Przejdź do treści

Kiedy lekarz staje się bezradny

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Czym jest naprotechnologia i komu może pomóc opowiada lek. med. Tadeusz Wasilewski, założyciel pierwszej w Polsce kliniki naprotechnologicznej „Napromedica” w Białymstoku.

Od jak dawna walczymy z niepłodnością?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

 

Lek. med. Tadeusz Wasilewski: Najpierw powstał człowiek. Wraz z biegiem jego życia: urodzeń i umierania poznawaliśmy różne ludzkie choroby i przypadłości, z którymi próbowaliśmy walczyć. Jednym z wielkich cierpień, jakie towarzyszą ludziom od początku istnienia na świecie, jest niemożność doprowadzenia do poczęcia dziecka, czyli niemożność bycia mamą i tatą.

Odkąd ludzie zmagają się z niepłodnością, najpierw babki, później znachorzy, a potem lekarze zaczęli szukać, opisywać, docierać do przyczyn i sposobów, dzięki którym można zostać rodzicem. W ten sposób wytwarza się gałąź medycyny współcześnie nazywana medycyną rozrodu człowieka.

W 1978 roku urodziło się pierwsze dziecko w wyniku zastosowania programu in vitro.  A więc metoda zapłodnienia pozaustrojowego skutecznie zaczyna pokazywać możliwość swojej pomocy od trzydziestu kilku lat. W Polsce pierwsze dziecko z in vitro urodziło się w Białymstoku w 1987 roku. In vitro w historii medycyny jest narzędziem bardzo młodym.

Do tej pory leczenie polegało na badaniach nasienia, a jeśli jego wartość miała obniżone parametry, należało określić przyczyny takiego stanu rzeczy. W przypadku kobiet rozpatrywano m.in. przyczyny endokrynologiczne, stany zapalne, nieprawidłowości jajeczkowania, nieprawidłowości przebiegu drugiej fazy cyklu. Szukano także rozwiązań w postaci np. leczenia uzdrowiskowego. Nagle wchodzi in vitro i cała ta skrupulatnie budowana medycyna, docierająca do przyczyn obniżenia płodności kobiety i mężczyzny, została odsunięta na dalszy plan.

Pierwsze zabiegi IVF były proponowane ludziom, którzy nie mają dzieci z powodu niedrożnych jajowodów, a więc nie ma też możliwości fizycznego kontaktu komórki jajowej z plemnikiem.

Dziś in vitro jest proponowane wszystkim niezależnie od przyczyny. Wystarczy, że jesteśmy dwa lata małżeństwem, nie posiadamy dzieci, mamy po 37 lat, czas prokreacyjny nas goni – rozwiązaniem ma być in vitro, bo przyspiesza możliwość poczęcia dziecka. Niektórzy zapominają, że w ciągu ostatnich 35 lat medycyna prokreacyjna poszła mocno do przodu.


Jak?

Zacznijmy od końca, od bardziej inwazyjnych działań: mikrochirurgia – 40 lat temu nie potrafiliśmy wykonywać tak precyzyjnych operacji mikrochirurgicznych np. w ośrodkowym układzie nerwowym. Podobnie jest z narządem rodnym – można zastosować skuteczne techniki mikrochirurgii, podczas których będziemy działali antyzrostowo. W konsekwencji nie będziemy doprowadzać do nieprawidłowości, które mogą być powikłaniem po naszym chirurgicznym działaniu, a tym samym stać się przyczyną niepłodności.

Oprócz technik chirurgicznych rozwinęły się także endokrynologia, alergologia czy gastrologia – terapia w ramach tych specjalizacji może mieć niezwykłe znaczenie w przypadku braku dziecka. 35-letni dorobek różnych gałęzi medycyny może być świetnie wykorzystany w tzw. ochronnej medycynie prokreacyjnej, której jednym  z elementów jest naprotechnologia.

A więc czym jest naprotechnologia?
To medycyna korzystająca z wszystkich działów. Jej elementy służą do przeprowadzenia wnikliwej diagnostyki organizmu kobiety i organizmu mężczyzny, do nazwania potencjalnych chorób, które ich dotykają, próby postawienia bariery dla istnienia tych chorób i wyeliminowaniu ich przy użyciu  dostępnych metod.

Na przykład jakich?
Mowa o farmakologii, dietetyce, zmianie stylu życia czy wspomnianych działaniach chirurgicznych. Celem jest umożliwienie małżeństwu powrotu do naturalnego prawdopodobieństwa płodności (ok. 20% w jednym cyklu), ale z możliwością poczęcia dziecka we własnym łóżku, bez zastosowania in vitro czy inseminacji.
Naprotechnologia to medycyna, która próbuje diagnozować istniejące choroby. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Jeżeli u pacjenta mamy obniżone wartości nasienia pod względem liczby lub ruchu plemników czy morfologii, to bardzo często jesteśmy w stanie powiedzieć, co doprowadziło do tej sytuacji i jak ją wyeliminować. Analogicznie działamy w przypadku organizmu kobiety: szukamy przyczyn. Nawet chore zęby mogą mieć wpływ na trudności z poczęciem. Gdy są w nich np. ogniska zapalne, to bakterie, które się w nich znajdują, co pewien czas wyrzucają toksyny, a to sprawia, że stan naszego zdrowia jest coraz gorszy i przekłada się to również na naszą płodność.


Jakie są szanse naturalnego poczęcia dziecka?

 

Jeżeli mamy do czynienia ze zdrową kobietą i zdrowym mężczyzną, którzy mają 35 lat lub mniej, to w jednym cyklu naturalnym, przy regularnym współżyciu i chęci posiadania dziecka, mamy szansę na poczęcie wynoszącą między 20 a 30%. Jeśli jesteśmy zdrowi, umiemy współżyć i robimy to, nasza szansa w miesięcznym cyklu wynosi ok. 20%, jeżeli dodamy do tego trzeci warunek, a mianowicie znajomość naszej płodności, przebiegu cyklu, okresów płodnych i niepłodnych, szansa rośnie do 30%. W pierwszej sytuacji, zgodnie z definicją niepłodności, czekamy na dziecko rok. Dopiero po upływie tego czasu prosimy o interwencję lekarską i rozpoznajemy niepłodność.

Jeżeli nauczylibyśmy nastoletnią kobietę umiejętności wnikliwej obserwacji cyklu: miesiączki, wzrostu pęcherzyka, jajeczkowania, przebiegu drugiej fazy cyklu, to ona, wzbogacona o tę wiedzę, poprawiłaby swój wskaźnik płodności jednego cyklu do 30%. Wtedy przy niemożności poczęcia dziecka możemy interweniować już po pół roku bezskutecznych starań. Nie widzimy kłopotu od podszewki – brakuje nam wiedzy.

 

Jest aż tak źle?

Ludzie, którzy mają po 30–35 lat, na temat swojej płodności, owszem, trochę wiedzą, ale są to szczątkowe informacje. Jestem daleki od obrażania czytelników i swoich pacjentów. To nie ich wina, taka jest struktura naszej nauki. Nie próbujemy walczyć o to, aby tę wiedzę móc wprowadzić do szkolnictwa.


Kiedy powinniśmy zacząć się martwić?
Jeżeli przez rok występuje problem z poczęciem, mijają kolejne dwa czy pięć lat, to już wiemy, że prawdopodobieństwo zajścia w ciążę na pewno jest mniejsze niż 20%. Muszą istnieć powody takiej sytuacji, a trzeba ich szukać zarówno po stronie kobiety, jak i mężczyzny. Na 100 małżeństw u 40 przyczyny choroby będą po stronie kobiety, u kolejnych 40 po stronie mężczyzny, a u 20 przyczyny będą się nakładały. Docieranie do tych przyczyn i ich neutralizacja pozwala obniżonym wektorem wrócić do 20%. Jeżeli dodatkowo wprowadzimy umiejętność obserwacji cyklu, szansa rośnie do 30%. Ta teoria nie działa na zasadzie „wydaje mi się”, lecz ma absolutnie pełne podwaliny naukowe.

Przeciwnicy ochronnej medycyny prokreacyjnej, w tym naprotechnologii, mówią, że to nie jest metoda naukowa, że jest mało publikacji naukowych, a wręcz pojedyncze artykuły. To nieprawda! Tych artykułów jest tysiące!


Artykułów naukowych?

Tak, dotyczących np. wpływu witaminy D3 na prokreację człowieka, wpływu białka w diecie na płodność, chorób tarczycy… Te artykuły były pisane przez ludzi, którzy często dziś zajmują się zabiegami in vitro. To publikacje naukowe poświęcone wpływowi różnych czynników i chorób na naszą płodność.


Istnieje przekonanie, że terapia naprotechnologiczna często jest czasochłonna.

 

Mówią, że ochronna medycyna prokreacyjna to złodziej czasu prokreacyjnego, bo wpędza kobietę w lata. Okazuje się, że niekoniecznie. Jest duża grupa pacjentek, które są po trzech, czterech czy dziewięciu nieudanych zabiegach in vitro. Natomiast nasze działania wraz z diagnostyką przyniosły rozwiązanie – poczęcie i urodzenie dziecka. A więc to nie my z naturalną medycyną prokreacyjną byliśmy złodziejami czasu, ale brak dotychczasowej diagnostyki. Zdaję sobie sprawę, że części pacjentów, którym proponujemy taką medycynę, nie powiedzie się poczęcie dziecka. Ci pacjenci trafią do ośrodków, w których lekarze zaproponują skuteczne in vitro.

Dziś na świecie nie ma metody, która dawałaby 100-procentową pewność posiadania dziecka.

Z mojego kilkudziesięcioletniego doświadczenia w pracy z niepłodnością wynika, że możemy mieć dużą chęć, otwierać się na poczęcie dziecka, leczyć choroby, która nam przeszkadzają w poczęciu, ale ostatnie słowo na pewno nie należy do nas. To jest to ciemne okienko, zarówno w ochronnej medycynie prokreacyjnej, jak i in vitro, gdzie lekarz jest po prostu bezradny.

Z naprotechnologii nie mogą korzystać wszyscy. Są wady, choroby np. niedrożność jajowodów…
Niedrożność jajowodów zdarza się raz na 10 tys. kobiet.

Co z nimi?

Mam wyciągnąć teraz 30 tys. historii kobiet z niedrożnymi jajowodami, które po laparoskopii zachodziły w ciążę? W październiku ubiegłego roku robiliśmy laparoskopię przy niedrożnych jajowodach, kontrast w ogóle nie wydostawał się z jajowodów do jamy brzusznej. Pacjentka po wybudzeniu w ogóle nie rozmawiała z lekarzem. Chciała in vitro, nic więcej. Po kilku miesiącach trafiła do nas. Zastanawiałem się, jak jej pomogę. Nie było przecież drogi między komórką jajową a plemnikiem. Przecież nie będę oszukiwał pacjentki, że mogę coś na to zaradzić. Powiedziałem, że nie umiem tego zrobić i że jest jedna szansa, o której wiem – próba użycia mikrochirurgii, czyli specjalistycznej i wysublimowanej chirurgii (jak w chirurgii naczyniowej). Jednak żeby można było ją zastosować i podejść do próby udrożnienia jajowodów, trzeba wyeliminować potencjalne stany zapalne, które są na terenie miednicy mniejszej narządu rodnego. Jeżeli jest jakikolwiek stan zapalny, to próba udrażniania nie przyniesie w ogóle efektu – dziś udrożnimy, a za dwa dni będzie to samo. Musieliśmy skierować pacjentkę na specjalistyczny, szeroki posiew, który pozwoli nam znaleźć bakterie tlenowe, beztlenowe, chlamydie, ureaplazmy, mykoplazme, drożdżaki, wirusy. Powiedziałem jednak: „Dobrze, robimy posiew, ale uczy się pani Craightona”, czyli umiejętności obserwacji cyklu. Wydzielina, którą będzie obserwowała na co dzień, może nam podać również nieprawidłowość w postaci stanu zapalnego. Na kartce papieru dostajemy jałowy posiew, a klinicznie widzimy, że wydzielina wyraźnie mówi, że zapalenie nadal jest. Pacjentka uczyła się Craightona, zrobiliśmy też podstawowe zabiegi medyczne, aby dowiedzieć się więcej o tym małżeństwie pod względem biologicznym i medycznym. Po dwóch miesiącach ta kobieta zadzwoniła do nas i oznajmiła, że nie będzie dalej prowadziła diagnostyki, bo ma dodatni test ciążowy. W takich sytuacjach zawsze boje się, że sonda włożona do pochwy i wizualizacja narządu rodnego może dać mi obraz ciąży pozamacicznej. Przy niedrożnościach lub subniedrożnościach łatwiej o ryzyko wystąpienia takiej ciąży. Zrobiłem USG i zobaczyłem pęcherzyk ciążowy w jamie macicy. I co teraz powiemy na niedrożność jajowodów?

Jakie jest rozwiązanie dla kobiet, które nie mają macicy?
Jest adopcja. Jest mnóstwo dzieci, które nie mają rodziców, które chcą być w dobrej, prawdziwej i kochającej rodzinie. I dziś to jest moje rozwiązanie, właśnie tak rozmawiam z ludźmi.

Zatem ci, którzy z oczywistych medycznych powodów nie mogą naturalnie począć, powinni pogodzić się, że nigdy nie zostaną biologicznymi rodzicami?
Zdecydowanie. Mogą zostać rodzicami adopcyjnymi. In vitro nie daje gwarancji przeżycia wszystkim istnieniom ludzkim.

Magda Dubrawska

dziennikarka Chcemy Być Rodzicami, doktorantka socjologii.

Co to jest naprotechnologia i czy może zastąpić in vitro?

co to jest naprotechnologia
/ fot. Fotolia

Niektórzy w nią nie wierzą, inni właśnie ze względu na wiarę przy planowaniu dziecka polegają głównie na niej. Warszawa chwali się, że dzięki realizacji projektu opartego na tej metodzie już trzy rodziny spodziewają się potomstwa. Mowa o naprotechnologii.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Co to jest naprotechnologia?

Naprotechnologia to metoda diagnozowania i leczenia niepłodności, jej nazwa pochodzi od słów Natural Procreative Technology (Metoda Naturalnej Prokreacji). Korzysta się w niej z osiągnięć ginekologii, chirurgii i endokrynologii. Jest to całkowicie naturalna metoda opracowana przez profesora Thomasa Hilgersa pod koniec lat 80′ XX wieku.

Polega na monitorowaniu i utrzymaniu zdrowia rozrodczego i opiera się głównie na naturalnych sposobach planowania rodziny, akceptowalnych przez Kościół Katolicki. Skupia się m.in. na obserwacji cyklu, śluzu, temperatury, samopoczucia kobiety, dzięki czemu można wyznaczyć dni płodne i wykryć ewentualne zaburzenia. Metoda ta maksymalizuje dobre okoliczności do zajścia w ciążę, ale sama w sobie nie leczy niepłodności.

Co ciekawe, nazwa naprotechnologia jest zastrzeżona znakiem towarowym. Z tego względu osoby nieupoważnione nie mogą posługiwać się tą nazwą, ani przeprowadzać badań na ten temat. Jedynymi recenzentami badań są również praktycy naprotechnologii.

– Hilgers nie praktykuje 21-wiecznej, zachodniej i opartej na faktach medycyny – twierdzi dr Richard Paulson z University of Southern California Keck School of Medicine.

Jednocześnie zwraca uwagę na często powtarzany mit na temat niskiej, w porównaniu do in vitro, ceny za kurację. A ceną często jest tu czas. Jeżeli pacjentka bezskutecznie korzysta z naprotechnologii przez 10 lat, jej szanse na ciążę drastycznie maleją.

Należy też zaznaczyć, że ceny w placówkach korzystających z metody naprotechnologii do tanich nie należą. Za jedną konsultację w poznańskiej klinice zapłacimy 300 zł. Do tego trzeba doliczyć jeszcze diagnostykę – koszty wizyty u alergologa, dietetyka.

Statystyki kontra rzeczywistość

To prawda, że in vitro nie gwarantuje cudownego uleczenia niepłodności. Tylko 30 proc. kobiet po pierwszym podejściu do zabiegu udaje się urodzić dziecko. Dla kobiet powyżej 30. i 40. roku życia współczynnik ten jest jeszcze niższy. W Polsce skuteczność in vitro mieści się w granicach 36 proc., w niektórych klinikach odnotowuje się nawet 41 proc. udanych zabiegów.

Często przytacza się argument, że przy zastosowaniu metod naprotechnoogii skuteczność wynosi do 60 proc. O takich liczbach mówi prof. Włodzimierz Sawicki, kierownik Katedry i Kliniki Położnictwa Chorób Kobiecych i Ginekologii Onkologicznej II WL Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Warto przy tym zaznaczyć, że ze względu na wcześniej wspomniany zastrzeżony znak towarowy, osoby nieupoważnione nie mogą prowadzić badań nad skutecznością metody. W żadnej szanowanej bazie medycznej nie ma też obiektywnych badań oceniających skuteczność naprotechnologii.

Zobacz także: In vitro – objawy pacjentów

Alternatywa dla in vitro?

Naprotechnologia często na równi stawiana jest z in vitro. Nic bardziej mylnego! W pewnych przypadkach naprotechnologia nigdy nie pomoże w staraniach o dziecko. Takiego zdania jest m.in. prof. Marian Szamatowicz, „ojciec polskiego in vitro”. –

Naprotechnologia nigdy nie zastąpi in vitro! To musi być wyraźnie powiedziane. Dane dotyczące skuteczności leczenia metodą in vitro, sposoby leczenia można znaleźć w literaturze fachowej. Natomiast o zaletach naprotechnologii mamy tylko informacje gazetowe. Są opinie ludzi, którzy tego typu procedurę wykonują i niestety, mimo że oferują nieskuteczne leczenie, to jeszcze biorą za to niemałe pieniądze – mówi profesor, który jako pierwszy w Polsce w 1987 roku dokonał udanego zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego.

Należy nadmienić, że nie każdy rodzaj niepłodności leczy się w ten sam sposób. W klasycznej medycynie, gdy zawiodą wszystkie metody leczenia objawowego, pozostaje in vitro. Natomiast przy naprotechnologii pacjent może albo pogodzić się z bezdzietnością, albo adoptować dziecko.

– Termin naprotechnologia jest nieporozumieniem, to przecież zwykłe postępowanie diagnostyczno-terapeutyczne, które my, lekarze zajmujący się leczeniem niepłodności, stosujemy u par chcących zajść w ciążę. […] Nazywanie powszechnie dostępnych metod stosowanych od kilkudziesięciu lat rewolucyjną metodą leczenia niepłodności to hipokryzja – twierdzi prof. Jerzy Radwan.

Zobacz także: Przyczyny o objawy niepłodności

Po objęciu rządów przez Prawo i Sprawiedliwość wygaszono rządowy projekt leczenia niepłodności metodą in vitro. Wygląda na to, że władza chce jeszcze bardziej utrudnić sprawę. Samorządy, które same wykładają pieniądze na lokalne projekty in vitro, od niedawna o zgodę na rozpoczęcie programu muszą pytać podległą ministrowi zdrowia Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT).

W Warszawie, która również z własnej kasy dofinansowuje zabiegi in vitro, od tego roku działa pilotażowy program leczenia niepłodności metodą naprotechnologii. Na lata 2017-2019 na ten cel miasto przeznaczy 300 tys. zł.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: motherjones.com, proinvitro.pl, Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Program leczenia niepłodności według ministra zdrowia. Połowa placówek nie spełniła wymogów

Ośrodki leczenia niepłodności - konkurs Ministerstwa Zdrowia
Pixabay

We wrześniu 2016 roku Ministerstwo Zdrowia ogłosiło konkurs na placówki, które w ramach programu prokreacyjnego będą oferowały kompleksowe leczenie niepłodności. Okazało się jednak, że większość klinik nie spełniło wymogów resortu. Ministerstwo zdecydowało się zatem ogłosić kolejny plebiscyt i zmieniło kryteria kwalifikacji.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pierwsze pary miały zostać objęte leczeniem w 2017 roku, jednak tak się nie stanie, ponieważ wciąż brakuje odpowiednich ośrodków. Zgodnie z założeniem Ministerstwa Zdrowia, na jedno województwo przypadać miał jeden ośrodek leczenia niepłodności.

Ośrodki leczenia niepłodności – konkurs Ministerstwa Zdrowia

Okazało się, że większość klinik nie spełnia wymogów narzuconych przez resort. Po ogłoszeniu konkursu w ubiegłym roku, zgłosiło się 20 placówek, jednak połowa odpadła. Siedem z nich nie miało statusu szpitala klinicznego lub szpitala utworzonego przez uczelnię medyczną, co było wymogiem ministerstwa.

Pod koniec września 2017 r. ministerstwo ogłosiło nowy konkurs. W tym roku zgłaszać się już mogły także placówki samorządowe, które udostępniają bazę szpitalną na rzecz publicznej uczelni medycznej. Dzięki temu do konkursu zakwalifikowało się Centrum Ginekologii, Położnictwa i Neonatologii z Opola, które w pierwszym plebiscycie odpadło – pisze Gazeta Prawna. Centrum otrzymało 1,44 mln zł na stworzenie m.in. laboratorium andrologicznego.

Na czym będzie polegał program Ministerstwa Zdrowia?

Obecny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zdecydował o wygaszeniu rządowego programu in vitro. Na czym zatem miałby polegać nowy program leczenia niepłodności? Jak podaje Gazeta Prawna, chodzi tu głównie o pogłębioną diagnozę oraz opiekę psychologiczną nad pacjentami. Na stronie MZ można natomiast przeczytać o najważniejszych celach programu. Wśród nich wymieniono:

  • poprawę stanu zdrowia uczestników w zakresie zidentyfikowanych chorób utrudniających posiadanie potomstwa;
  • podniesienie kwalifikacji i umiejętności lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, lekarzy specjalistów oraz położnych w zakresie czynników wpływających na występowanie niepłodności oraz wczesnego wykrywania przyczyn niepłodności;
  • określenie przyczyn niepłodności wśród uczestników;
  • wzrost jakości udzielanych świadczeń w zakresie kompleksowej diagnostyki niepłodności;
  • zabezpieczenie płodności wśród pacjentek leczących się z powodów onkologicznych poprzez utworzenie Banku Tkanek Germinalnych.

Zobacz także:

Kontrowersyjna ustawa przegłosowana. Czy to koniec lokalnych programów in vitro?

Klauzula sumienia a prawa reprodukcyjne

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Gazeta Prawna, Ministerstwo Zdrowia

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.