Przejdź do treści

Kobieca intuicja

31.jpg

Przeczytajcie fragmenty artykułu, który ukaże się w pierwszym numerze naszego Magazynu.

Kiedy wymyśliliście, że chcecie mieć dzieci?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

To było tak ze trzy, trzy i pół roku temu, jakiś rok po naszym ślubie. Za mąż wyszłam już po trzydziestce. To jest taki moment dla kobiety, że jeśli chce mieć dziecko, to już wtedy powinna ona o tym pomyśleć. Ja wówczas oczywiście jeszcze tego nie wiedziałam. Mój mąż ożenił się ze mną tuż przed czterdziestką. Pobraliśmy się zatem, będąc już dojrzałymi ludźmi. Każde z nas wiedziało, że chciałoby mieć kiedyś dzieci. I pewnego dnia doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy, żeby nasza rodzina była pełniejsza. Ta decyzja przyszła naturalnie. Przyznam jednak, że pewne znaczenie miało też to, że wielu naszych znajomych też ma już dzieci.

I jakie były Wasze pierwsze kroki, kiedy już podjęliście decyzję o dziecku?

Zabraliśmy się do roboty (śmiech). Czyli odstawiliśmy środki antykoncepcyjne. Powiedziałam też o tym swojemu ginekologowi i on zlecił mi zrobienie wszystkich podstawowych badań. Chodziło o sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku. No i po jakimś pół roku okazało się, że wciąż nam się nie udaje zajść w ciążę. A ponieważ mamy już swoje lata, to tak długi okres niepowodzenia jest wystarczającym powodem do tego, żeby się zainteresować tym, dlaczego tak się dzieje. Mój ginekolog nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Jak sam stwierdził – nie ma do tego wystarczających kompetencji. Poradził, żeby zgłosić się do kliniki leczenia niepłodności.

Tak od razu stwierdził, że jesteś niepłodna?

Ależ skąd. Skierował mnie tam, ponieważ byłam już po trzydziestce i minęło już pół roku starań o dziecko, a ja wciąż nie byłam w ciąży. Dla niego to były wystarczające powody do tego, bym zgłosiła się do kliniki. Tam mieli znaleźć przyczyny, dlaczego tak się dzieje, i mi pomóc.

 […]

Do kliniki NFZ po raz pierwszy poszliście razem czy poszłaś sama?

Poszłam sama. Od razu też się zapisałam na wizytę. Udało mi się to tylko dlatego, że wcześniej zdobyłam skierowanie od zaprzyjaźnionego ginekologa. Poszłam do tego lekarza, który akurat przyjmował. Opowiedziałam całą swoją historię, a on od razu skierował mnie na badanie HSG, a więc badanie drożności jajowodów. Chciał się dowiedzieć, czy w ogóle jest sens robić inseminację. O dziwo, mimo że wszystko się odbywało w klinice publicznej, na badanie HSG trafiłam bardzo szybko. Zapisałam się na nie 20 lutego, a już 4 marca miałam je zrobione. Oczywiście były kolejki i może rzeczywiście czasami w klinice był bałagan – dokładnie taki, jak się o tym mówi – ale muszę też przyznać, że ogólnie rzecz biorąc, wszystko całkiem nieźle funkcjonowało.

I jakie były wyniki HSG?

Wszystko wyszło prawidłowo. Lekarz zapoznał się z badaniami nasienia mojego męża i moimi i uznał, że pierwszym krokiem, jaki należałoby podjąć, powinna być inseminacja. I na koszt NFZ też można było ją zrobić.

I tam ją zrobiliście?

Zrobiliśmy ich nawet sześć. To zresztą było bardzo dobrą wolą tego lekarza, bo z reguły robi się trzy-cztery inseminacje. Z jakichś przyczyn widział szansę na to, że zabieg powinien się udać, mimo że inseminacja ma bardzo mały procent skuteczności. Nie wiem, czy zrobiłabym ich tyle, gdybym musiała za nie płacić.

A powiedz mi, jakie były Wasze reakcje, kiedy pierwsza inseminacja się nie udała?

Za każdym razem się bardzo dziwiliśmy. Być może w momencie, gdyby lekarz zdiagnozował u któregoś z nas poważne schorzenie, tobyśmy się z tym pogodzili. Ponieważ jednak nikt nie znalazł nic konkretnego, a my uważaliśmy, że jesteśmy zdrowi, przyjmowaliśmy wyniki zabiegu z niedowierzaniem.

 […]

Czy lekarz Wam mówił Wam, jaki jest procent powodzenia przy pierwszym in vitro?

Oczywiście. Że to jest ok. 30 do 40 proc. Więc bardzo dużo. Gdybyśmy mówili, że to jest ryzyko zachorowania na bardzo ciężką chorobę, tobyśmy wszyscy się obawiali, że ją będziemy mieli. Kiedy jednak mówimy, że to jest szansa na to, że coś się uda, od razu zauważamy, że jest ona mniejsza niż połowa. A więc znalezienie się w tej grupie większości, której się nie udało, o niczym tak naprawdę nie przesądza. Dlatego bardzo szybko zdecydowaliśmy się na drugie in vitro, tym razem w Białymstoku.

Co tam się wydarzyło?

Pojechaliśmy na rozmowę do jednego lekarza, tego samego dnia byliśmy umówieni z kolejnym, w innej klinice. Potem poszłam do jeszcze innej kliniki. Tam spotkałam się z zupełnie przypadkowym lekarzem, który mi się strasznie nie spodobał. Zlecił mi natomiast jedną rzecz: żebym zrobiła sobie badanie swojej rezerwy jajnikowej. I wtedy się okazało, że jest ona bardzo niska, znacznie poniżej normy. Okazało się nawet, że moja rezerwa jest na wyczerpaniu. I w tym momencie nasze szanse, moje i mojego męża, „wyrównały się”. Jego wspominanie na temat jakości jego plemników stało się wówczas trochę bezsensowne. Kontrargumentowałam wtedy: „Dlaczego plemniki, skoro moje jajeczka są niedobre?”. Wtedy też zaczęłam poszukiwać informacji na temat niskiej rezerwy jajnikowej. I wyszło na to, że jej niski poziom może mieć większy wpływ na niepowodzenia naszych procedur niż jakość plemników, na której się dotychczas koncentrowaliśmy.

Czyli Twoja intuicja, żeby sprawdzić, czy u Ciebie wszystko jest w porządku, okazała się słuszna?

Tak. Niby wszystko działało u mnie jak należy, ale rezerwa była na dużo większym wyczerpaniu, niż optymistycznie zakładał pierwszy lekarz. A tak naprawdę wyniki badań FSH – w tym czasie zaczęłam je sobie robić co miesiąc – za każdym razem pokazywały, że ta rezerwa nie wygląda dobrze. To były wyniki znacznie poniżej normy, nawet moja cztery lata starsza siostra miała większą rezerwę jajnikową.

[…]

Czy ktoś z Wami konsultował liczbę podanych zarodków, czy zrobił to samodzielnie lekarz?

On zawsze mówił o tym, że będą podane dwa zarodki. Nikt mi nigdy nie zaproponował innej liczby, ale wydaje mi się, że gdybym zażyczyła sobie, by podano mi jeden, to pewnie tak by się stało. Na większą liczbę lekarz niekoniecznie by wyraził zgodę. Pamiętam, że do pierwszego in vitro były przygotowywane trzy zarodki i lekarz ustalał ze mną, ile ich podać – dwa czy trzy. Miałam wtedy ogromny dylemat: obawiałam się, że jak zostaną mi podane trzy, to urodzę trojaczki, a tego naprawdę się bałam. Lekarz na szczęście odradzał podanie trzeciego zarodka. Mówił, że jest bardzo złej jakości. Tak rzeczywiście musiało być, bo potem nawet nie chciał go zamrozić.

Czy po podaniu zarodków wydarzyło się coś szczególnego?

Jak zwykle było czekanie, ale tym razem trochę inne. Napięcie było wyraźnie mniejsze, ale w moim przypadku wynikało to z tego, że pesymistycznie podchodziłam do tego, że in vitro się powiedzie. Uważałam, że one się nie przyjmą. Powiedziałam nawet, że kobieca intuicja jest niezawodna, a ja sama nie czuję, żebym była w ciąży. Czułam się dokładnie tak jak po każdym in vitro – poszczególne objawy znałam już na pamięć.

Ale wyszły jednak te dwie kreseczki?

[..]

Odpowiedź Uli i cały wywiad przeczytacie w pierwszym numerze Magazynu Chcemy Być Rodzicami.

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Pracuję z dziećmi a sama ich mieć nie mogę. To takie trudne…

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Nie sądziłam, że problem niepłodności dotknie właśnie mnie. Pracuję z dziećmi w przedszkolu – zawsze marzyłam o własnym. A tu inseminacja a potem in vitro – poznaj historię Anny.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nie sądziłam, że problem niepłodności będzie dotyczył mnie. A jednak. Nawet w okresie dojrzewania, kiedy zaczęłam mieć problemy z regularnym miesiączkowaniem, nie sądziłam, że to może mieć takie poważne skutki. Wtedy, żaden z lekarzy nie powiedział mi, że mogę mieć w przyszłości problem z zajściem w ciążę.

Ja i moja niepłodność…

Niepłodność… towarzyszka życia, z którą zmagam się od 2 lat, ale tak naprawdę zaczęliśmy starać się od dziecko już dużo wcześniej.  Ślub wzięliśmy w czerwcu 2013 roku.

Wiedzieliśmy, że chcemy powiększyć rodzinę. Oboje lubimy dzieci, a ja pracuję w przedszkolu, więc dzieci to mój świat. Wiedzieliśmy też, że chcemy poczekać kilka miesięcy – do końca mojego stażu bądź zacząć starania na chwilę przed jego ukończeniem.

W tym okresie byłam pod opieką lekarza. Nie będą oceniać jego pracy. Wtedy byłam zadowolona – pierwsza wizyta: szczegółowy wywiad, szereg badań do zrobienia i wstępnie postawiona diagnoza – hiperprolaktynemia czynnościowa i zespół androgenny. Stąd moje problemy z miesiączką. Leki brałam systematycznie, wyniki badań poprawiały się a okres był – jak w szwajcarskim zegarku. Gdy w 2014 zasygnalizowałam chęć posiadania dziecka nie przypuszczałam, że od tego czasu zaczniemy z mężem długą walkę o to, o czym marzymy. „System” opracowany przez lekarza nie sprawdził się.

Po stażu miało być dziecko…była wizyta u psychologa

Po skończonym stażu zdecydowałam się na sesje u psychologa, gdyż sądziłam, że stres blokuje mnie.

Pomogło. 6 sesji po których zmieniłam swoje nastawienie do życia i ciąży. Najważniejsze – mąż zmianę zauważył. Moja głowa nie była już tak nastawiona na posiadanie dziecka jak wcześniej.

Mąż namówił mnie na wizytę u innego lekarza, którego jestem pacjentką do dziś. I znów – wywiad, cytologia, biocenoza pochwy, usg od razu i skierowanie na badania drożności jajowodów. Intuicja mówiła mi, że wszystko będzie w porządku i tak było. Po luteinie, którą brałam, żeby mieć miesiączkę regularnie, zaczynał dojrzewać pęcherzyk i wyznaczonym dniem, kiedy powinnam stawić się na kolejne usg. Kilka dni później okazało się, że pękł. Wiadomo, co to oznacza – czekamy kilka dni i robimy test. Nie wyszło. Trudno, pierwsze podejście. Rzadko kiedy od razu udaje się.

Czytaj też: Jak zachować równowagę podczas starań – radzi psycholog

 

Próby próbami, ale in vitro? To był dla nas szok!

Niewiele czasu upłynęło, kiedy zaproponowano nam inseminację, wtedy też usłyszałam, że gdyby w ten sposób nie udało się, to trzeba będzie pomyśleć o in vitro. Zmroziło mnie…

Ja i in vitro? Nie ma możliwości. Nie byłam przeciwna ze względów ideologicznych, tylko byłam przekonana, że mnie to nie dotyczy.

Do pierwszej procedury IVF mieliśmy 3 inseminacje. Moje jajniki nie chciały współpracować na zawołanie. Jeśli mam rozłożyć to w czasie to: październik 2015, grudzień, styczeń 2016 . Przełom maja i czerwca 2016 r., to już czas stymulacji hormonalnej do pierwszego IVF. W czasie punkcji pobrano wiele pęcherzyków, jednak okazało się, że nie każdy posiada komórkę jajową. W ostateczności było ich 3, ale powstał tylko jeden zarodek. Transfer i 2 tygodnie zwolnienia.

Pobranie krwi na Dzień Ojca nie przyniosło sukcesu

Pobranie krwi w Dniu Ojca. Wynik: bHCG – 0,2.  Do drugiej procedury podchodziliśmy pod koniec sierpnia, jednak pęcherzyk po stymulacji było tak mało, że punkcja jajników nie wchodziła w grę i zdecydowałam się na czwartą inseminację. Bezowocną.

Trzecia procedura z innymi hormonami i z wieloma pęcherzykami. Tym razem 13 komórek jajowych, zapłodnionych 6, ale tylko 2 zarodki rozwinęły się do stadium blastocysty. Pierwszy transfer miałam w grudniu – ciąża biochemiczna, drugi w marcu tego roku. Nieudany. Po nim długo zastanawialiśmy się, co robić dalej. Mieliśmy zamrożone oocyty. W ostateczności ustaliliśmy, że robimy przerwę – odpoczywamy, robimy reset od kliniki i leków. To jest czas dla nas. Podjęliśmy też decyzję – ostatni raz na jesieni podchodzimy do IVF.

Jeśli nie uda się z in vitro adoptujemy

Dlaczego in vitro? Dlatego, że wiedzieliśmy, że innej drogi nie ma… tzn jest – naprotechnologia i adopcja. Pierwsza opcja nie wchodziła w grę, bo w nią nie wierzyliśmy. Szkoda nam było czasu na wizyty u lekarzy specjalizujących się w tej metodzie, a adopcja… to jeszcze nie był ten moment. Chciałam poczuć jak to jest być w ciąży… nadal wierzę,  że tak będzie…

POLECAMY:
18 razy straciła ciążę i jest szczęśliwa mamą

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Zbierają pieniądze na in vitro! Dramatyczne apele młodych kobiet

in vitro
FOT: Pomagam.pl

W sieci zbierają pieniądze, by za pomocą in vitro urodzić dziecko. Choroba uniemożliwia im zostanie matką a brak finansów nie pozwala spełnić marzenia o poczęciu dziecka przez zapłodnienie pozaustrojowe.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Dwa różne apele, a łączy je wiele: dwie młode kobiety, które marzą o dziecku błagają w Internecie o pomoc. Choroba pozbawiła ich możliwości naturalnego zajścia w ciążę. Mogą zostać matkami tylko za pomocą in vitro.

 

Moją nadzieją jest in vitro, na które mnie nie stać! – poznaj historię Mai

„Mam na imię Maja, mam 27 lat, cudownego męża, lecz brakuje nam do pełni szczęścia… dziecka – pisze w swoim ogłoszeniu na portalu www.Pomagam.pl pierwsza nasza bohaterka Maja Tomaszewska.

– „Od 7 lat jesteśmy ze sobą. Od 6 lat staraliśmy się, aby nasza nie pełna rodzina się powiększyła, więc zaczęliśmy starania. Na początku  wszystko było dobrze. Snułam już plany na przyszłość i wybierałam imię dla dziecka. Zaszłam w ciążę, jednak nasze szczęście, niestety nie trwało długo. Okazało się że to ciąża pozamaciczna.

W szpitalu leżałam tydzień nie mogłam zrozumieć, dlaczego to mnie spotkało… Lekarz tłumaczył, że nie ma co zwlekać trzeba wziąć się do pracy ponieważ teraz są większe szanse na zdrową ciążę. Ufałam lekarzowi bezgranicznie dlatego staraliśmy się znowu i po miesiącu się znowu udało. Byłam szczęśliwa kolejny raz, lecz znowu nie na długo… okazało się, że to ponownie ciąża pozamaciczna.  Znowu trzeba było znowu wyczyścić wszystko…”.

 

Po usunięciu jajowodów, nie mogę mieć dzieci – pomóżcie!

„Ciężko mi o tym pisać… do dzisiaj zadaje sobie te pytanie, dlaczego padło na mnie?? Lecz nie słyszę odpowiedzi – pisze 27-letnia Maja w swoim ogłoszeniu. – „Ciąże pozamaciczne zostawiły po sobie ślad, w postaci usunięcia jajowodów, a co za tym idzie, nie mogę mieć dzieci naturalnie. Jedynie in vitro daje mi taką szansę”. „Życie mnie nie oszczędziło, dlatego proszę was wszystkich o wsparcie dla mnie… dla nas. Wierzę, że moja historia może mieć szczęśliwe zakończenie – apeluje w serwisie Pomagam.pl młoda kobieta”.

Zdążyć z in vitro przed chemioterapią – poznaj historię 26-letniej Adrianny

Na wrzesień przyszłego roku miała zaplanowany ślub . W sierpniu tego roku pojawiła się diagnoza: nowotwór złośliwy – chłoniak Hodkina.
„Całe życie wywróciło mi się do góry nogami, wszystkie plany, marzenia” – opowiada 26-letnia Adrianna Matel, szczecinianka, która za pośrednictwem portalu Pomagam.pl zbiera pieniądze na swoją walkę z rakiem.

Pieniądze zbiera na zabieg in vitro: pobranie swoich zdrowych komórek jajowych, zapłodnienie ich i zamrożenie. Zostaną wykorzystane, gdy będzie zdrowa. Teraz czeka ją wyniszczająca chemioterapia, po której grozi jej bezpłodność. Pilnie potrzebne jest 15 tysięcy złotych. NFZ nie refunduje leczenia a Adrianna właśnie straciła pracę i co za tym idzie ubezpieczenie zdrowotne.

 Zamiast ślubu i dzieci czeka mnie ciężkie leczenie i walka o życie – pomóżcie!

Adrianna w październiku rozpoczyna chemioterapię.
Na portalu Pomagam.pl, gdzie można wpłacać pieniądze, tak opisuje swoją historię:

„Do końca września muszę poddać się zabiegowi in vitro. Jest walka z czasem, jest walka z rakiem. Ważna jest dla nas każda złotówka, bo pieniądze będą nam potrzebne między innymi na kosztowne preparaty wzmacniające mój organizm, zapewne będą też inne wydatki”.

„ Do dziś słowa wypowiedziane przez konsylium są dla mnie jak wyrok:  dowiedziałam się, że in vitro może być dla mnie jedynym ratunkiem, by w ogóle mieć dzieci.”

Maja zbiera 8 tyś zł. Wpłacono 10 zł. Adrianna potrzebuje 15 tys. zł. Na jej konto wpłacono już 6 tys. 787 zł.

Na Waszą prośbę podajemy linki do zbiorek

Adrianna https://pomagam.pl/pomoc-w-walce

Maja https://pomagam.pl/Invitromaja

Co o tym sądzicie?

Popieracie takie akcje, wpłacacie pieniądze? Co sądzicie, o takiej formie zbiórki publicznej na in vitro w tak dramatycznych okolicznościach?

Polecamy:

Jak przygotować się do in vitro?

5 porad – jaka klinikę wybrać dla in vitro

Czy metoda in vitro jest bezpieczna i skuteczna?

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Ostatnia szansa na in vitro. Czy rząd zniszczy ich marzenia?

trzecie podejście do in vitro
Facebook - Monika Majtczak

Pani Monika i pan Krzysztof mają za sobą dwie próby zapłodnienia metodą in vitro. Większość czasu podporządkowują najważniejszemu celowi – staraniom o dziecko. Nie wiedzą jednak, czy po raz trzeci uda im się spróbować. Na drodze do ich szczęścia mogą stanąć działania rządu.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pani Monika wraz z partnerem korzystają z programu refundacji in vitro w Łodzi. Niedawno dostali informację, że w listopadzie mogą podejść do trzeciej, ostatniej już próby w ramach programu. Boją się jednak, że przez działania rządu nie będą już mieli takiej możliwości. Wszystko wskazuje na to, że rząd i minister zdrowia Konstanty Radziwiłł dążą do zablokowania samorządowych dofinansowań na zabiegi in vitro.

– Mam nadzieję, że będziemy mogli spróbować – mówi ze łzami w oczach pani Monika. Podkreśla przy tym, że teraz przede wszystkim liczy się czas. – Zegar tyka, nam lat nie ubywa – dodaje w rozmowie dziennikarzem TVN24.

Dofinansowanie in vitro w Łodzi

W Łodzi miejski program dofinansowania procedury in vitro cieszy się dużym powodzeniem. Jak pisaliśmy we wrześniu, miasto planowało przeznaczyć na ten cel 1 mln złotych rocznie. Radny Adam Wieczorek podkreślał wówczas, że wyniki programu znacząco przewyższyły jego założenia.

Normy WHO, dotyczące skuteczności procedury in vitro, kształtują się od 20 do 40 procent i jest to wskaźnik dotyczący skuteczności zapłodnienia. U nas wskaźnik ten wynosi 41 procent – podkreślił Adam Wieczorek.

Co czuje człowiek, który ma świadomość, że być może nigdy nie zostanie rodzicem? – Na samą myśl pojawiają mi się łzy – mówi pani Monika. – To jak zabranie kawałka siebie – dodaje.

Według nowych przepisów, samorządy dofinansowujące z własnej kasy zabiegi zapłodnienia pozaustrojowego, będą musiały w pierwszej kolejności zgłosić się po opinię do Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT). Warto zaznaczyć, że komisja ta podlega ministrowi zdrowia.

Za rozpoczęcie programu bez wydania decyzji AOTMiT oraz w przypadku negatywnej opinii, samorządom będą grozić kary. Do tej pory opinia AOTMiT nie była wiążąca, a gminy samodzielnie mogły podejmować decyzję o rozpoczęciu lokalnych programów leczenia niepłodności metodą in vitro.

Jak podkreśla minister Konstanty Radziwiłł, nowe przepisy zablokują „wydawanie przez gminy pieniędzy na rzeczy bezsensowne”. Czyli w jego opinii, na in vitro. – Mam nadzieję, że ktoś z rządu może słuchając tych paru słów ode mnie pomyśli, jak to jest ważne dla wielu osób – mówi pani Monika.

Ile kosztuje in vitro w Polsce?

– Z samą procedurą in vitro jest dużo napięcia emocjonalnego, dużo nerwów, dużo stresu, dużo niewiadomych, to w tym momencie to jest dodatkowy stres. Co jeżeli się okaże, że samorządy będą musiały nam odmówić środków i będziemy musieli pokryć koszt w całości? – zastanawia się pani Monika. Jak dodaje, nie wyobraża sobie takiej sytuacji, ponieważ wraz z partnerem są przygotowani tylko na częściowe pokrycie kosztów leczenia.

A koszty są niemałe. Zgodnie ze wstępnym cennikiem w klinikach jest to wydatek rzędu 10 – 12 tys. złotych. Ceny te nie obejmują jednak dodatkowych badań wstępnych i późniejszych badań laboratoryjnych. W efekcie okazuje się, że koszty są o 50 proc., a czasem nawet o 100 proc. wyższe od początkowego założenia! O kosztach in vitro możecie przeczytać tu.

Poczucie wstydu

Pani Monika wskazuje na jeszcze jeden ważny problem związany z leczeniem niepłodności. Część osób korzystających z metody in vitro boi się opowiedzieć o tym znajomym, a nawet rodzinie. – Boją się napiętnowania z każdej ze stron – zauważa.

Z takim napiętnowaniem mogą się spotkać zwłaszcza kobiety z małych miejscowości. Zdarza się, że kiedy uda im się już zajść w ciążę, nie informują swojego ginekologa, że korzystały z procedury in vitro. Czego się boją? Reakcji ludzi, wytykania palcami, często chcą po prostu oszczędzić dziecku przykrości.

Wciąż jeszcze zdarza się przecież słyszeć, że „dzieci z in vitro gorzej się rozwijają”, a embriony „poddaje się utylizacji”. Niedawno plakaty o takich treściach pojawiły się na państwowej uczelni (!) w Lublinie, o czym pisaliśmy kilka dni temu. Zobacz materiał

„Niepłodność to rodzaj kalectwa”

Pani Monika widzi jednak światełko w tunelu. Po reportażu zaczęły do niej pisać inne kobiety, które również starają się o dziecko metodą in vitro. Wśród nich była Kasia, dziewczyna z niewielkiej miejscowości, która nie miała okazji i możliwości wypowiedzieć się na ten temat przed kamerą.

„Ja bym powiedziała, ze niepłodność to rodzaj kalectwa” – twierdzi Kasia. „Bo jak żyją ludzie w pełnych rodzinach? Wstają rano, robią dzieciom śniadanie, spędzają radosne poranki, żyją życiem, które nam zostało odebrane bez winy. Jaka jest w tym nasza wina, co my mamy robić po przebudzeniu…? Zabrano nam jakość życia i podstawową potrzebę posiadania dzieci, to nie kwestia marzenia, z którego można zrezygnować, to podstawowa potrzeba! To nasze prawo, dlaczego ktoś nam to prawo odbiera?” – zastanawia się Kasia.

Jak podkreśla pani Monika, tego typu wiadomości od obcych osób są dla niej pokrzepieniem. Wie, że nie jest sama i razem z nią głośno o in vitro wkrótce będą mówić dziesiątki, a może nawet setki kobiet. – To dobry początek, bo może zaczną nabierać odwagi, by mówić rodzinie, znajomym, a wreszcie może w większym gronie będziemy wypowiadać się publicznie. Może materiał będzie przepustką do tego, by wprowadzić ludzi z naszego otoczenia w ten ważny intymny i ciężki etap walki o dziecko. Zdecydowanie nam wszystkim brakuje wsparcia.”

Jak przyznaje nasza bohaterka, mówienie o niepłodności i in vitro nie jest łatwe. – Było to dla mnie trudne. Ale nie wstydzę się i jestem dumna z tego, że mogę teraz otwarcie na ten temat rozmawiać – dodaje na zakończenie.

Zobacz także:

Krucjata Młodych organizuje publiczny Różaniec. Modlitwą będą walczyć ze „sztucznym zapłodnieniem”

Rezerwa jajnikowa – czyli po co robić test płodności AMH i FSH?

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Czarno na białym, Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Zbiórka na in vitro. „Wierzę, że nasze łzy bezradności kiedyś zamienią się na łzy radości”

zbiórka na in vitro
Pomagam.pl - Ostatnia Szansa. In Vitro.

Młodzi, piękni, zakochani. Wydawać by się mogło, że nic więcej do szczęścia im już nie brakuje. A jednak, kiedy po dwóch latach starań nadal nie mogli mieć dziecka, ich życie diametralnie się zmieniło. Zaczęły się konsultacje, badania i kosztowne wizyty lekarskie. Niestety okazało się, że nie mają wystarczających środków na leczenie. Postanowili zatem zawalczyć o swoje szczęście w oryginalny sposób- zorganizowali zbiórkę na in vitro. Poznajcie wzruszającą historię Darii i jej męża.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Brakuje nam tylko tych bosych stópek biegających po mieszkaniu, porozrzucanych zabawek, pomalowanych ścian, nieprzespanych nocy i słów „mama”, „tata””- pisze Daria na specjalnym profilu pomagam.pl. To tam można wpłacić pieniądze, które pomogą im spełnić największe marzenie, czyli posiadanie dziecka. Jak na razie uzbierali ponad 2 tys. złotych, czyli 17 proc. potrzebnej sumy na pokrycie kosztów leczenia.

Na zdjęciu Daria i jej mąż. Archiwum prywatne

Na zdjęciu Daria i jej mąż. Archiwum prywatne

zbiórka na in vitro

Zdjęcie z sesji ślubnej Darii i jej męża. Archiwum prywatne

Zbiórka na in vitro

Historia naszej bohaterki i jej męża zaczyna się jak większość innych. Ślub, kredyt na mieszkanie i w końcu starania o dziecko. Jednak dwa lata temu u Darii zdiagnozowano problemy z tarczycą. „Przecież to nic takiego” – myślała wtedy. Rozpoczęły się starania o dziecko pod okiem ginekologa i endokrynologa. Niestety, bezskuteczne.

Wtedy Daria zdecydowała się na zmianę lekarza. Diagnoza: brak owulacji. I znów kolejne badania i powiększająca się apteczka z „magicznymi pigułkami” mającymi pomóc w zajściu w ciążę. Dwa razy w miesiącu trasa klinika-dom i 180 km do pokonania. Dla Darii ta trasa wydawała się jednak nieskończonością. „Bałam się wejść do gabinetu, bałam się spojrzeć na męża, bałam się lekarza” – zdradza. W lutym odebrali wyniki. Kamień z serca – z nasieniem męża wszystko w porządku. Jednak u Darii zdiagnozowano zbyt wysoki poziom prolaktyny, niekorzystne były również wyniki rezerwy jajnikowej. Jedynym wyjściem wydawało się wówczas leczenie niepłodności metodą in vitro. Było tylko jedno ale.

Koszt przerósł nasze oczekiwania. Nasze oszczędności pochłonęły wizyty u lekarza, dojazdy, badania, na które w ciągu trzech miesięcy wydaliśmy ponad sześć tysięcy złotych – pisze Daria.

„Jesteśmy z małej miejscowości położonej w sercu Borów Tucholskich, a leczymy się w Gdyni. Wszystkie oszczędności jakie mieliśmy szybko straciliśmy” – dodaje. Wtedy zaczęli się zastanawiać, skąd wziąć pieniądze. Zaczęli od sprzedaży używanych rzeczy na olx. Daria wystawiła na sprzedaż nawet swoją suknię ślubną, którą kiedyś chciała pokazać dzieciom. Niestety, było to zdecydowanie za mało. Wtedy właśnie zrodził się pomysł na zbiórkę pieniędzy. „Pomyślałam- dlaczego nie spróbować skorzystać ze zbiórki?” – mówi Daria. Nie był to łatwy krok. „Chciałam wiele przekazać, ale treść sama się pisała z serca. Z jednej strony ulga, że mogę z kimś po drugiej stronie ekranu się podzielić co czuję, a z drugiej strony strach- co będzie?” -zdradza.

„Skoro nie stać was na in vitro, to po co?”

Zbiórki na tego typu cele są w Polsce nowością, a reakcje ludzi – różne. O ile zbieranie pieniędzy na leczenie raka jest normą, o tyle zrzutka na in vitro dla niektórych może wydawać się dziwactwem. „Reakcje ludzi były różne. Większość nam kibicowała i kibicuje, inni pisali „skoro nie stać was na in vitro, to po co?”. Zdarzały się również komentarze w stylu „tyle dzieci jest w domu dziecka” – opisuje Daria.

„Dlaczego nie mamy spróbować szczęścia, kiedy medycyna nam pozwala?”

Jak mówi, wraz z mężem nie wykluczają adopcji. Zdecydują się jednak na nią dopiero wtedy, gdy wszystkie inne środki zawiodą. „Adopcja? Ja nie mam nic przeciwko, mam brata z adopcji, jest najcudowniejszym dzieckiem, kocham go i jest dla mnie bardzo ważny. Ale dlaczego nie mamy spróbować szczęścia, kiedy medycyna nam pozwala?” – zastanawia się. „My się musimy z tym kryć. In vitro w naszym państwie to sprawa tabu. Jednak każdy zasługuje na szczęście niezależnie od tego, czy to jest choroba, czy stracony dach nad głową, czy nasz przypadek”- przekonuje Daria.

Anioły niosące wsparcie

Walka o upragnione dziecko może mieć też dobre strony. Jak mówi Daria, podczas lat starań, wraz z mężem poznała wielu wspaniałych ludzi, którzy pomogli im dźwigać ciężar niepłodności. „To oni nas wspierają i dodają skrzydeł, nazywamy ich Aniołami”.

Jednego takiego „Anioła” Daria ma przy sobie. To jej przyjaciółka, która już jest mamą.

Nigdy nie naciskała, nie krytykowała naszej decyzji. Za to cichutko pomagała i dzięki temu czuję u niej wsparcie, a przede wszystkim bezpieczeństwo – mówi. „Każdej parze życzę, aby miała taką dobrą duszę przy sobie, tu na Ziemi.”

I dodaje na koniec: „każdy zasługuje na szczęście i wierzę, że nasze łzy bezradności kiedyś zamienią się na łzy radości.”

Jeżeli chcesz pomóc Darii, wejdź na stronę zbiórki.

Zobacz także:

Zbierają pieniądze na in vitro! Dramatyczne apele młodych kobiet

Jak przygotować się do zabiegu in vitro?

Czy metoda in vitro jest skuteczna i bezpieczna?

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.