Przejdź do treści

KWAS FOLIOWY przed i po ciąży

Każda kobieta, która, współżyje, jest w ciąży lub planuje zajść w nią powinna przyjmować kwas foliowy. Jest on niezbędny dla rozwoju płodu i tego, żeby dziecko było zdrowe.

O kwasie foliowym…

Foliany występują w przeróżnych produktach spożywczych zarówno pochodzenia roślinnego jak i zwierzęcego. Ich bogatym źródłem są zielone warzywa tj. szpinak, brukselka, sałata oraz pełne ziarna zbóż, ale również banany i sok z pomarańczy. 
Pomimo iż mamy dostęp do tych wszystkich produktów, to nasza dieta nadal bardzo często zawiera zbyt mało folianów. W dodatku produkty są wrażliwe na działanie wysokiej temperatury podczas gotowania i pieczenia. Dlatego musimy uzupełniać dietę kwasem pochodzenia syntetycznego.

Konsekwencje niedoboru

Najbardziej odczują je kobiety w ciąży, ponieważ to one mają na niego największe zapotrzebowanie. Okazuje się, że jest on niezbędny do prawidłowego wzrostu komórek i ich reprodukcji. Z kolei jego niedobór może prowadzić do powstania wad ośrodkowego układu nerwowego, a nawet niedorozwój łożyska. Nierzadko jest przyczyną poronień.

W związku z tym zaleca się, by każda kobieta planująca ciążę rozpoczęła suplementację kwasu foliowego pamiętając o tym, że w momencie, kiedy mamy z tym problem powinnyśmy przyjmować większą dawkę. Kontynuując ją do końca pierwszego trymestru. Sugerownym jest, aby wszystkie Panie w wieku rozrodczym, niezależnie od tego czy planują ciążę, stosowały go w dawce 0,4 mg dziennie.

Pamiętaj też o tym, że można wykonać profilaktycznie badanie, aby sprawdzić poziom stężenia kwasu foliowego.

 
Karolina Kryś

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Historia, która daje siłę wszystkim przyszłym mamom! Iwona: „Trzeba walczyć o swoje marzenia”

Fot. Bartek - archiwum prywatne / pexels.com
Fot. Bartek - archiwum prywatne / pexels.com

Droga do upragnionego macierzyństwa nie zawsze jest autostradą – prostą i szybką. Iwonie jej przebycie zajęło niemal cztery lata. Nagrodą za trudy, ogromne cierpienie i twardą szkołę życia jest ośmiomiesięczny dziś syn. Co przeszła i jakie daje rady kobietom w podobnej sytuacji?

„Chcemy Być Rodzicami”: Pani droga do macierzyństwa trwała kilka lat.

Iwona: Zaczęła się w 2012 roku. Na początku  ogóle nie zakładaliśmy, że coś może być nie tak. Kiedy jednak po dłuższym czasie nie było efektów, udałam się do lekarza. Oczywiście nic nie zrobił, tylko kazał czekać. „Natura robi swoje, proszę próbować przez rok i jeśli nic się nie będzie działo, to dopiero wtedy pomyślimy” – usłyszałam. Nie dawałam jednak za wygraną i chodziłam do jednego lekarza, do drugiego. W końcu trafiłam do specjalisty, który już po trzech nieudanych miesiącach zlecił zabieg laparoskopowy – kauteryzację jajników. Przeprowadzono mi też badanie drożności jajowodów. Oczywiście okazało się, że wszystko jest w porządku, ale przez kolejny rok dalej nic się nie działo.

Odwiedzałam kolejnych lekarzy, przeprowadziłam mnóstwo badań, a w międzyczasie dookoła rodziły się kolejne dzieci. Wiadomo, cieszyłam się, ale było mi też przykro, nie wiedziałam jak reagować. Był taki miesiąc, gdy w bliskim mi otoczeniu urodziło się siedmioro dzieci. Emocje były straszne. Gdy byłam z rodziną, cieszyłam się. Wracałam do siebie, płakałam.

Wciąż jednak nie poddawaliśmy się. Dostawałam kolejne leki, które powodowały, że przybywało mi kilogramów. W międzyczasie przeprowadziliśmy też kilkukrotnie badania męża. W jednej klinice wychodziły super, w innej beznadziejnie. Po pewnym czasie byłam już w takiej rozpaczy, że nic mnie nie cieszyło. Nie miałam już siły udawać. Dlaczego to właśnie na mnie padło?!

Wyobrażam sobie, że muszą to być bardzo trudne emocje. Czy jednak żaden lekarz nie był w stanie nic zrobić?

W końcu trafiłam do doktora, który zlecił mi jedno, zmieniające wszystko badanie. Był to test tolerancji glukozy. Proste badanie krzywej cukrowej i insulinowej. Okazało się, że mam insulinooporność. Zaczęłam przyjmować leki hormonalne, stosowałam niesamowicie restrykcyjną dietę i brałam metforminę. Po sześciu miesiącach schudłam 12 kilogramów i udało mi się zajść w ciążę.

Byłam w ciąży sześć tygodni i dwa dni. Miałam wizytę lekarską równo w szóstym tygodniu ciąży, kolejną w dziewiątym. W jej trakcie okazało się, że od 2,5 tygodnia płód jest martwy. Wizyta lekarska była w piątek, niestety dopiero w poniedziałek przyjęli mnie do szpitala. Proszę sobie wyobrazić weekend, który wtedy przeżyłam. Siedziałam w domu z myślą, że mam w sobie martwe dziecko. Nie słuchałam, gdy ktoś mi mówił, że to tylko zarodek i mała komórka. Dla mnie to było dziecko.

Czy mogła pani liczyć na wsparcie i pomoc?

W szpitalu nie ma co mówić. Sama miałam zaaplikować sobie tabletki wczesnoporonne, co było dla mnie prawdziwym koszmarem. Gdy zaś podeszłam do pielęgniarek z pytaniem, co dalej, bo nie wiedziałam czy to stanie się samo, czy może pojawi się ból i potrzebuję leków, dostałam plastikowy kubeczek do wody. Powiedziano mi tylko, że mam łapać wszystko do badania. Kompletnie rozwaliło mnie to psychicznie… Stres, wizyty u psychologa, niestety bardzo się załamałam, zrezygnowałam wtedy z pracy. Myślałam, że już sobie z tym wszystkim nie poradzę.

Nie poddała się pani jednak?

Lekarze kazali mi odczekać przynajmniej pół roku, zanim w ogóle zacznę próbować po raz kolejny. Nie dałam jednak za wygraną. Dwa i pół miesiąca później byłam w kolejnej ciąży. To już jest Bartek. Urodził się 25-ego lipca. Ma teraz osiem miesięcy, rozwija się wspaniale i jest bardzo pogodnym dzieckiem.

Fot. Bartek - archiwum prywatne Iwony

Fot. Bartek – archiwum prywatne Iwony

Jest pani przykładem niezwykłej siły!

To prawda, trzeba być bardzo silnym i bardzo zmotywowanym. Niestety żyjemy w takich czasach, że należy samemu o wiele kwestii zadbać. Nie było tak, że chodziłam do lekarzy i czekałam aż oni mi coś mądrego powiedzą. Przeczytałam mnóstwo artykułów na tematy dotyczących mnie problemów. Sama prosiłam o badania, które uważałam, że są ważne. Sama brałam też leki, które okazywały się pomocne. Konsultowałam to oczywiście z lekarzami, ale inicjatorką byłam ja. Robiłam wszystko, co wiedziałam, że nie zaszkodzi, a może pomóc.

Jeżeli komuś bardzo zależy, to angażuje się całym sobą, tak jak to pani opowiada.

Wszystkie wyjazdy – na wakacje, do rodziny, czy do znajomych, były podyktowane tym, że w danym dniu muszę iść na monitoring. Nieważne było, że właśnie jest piątek i wszyscy gdzieś wyjeżdżają. Jeździłam nawet do innych miast, wszędzie tam, gdzie akurat przyjmował mój lekarz.

Zastanawiam się, jaki ma to wpływ na związek. Domyślam się, że są to niezwykle obciążające momenty.

Mam to szczęście, że mój mąż jest osobą bardzo wspierającą. Zawsze był przy mnie, jeździł ze mną na wszystkie badania i cały czas powtarzał, że będzie dobrze. Był moją ostoją. Mieliśmy oczywiście chwile załamania, chwile kryzysu, bo ile można?! Ile można się starać i dlaczego akurat nam się takie rzeczy trafiają?!

Mówiła pani także o dalszej rodzinie. Czy pojawiała się presja?

Tak, czułam presję. Szczególnie na początku – co, kiedy, jak. Początkowo nic nie mówiłam, trzymałam wszystko w sobie, sama próbowałam sobie poradzić. W pewnym momencie stwierdziłam jednak, że już dość. Trzeba walczyć i co więcej, zmobilizować do tej walki innych.

Rozumiem, że odbija się to nie tylko na życiu jednej osoby, ale na funkcjonowaniu całego otoczenia.

To prawda, na wizytach u rodziców, na kontaktach ze znajomymi. Byłam niemiła i zdaję sobie z tego sprawę. Miałam jednak to szczęście, że każdy mnie rozumiał i wiedział w jakiej jestem sytuacji. Przede wszystkim nie mogę powiedzieć nic złego na mojego męża. On tak samo jak ja bardzo pragnął dziecka i był osobą, która mnie w tym wspierała. Powtarzał, że będzie dobrze.

To bardzo ważne, że była to wasza wspólna walka, bo rozumiem, że tak właśnie było?

Oczywiście, rodzicielstwo było u nas przemyślane i zaplanowane. Mieliśmy warunki do tego, żeby być rodzicami. Nie jesteśmy już nastolatkami, mój mąż ma 37 lat, ja 32. Psychicznie byliśmy gotowi.

A czy są jakieś wskazówki, które udzieliłaby pani innym kobietom w podobnej sytuacji?

Przede wszystkim, nie wolno bać się lekarzy. Nieraz patrzymy na doktora, jak na jakiegoś boga – on mi pomoże! Bardzo często jest to blokujące. Nie potrafimy wydusić z siebie żadnego słowa, bo boimy się, że go wzburzymy, urazimy i wtedy nie mamy już co liczyć na jakąkolwiek pomoc.

Sama miałam na początku takie myślenie. Bałam się, bo przecież to od niego zależy, czy będę matką, czy nie. W którymś momencie doszłam jednak do wniosku, że on jest tutaj dla mnie. Jeśli mam pytania, to je zadaję i chcę dostać odpowiedź.

Nie wierzę w to, gdy ktoś mówi: „Kiedy odpuścisz, to się uda”. Ja do samego końca walczyłam. Oczywiście psychika robi swoje, ale jest bardzo wiele kwestii, które należy wykluczyć. Wiele badań, które trzeba zrobić. Chociażby insulinooporność. Jest to choroba cywilizacyjna, a lekarze wciąż nie kierują na odpowiednie testy. Owszem, mój doktor mnie na nie skierował, ale żaden poprzedni lekarz nawet o tym nie wspomniał.

Gdy dowiedziała się pani o ciąży była już tylko radość?

Skąd, dopiero wtedy zaczął się horror! Ogromny strach o to, czy donoszę dziecko. Jedną ciążę straciłam i cały czas miałam w głowie, że może się to powtórzyć.

A czy rzeczywiście coś się działo?

Nie działo się nic złego, czułam się bardzo dobrze, ale pomimo to miałam w sobie ogromny lęk. Kobiety jadące na USG przeważnie się cieszą, a ja jechałam jakby mieli mnie tam krzyżować. Stres był ogromny. Przed badaniami prenatalnymi nie spałam w nocy, wymiotowałam, nie jadłam, bo tak bardzo bałam się tej wizyty.

Bartek jest jednak na świecie. Widocznie Happy End był pani pisany!

Nie mogło być inaczej. Trzeba walczyć o swoje marzenia.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

„Zmagania z niepłodnością potrafią być wyczerpujące i wstrętne” – 5 sposobów, jak zachować optymizm podczas starań

jak zachować optymizm podczas starań

Radzenie sobie z niepłodnością to często huśtawka emocji – raz pojawia się nadzieja i przypływ nowej energii do walki, za chwilę rozpacz, żal, złość. Każda emocja jest jednak ważna i na każdą powinniśmy znaleźć w sobie przestrzeń. Warto jednak nie dawać się pochłonąć tym najtrudniejszym stanom.

Aela Mass opisuje swoje zmagania z niepłodnością. Ponad trzy lata starań, niezliczone cykle IVF, dwa poronienia i wiele porażek. W niektórych jej wypowiedziach zdają się przeważać związane z tym negatywne stany, które wiążą się wręcz z depresją, o czym pisze na „babble.com”. Pomimo wszystko kobieta postanowiła jednak podzielić się swoimi sposobami na zachowanie optymizmu, co podczas walki z niepłodnością wcale nie jest takie proste.

1. Wyjdź z domu

Idź na spacer, przejdź się po górach, zrób cokolwiek związanego z naturą. W świeżym powietrzu faktycznie jest coś, co oczyszcza głowę i pomaga złapać odpowiednią perspektywę. Zmagania z niepłodnością potrafią być wyczerpujące i wstrętne, a wtedy łatwo jest zapomnieć o otaczającym nas pięknie. Wyjdź, by w tym pięknie po prostu być.

2. Rozmawiaj

Aela słusznie zauważa, że nie wie, jak można z problemem niepłodności radzić sobie w pojedynkę. Ona szczerze przyznaje, że nie byłaby w stanie tego zrobić. Ważne jest mieć kogoś, kto nas wysłucha i wesprze. Jeśli nie czujesz, że byłby to ktoś z twojego otoczenia, może warto byłoby porozmawiać z terapeutą? To także nie jest łatwa relacja, ale może bardzo wiele wnieść do naszego życia i pomóc nie tylko w kryzysach, ale też trudach codzienności.

Zachęcamy pacjentów, żeby byli szczerzy, przekonujemy ich, że trafili w bezpieczne miejsce, w którym będą mogli bez ryzyka, że zostaną ocenieni, wyjawić to, co ich najbardziej boli. Nie zawsze można się otworzyć. Jest to zrozumiałe; zaufanie buduje się z czasem. Zaufanie do kogoś, komu ma się powierzyć swoje tajemnice, ale też do siebie, że wytrzyma się emocje, które muszą się pojawić” – pisała w naszym portalu terapeutka Katarzyna Mirecka.

3. Szalej w kuchni

Eksperymentuj z nowymi przepisami. Odkrywaj nowe smaki. Nie utknij w rutynie. Tworzenie czegoś nowego sprawia cuda dla twojej psychiki i – przynajmniej dla mnie – pomaga odbudować pewność siebie, którą zburzyła niepłodność.

4. Spędzaj czas z przyjaciółmi

Bardzo ważna jest nie tylko szczera rozmowa, ale przede wszystkim czas spędzany z innymi ludźmi. „Zadzwoń do przyjaciół. Idźcie na kręgle. Idźcie na wspinaczkę. Posiedźcie w parku. Pozwól im ze sobą być” – pisze Aela. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Obecność ludzi pomaga złapać inną perspektywę. Pozwala zauważyć, że świat wciąż toczy się dookoła i może być bardzo piękny. Co więcej, przyjaciele chcą w tym pięknie być właśnie z nami. Warto to docenić i korzystać!

5. Pisz

Nie musisz od razu dzielić się ze światem swoimi przeżyciami. Jeśli nie chcesz by na temat niepłodności ktokolwiek z tobą rozmawiał – pisz. Papier przyjmie wszystko, zniesie każde nasze emocje. Smutek, ból, złość, poczucie winy, lęk, samotność. W końcu bardzo trudno jest to wszystko w sobie nosić. Pisanie pozwala wyrzucić z siebie najtrudniejsze słowa. Trzymanie ich w sobie spowoduje tylko narastanie negatywnych stanów, a to wcale nie pomoże w walce o szczęście. Pamiętnik, dziennik emocji, listy do siebie, partnera, przyjaciółki – nawet jeśli niewysłane, potrafią zdziałać cuda.

Znajdź w sobie pozytywną przestrzeń. Nie widzisz jej? Na szczęście mimo wszystko możesz ją w sobie sama stworzyć – tak ważne jest dbanie o siebie!

 

Źródło: „babble.com”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Kilka sposobów na przetrwanie TYCH dwóch tygodni

dwa tygodnie po zapłodnieniu

Gdyby próbować wskazać najtrudniejszy moment w długim procesie leczenia niepłodności, pewnie  byłby to okres dwóch tygodni pomiędzy transferem a pierwszym testem ciążowym lub badaniem krwi. Dwa tygodnie, kiedy właściwie  kobieta jest w dziwnym stanie ciąży-nie- ciąży. Ma w sobie zarodek, w jakimś sensie jest więc w ciąży, a jednocześnie nie jest to stan faktyczny ani tym bardziej pewny.

Co jest również szczególnie trudne, to fakt, że po wielu tygodniach intensywnych działań i aktywności, nagle nie może robić nic. Bywa, że kobiety zalecenie odpoczynku traktują literalnie i rzeczywiście zastygają w bezruchu, jakby to miało utrzymać zarodek. Trudno ten czas wykorzystać na coś przyjemnego czy konstruktywnego, na zajęcie się sobą. W mniejszym stopniu okres ten jest trudny również dla kobiet, które naturalnie starają się o dziecko lub też przeszły procedurę IUI.

Warto więc przygotować się na okres. Być może będzie łatwiej go przetrwać, nawet jeśli nie uda się go przyspieszyć ani skrócić.

1. Nie próbuj diagnozować symptomów

Ciało podczas leczenia przechodzi wiele. Jest nakłuwane, rozcinane, oglądane. Trzeba przyjmować wiele leków, które mają wiele skutków ubocznych. Dlatego też objawy, które pojawiają się po transferze mogą mieć bardzo wiele przyczyn. Mdłości na tym etapie prawdopodobnie niestety nie oznaczają wczesnej ciąży. Podobnie jest z bólami. Przede wszystkim więc nie należy szukać diagnoz w Internecie, ponieważ ten sam objaw może oznaczać coś zupełnie innego w zależności od indywidualnej sytuacji pacjentki.

Powstrzymywanie się przed samodiagnozowaniem w Internecie jest w tym czasie szczególnie trudne, ponieważ właśnie wtedy kobieta czuje się szczególnie zagubiona i samotna. Również dlatego, że zostaje na te dwa tygodnie pozbawiona regularnego kontaktu z lekarzem prowadzącym i jedyne, co może, to czekać.

Wyjątek od tej reguły stanowi ryzyko przestymulowania. O ile więc to ważne, żeby nie nadinterpretować, nie należy również lekceważyć takich objawów, jak bardzo silny ból, krwawienie, czy wyjątkowo dokuczliwe mdłości.

2. Odłącz się od Internetu

A przynajmniej warto powstrzymać się przed czytaniem historii o wczesnych ciążach, objawach, czy poronieniach. Może to być dobry czas, żeby zweryfikować, do czego tak naprawdę używamy Internetu, ile czasu w nim spędzamy. Z jednej strony kontakty internetowe mogą być bardzo pomocne i rozwijające, nierzadko udaje się je przenosić do rzeczywistości. Jednak z drugiej media społecznościowe są miejscem, w którym kwitnie fantazja i narcystyczna kreacja. Na wakacje jedzie się wyłącznie w wyjątkowo piękne miejsca, a dzieci są zawsze piękne i grzeczne. Rzeczywistość można dowolnie tworzyć i chętnie z tego korzystamy. Dla osoby tuż po serii bolesnych zabiegów i w okresie naznaczonym przede wszystkim wątpliwościami i niepewnością, takie zderzenie może być bolesne.

3. Znajdź wsparcie

Nie inaczej. Przede wszystkim. Warto korzystać ze wsparcia partnera, ale też trzeba pamiętać, że jego zasoby – z oczywistych powodów – są w tym momencie ograniczone. Być może uda się znaleźć inne kobiety mające podobne doświadczenia na koncie. Często nawet nie trzeba podejmować specjalnego wysiłku, ale zwyczajnie przestać się ukrywać. Ludzie są obok i czekają, jeśli da się im szansę.

4. Nazwij swoje uczucia

Może się to wydać dziwne początkowo, ale ma wiele korzyści. Jest to technika wykorzystywana na przykład w medytacji. Pozwala się zatrzymać i przedefiniować to, co o sobie i swojej sytuacji myślimy. Zamiast trwać w łańcuchu myśli: Nie uda mi się. Źle to zrobiłam. Jestem beznadziejna, można pomyśleć: Boję się. Zależy mi na tym, żeby się powiodło. Przywraca to zgodę na uczucia, również te trudne, sprawia że są bardziej prawdziwe, a jednocześnie możliwe do przeżycia.

5. Pozwól sobie na smutne dni

Czyli tak naprawdę nie ma sensu udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest. Smutek nie oznacza przyznania się do porażki, nie jest też jej antycypowaniem. Jest elementem rzeczywistości i życia psychicznego. Jest wreszcie zdrową i naturalną reakcją na trudne wydarzenia, które przecież miały miejsce. Nie idzie wreszcie o pogrążanie się w smutku, ale na zgodę jego obecność.

6. Defensywny pesymizm[1]

Metoda znacznie mniej kontrowersyjna niż może się początkowo wydawać. Jej zwolennicy namawiają do „ostrożnego optymizmu”, do nastawienia się na jak najbardziej realistyczne rozwiązania. Być może ciąża pojawi się za dwa tygodnie, ale jest bardziej prawdopodobne, że zajmie to kilka miesięcy. Namawiają również do ograniczenia oczekiwań. Natomiast dla osób z natury nadmiernie optymistycznych, metoda ta może urealnić sytuację.

W gruncie rzeczy nie ma jednego i pewnego sposobu na przetrwanie tych dwóch tygodni. Dramat polega na tym, że często te dwa tygodnie zdarzają się wiele razy w życiu kobiety, cyklicznie i nie wiadomo, kiedy ta sytuacja się zmieni. Tym ważniejsze jest więc dobre radzenie sobie i pozostanie otwartym na te formy wsparcia, które są dostępne.

[1] https://www.cda.pl/video/14928300

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Starali się o dziecko przez 10 lat, dziś są rodzicami… bliźniaków! Joanna: „Nie wolno tracić nadziei”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Starania o dziecko to nieraz wieloletnia walka – ze zdrowiem, z systemem leczenia, z samym sobą. Joanna wraz z mężem walczyli 10 lat. Przeszli setki badań, 7 inseminacji, 3 procedury in vitro. Pomimo trudów i chwil zwątpienia zawsze wierzyli w sukces. I słusznie! Dziś są rodzicami bliźniaków – poznaj ich historię, która daje całą masę pozytywnej energii.

Początek starań był 10 lat temu?

Joanna: Tak, początek był przed dekadą. W pierwszym etapie próbowaliśmy z partnerem naturalnie. I to przez dłuższy okres – trzy lata. Utrudnieniem był fakt, że mąż pracuje za granicą i niestety ma go cały czas tutaj. Mówi się, że jeżeli przez rok starań nie ma dziecka, to znaczy, że już coś jest nie tak. U nas, jak widać, trochę przedłużyliśmy ten okres. Trzy lata starań naturalnych, dopiero po tym czasie udałam się do lekarzy. Najpierw do zwykłych ginekologów – od jednego, do drugiego. Rok zajęło mi takie chodzenie i przyznam szczerze, że podejście lekarzy na których trafiłam, chyba nie było za dobre.

Często słyszy się, że lekarze ginekolodzy „pierwszego kontaktu” nie zawsze profesjonalnie zaczynają pracę z niepłodnością.

Miałam trzech lekarzy, których podejście było praktycznie żadne. Już na wstępie pojawiało się pytanie: „A  co takiego pani robi w tym kierunku?”. Było to żenujące… Dopiero czwarty lekarz podszedł do mnie profesjonalnie. Tylko spojrzał i powiedział, że mam PCO. Kazał mi podnieść brodę, pytał się o owłosienie. Diagnoza była praktycznie od razu, po czym oczywiście miałam różne badania, lekarz chciał się po prostu upewnić i rzeczywiście okazało się, że mam brak owulacji. Mieliśmy później monitorowane cykle, dość długo to trwało. Co jednak ważne, miałam bardzo dobry kontakt z tym właśnie lekarzem. Zyskałam przy nim prawdziwą nadzieję, że się uda, że będzie w porządku, że PCO to nie jest wyrok.

Nadzieja jest bardzo ważna.

Dokładnie, był to prawdziwy lekarz z sercem. Niestety jednak nawet jego serce nie pomogło. Chodziłam do niego półtora roku i w końcu rozłożył ręce. Powiedział, że jego praca się w tym miejscu kończy i proponuje nam klinikę leczenia niepłodności. Minęły już wtedy 3-4 lata odkąd zaczęliśmy się starać, a dziecka dalej nie było.

Nie było na co dalej czekać.

Tak, doktor przyznał, że nie ma co tracić czasu. I to było dobre – nie przeciągał niepotrzebnie sprawy, nie szukał kolejnych badań, tylko wysłał nas do specjalistycznej kliniki. Tak też zrobiliśmy.

W pierwszej klinice, do której trafiliśmy, spędziliśmy rok. Nie przypadła nam ona jednak do gustu. Bardzo źle się tam czułam. Wydawało mi się, że mój problem ich nie interesuje. Zrobili mnóstwo badań, ale z lekarzem nie miałam żadnego kontaktu na płaszczyźnie międzyludzkiej. Zmieniliśmy więc klinikę. W kolejnej trafiłam na bardzo dobrego lekarza, który po przejrzeniu mojej teczki, skomentował: „Kto pani powiedział, że pani nie zajdzie w ciążę?”. Gdy wyszłam z gabinetu byłam w ogromnej euforii! Spędziliśmy w tej klinice 4 lata i to właśnie tam przeszłam siedem inseminacji. To był najcięższy dla mnie okres.

Porusza pani bardzo ważną sprawę – nie są istotne tylko kwestie medyczne, ale też to, co w międzyczasie dzieje się z psychiką człowieka.

To prawda. Czas inseminacji był najcięższy zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża. Podczas pierwszej inseminacji byliśmy nastawieni, że nam się uda! Tym bardziej, że lekarz mówił: „Jasne, jak najbardziej”. Okazało się jednak, że ciąży brak. Druga inseminacja – ciąży brak. Z każdą kolejną, gdy jechałam na betę, to było… ciężkie do opisania. Z jednej strony miałam myśli, że tym razem będzie sukces. Z drugiej, że może jednak los tak chciał i nie będziemy mieć dzieci. Tyle razy już się nie udało… Tak to wyglądało za każdym razem.

Dla mnie inseminacje były gorsze, niż późniejsze in vitro. Być może dlatego, że było ich tak dużo. Non stop robiliśmy dodatkowe badania, do tego strasznie przytyłam, a moje ciało zaczęło się pod wpływem hormonów zmieniać. Nie wiedziałam, czy chcę dalej iść w tę stronę. Nie zrezygnowałam tylko dzięki mojemu mężowi.

Był przy mnie cały czas i mówił: „Uda się, Asia! Próbujmy!”. Na szczęście nasza sytuacja finansowa pozwalała nam na kolejne próby, ale wysiadłam psychicznie. Przy siódmej inseminacji powiedziałam, że już nie chcę. Lekarz zasugerował wtedy byśmy zastanowili się nad in vitro. Kiedy padły te słowa, aż usiadłam.

Usiadła pani z ulgą, czy bardziej z lękiem?

Na początku to było przerażenie. Wiedziałam czym jest in vitro, z czym się wiąże, ale nigdy nie sądziłam, że będzie dotyczyć właśnie mnie. Gdzieś tam w głębi wciąż myślałam, że mamy jeszcze inne szanse, że stanie się jakiś cud i naturalnie uda nam się zajść w ciążę. Zdecydowanie podłamały mnie jednak liczne próby inseminacji.

Przyszliśmy z mężem do domu i zaczęliśmy rozmawiać. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że chyba nie mamy wyjścia. Dlaczego nie? Dla mnie in vitro było i jest z pewnością nadzieją oraz szansą na dziecko. Mieliśmy też to szczęście, że w 2014 skorzystaliśmy jeszcze z „rządkówki”.

Zastanawiam się w takim razie, jak pani patrzy na to wszystko, co obecnie dzieje się wokół in vitro?

Dla mnie, i nie tylko dla mnie, był to ratunek. Po raz kolejny podkreślam, widzę in vitro jako nadzieję i szansę na dziecko, jakie współczesna medycyna dała tysiącom niepłodnych par. Nie wiem o co to całe halo. Dlaczego ktoś ma mi odbierać prawo do bycia rodzicem?

Zaczęła też pani mówić o partnerze. Słyszę, że byliśmy państwo w tym wszystkim razem. Myślę, że jest to duży potencjał w takiej sytuacji.

Bardzo duży. Gdyby mój mąż zrezygnował, gdyby „się rozpadł” i stwierdził, że to nie ma sensu, ja też bym odpadła. Byłam już w takim momencie, że nie wierzyłam w sukces. To on mówił: „Asia, nie może być aż tak źle! Będziemy próbować do skutku!”.

Ma pani poczucie, że te doświadczanie wzmocniły wasz związek, czy jednak były oddalające?

Mój mąż od 14 lat pracuje zagranicą. Wiadomo jak wygląda życie na odległość, ale in vitro i cała ta historia mimo wszystko nas zbliżyła. Oczywiście były momenty, gdy kłóciliśmy się i razem płakaliśmy. Chociaż miałam poczucie, że problem jest po mojej stronie, nigdy nie usłyszałam od niego słów: „To twoja wina”. Być może przeszły mu przez myśl, ale nigdy ich nie wypowiedział. Nigdy też nie stwierdził, że jego chęć posiadania dzieci jest tak silna, że bez nich nie da rady ze mną być.  Mało tego, przyjeżdżał na każde ważniejsze spotkanie, jakie mieliśmy w klinice. Pomimo tego, że dzieliły nas setki kilometrów chciał w tym być i uczestniczyć. To było dla mnie bardzo ważne.

To jest coś, co zapewne daje ogromnego kopa do walki.

Tak. Siła drugiego człowieka, który jest w tej samej sytuacji, jest szalenie pomocna. On mnie najbardziej rozumiał, a wiem, że jemu też było ciężko. Gdy nie udawały się kolejne próby, widziałam łzy w jego oczach. Mówił: „Asia, będzie dobrze”, ale jego głos drżał. Chciał być silny dla mnie. Dziękuję mu za to, że nie przerwaliśmy tego wszystkiego.

Udało się za trzecim in vitro.

Zgadza się. Za pierwszym się nie udało, ale też pierwsze podejście było z dużym spokojem – co będzie to będzie. Za drugim razem miałam już betę prawie 30, więc była radość. Niestety miałam wtedy ciążę biochemiczną, co było ogromnym ciosem. Ile ja łez wylała, gdy beta zaczęła spadać…

Wszystko działo się w ciągu jednego roku. Klinikę przekroczyłam we wrześniu 2014, w październiku rok później podeszłam do trzeciego in vitro. Poprosiliśmy wtedy o dwa zarodki. Musieliśmy to przedyskutować, bo wiadomo jakie mogły być konsekwencje. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na dwa zarodki i dwa zostały.

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Gdy się udało była tylko radość, czy może pojawił się też jakiś lęk?

Oczywiście, że był lęk. Gdy po 12 dniach jechałam na betę, moja głowa była w zupełnie innym świecie. Był strach, była radość, była euforia, milion myśli przelatywało przez moją głowę. Zapytałam nawet czy mogą do mnie zadzwonić z wynikami, bo nie dam rady po nie przyjechać. Kiedy dotarłam do  domu, musiałam iść spać. Emocjonalnie nie funkcjonowałam. Obudził mnie telefon i usłyszałam, że moja beta wynosi 179. Mówię: „Czy pani się czasem nie pomyliła, czy na pewno moje nazwisko tam widnieje?”. Po dwóch dniach kolejne badanie, później dwa pęcherzyki, pierwsze bicie serduszek… wyliśmy jak bobry! To było cudowne!

To mu być niesamowite uczucie. Po tylu latach marzenie staje się rzeczywistością.

Kiedy w 8. tygodniu usłyszeliśmy bicie serduszek przez cały dzień powtarzałam, że nie wierzę. Cieszyłam się tak bardzo, że chciałam fruwać! Dopiero po paru dniach, gdy emocje opadły, pojawił się strach, czy ciąża się utrzyma. Była to ciąża bliźniacza, więc kolejne ryzyko… Był lęk.

Właśnie – bliźniaki!

Gdy decydowaliśmy się na dwa zarodki, braliśmy pod uwagę, że mogą być bliźniaki. Bardziej jednak patrzyliśmy na to pod kątem zwiększenia skuteczności in vitro w ogóle. A tu nagle, dwa podali, dwa zostały. Bliźniaki to początkowy szok: „Co my zrobimy!?”. Myślę jednak, że tak po prostu musiało być. Ten nasz aniołek, który nie dał rady w czerwcu, postanowił wrócić.

Podwójne wyzwanie.

Podwójne wyzwanie, podwójnie dużo roboty, ale jest to coś niesamowitego. Zresztą do dzisiaj zdarza mi się szczypać i sprawdzać, czy przypadkiem to wszystko nie jest snem. Patrzę czasami na nich, gdy śpią. Ta dwójka małych ludzi jest moimi dziećmi, to niesamowite! Maluchy w czerwcu będą miały roczek. Jest ich wszędzie pełno i są cudowne! Mówią już słowo „mama”, co jest nie do opisania.

Po tylu latach musi to być niesamowita nagroda.

Tak, gdy patrzę na naszą historię z perspektywy czasu, myślę sobie, że w sumie nie było aż tak najgorzej.

Czas robi swoje.

Na pewno nie wolno tracić nadziei. Pomimo tego, że miałam zwątpienia, to zawsze była we mnie iskierka, że musi się udać. Mam swój happy end.

ddd

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.