Przejdź do treści

Kiedy lekarz jest pacjentem…

hand-1616231_1920

Nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jednakże granica narzucania innym własnego światopoglądu jest w Polsce bardzo nieostra. W ostatnich latach przez media przewinęły się setki, jeśli nie tysiące, historii kobiet pokrzywdzonych przez lekarzy zasłaniających się klauzulą sumienia. Jednak tym razem nie o samej klauzuli sumienia, tylko o tym jak bycie lekarką i pacjentką w jednym wpływa na jakość opieki nad własnymi pacjentkami.

Nie minęły nawet trzy miesiące od mojego artykułu „Lekarskie sumienie, czyli co?„, a ja ponownie siedzę przed komputerem i zastanawiam się dlaczego lekarze nieuznający prawa pacjentek do zdrowia reprodukcyjnego wybierają specjalizacje będące filarami realizacji tych praw: ginekologia i położnictwo, perinatologia czy genetyka kliniczna. Jest to bardzo niepokojące, gdyż są dziesiątki innych specjalizacji, w których nie mieliby konfliktu sumienia, ot chociażby geriatria, patomorfologia, epidemiologia czy zdrowie publiczne.

Choć Trybunał Konstytucyjny uznał klauzulę sumienia za zgodną z Konstytucją, pamiętać należy, że Konstytucja gwarantuje nam m.in. prawo do opieki zdrowotnej oraz zabrania tortur i nieludzkiego traktowania. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie wypowiadał się na temat dostępu do legalnej aborcji w sytuacji, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla zdrowia, w tym psychicznego, i życia ciężarnej. ETPCz przyjął jasne i stanowcze stanowisko, że zdrowie i życie kobiety są wartościami nadrzędnymi wobec potencjalnych praw zarodka i płodu będącego tworem niezdolnym do samodzielnego życia poza organizmem matki, a zmuszanie kobiety do kontynuacji ciąży jest złamaniem przepisów Konwencji w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania. W tym miejscu chciałabym również przypomnieć, że prawa reprodukcyjne są podstawowymi prawami człowieka, a decyzja czy, kiedy, z kim i ile chce się mieć dzieci, to forma realizacji prawa do samostanowienia. To byłoby na tyle pięknej teorii, nawet stosowanej czasem w cywilizowanych krajach jak Szwecja, Dania czy Norwegia.

Tymczasem w Polsce liczba lekarzy zasłaniających się sumieniem i wprost dezinformujących swoich pacjentów i społeczeństwo rośnie jak grzyby po deszczu. Wczoraj MamaDu, za Seksizm nasz powszedni opublikował krótki wywiad z dr M. Ś., lekarką w trakcie specjalizacji z genetyki klinicznej w Centrum Zdrowia Dziecka. Poza standardowym zestawem półprawd i kłamstw używanych przez działaczy ruchów szumnie zwących się „pro-life”, dr Ś. poruszyła inną, chyba nawet bardziej istotną kwestię spotykaną w codziennej praktyce: obiektywizm.

Pani doktor w wywiadzie przyznała, że sama choruje na zespół Turnera (aberracja chromosomowa polegająca na braku drugiego chromosomu X, objawiająca się m.in. niskim wzrostem, krótką szyją oraz niepłodnością). Nie jest pierwszą, ani ostatnią lekarką osobiście borykającą się z niepłodnością, gdyż co 5. para ma problemy z poczęciem dziecka, niezależnie od wykonywanego zawodu. Najczęściej pary dowiadują się o niepłodności po bezskutecznych staraniach, tj. regularnym współżyciu bez zabezpieczeń przez min. rok, jednakże są takie postaci niepłodności jak wspomniany zespół Turnera czy zespół MRKH (polegającym na wrodzonym braku macicy) o których istnieniu pacjentki dowiadują się w okresie dojrzewania, gdy zgłaszają się do lekarza z powodu braku miesiączki. Diagnoza niepłodności usłyszana w okresie nastoletnim jest traumą porównywalną do diagnozy nowotworu. Z dnia na dzień życie nastolatki rozpada się na milion kawałków, które już nigdy nie zostaną odbudowane w jedną całość. Dla nas, kobiet w wieku 25-30 lat, które były zdiagnozowane 10-15 lat temu rzeczywistość była zgoła inna niż dla dziewczyn, które dowiadują się o zespole Turnera czy MRKH obecnie. Kiedy ja dowiedziałam się o tym, że nie mam macicy, a dr Ś. usłyszała, że jej jajniki nie są w stanie wytworzyć komórek jajowych, medycyna rozrodu, szczególnie w Polsce, nie potrafiła nam pomóc. Polskie pacjentki z zespołem Turnera są teraz w o tyle lepszej sytuacji niż dziewczyny z zespołem MRKH, że mogą skorzystać z próby stymulacji własnych jajników do IVF czy nawet skorzystać z oocytów dawczyni, a przeszczep macicy będący jedyną metodą leczenia zespołu MRKH jest w kraju nad Wisłą niedostępny. Tu w Szwecji obie metody są mniej lub bardziej, ale dostępne.

Nie wiem jakie motywy kierowały dr Ś. przy wyborze kierunku studiów, bo u mnie był to najczystszy przypadek, ale w wywiadzie wyjaśniła, że wybrała specjalizację z genetyki klinicznej, by móc pomagać pacjentkom z taką samą wadą jak jej. Czy ja wybrałabym specjalizację z położnictwa i ginekologii, i czy z podobnych przesłanek? Nigdy i to z różnych powodów. Po pierwsze, szkolenie specjalizacyjne to w znacznej części położnictwo, co byłoby zabójcze dla mojej psychiki, gdyż nie jest łatwo patrzeć na szczęście innych spowodowane narodzinami dziecka, kiedy samej zmaga się z, nazywając rzeczy po imieniu, bezpłodnością. Kolejnym powodem jest wyjątkowa presja psychiczna kiedy jako lekarz trzeba zmierzyć się z problemem wobec którego ma się bardzo silny stosunek emocjonalny. Niepłodność to nie grypa czy angina, że każdy kiedyś miał i za tydzień pacjent już nawet nie będzie pamiętał, że był chory. Empatia i dobre podejście do młodej pacjentki są wyjątkowo istotne, ale profesjonalizm i dystans do pracy są równie ważne w prawidłowych relacjach pacjent-lekarz. Kiedy trzeba wyważyć chęć pomocy swoim siostrom w chorobie z zawodowym dystansem i profesjonalizmem, na jednej szali trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne, a na drugiej swój profesjonalny wizerunek. To nie jest łatwe równanie i tu nie ma prawidłowej odpowiedzi.

Mam koleżankę-lekarkę, też z zespołem MRKH, która zdecydowała się specjalizować w położnictwie i ginekologii. Po skończeniu specjalizacji była emocjonalnym wrakiem (no bo jak długo można dzielnie uśmiechać się do matek z noworodkami, kiedy wszystkim, o czym marzysz jest posiadanie takiego słodkiego bobasa?!). Rozmawiałyśmy kiedyś o tym, co spowodowało, że wybrała taką, a nie inną specjalizację. Usłyszałam dokładnie taką odpowiedź, jak słowa dr Ś. o pomaganiu pacjentkom z tym samym problemem jak ona ma. Koleżanka ta bardzo żałuje swojej decyzji i obecnie robi drugą specjalizację, całkowicie niezwiązaną z ginekologią. Aby stało się zadość naukowym statystykom, znam jeszcze dwie lekarki z MRKH: jedna jest lekarzem rodzinnym, a druga internistką.

Wracając do kwestii wyboru specjalizacji przez młodą lekarką pełną pasji i chęci niesienia pomocy pacjentkom borykającym się taką samą chorobą (nie zapominajmy, że niepłodność to choroba jak każda inna), jest zawsze droga po środku. Wiedza wyniesiona ze studiów, umiejętność wyszukiwania fachowych informacji w połączeniu z doświadczeniem osobistych zmagań to wprost nieocenione połączenie cech charakteryzujących lidera grupy pacjenckiej! Moim stałym Czytelnikom nie muszę nieskromnie przypominać, że to jest właśnie droga, na której jestem. Ciężko powiedzieć, że ją wybrałam, bo bardziej „tak wyszło”, niż był to mój świadomy wybór, ale przynosi mi to bardzo dużo satysfakcji, mając jednocześnie komfort psychiczny, że w każdej chwili mogę się wycofać bez rujnowania swojej kariery zawodowej. Dla niewtajemniczonych, moja „zawodowa przygoda z ginekologią” zaczęła się już na 2. roku studiów, kiedy to przeprowadziłam pierwsze kohortowe badanie charakteryzujące polskie pacjentki z zespołem MRKH (było to badanie ankietowe), a efektem była publikacja w JPAG i kilka prezentacji na konferencjach, później zorganizowałam 1st MRKH Meeting on MRKH Syndrome w 2014 r., już po skończeniu studiów, w ścisłej współpracy z Magazynem zorganizowałyśmy 2nd International Meeting on MRKH Syndrome, a plany mamy jeszcze bardziej ambitne 😉 W tak zwanym międzyczasie adminuję dwie samopomocowe grupy pacjenckie oraz odpowiadam na pytania na kilku kolejnych międzynarodowych grupach. No i oczywiście dbam o edukację społeczeństwa poprzez pisanie o niepłodności, zespole MRKH, przeszczepach macicy i prawach reprodukcyjnych.

Choć zawodowo pozostaję poza kliniczną stroną ginekologii, moje zainteresowania naukowe oscylują wokół szeroko pojętego zdrowia reprodukcyjnego i często przecinają drogi z kwestiami niepłodnościowymi. Praca naukowa jest o tyle łatwiejsza emocjonalnie, że zachowanie dystansu jest prostsze, gdy pracuje się na danych, a nie z drugim, czującym i myślącym człowiekiem w bardzo trudnej sytuacji życiowej jakim jest diagnoza niepłodności. Od koncepcji, poprzez zbieranie i analizę danych, aż do czasu publikacji wyników, zawsze można obgadać z bardziej doświadczoną koleżanką, co bardzo pomaga przywrócić dystans i powinno być obowiązkowe dla wszystkich naukowców. Czasem bardzo żałuję, że nie jestem córką którejś z moich bardziej doświadczonych koleżanek, dzięki czemu może miałabym więcej dystansu do samej siebie, do swoich badań naukowych, jak i do działalności pacjenckiej…

Ważną, acz całkowicie niedostrzeganą kwestią jest unikatowa możliwość nieformalnej edukacji koleżanek i kolegów po fachu. Gdybym podliczyła godziny spędzone tłumaczeniu ginekologom, że operacyjne wytworzenie pochwy wcale nie świadczy o tym, że pacjentka ma się już OK, że empatia nie gryzie, że przeszczep macicy to najlepsze co można osiągnąć w leczeniu MRKH, to w ostatnich 7 latach wyrobiłam już swoją życiową liczbę godzin dydaktycznych 😉

Całkowicie na marginesie chciałabym poruszyć kwestię kontynuacji lub terminacji ciąży w przypadku nieletalnej wady płodu. Jest to wyjątkowo trudna sytuacja nawet dla osoby o tak liberalnych poglądach jak ja. O ile jestem przekonana co bym zrobiła w sytuacji niechcianej ciąży bądź letalnych wad u płodu, o tyle trudno mi jednoznacznie wypowiedzieć się co bym zrobiła będąc w ciąży, kiedy płód miałby zespół Turnera lub MRKH. Nawet jak najbardziej wysilę swoją empatię i umiejętność wczuwania się w sytuację, nie potrafię jednoznacznie wskazać, czy w imię swojego pragnienia dziecka potrafiłabym skazać swoją potencjalną córkę na taką samą drogę przejścia przez piekło niepłodności, albo czy potrafiłabym pogodzić się z faktem, że może jednak miałaby całkiem dobre życie, skoro da się pokonać niepłodność? Nie potrafię sobie również wyobrazić „doradzania” kobiecie/parze, która stoi przed tak trudnym wyborem. W głowie mi się nie mieści, że lekarz, profesjonalista mógłby powiedzieć „O, ja mam taką samą wadę jak Twoje dziecko. Widzisz, mam się dobrze, więc nawet nie myśl o aborcji!”. Poradnictwo genetyczne jest z założenia niedyrektywne, więc twierdzenie dr Ś., że skierowanie na badania prenatalne jest jak skierowanie na aborcję jest gigantycznym absurdem!

Czy wyobrażacie sobie mnie mówiącą pacjentce, że powinna poddać się przeszczepowi macicy, bo przecież niepłodność to choroba, którą należy leczyć? Nie? Ja też nie umiem sobie tego wyobrazić. Jednak kazus dr Ś. pokazuje, że są lekarze, którzy potrafią narzucać pacjentkom swój własny światopogląd i interpretują to jako wspieranie w diagnozie. Chyba nadszedł czas, by w pracy korzystać z Evidence-based medicine, a światopogląd i samopomoc pacjencką praktykować poza szpitalem.

Środowisko lekarskie w Polsce jest bardzo hermetyczne, a klauzuli sumienia broni bardziej niż Naziści Monte Cassino. W czasie fali protestów w obronie prawa do zdrowia reprodukcyjnego lekarze (poza kilkoma bardzo chlubnymi wyjątkami jak prof. Romuald Dębski) milczeli jak zaklęci. Jakby połowa środowiska nie była kobietami, którym może dziać się krzywda, bo kolega/koleżanka powie, że życie płodu ważniejsze od leczenia jej raka piersi, albo nie będzie mogła skorzystać z leczenia metodą IVF, bo rząd jej zakaże… Niech każdy oceni we własnym sumieniu, czy oczekuje od lekarza rzetelnej porady medycznej czy nacechowanego ideologicznie i umoralniającego show światopoglądowego. Pozostawiam Was, Drodzy Czytelnicy, ze słowami Krystyny Kacpury, Dyrektorki Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Tak ku pokrzepieniu serc!

Karina Sasin

Lekarka, naukowiec, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)

Pierwszy Dzień Matki – warto było czekać!

Dzień matki

Dni, miesiące, lata starań o upragnione dziecko. Udaje się – jest na świecie nasz wyczekany maluch. Przeogromna radość miesza się wtedy z trudami macierzyństwa i codziennymi problemami. Najczęściej jednak te gorsze chwile szybko odchodzą w niepamięć. Szczególnie tego jednego dnia – Dnia Matki.

Trudy i piękno

26 maja to symboliczna data. Dzień, w którym wielu z nas uświadamia sobie, jak ważna w naszym życiu jest mama. Co więcej, tego właśnie dnia staramy się ją szczególnie docenić, zbliżyć się do niej, podziękować za trudy i wyrzeczenia, które nieraz musiały stanąć na jej drodze. Macierzyństwo nie jest bowiem prostą ścieżką do krainy szczęśliwości. Nawet jeśli jest wyczekane i wystarane zderza się w pewnym momencie z rzeczywistością. Niewyspaniem, kolkami, ząbkowaniem. Później dochodzą pierwsze zawiedzione przyjaźnie, wagary w szkole, wielkie nastoletnie miłości i z rodzicielskiego punktu widzenia niczym nieuzasadniony bunt. Kiedy jednak w tak szczególnym majowym dniu wracamy do sedna relacji – miłości – wszystkie trudy mają mniejszą wagę. Wielkim przeżyciem zdaje się być zwłaszcza pierwszy Dzień Matki. Tym bardziej, jeśli poprzedzony był walką z niepłodnością i godzinami spędzonymi z myślą: „czy kiedykolwiek będę miała dziecko?”. Tak, 26 maja to teraz także twoje święto!

Inny wymiar

Dzień Matki – jak to dumnie brzmi!” – mówi Iwona, która o swojego ukochanego synka Bartka starała się przez ponad trzy lata. Walczyła z insulinoopornością, przeżyła poronienie, wylała wiele łez. „Czekałam na to tak długo. Nie wyobrażałam sobie, że rzeczywiście kiedyś to nastąpi. A jednak stało się!” – słychać w jej głowie radość, ale i swego rodzaju niedowierzanie. „Jest to dla mnie bardzo szczególny dzień, aczkolwiek myślę, że w tym roku spędzę go spokojnie ze swoimi myślami. Wyciągnę kalendarz i przypomnę sobie jak długo musiałam starać się o syna i jaką drogę musiałam przejść, by w końcu 26-ego maja 2017 roku powiedzieć: Dzisiaj jest moje święto. Moje dziecko ma już 10 miesięcy i jest to coś niesamowitego” – dodaje i po raz kolejny pokazuje z jakim wzruszeniem może wiązać się ten wyjątkowy dzień.

Lata starań, nieraz prawdziwe dramaty, związane zarówno ze zdrowiem ciała, jak i ze zdrowiem emocji. Ciągle gdzieś jednak musiała tlić się nadzieja i wiara, że warto walczyć o swoje szczęście. „Pamiętam te wszystkie dni, mijające lata, wszystkie święta. Czułam pustkę i byłam bardzo niedowartościowana. Dzisiaj nawet niedziela przybiera inny wymiar, a co dopiero Dzień Matki! Pomimo, że spokojny, to będzie to wspaniały dzień. Planuję spacer po rynku, nie czując w końcu zazdrości, a dumę i szczęście. Chciałabym też zrobić sesję zdjęciową z dzieckiem i oczywiście odwiedzić moich rodziców, bo przecież ja też mam mamę! Teraz wiem, jak ona czuje się w takich momentach” – dodaje Iwona.

Fot. archiwum prywatne - pierwszy Dzień Matki Iwony

Fot. archiwum prywatne – pierwszy Dzień Matki Iwony

Zrób sama sobie prezent

Co możesz dla siebie zrobić? Doceń to, przez co przeszłaś! Doświadczenie bycia matką samo w sobie jest niezwykle skomplikowane. Wiąże się z licznymi frustracjami, wyrzeczeniami, ale też lękiem. Pozwól więc sobie na chwilę oddechu i nawet jeśli masz czasami poczucie, że nie dajesz rady, okaż sobie zrozumienie i ciepło. Warto  pamiętać, szczególnie w dniu swojego święta, że jak mówił Donald Winnicott, brytyjski psychoanalityk, w macierzyństwie nie chodzi o perfekcję, ale o bycie wystarczająco dobrą.

Drogie mamy, doceńcie siebie, swoje doświadczenia i ten piękny majowy dzień uczcijcie wielkim uśmiechem na ustach. „Myślę sobie, że mam teraz nie jeden dzień, a cały „rok Matki” . Kiedy trzymam w ramionach mojego synka, każda chwila jest dla mnie świętem” – podsumowuje Iwona. Podkreśla w tym jakże ważną kwestię – cieszmy się na co dzień, a święta niech będą tylko wisienką na torcie!

dzień matki

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Prześliczne zdjęcia noworodków – cud malutkiego życia w obiektywie australijskiej fotografki

Foto: Instagram Rebecca Colefax
Foto: Instagram Rebecca Colefax

Fotografia potrafi przekazać prawdziwe piękno. Natura, sztuka, życie – nowe życie. Oto prześliczne zdjęcia noworodków, które podbijają serca obserwatorów z całego świata.

Cud człowieczeństwa

Autorką zdjęć jest Rebecca Colefax. Była australijska sportsmenka, gdy oddała się macierzyństwu, odkryła też na nowo pasję fotografowania. Szczególnie ukochała sobie pracę z maluchami. Są one dla niej inspiracją i dają możliwość zachowania jednych z najpiękniejszych chwil z życia całych rodzin.

col2

col1

Doświadczenia i perspektywa autorki jest szalenie ciekawa. W 2003 roku była ona bowiem pierwszą australijską mistrzynią świata w kiteboardingu. „Doszłam w swoim sporcie najwyżej, jak tylko mogłam, zdobyłam tytuł uniwersytecki, podróżowałam po całym świecie. Jednak z tych wszystkich momentów, to właśnie narodziny moich dzieci były najbardziej niesamowite” – powiedziała w rozmowie z „Daily Mail”. Po urodzeniu trzeciego dziecka, co miało miejsce sześć lat temu, postanowiła powrócić do swojej młodzieńczej pasji i chwyciła za aparat. Koncentruje się teraz na fotografowaniu kobiet w ciąży, noworodków i niemowlaków, a zdjęcia są dla niej nie tylko ładnym obrazkiem, ale przede wszystkim sposobem na ocalenie wspomnień.

Nie sposób nie zgodzić się z mocą, jaką niesie za sobą obraz. Fotografia potrafi kształtować nasze rozumienie świata, poglądy, podejście do siebie i innych. Najlepszym przykładem na to są zdjęcia, które prezentowaliśmy niedawno w naszym portalu. Opowiadają one swoim przekazem trudne historie poronień oraz utraty dziecka. Piękno i ból zawarte w zdjęciach mają ogromną siłę!

col3

col4

col5

col6

col7

Źródło: „Daily Mail”

Foto: Instagram Rebecca Colefax

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Polki coraz później rodzą pierwsze dziecko

Polki odkładają decyzję o macierzyństwie i rodzą pierwsze dziecko przeciętnie w wieku 27 lat – wynika z najnowszych danych Eurostat. Oznacza to, że średni wiek kobiet w Polsce zostających po raz pierwszy matkami wzrósł przez dwie dekady o trzy lata. Tymczasem kobiety w Unii Europejskiej mają już przeciętnie 28,9 lat, gdy rodzą pierwsze dziecko. Z upływem lat rośnie natomiast ryzyko wystąpienia problemów związanych z płodnością kobiet i prawidłowym przebiegiem ciąży, na co wskazują również eksperci medyczni kampanii „Płodna Polka”.

Kobiecy organizm maksymalną płodność osiąga mniej więcej w wieku 25 lat. W kolejnych latach płodność powoli spada, a po 35 roku życia gwałtownie już się obniża. Stąd coraz wyższy średni wiek kobiet decydujących się na pierwsze dziecko, który w wybranych krajach europejskich przekroczył już 30 lat, nie jest korzystnym zjawiskiem z medycznego punktu widzenia. Z upływem lat rośnie bowiem ryzyko pojawienia się niepłodności, powikłań w ciąży, jak i wystąpienia wad genetycznych u dziecka. Odkładanie planów rodzicielskich w dużej mierze jest zdeterminowane współczesnym stylem życia, sytuacją osobistą, zawodową czy materialną, jednak kobiety powinny również pamiętać o zegarze biologicznym, który jest istotny w kwestii płodności – mówi dr Olaf Lindert, specjalista ds. leczenia niepłodności z Kliniki Bocian, ekspert medyczny kampanii „Płodna Polka”.

Co mówią statystyki

Według najnowszych danych Eurostat (obejmujących dane za 2015 rok) Polki rodzą zazwyczaj pierwsze dziecko w wieku 27 lat, co w porównaniu do innych Europejek nie jest jeszcze najwyższym wynikiem. Najstarszymi pierworódkami w Unii Europejskiej są bowiem mieszkanki Włoch (30,8 lat) i Hiszpanki (30,7 lat). Jednak średni wiek Polek, które zostają mamami po raz pierwszy jest coraz wyższy, jeszcze w 1996 roku wynosił blisko 24 lata, gdy w 2015 roku było to już 27 lat. Do tego dochodzi niski współczynnik dzietności, który według Eurostatu w 2015 roku wynosił w Polsce 1,32 i był jednym z najniższych w porównaniu do innych krajów UE. Gorzej było tylko w Portugalii, gdzie na jedną kobietę przypadało 1,31 dziecka.

Wiek a płodność

Płodność kobiet w dużym stopniu warunkuje wiek. Największe szanse na zajście w ciążę sięgające ok. 20-25% w każdym cyklu miesięcznym mają dwudziestolatki, tymczasem u trzydziestolatek szanse te są już mniejsze i wynoszą ok. 15-20%, a po 35 roku życia płodność kobiet jeszcze bardziej się obniża. U starszych kobiet częściej dochodzi chociażby do tzw. cykli bezowulacyjnych, podczas których nie może dojść do zapłodnienia. Z wiekiem rośnie również ryzyko utraty ciąży. U dwudziestolatek jest mniejsze niż 10%, natomiast u kobiet w wieku 30-35 lat wynosi ok. 12%, a w wieku 35-37 lat ok. 16%. Z biegiem lat częściej występują nieprawidłowości chromosomalne, rośnie ryzyko wystąpienia wad genetycznych u dziecka. Przykładowo, u kobiety w wieku 20 lat ryzyko urodzenia dziecka z zespołem Downa wynosi ok. 1:1600, natomiast w wieku 30 lat ok. 1:900, 35 lat już 1:350, a u czterdziestolatki 1:100. Ponadto kobiety rodzące przed trzydziestką są mniej narażone na wystąpienie w przyszłości nowotworów piersi.

Wraz z upływem lat zmniejsza się liczba i pogarsza jakość komórek jajowych, niejednokrotnie ujawniają się choroby i zaburzenia mogące utrudniać zajście w ciążę, jak chociażby endometrioza czy PCOS. Warto zatem aby kobiety, które odkładają decyzję o dziecku sprawdzały swoje zdrowie pod względem płodności, kontrolowały swoją gospodarkę hormonalną, rezerwę jajnikową, systematycznie badały się u ginekologa i wykonywały USG. Niestety taka profilaktyka nie jest powszechna wśród Polek nie starających się jeszcze o dziecko, a mogłaby pomóc wielu kobietom. Wczesne wykrycie ewentualnych problemów z płodnością pozwala podjąć odpowiednie kroki, by plany macierzyńskie miały szansę w przyszłości się spełnić – dodaje dr Olaf Lindert z Kliniki Bocian, ekspert kampanii „Płodna Polka”.

Kampania społeczna „Płodna Polka” ma na celu zwrócenie uwagi młodych kobiet, zwłaszcza nieposiadających jeszcze dzieci, na problem rosnącej liczby zaburzeń płodności wśród Polek. W ramach projektu prowadzone są działania edukacyjne budujące świadomość kobiet na temat czynników mogących utrudniać zajście w ciążę, związanych nie tylko ze stanem zdrowia, ale również ze stylem życia, jak i wiekiem, w którym rozpoczyna się starania o dziecko. Rozpowszechniana jest również wiedza odnośnie dostępnych metod diagnozowania płodności oraz świadomego planowania rodziny i znaczenia w walce z niepłodnością wczesnego wykrywania problemów utrudniających lub uniemożliwiających zajście w ciążę. Kampania zachęca kobiety do wykonywania profilaktycznych badań sprawdzających gospodarkę hormonalną i systematycznych badań kontrolnych u lekarza ginekologa. Kampanię koordynuje Klinika Leczenia Niepłodności „Bocian”.

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

Pas 4D pokazujący dziecko w brzuchu matki – HIT, czy KIT?

Fot. Screen Futurism Facebook
Fot. Screen Futurism Facebook

Wielu rodziców oczekujących dziecka chciałoby jak najszybciej zobaczyć swoje maleństwo. Tradycyjne USG wydaje się być przeżytkiem, gdy na rynku pojawiają się takie oto smaczki – specjalny pas 4D pozwalający wyobrazić sobie dziecko jeszcze będące w brzuchu mamy.

Projekt autorstwa Melody Shiue, projektantki z University of New South Wales, przedstawił między innymi „Futurism”. Maszyna miałaby być pomocna nie tylko w obserwacji dziecka, ale też w stymulacji jego rozwoju, bowiem jeszcze podczas bycia w łonie matki można przekazać maluchowi wiele umiejętności i emocji. Ważny jest też aspekty zdrowotny – wyłapywanie ewentualnych wad rozwojowych.

Komentarza internautów są jednak w ocenie mocno podzielone:

To wygląda śmiesznie, nie mogę sobie nawet wyobrazić kobiety zgadzającej się na noszenie przez dłuższy czas jeszcze większego ciężaru wokół brzucha. Dodatkowo, możliwe efekty nieustannego bombardowania rozwijającego się płodu ultradźwiękami, to eksperyment, którego raczej nie przeprowadzę.

Natura znalazła najlepszy sposób na tę zagadkę i wszystkie inne są bezużyteczne. Nie wiem dlaczego lubimy zmieniać naturę, ponieważ ona sama w sobie jest najwyższą i najpraktyczniejszą formą techniki!

Gdy humanizujesz płód, starasz się postrzegać go takim, jaki naprawdę jest. Wyobrażam sobie, że będzie to najbardziej efektywne narzędzie pro-life, jakie możemy kiedykolwiek wymyślić.

Może być to urządzenie przydatne w ciążach wysokiego ryzyka, ale w większości przypadków kiedy ludzie chcieliby go używać, przypuszczam, że byłoby to niepotrzebne.

Jest potencjał w czasowym użyciu, ale prawdopodobnie potrzeba więcej badać odnośnie fal i ich efektów oddziaływania. Może dawać wiele istotnych możliwości, bądźmy cierpliwi, to jest wspaniały pomysł

Jest się nad czym zastanawiać

To tylko niektóre z mocnych słów, jakie pojawiły się w dyskusji internautów. Widzimy, jak wiele wątków zostało poruszonych. Zdrowie dziecka, „naturalność” ciąży, podejście pro-life, trudy związane ze zmieniającym się kobiecym ciałem. Niby tylko kolejna idea naukowców, a tak wiele tematów do przemyślenia!

Pisaliśmy niedawno w naszym portalu o projekcie innego urządzenia – Oculus Rift: „Dzięki niemu, rodzice będą mogli obserwować, jak rozwija się ich dziecko i jednocześnie słyszeć bicie jego serca >>KLIK<<. Jest to sprzęt, który wykorzystuje wirtualną rzeczywistość i pomaga uzyskać niezwykle wyraźny obraz płodu. Czyżby czekał nas w niedługim czasie prawdziwy skok techniczny?

Źródło: „Futurism” Facebook

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.