewać się mężczyzna podczas diagnostyki niepłodności?

Przede wszystkim ważne jest by diagnostyka była wykonana możliwie szybko – czas nie działa na korzyść płodności. Na pewno inaczej wygląda to u par, które ledwie przekroczyły 20 rok życia, a inaczej u tych po 35-tce. Często spotkać się można jednak z mitem, że wiek to problem dotyczący tylko płodności kobiet. Owszem, to one są bardziej narażone na upływ czasu, ale nie tylko: „U mężczyzn, w przeciwieństwie do kobiet, nie ma gwałtownego spadku płodności, ale dochodzi do stopniowego, delikatnego zmniejszania się koncentracji plemników objętości nasienia, a to powoduje, że np. 40 letni mężczyzna potrzebuje więcej czasu, żeby zapłodnić taką samą partnerkę niż 25 latek” – mówił w rozmowie z nami androlog [TUTAJ].

Istotne jest także wykonanie badań w wyspecjalizowanej placówce, w której pracują eksperci zajmujący się tym właśnie problemem. Najlepiej by było to szerokie grono specjalistów – androlog, urolog etc.

Czas start!

Wizyta u androloga rozpocząć powinna się od wywiadu – pytań dotyczących stylu życia, diety, używek, przebytych chorób, zaburzeń danego mężczyzny. Kolejny etap to sprawdzenie ogólnego stanu zdrowia, ale też badanie narządów płciowych. Lekarz może zlecić przy tym dodatkowe badania, takie jak morfologia, czy analiza nasienia.

Sprawdź opis przebiegu wizyty u androloga >>KLIK<<

Podstawowym badaniem nasienia jest seminogram. Pozwala ono sprawdzić koncentrację, ruchliwość, żywotności i budowę plemników, a także ocenę płynu nasiennego. Przed badaniem należy zachować wstrzemięźliwość płciową przez 2-7 dni.

Wykonany może zostać także posiew nasienia w kierunku bakterii i grzybów. Jeśli okaże się, że w danej próbce pojawiają się bakterie, których to ilość może spowodować stany zapalne, wykonywana jest dalsza diagnostyka. Ma ona na celu sprawdzenie, które grupy antybiotyków będą koniecznie do leczenia danego pacjenta.

Badaniem, które może także pojawić się w pracy z mężczyzną, jest między innymi biopsja. „Jeśli gruczoł krokowy jest powiększony, lekarz może zlecić także USG lub biopsję prostaty, badania markerów nowotworowych narządów płciowych (prostaty, jąder, nadnerczy): PSA, fl-HCG, AFP, CEA” – pisaliśmy w naszym portalu.

Należy pamiętać jednak, że każdy przypadek jest indywidualny. Warto zaufać w tym kontekście specjalistom – to oni mają największą wiedzę. Jeśli pojawiają się w nas jakiekolwiek pytania, zadajmy je lekarzowi. Także pytania odnośnie właśnie niezbędnych badań i testów. Należy też pamiętać, że nie zawsze wizyta u androloga powinna wiązać się z chęcią posiadania dzieci. Dobrze jest weryfikować swoją płodność już wcześniej: „To, że wyglądamy jak mężczyzna, mamy sprawne stosunki, dobrą jakość życia seksualnego, wcale nie oznacza, że jesteśmy płodni. To nie jest tożsame” – mówił podczas spotkania w ramach kampanii „Niepłodności nie widać”, androlog dr n. med. Jan Karol Wolski.

Drodzy Panowie, dbajcie o siebie!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Dziś pracujemy o dwie godziny krócej

Kilkaset firm w Polsce weźmie dziś udział w szóstej już odsłonie akcji „Dwie godziny dla rodziny”. Tegoroczne hasło przewodnie to „Gotowanie na rodzinnym planie”. Wielu z nas wyjdzie z pracy dwie godziny wcześniej, by spędzić ten czas z rodziną.

Każdego roku, 15 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rodzin ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych w 1993 roku. Inicjatorem polskich obchodów jest Fundacja Humanites – Sztuka Wychowania.

Polacy to szczególnie zapracowany naród. Zwykle spędzamy w pracy więcej niż osiem godzin dziennie, wielu z nas poświęca także dla pracy rodzinne weekendy. Akcja „Dwie godziny dla rodziny” ma na celu uświadomienie jak wielką wartością jest rodzina, budowanie relacji i dbałość o nie.

Dwie wspólnie spędzone godziny być może nie załatwią problemu, ale mogą nam wiele uświadomić.

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego