Przejdź do treści

Kiedy lekarz jest pacjentem…

hand-1616231_1920

Nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jednakże granica narzucania innym własnego światopoglądu jest w Polsce bardzo nieostra. W ostatnich latach przez media przewinęły się setki, jeśli nie tysiące, historii kobiet pokrzywdzonych przez lekarzy zasłaniających się klauzulą sumienia. Jednak tym razem nie o samej klauzuli sumienia, tylko o tym jak bycie lekarką i pacjentką w jednym wpływa na jakość opieki nad własnymi pacjentkami.

Nie minęły nawet trzy miesiące od mojego artykułu „Lekarskie sumienie, czyli co?„, a ja ponownie siedzę przed komputerem i zastanawiam się dlaczego lekarze nieuznający prawa pacjentek do zdrowia reprodukcyjnego wybierają specjalizacje będące filarami realizacji tych praw: ginekologia i położnictwo, perinatologia czy genetyka kliniczna. Jest to bardzo niepokojące, gdyż są dziesiątki innych specjalizacji, w których nie mieliby konfliktu sumienia, ot chociażby geriatria, patomorfologia, epidemiologia czy zdrowie publiczne.

Choć Trybunał Konstytucyjny uznał klauzulę sumienia za zgodną z Konstytucją, pamiętać należy, że Konstytucja gwarantuje nam m.in. prawo do opieki zdrowotnej oraz zabrania tortur i nieludzkiego traktowania. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie wypowiadał się na temat dostępu do legalnej aborcji w sytuacji, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla zdrowia, w tym psychicznego, i życia ciężarnej. ETPCz przyjął jasne i stanowcze stanowisko, że zdrowie i życie kobiety są wartościami nadrzędnymi wobec potencjalnych praw zarodka i płodu będącego tworem niezdolnym do samodzielnego życia poza organizmem matki, a zmuszanie kobiety do kontynuacji ciąży jest złamaniem przepisów Konwencji w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania. W tym miejscu chciałabym również przypomnieć, że prawa reprodukcyjne są podstawowymi prawami człowieka, a decyzja czy, kiedy, z kim i ile chce się mieć dzieci, to forma realizacji prawa do samostanowienia. To byłoby na tyle pięknej teorii, nawet stosowanej czasem w cywilizowanych krajach jak Szwecja, Dania czy Norwegia.

Tymczasem w Polsce liczba lekarzy zasłaniających się sumieniem i wprost dezinformujących swoich pacjentów i społeczeństwo rośnie jak grzyby po deszczu. Wczoraj MamaDu, za Seksizm nasz powszedni opublikował krótki wywiad z dr M. Ś., lekarką w trakcie specjalizacji z genetyki klinicznej w Centrum Zdrowia Dziecka. Poza standardowym zestawem półprawd i kłamstw używanych przez działaczy ruchów szumnie zwących się „pro-life”, dr Ś. poruszyła inną, chyba nawet bardziej istotną kwestię spotykaną w codziennej praktyce: obiektywizm.

Pani doktor w wywiadzie przyznała, że sama choruje na zespół Turnera (aberracja chromosomowa polegająca na braku drugiego chromosomu X, objawiająca się m.in. niskim wzrostem, krótką szyją oraz niepłodnością). Nie jest pierwszą, ani ostatnią lekarką osobiście borykającą się z niepłodnością, gdyż co 5. para ma problemy z poczęciem dziecka, niezależnie od wykonywanego zawodu. Najczęściej pary dowiadują się o niepłodności po bezskutecznych staraniach, tj. regularnym współżyciu bez zabezpieczeń przez min. rok, jednakże są takie postaci niepłodności jak wspomniany zespół Turnera czy zespół MRKH (polegającym na wrodzonym braku macicy) o których istnieniu pacjentki dowiadują się w okresie dojrzewania, gdy zgłaszają się do lekarza z powodu braku miesiączki. Diagnoza niepłodności usłyszana w okresie nastoletnim jest traumą porównywalną do diagnozy nowotworu. Z dnia na dzień życie nastolatki rozpada się na milion kawałków, które już nigdy nie zostaną odbudowane w jedną całość. Dla nas, kobiet w wieku 25-30 lat, które były zdiagnozowane 10-15 lat temu rzeczywistość była zgoła inna niż dla dziewczyn, które dowiadują się o zespole Turnera czy MRKH obecnie. Kiedy ja dowiedziałam się o tym, że nie mam macicy, a dr Ś. usłyszała, że jej jajniki nie są w stanie wytworzyć komórek jajowych, medycyna rozrodu, szczególnie w Polsce, nie potrafiła nam pomóc. Polskie pacjentki z zespołem Turnera są teraz w o tyle lepszej sytuacji niż dziewczyny z zespołem MRKH, że mogą skorzystać z próby stymulacji własnych jajników do IVF czy nawet skorzystać z oocytów dawczyni, a przeszczep macicy będący jedyną metodą leczenia zespołu MRKH jest w kraju nad Wisłą niedostępny. Tu w Szwecji obie metody są mniej lub bardziej, ale dostępne.

Nie wiem jakie motywy kierowały dr Ś. przy wyborze kierunku studiów, bo u mnie był to najczystszy przypadek, ale w wywiadzie wyjaśniła, że wybrała specjalizację z genetyki klinicznej, by móc pomagać pacjentkom z taką samą wadą jak jej. Czy ja wybrałabym specjalizację z położnictwa i ginekologii, i czy z podobnych przesłanek? Nigdy i to z różnych powodów. Po pierwsze, szkolenie specjalizacyjne to w znacznej części położnictwo, co byłoby zabójcze dla mojej psychiki, gdyż nie jest łatwo patrzeć na szczęście innych spowodowane narodzinami dziecka, kiedy samej zmaga się z, nazywając rzeczy po imieniu, bezpłodnością. Kolejnym powodem jest wyjątkowa presja psychiczna kiedy jako lekarz trzeba zmierzyć się z problemem wobec którego ma się bardzo silny stosunek emocjonalny. Niepłodność to nie grypa czy angina, że każdy kiedyś miał i za tydzień pacjent już nawet nie będzie pamiętał, że był chory. Empatia i dobre podejście do młodej pacjentki są wyjątkowo istotne, ale profesjonalizm i dystans do pracy są równie ważne w prawidłowych relacjach pacjent-lekarz. Kiedy trzeba wyważyć chęć pomocy swoim siostrom w chorobie z zawodowym dystansem i profesjonalizmem, na jednej szali trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne, a na drugiej swój profesjonalny wizerunek. To nie jest łatwe równanie i tu nie ma prawidłowej odpowiedzi.

Mam koleżankę-lekarkę, też z zespołem MRKH, która zdecydowała się specjalizować w położnictwie i ginekologii. Po skończeniu specjalizacji była emocjonalnym wrakiem (no bo jak długo można dzielnie uśmiechać się do matek z noworodkami, kiedy wszystkim, o czym marzysz jest posiadanie takiego słodkiego bobasa?!). Rozmawiałyśmy kiedyś o tym, co spowodowało, że wybrała taką, a nie inną specjalizację. Usłyszałam dokładnie taką odpowiedź, jak słowa dr Ś. o pomaganiu pacjentkom z tym samym problemem jak ona ma. Koleżanka ta bardzo żałuje swojej decyzji i obecnie robi drugą specjalizację, całkowicie niezwiązaną z ginekologią. Aby stało się zadość naukowym statystykom, znam jeszcze dwie lekarki z MRKH: jedna jest lekarzem rodzinnym, a druga internistką.

Wracając do kwestii wyboru specjalizacji przez młodą lekarką pełną pasji i chęci niesienia pomocy pacjentkom borykającym się taką samą chorobą (nie zapominajmy, że niepłodność to choroba jak każda inna), jest zawsze droga po środku. Wiedza wyniesiona ze studiów, umiejętność wyszukiwania fachowych informacji w połączeniu z doświadczeniem osobistych zmagań to wprost nieocenione połączenie cech charakteryzujących lidera grupy pacjenckiej! Moim stałym Czytelnikom nie muszę nieskromnie przypominać, że to jest właśnie droga, na której jestem. Ciężko powiedzieć, że ją wybrałam, bo bardziej „tak wyszło”, niż był to mój świadomy wybór, ale przynosi mi to bardzo dużo satysfakcji, mając jednocześnie komfort psychiczny, że w każdej chwili mogę się wycofać bez rujnowania swojej kariery zawodowej. Dla niewtajemniczonych, moja „zawodowa przygoda z ginekologią” zaczęła się już na 2. roku studiów, kiedy to przeprowadziłam pierwsze kohortowe badanie charakteryzujące polskie pacjentki z zespołem MRKH (było to badanie ankietowe), a efektem była publikacja w JPAG i kilka prezentacji na konferencjach, później zorganizowałam 1st MRKH Meeting on MRKH Syndrome w 2014 r., już po skończeniu studiów, w ścisłej współpracy z Magazynem zorganizowałyśmy 2nd International Meeting on MRKH Syndrome, a plany mamy jeszcze bardziej ambitne 😉 W tak zwanym międzyczasie adminuję dwie samopomocowe grupy pacjenckie oraz odpowiadam na pytania na kilku kolejnych międzynarodowych grupach. No i oczywiście dbam o edukację społeczeństwa poprzez pisanie o niepłodności, zespole MRKH, przeszczepach macicy i prawach reprodukcyjnych.

Choć zawodowo pozostaję poza kliniczną stroną ginekologii, moje zainteresowania naukowe oscylują wokół szeroko pojętego zdrowia reprodukcyjnego i często przecinają drogi z kwestiami niepłodnościowymi. Praca naukowa jest o tyle łatwiejsza emocjonalnie, że zachowanie dystansu jest prostsze, gdy pracuje się na danych, a nie z drugim, czującym i myślącym człowiekiem w bardzo trudnej sytuacji życiowej jakim jest diagnoza niepłodności. Od koncepcji, poprzez zbieranie i analizę danych, aż do czasu publikacji wyników, zawsze można obgadać z bardziej doświadczoną koleżanką, co bardzo pomaga przywrócić dystans i powinno być obowiązkowe dla wszystkich naukowców. Czasem bardzo żałuję, że nie jestem córką którejś z moich bardziej doświadczonych koleżanek, dzięki czemu może miałabym więcej dystansu do samej siebie, do swoich badań naukowych, jak i do działalności pacjenckiej…

Ważną, acz całkowicie niedostrzeganą kwestią jest unikatowa możliwość nieformalnej edukacji koleżanek i kolegów po fachu. Gdybym podliczyła godziny spędzone tłumaczeniu ginekologom, że operacyjne wytworzenie pochwy wcale nie świadczy o tym, że pacjentka ma się już OK, że empatia nie gryzie, że przeszczep macicy to najlepsze co można osiągnąć w leczeniu MRKH, to w ostatnich 7 latach wyrobiłam już swoją życiową liczbę godzin dydaktycznych 😉

Całkowicie na marginesie chciałabym poruszyć kwestię kontynuacji lub terminacji ciąży w przypadku nieletalnej wady płodu. Jest to wyjątkowo trudna sytuacja nawet dla osoby o tak liberalnych poglądach jak ja. O ile jestem przekonana co bym zrobiła w sytuacji niechcianej ciąży bądź letalnych wad u płodu, o tyle trudno mi jednoznacznie wypowiedzieć się co bym zrobiła będąc w ciąży, kiedy płód miałby zespół Turnera lub MRKH. Nawet jak najbardziej wysilę swoją empatię i umiejętność wczuwania się w sytuację, nie potrafię jednoznacznie wskazać, czy w imię swojego pragnienia dziecka potrafiłabym skazać swoją potencjalną córkę na taką samą drogę przejścia przez piekło niepłodności, albo czy potrafiłabym pogodzić się z faktem, że może jednak miałaby całkiem dobre życie, skoro da się pokonać niepłodność? Nie potrafię sobie również wyobrazić „doradzania” kobiecie/parze, która stoi przed tak trudnym wyborem. W głowie mi się nie mieści, że lekarz, profesjonalista mógłby powiedzieć „O, ja mam taką samą wadę jak Twoje dziecko. Widzisz, mam się dobrze, więc nawet nie myśl o aborcji!”. Poradnictwo genetyczne jest z założenia niedyrektywne, więc twierdzenie dr Ś., że skierowanie na badania prenatalne jest jak skierowanie na aborcję jest gigantycznym absurdem!

Czy wyobrażacie sobie mnie mówiącą pacjentce, że powinna poddać się przeszczepowi macicy, bo przecież niepłodność to choroba, którą należy leczyć? Nie? Ja też nie umiem sobie tego wyobrazić. Jednak kazus dr Ś. pokazuje, że są lekarze, którzy potrafią narzucać pacjentkom swój własny światopogląd i interpretują to jako wspieranie w diagnozie. Chyba nadszedł czas, by w pracy korzystać z Evidence-based medicine, a światopogląd i samopomoc pacjencką praktykować poza szpitalem.

Środowisko lekarskie w Polsce jest bardzo hermetyczne, a klauzuli sumienia broni bardziej niż Naziści Monte Cassino. W czasie fali protestów w obronie prawa do zdrowia reprodukcyjnego lekarze (poza kilkoma bardzo chlubnymi wyjątkami jak prof. Romuald Dębski) milczeli jak zaklęci. Jakby połowa środowiska nie była kobietami, którym może dziać się krzywda, bo kolega/koleżanka powie, że życie płodu ważniejsze od leczenia jej raka piersi, albo nie będzie mogła skorzystać z leczenia metodą IVF, bo rząd jej zakaże… Niech każdy oceni we własnym sumieniu, czy oczekuje od lekarza rzetelnej porady medycznej czy nacechowanego ideologicznie i umoralniającego show światopoglądowego. Pozostawiam Was, Drodzy Czytelnicy, ze słowami Krystyny Kacpury, Dyrektorki Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Tak ku pokrzepieniu serc!

Karina Sasin

Lekarka, naukowiec, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)

Młoda artystka o poronieniu. 22-letnia Halsey: Chciałam być mamą bardziej niż gwiazdą pop

Fot: Screen Instagram halsey
Fot: Screen Instagram halsey

Wokalistka, która robi oszałamiającą karierę, nie ukrywa, że boryka się z problemami zdrowotnymi. Halsey ma endometriozę, przyznała się też do straty ciąży.

Trudne chwile

Ma 22 lata i cały świat u stóp. Nagrywa świetnie sprzedające się utwory, ostatni hit „Not afraid anymore” promował 2 część sagi „50 twarzy Greya”. Kariera karierą, ale dla Halsey ważniejsze jest być szczerą wobec fanów. Przed premierą nowego albumu opowiada im o poronieniu. A doświadczyła go na chwilę przed koncertem w pokoju hotelowym.

To był występ pełen gniewu. Najbardziej gniewny w moim życiu. Pomyślałam wtedy, że nie czuję się człowiekiem. Ta rzecz, ta muzyka, Halsey, wszystko co robię, wzięły górę nad każdą decyzję, były priorytetami. Zeszłam ze sceny, poszłam na parking i zaczęłam wymiotować” – wyznaje piosenkarka.

Halsey towarzyszyło poczucie winy. Żywiła przekonanie, że nie doniosłą ciąży, bo o siebie nie dbała. „Nie piłam, nie brałam narkotyków, ja po prostu byłam przepracowana. Co kilka tygodni lądowałam w szpitalu, miałam anemię, moje ciało odmawiało posłuszeństwa” – stwierdziła, dodając, że mogła wybrać. „Chciałam być mamą bardziej niż gwiazdą pop” – opowiadała w jednym z wywiadów.

 

Karolina Błaszkiewicz

dziennikarka. Związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami i z natemat.pl

Jak to jest wiedzieć, że nie mogę mieć dzieci? [FILM]

Fot. Screen BuzzFeedYellow Youtube
Fot. Screen BuzzFeedYellow Youtube

Wiadomość o niepłodności często spada na kobietę jak grom z jasnego nieba. Emocje, które wywołuje, mogą być niezwykle trudne i bolesne. Oto trzy kobiety otwarcie mówiące o swoim doświadczeniu.

Zakręty, wyboje, koleiny

Ich historie niewątpliwie dają siłę i nadzieję. Pokazują, że nawet sytuacje będące z pozoru bez wyjścia, mogą zakończyć się spokojem i pogodzeniem. „Nigdy nie było nawet znaku zapytania. Zawsze wiedziałam, że pewnego dnia będę mamą” – mówi na wstępie jedna z bohaterek. Jak bardzo trzeba nieraz przewartościować swoje życie… Jej niepłodność nie ma wyjaśnienia. Teoretycznie wszystko jest w porządku, ale nie udało jej się dotąd zajść w ciążę. Dziś ma 38 lat i głośno mówi: „Nie chcę mieć dzieci”. Sama przy tym podkreśla, jak jest to dla niej niesamowite, że może takie słowa w ogóle wypowiedzieć, biorąc pod uwagę fakt, jaką osobą była i jak ważne było dla niej dotąd macierzyństwo. Życie stawia nas jednak czasami przed wyzwaniami, nad którymi nie mamy kontroli, o czym mówi kolejna z kobiet.

W 2012 roku została u niej zdiagnozowana endometrioza, co jest główną przyczyną jej niepłodności. „Czułam się naprawdę zagubiona i czułam, że nie mogę zaoferować tego, co powinnam móc zaoferować komuś, z kim chcę być w długoterminowym związku” – mówi. Bardzo trudne było dla niej pogodzenie się z faktem, że być może nigdy nie urodzi dziecka. Obciążające były też rozmowy z innymi ludźmi, którzy nieraz nie wiedzieli, jak reagować, o co ją pytać, czy oby jej nie urażają.

Droga do zrozumienia

Przez dłuższy czas o swoich problemach milczała trzecia z bohaterek filmiku. Cierpi na niedoczynność tarczycy, Hashimoto i PCOS. „W mojej głowie od zawsze była wizja: dorastasz, poznajesz kogoś, pobieracie się i macie dzieci” – mówi. Niestety w rzeczywistości nie zawsze się to układa. Pomimo problemów, po ślubie z ukochanym mężczyzną, udało się kobiecie zajść w ciążę. Myślała, że zdarzył się cud. Niestety w trzecim miesiącu poroniła. Dziś jest już w stanie odpuścić. Zrozumiała, że jest wiele dróg do spełnienia swoich potrzeb macierzyńskich: „Nie musisz urodzić, by być dla kogoś matką”.

Opowiedziane w filmiku historie są niezwykle mocnym świadectwem zmagań, z jakimi borykają się kobiety walczące z niepłodnością. Trudne decyzje i przede wszystkim praca nad swoją psychiką. Warto jednak posłuchać ich doświadczeń, by zobaczyć, że można szczęśliwie „ułożyć” się z życiem. Nawet jeśli zaskakuje nas w najtrudniejszy dla nas sposób.

12 sekretów niepłodnych kobiet >>> PRZECZYTAJ

 

Źródło: „Buzzfeed”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Otyłość matek zwiększa ryzyko epilepsji u dzieci? Najnowsze badania!

epilepsja u dziecka

Otyłość matki zwiększa ryzyko urodzenia dziecka, które zachoruje na epilepsję. Nadwaga powodować może zapalenia w macicy, które stają się czynnikiem wyzwalającym chorobę. Szczególnie narażone są osoby, których BMI w momencie poczęcia dziecka wynosi powyżej 40. Ryzyko choroby ich potomków szacowane jest na 82 proc.

Możemy działać

Nie są to jedyne niepokojące dane przytaczane przez ekspertów. Nadwaga matki ma zwiększać także możliwość wystąpienia uszkodzeń mózgu rozwijającego się dziecka. Wpływa także na rozwój neuronalny płodu, bowiem nadwyżka kilogramów podczas ciąży sprzyja rozwijaniu wspomnianych już wyżej stanów zapalnych.

Jeśli zaś chodzi o epilepsję, jej przyczyny są bardzo słabo rozpoznane i w wielu przypadkach trudno jest je zdefiniować. Postanowiono więc przyjrzeć się nadwadze w czasie ciąży, bowiem jej problem jest globalnie narastający. Nic więc dziwnego, że może w długoterminowej perspektywie oddziaływać na układ neurologiczny dziecka. Dr Neda Razaz powiedział: „Ponieważ nadwaga i otyłość są czynnikami ryzyka, na które potencjalnie mamy wpływ, prewencja otyłości u kobiet w wieku reprodukcyjnym może być ważną strategią zdrowia publicznego, która ma na celu zmniejszenie częstotliwości występowania padaczki” – jego słowa cytuje „Daily Mail”.

Im więcej tym gorzej?

W jednych z badań naukowcy poddali analizie ponad 1,4 miliona przypadków żywych urodzeń, by sprawdzić jaki poziom BMI miały kobiety w pierwszym trymestrze ciąży. Spośród urodzonych dzieci padaczkę zdiagnozowano u 7,592 małych pacjentów, jest to ok. 0,5 procenta.

Jak pokazały badania, ryzyko epilepsji wynosiło 11 procent, gdy BMI matki mieściło się w przedziale 25-30. Kiedy znajdowało się w przedziale 30-35 ryzyko wzrastało do 20 proc. Pomiędzy BMI 35-40 wynosiło już 30 proc. Zaś BMI powyżej 40 wiązało się z nawet 82-procentowym ryzykiem wystąpienia epilepsji u dziecka.

Chociaż nie jesteśmy przekonani, co do bezpośredniego związku otyłości w ciąży i zwiększonego ryzyka uszkodzeń mózgu i epilepsji u dzieci, najnowsze badania wydają się być interesujące” – przytaczane tu wyniki skomentował jeden z ekspertów zajmujących się w Wielkiej Brytanii właśnie problemem epilepsji. I tak też chyba należy podejść do podobnego typu doniesień. Jeśli możemy polepszyć jakość swojego życia i życia naszego przyszłego dziecka – cudownie. Trzeba mieć jednak dystans do wszelkiego typu doniesień i pamiętać o zachowaniu holistycznej perspektywy.

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Siła zrealizowanych marzeń – dr Magdaleną Langner o medycynie, pasji i specjalizacji w Niemczech

Magdalena Langner

O pasji, zaangażowaniu, dużych emocjach i międzynarodowym doświadczeniu z dr Magdaleną Langner, specjalistką w zakresie położnictwa i ginekologii, rozmawiała Katarzyna Miłkowska.

Czy od zawsze chciała być Pani lekarzem?

Szczerze mówiąc, nie wiem, skąd wzięła się u mnie medycyna. Mój dziadek był lekarzem, jednak nie miałam szansy go poznać, ponieważ zmarł jeszcze przed moimi narodzinami. Natomiast rodzice lekarzami nie są. Pamiętam, że na pewnym etapie podstawówki po prostu zaczęłam mówić, że chcę iść właśnie na medycynę i konsekwentnie do tego dążyłam. Na piątym roku medycyny nie miałam żadnych wątpliwości, że mój kierunek to ginekologia, a szczególnie medycyna rozrodu. Moje marzenia się zrealizowały, zajmuję się leczeniem niepłodności w klinice o najlepszych wynikach i tradycjach w tym zakresie.

Rozumiem, że praca jest Pani pasją. Jest jednak bardzo wymagająca, czy znajduje Pani miejsce na jakieś inne zainteresowania?

Niestety tej przestrzeni jest bardzo mało. Staram się jednak wyrwać chwilę dla siebie, rodziny i przyjaciół. Jestem instruktorem narciarstwa, fanką żeglarstwa, gram też w tenisa – sport jest dla mnie ważny. Staram się zarażać dziecko swoimi pasjami, przede wszystkim właśnie sportem. Daje nam to możliwość rodzinnego spędzania czasu.

Pani rodzice nie byli lekarzami, ale czy obserwując swoje środowisko, może Pani powiedzieć, że ułatwia to rozumienie i wejście w świat medycyny?

Być może w rodzinach lekarskich wyrasta się w określonym porządku życia. Od dziecka poznaje się, z czym wiąże się medycyna, z jakimi wyrzeczeniami w życiu osobistym. Moja rodzina – choć niezwiązana z medycyną – bardzo mnie wspiera. Prawda jest taka, że gdyby nie oni, pewnie nie mogłabym wykonywać tego zawodu z takim zaangażowaniem, z jakim to robię.

Domyślam się, że dotyczy to nie tylko kwestii obciążenia fizycznego, lecz także psychicznego.

Zdecydowanie tak. Leczenie ludzi, sukcesy, a czasem niestety i porażki, czekanie na efekty terapii powodują duże emocje. Zwłaszcza że zajmuję się dziedziną związaną z powstawaniem nowego życia, narodzinami dzieci – to często najważniejsze momenty w życiu moich pacjentów, a ja im w tym towarzyszę. To duża odpowiedzialność i w takiej sytuacji trudno jest się całkowicie wyłączyć po wyjściu z gabinetu. Siłą rzeczy niektóre emocje przynosi się do domu.

Ma Pani doświadczenie związane z pracą zarówno w placówkach prywatnych, jak i w szpitalach. Czy na tej płaszczyźnie są jakieś różnice?

Szpital to żywioł, często nieprzewidywalny. Na pewno dodaje adrenaliny, która jednym jest potrzebna, innym nie. Mnie akurat jest. Lubię to życie, lubię, kiedy coś się dzieje, nawet jeśli jest trudno. Gabinet prywatny to zupełnie inna praca. Moim zdaniem często bardziej wymagająca.

Pracuję sam na sam z pacjentką, a każda z nich wymaga pełnego zaangażowania.

W szpitalu pracuje się zespołowo, gdy człowiek jest już kompletnie padnięty, ktoś z zespołu może go zastąpić. W gabinecie tak się nie da.

Wydaje się, że w Polsce niewiele mówi się o wypaleniu zawodowym lekarzy i o tym, że oni też powinni o siebie zadbać.

Specjalizację robiłam w Niemczech, gdzie pracowałam przez 10 lat. Kładzie się tam duży nacisk właśnie na to, aby lekarz umiał odpowiednio zadbać o swoją formę. Obowiązkowe warsztaty psychologiczne, podczas których uczymy się, jak to robić, przechodzi się przed egzaminem specjalizacyjnym. Z tego, co wiem, w Polsce czegoś takiego nie ma.

Co jeszcze daje doświadczenie zagranicznej praktyki?

Język niemiecki znam od trzeciego roku życia, bo tata pracował w Niemczech. Na etapie przedszkola były momenty, gdy lepiej mówiłam po niemiecku niż po polsku. Chociaż miałam taką możliwość, nie zdecydowałam się na studia medyczne w Niemczech. Kiedy jednak poznałam system dopuszczania do specjalizacji w naszym kraju, stwierdziłam, że może warto spróbować. To była dobra decyzja. Doświadczenie zawodowe zdobyte w innych realiach jest bardzo cenne, poszerza horyzonty, intensywnie kształci. W Niemczech np. przykłada się dużą wagę do kontaktu lekarza z pacjentem i dla mnie jakość tego kontaktu też jest bardzo ważna, ułatwia komunikację i pozytywnie wpływa na efekt leczenia.

Odmienna perspektywa pozwala odnieść się do tego, co widzi Pani na co dzień w Polsce?

Status społeczny lekarza w Niemczech jest wyższy, a współpraca między lekarzami zdecydowanie lepsza. Gdy do szpitala trafia tam młody pracownik, bardzo angażuje się go w pracę zespołu. Wszyscy koledzy chcą mu jak najwięcej przekazać, by szybko dołączył do ich grona i pomagał im w pracy. To daje bardzo dobre efekty w zakresie tempa i jakości kształcenia. U nas o taką współpracę trudniej, chociaż powoli zaczyna się to zmieniać. Myślę, że na lepsze.

 więcej ciekawych tekstów w numerze 4/2017

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.