Przejdź do treści

Kiedy lekarz jest pacjentem…

Nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jednakże granica narzucania innym własnego światopoglądu jest w Polsce bardzo nieostra. W ostatnich latach przez media przewinęły się setki, jeśli nie tysiące, historii kobiet pokrzywdzonych przez lekarzy zasłaniających się klauzulą sumienia. Jednak tym razem nie o samej klauzuli sumienia, tylko o tym jak bycie lekarką i pacjentką w jednym wpływa na jakość opieki nad własnymi pacjentkami.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nie minęły nawet trzy miesiące od mojego artykułu „Lekarskie sumienie, czyli co?„, a ja ponownie siedzę przed komputerem i zastanawiam się dlaczego lekarze nieuznający prawa pacjentek do zdrowia reprodukcyjnego wybierają specjalizacje będące filarami realizacji tych praw: ginekologia i położnictwo, perinatologia czy genetyka kliniczna. Jest to bardzo niepokojące, gdyż są dziesiątki innych specjalizacji, w których nie mieliby konfliktu sumienia, ot chociażby geriatria, patomorfologia, epidemiologia czy zdrowie publiczne.

Choć Trybunał Konstytucyjny uznał klauzulę sumienia za zgodną z Konstytucją, pamiętać należy, że Konstytucja gwarantuje nam m.in. prawo do opieki zdrowotnej oraz zabrania tortur i nieludzkiego traktowania. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie wypowiadał się na temat dostępu do legalnej aborcji w sytuacji, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla zdrowia, w tym psychicznego, i życia ciężarnej. ETPCz przyjął jasne i stanowcze stanowisko, że zdrowie i życie kobiety są wartościami nadrzędnymi wobec potencjalnych praw zarodka i płodu będącego tworem niezdolnym do samodzielnego życia poza organizmem matki, a zmuszanie kobiety do kontynuacji ciąży jest złamaniem przepisów Konwencji w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania. W tym miejscu chciałabym również przypomnieć, że prawa reprodukcyjne są podstawowymi prawami człowieka, a decyzja czy, kiedy, z kim i ile chce się mieć dzieci, to forma realizacji prawa do samostanowienia. To byłoby na tyle pięknej teorii, nawet stosowanej czasem w cywilizowanych krajach jak Szwecja, Dania czy Norwegia.

Tymczasem w Polsce liczba lekarzy zasłaniających się sumieniem i wprost dezinformujących swoich pacjentów i społeczeństwo rośnie jak grzyby po deszczu. Wczoraj MamaDu, za Seksizm nasz powszedni opublikował krótki wywiad z dr M. Ś., lekarką w trakcie specjalizacji z genetyki klinicznej w Centrum Zdrowia Dziecka. Poza standardowym zestawem półprawd i kłamstw używanych przez działaczy ruchów szumnie zwących się „pro-life”, dr Ś. poruszyła inną, chyba nawet bardziej istotną kwestię spotykaną w codziennej praktyce: obiektywizm.

Pani doktor w wywiadzie przyznała, że sama choruje na zespół Turnera (aberracja chromosomowa polegająca na braku drugiego chromosomu X, objawiająca się m.in. niskim wzrostem, krótką szyją oraz niepłodnością). Nie jest pierwszą, ani ostatnią lekarką osobiście borykającą się z niepłodnością, gdyż co 5. para ma problemy z poczęciem dziecka, niezależnie od wykonywanego zawodu. Najczęściej pary dowiadują się o niepłodności po bezskutecznych staraniach, tj. regularnym współżyciu bez zabezpieczeń przez min. rok, jednakże są takie postaci niepłodności jak wspomniany zespół Turnera czy zespół MRKH (polegającym na wrodzonym braku macicy) o których istnieniu pacjentki dowiadują się w okresie dojrzewania, gdy zgłaszają się do lekarza z powodu braku miesiączki. Diagnoza niepłodności usłyszana w okresie nastoletnim jest traumą porównywalną do diagnozy nowotworu. Z dnia na dzień życie nastolatki rozpada się na milion kawałków, które już nigdy nie zostaną odbudowane w jedną całość. Dla nas, kobiet w wieku 25-30 lat, które były zdiagnozowane 10-15 lat temu rzeczywistość była zgoła inna niż dla dziewczyn, które dowiadują się o zespole Turnera czy MRKH obecnie. Kiedy ja dowiedziałam się o tym, że nie mam macicy, a dr Ś. usłyszała, że jej jajniki nie są w stanie wytworzyć komórek jajowych, medycyna rozrodu, szczególnie w Polsce, nie potrafiła nam pomóc. Polskie pacjentki z zespołem Turnera są teraz w o tyle lepszej sytuacji niż dziewczyny z zespołem MRKH, że mogą skorzystać z próby stymulacji własnych jajników do IVF czy nawet skorzystać z oocytów dawczyni, a przeszczep macicy będący jedyną metodą leczenia zespołu MRKH jest w kraju nad Wisłą niedostępny. Tu w Szwecji obie metody są mniej lub bardziej, ale dostępne.

Nie wiem jakie motywy kierowały dr Ś. przy wyborze kierunku studiów, bo u mnie był to najczystszy przypadek, ale w wywiadzie wyjaśniła, że wybrała specjalizację z genetyki klinicznej, by móc pomagać pacjentkom z taką samą wadą jak jej. Czy ja wybrałabym specjalizację z położnictwa i ginekologii, i czy z podobnych przesłanek? Nigdy i to z różnych powodów. Po pierwsze, szkolenie specjalizacyjne to w znacznej części położnictwo, co byłoby zabójcze dla mojej psychiki, gdyż nie jest łatwo patrzeć na szczęście innych spowodowane narodzinami dziecka, kiedy samej zmaga się z, nazywając rzeczy po imieniu, bezpłodnością. Kolejnym powodem jest wyjątkowa presja psychiczna kiedy jako lekarz trzeba zmierzyć się z problemem wobec którego ma się bardzo silny stosunek emocjonalny. Niepłodność to nie grypa czy angina, że każdy kiedyś miał i za tydzień pacjent już nawet nie będzie pamiętał, że był chory. Empatia i dobre podejście do młodej pacjentki są wyjątkowo istotne, ale profesjonalizm i dystans do pracy są równie ważne w prawidłowych relacjach pacjent-lekarz. Kiedy trzeba wyważyć chęć pomocy swoim siostrom w chorobie z zawodowym dystansem i profesjonalizmem, na jednej szali trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne, a na drugiej swój profesjonalny wizerunek. To nie jest łatwe równanie i tu nie ma prawidłowej odpowiedzi.

Mam koleżankę-lekarkę, też z zespołem MRKH, która zdecydowała się specjalizować w położnictwie i ginekologii. Po skończeniu specjalizacji była emocjonalnym wrakiem (no bo jak długo można dzielnie uśmiechać się do matek z noworodkami, kiedy wszystkim, o czym marzysz jest posiadanie takiego słodkiego bobasa?!). Rozmawiałyśmy kiedyś o tym, co spowodowało, że wybrała taką, a nie inną specjalizację. Usłyszałam dokładnie taką odpowiedź, jak słowa dr Ś. o pomaganiu pacjentkom z tym samym problemem jak ona ma. Koleżanka ta bardzo żałuje swojej decyzji i obecnie robi drugą specjalizację, całkowicie niezwiązaną z ginekologią. Aby stało się zadość naukowym statystykom, znam jeszcze dwie lekarki z MRKH: jedna jest lekarzem rodzinnym, a druga internistką.

Wracając do kwestii wyboru specjalizacji przez młodą lekarką pełną pasji i chęci niesienia pomocy pacjentkom borykającym się taką samą chorobą (nie zapominajmy, że niepłodność to choroba jak każda inna), jest zawsze droga po środku. Wiedza wyniesiona ze studiów, umiejętność wyszukiwania fachowych informacji w połączeniu z doświadczeniem osobistych zmagań to wprost nieocenione połączenie cech charakteryzujących lidera grupy pacjenckiej! Moim stałym Czytelnikom nie muszę nieskromnie przypominać, że to jest właśnie droga, na której jestem. Ciężko powiedzieć, że ją wybrałam, bo bardziej „tak wyszło”, niż był to mój świadomy wybór, ale przynosi mi to bardzo dużo satysfakcji, mając jednocześnie komfort psychiczny, że w każdej chwili mogę się wycofać bez rujnowania swojej kariery zawodowej. Dla niewtajemniczonych, moja „zawodowa przygoda z ginekologią” zaczęła się już na 2. roku studiów, kiedy to przeprowadziłam pierwsze kohortowe badanie charakteryzujące polskie pacjentki z zespołem MRKH (było to badanie ankietowe), a efektem była publikacja w JPAG i kilka prezentacji na konferencjach, później zorganizowałam 1st MRKH Meeting on MRKH Syndrome w 2014 r., już po skończeniu studiów, w ścisłej współpracy z Magazynem zorganizowałyśmy 2nd International Meeting on MRKH Syndrome, a plany mamy jeszcze bardziej ambitne 😉 W tak zwanym międzyczasie adminuję dwie samopomocowe grupy pacjenckie oraz odpowiadam na pytania na kilku kolejnych międzynarodowych grupach. No i oczywiście dbam o edukację społeczeństwa poprzez pisanie o niepłodności, zespole MRKH, przeszczepach macicy i prawach reprodukcyjnych.

Choć zawodowo pozostaję poza kliniczną stroną ginekologii, moje zainteresowania naukowe oscylują wokół szeroko pojętego zdrowia reprodukcyjnego i często przecinają drogi z kwestiami niepłodnościowymi. Praca naukowa jest o tyle łatwiejsza emocjonalnie, że zachowanie dystansu jest prostsze, gdy pracuje się na danych, a nie z drugim, czującym i myślącym człowiekiem w bardzo trudnej sytuacji życiowej jakim jest diagnoza niepłodności. Od koncepcji, poprzez zbieranie i analizę danych, aż do czasu publikacji wyników, zawsze można obgadać z bardziej doświadczoną koleżanką, co bardzo pomaga przywrócić dystans i powinno być obowiązkowe dla wszystkich naukowców. Czasem bardzo żałuję, że nie jestem córką którejś z moich bardziej doświadczonych koleżanek, dzięki czemu może miałabym więcej dystansu do samej siebie, do swoich badań naukowych, jak i do działalności pacjenckiej…

Ważną, acz całkowicie niedostrzeganą kwestią jest unikatowa możliwość nieformalnej edukacji koleżanek i kolegów po fachu. Gdybym podliczyła godziny spędzone tłumaczeniu ginekologom, że operacyjne wytworzenie pochwy wcale nie świadczy o tym, że pacjentka ma się już OK, że empatia nie gryzie, że przeszczep macicy to najlepsze co można osiągnąć w leczeniu MRKH, to w ostatnich 7 latach wyrobiłam już swoją życiową liczbę godzin dydaktycznych 😉

Całkowicie na marginesie chciałabym poruszyć kwestię kontynuacji lub terminacji ciąży w przypadku nieletalnej wady płodu. Jest to wyjątkowo trudna sytuacja nawet dla osoby o tak liberalnych poglądach jak ja. O ile jestem przekonana co bym zrobiła w sytuacji niechcianej ciąży bądź letalnych wad u płodu, o tyle trudno mi jednoznacznie wypowiedzieć się co bym zrobiła będąc w ciąży, kiedy płód miałby zespół Turnera lub MRKH. Nawet jak najbardziej wysilę swoją empatię i umiejętność wczuwania się w sytuację, nie potrafię jednoznacznie wskazać, czy w imię swojego pragnienia dziecka potrafiłabym skazać swoją potencjalną córkę na taką samą drogę przejścia przez piekło niepłodności, albo czy potrafiłabym pogodzić się z faktem, że może jednak miałaby całkiem dobre życie, skoro da się pokonać niepłodność? Nie potrafię sobie również wyobrazić „doradzania” kobiecie/parze, która stoi przed tak trudnym wyborem. W głowie mi się nie mieści, że lekarz, profesjonalista mógłby powiedzieć „O, ja mam taką samą wadę jak Twoje dziecko. Widzisz, mam się dobrze, więc nawet nie myśl o aborcji!”. Poradnictwo genetyczne jest z założenia niedyrektywne, więc twierdzenie dr Ś., że skierowanie na badania prenatalne jest jak skierowanie na aborcję jest gigantycznym absurdem!

Czy wyobrażacie sobie mnie mówiącą pacjentce, że powinna poddać się przeszczepowi macicy, bo przecież niepłodność to choroba, którą należy leczyć? Nie? Ja też nie umiem sobie tego wyobrazić. Jednak kazus dr Ś. pokazuje, że są lekarze, którzy potrafią narzucać pacjentkom swój własny światopogląd i interpretują to jako wspieranie w diagnozie. Chyba nadszedł czas, by w pracy korzystać z Evidence-based medicine, a światopogląd i samopomoc pacjencką praktykować poza szpitalem.

Środowisko lekarskie w Polsce jest bardzo hermetyczne, a klauzuli sumienia broni bardziej niż Naziści Monte Cassino. W czasie fali protestów w obronie prawa do zdrowia reprodukcyjnego lekarze (poza kilkoma bardzo chlubnymi wyjątkami jak prof. Romuald Dębski) milczeli jak zaklęci. Jakby połowa środowiska nie była kobietami, którym może dziać się krzywda, bo kolega/koleżanka powie, że życie płodu ważniejsze od leczenia jej raka piersi, albo nie będzie mogła skorzystać z leczenia metodą IVF, bo rząd jej zakaże… Niech każdy oceni we własnym sumieniu, czy oczekuje od lekarza rzetelnej porady medycznej czy nacechowanego ideologicznie i umoralniającego show światopoglądowego. Pozostawiam Was, Drodzy Czytelnicy, ze słowami Krystyny Kacpury, Dyrektorki Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Tak ku pokrzepieniu serc!

Karina Sasin

Lekarka, naukowczyni, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Redaktor Naukowa "Chcemy Być Rodzicami". Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)

7 rzeczy, dlaczego nawodnienie wpływa na twoją płodność!

Wpływ stresu na płodność

Czy nawodnienie rzeczywiście może pomóc twojej płodności. Jak spożywanie wody wpływa na jakość komórki jajowej, plemnika, zapłodnienie, PCOS oraz cukrzycę i insulinooporność?

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pijąc wystarczającą ilość wody, wpływasz na poprawę swojej kondycji fizycznej, ale i płodności. Chcesz wiedzieć dlaczego? Przekonaj się.

7 rzeczy dlaczego nawodnienie wpływa na twoją płodność!

1. Nawodnienie a płodność: woda wspomaga gospodarkę hormonalną

Dobrze nawodniony organizm  lepiej rozprowadza wszystkie składniki do komórek i tkanek, co wpływa na lepsze odżywienie i funkcjonowanie narządów. Woda potrzebna jest do procesów metabolicznych i przetwarzania hormonów. Zaburzenia hormonalne to częsta przyczyna zaburzeń płodności a woda pozwala dostarczyć hormony do właściwych miejsc w organizmie.

2. Nawodnienie a płodność: co ma woda do budowy komórki jajowej i plemnika?

Płodność kobiety opiera się na zdolności do produkowania zdrowych komórek jajowych. Nawodnienie kobiecego organizmu pozytywnie wpływa na jakość komórki jajowej. U mężczyzn z kolei odwodnienie może zaburzać produkcję nasienia i obniżać objętość ejakulatu oraz jakość nasienia.

3. Nawodnienie a płodność: woda sprzyja zapłodnieniu

Po zapłodnieniu komórka jajowa przemieszcza się do macicy i tu się zagnieżdża. Wiele zapłodnionych komórek jajowych nie zagnieżdża się prawidłowo, w wyniku czego dochodzi do poronienia. Woda odgrywa ważną rolę w tym procesie, jest niezbędna do podziałów komórkowych, metabolizmu i rozmnażania. Odpowiednie nawodnienie wpływa na lepszą jakość błony śluzowej macicy, gdzie zagnieżdża się zarodek. U kobiet odwodnienie może negatywnie wpływać na błonę śluzową macicy, która odgrywa istotną rolę w transporcie plemników do jajowodu.

4. Nawodnienie a płodność: woda a cukrzyca

Niedobór wody często oznacza  gorszą kontrolę glikemii oraz większe ryzyko wystąpienia cukrzycy typu B. Prawidłowe nawodnienie oznacza stabilniejszy poziom glukozy i insuliny we krwi, co może mieć szczególne korzyści u osób z insulinoopornością i zespołem policystycznych jajników.

5. Nawodnienia a płodność: stan nawodnienia a infekcja

Ponadto nawet odwodnienie niewielkiego stopnia może prowadzić do zwiększonego rozwoju bakterii w drogach moczowych i tym samym zwiększać ryzyko infekcji.

6. Nawodnienie a płodność: woda a spadek nastroju

Nawet niewielkie odwodnienie może wpływać na obniżony nastrój zarówno kobiety, jak i mężczyzny a pozytywne nastawienie nie jest obojętne dla poprawy płodności.

7. Nawodnienie a płodność: woda a spadek masy ciała

Udowodniono, że picie wody wpływa na spadek masy ciała, co również nie pozostaje bez znaczenia dla płodności. Bowiem odpowiednie BMI ma ścisły związek z problemem zajścia w ciążę. Wypicie dwóch szklanek wody przed posiłkiem daje efekt spadku masy ciała.

Woda jest najlepszym płynem do codziennego nawadniania organizmu.  Kobiety powinny wypijać minimum od 2-2,5 l dziennie a mężczyźni 3-3,5 l. Tymczasem zgodnie z danymi National Food Consumption znaczna ilość ludzi jest  w stanie łagodnego, ale przewlekłego odwodnienia.

Źródło: „Dieta dla płodności” Sylwia Leszczyńska

POLECAMY: 10 sposobów na zwiększenie płodności

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Test na depresję w standardach opieki okołoporodowej? Szykują się zmiany

Pielęgniarka przy łóźku pacjentki - opieka okołoporodowa

Diagnozowanie depresji w czasie ciąży i po porodzie, zalecenie karmienia piersią i zakaz reklamy mleka modyfikowanego – to zapisy, które prawdopodobnie znajdą się w nowym projekcie standardów opieki okołoporodowej – informuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Mleko modyfikowane tylko za zgodą lekarza

Według Dziennika Gazety Prawnej („DGP”) duży nacisk w nowych standardach opieki okołoporodowej zostanie położony na karmienie piersią. W dokumencie ma znaleźć się zapis, zgodnie z którym każdy szpital będzie miał obowiązek zapewnić młodym mamom dostęp do laktatora. Brak tego sprzętu jest dziś w wielu szpitalach powodem karmienia noworodków mlekiem modyfikowanym. Mleko to zaś, w opinii ekspertów, powinno być podawane dzieciom tylko po wydaniu takiego zalecenia przez lekarza.

Z nacisku na karmienie mlekiem matki ma wynikać także inne zalecenie: zakaz przekazywania tzw. paczek dla malucha, w których znajdują się próbki produktów. Wiele takich pakietów stanowi reklamę producentów mleka modyfikowanego – zauważa „DGP”.

Test na depresję

O nowych zaleceniach, które mają znaleźć się w przygotowywanym dokumencie, poinformowało także Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Jak podkreślili specjaliści, do standardów opieki okołoporodowej ma dołączyć ocena samopoczucia przyszłej mamy.

– Od 2019 r. w nowych standardach opieki okołoporodowej w ciąży i po porodzie będzie badanie przesiewowe, które określi ryzyko depresji (…). W ramach opieki kobieta ma trzy razy dokonać samooceny pod kątem depresji – mówił prof. dr hab. Piotr Gałecki, konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii.

Zdrowie psychiczne pacjentki zostanie sprawdzone w pierwszym trymestrze ciąży, na miesiąc przed porodem i w pierwszym miesiącu po rozwiązaniu. Lekarz ma w tym celu posłużyć się tzw. skalą depresji Becka. Gdy dostrzeże zagrożenie, powinien skierować kobietę na konsultację do specjalisty (psychiatry lub psychologa).

Poród: ze znieczuleniem czy bez?

Zmianie ma ulec także termin połówkowego badania USG. Zgodnie z planowanymi wytycznymi, od przyszłego roku ma ono odbywać się między 18 a 22 tygodniem ciąży. Obecnie wykonuje się je między 20 a 26 tygodniem ciąży.

Największe zainteresowanie wzbudza jednak kwestia znieczulenia podczas porodu. Jak donosi „DGP”, ostateczna wersja zapisów w tej sprawie nie została jeszcze wypracowana – rozmowy ekspertów wciąż trwają.

Standardy opieki okołoporodowej wyznaczają normy w zakresie jakości opieki szpitalnej, którą kobiety otrzymują w czasie ciąży, porodu i połogu oraz w okresie opieki nad noworodkiem. Projekt nowego dokumentu w tej sprawie ma zostać przygotowany do końca marca 2018 r. Zapisy wejdą w życie w 2019 r.

Źródło: Gazetaprawna.pl, Newsweek.pl, Politykazdrowotna.com, Rynekzdrowia.pl

Przeczytaj również: Miał być alternatywą dla in vitro, w kilku województwach nawet nie wystartował. Jak działa rządowy program prokreacyjny?

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Specjaliści alarmują: Choroby weneryczne zbierają żniwo

choroby weneryczne
fot. Fotolia

W Polsce z roku na rok rośnie liczba zakażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową – wynika z danych przedstawionych przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podaje z kolei, że każdego dnia na świecie odnotowywanych jest ponad 1 milion zakażeń chorobami wenerycznymi. Specjaliści biją na alarm – wiele osób lekceważy objawy i zaraża swoich partnerów seksualnych. Tymczasem nieleczone choroby weneryczne mogą prowadzić do groźnych dla zdrowia, a nawet życia, powikłań.

Swoboda seksualna, różnorodność praktyk seksualnych oraz brak elementarnej wiedzy na temat chorób wenerycznych – to główne przyczyny wzrostu liczby zakażeń. Niestety choroby weneryczne to wciąż temat tabu. Choć współczesna medycyna umożliwia dokładną diagnostykę oraz skuteczne leczenie, wstydzimy się pójść do lekarza i wykonać badania.

Choroby weneryczne i czynniki ryzyka

Choroby weneryczne przenoszone są poprzez kontakty seksualne. Wywołują je wirusy, bakterie, grzyby, pierwotniaki oraz niektóre pasożyty człowieka. Można się nimi zarazić nie tylko podczas tradycyjnego stosunku ale również podczas kontaktów analnych i oralnych.

Niestety nie ma metody, która w 100 proc. zabezpieczałaby przed zakażeniem. Zatem każda osoba aktywna seksualnie jest potencjalnie narażona na zakażenie i może stać się nosicielem choroby wenerycznej. Ryzyko zakażenia wzrasta wraz z liczbą partnerów seksualnych oraz liczbą stosunków bez użycia prezerwatywy.

Zobacz także: Dlaczego chlamydia ogranicza płodność – radzi ekspert!

Nie tylko HIV

Poziom wiedzy na temat chorób przenoszonych drogą płciową jest wciąż niski. Profilaktyka, wśród osób aktywnych seksualnie, ogranicza się zwykle do testów wykrywających zakażenie wirusem HIV.

Wielu nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że istnieje szereg chorób wenerycznych, do zakażenia którymi dochodzi dużo łatwiej i o wiele częściej niż wirusem HIV. WHO szacuje, że każdego roku 357 mln nowych zakażeń chorobami wenerycznymi dotyczy jednaj z czterech chorób: chlamydiozy (131 mln), rzeżączki (78 mln), kiły (5,6 mln) i rzęsistkowicy (143 mln).

Nie lekceważ objawów

Typowymi objawami chorób wenerycznych, które powinny wzbudzić Twoją czujność są:

  • ból pieczenie, swędzenie w okolicach narządów płciowych
  • ból i pieczenie podczas oddawania moczu
  • zmiany skórne w okolicach narządów płciowych (krosty, pęcherzyki, owrzodzenia, zaczerwienienia)
  • zmiana konsystencji i zapachu wydzieliny z pochwy/penisa
  • ból podczas stosunku
  • bóle podbrzusza
  • powiększenie węzłów chłonnych, szczególnie pachwinowych

W przypadku wystąpienia któregoś z powyższych objawów należy niezwłocznie udać się do lekarza (ginekologia, dermatologa, urologa) i poddać się leczeniu. Do czasu całkowitego wyleczenia należy unikać kontaktów seksualnych.

Mężczyźni na celowniku

Choroby weneryczne, szczególnie u mężczyzn, mogą przebiegać bezobjawowo przez długi czas a ewentualne symptomy są przez nich ignorowane. Mężczyźni niechętnie mówią o swoich dolegliwościach i unikają lekarza.

Dodatkowo, kiedy pojawia się problem intymny, nie wiedzą dokąd powinni się udać. Kobieta w takiej sytuacji idzie do ginekologa, a mężczyzna często udaje, że problem nie istnieje. Objawów chorób wenerycznych nie można lekceważyć! Nieleczone mogą prowadzić do pogorszenia jakości życia seksualnego, problemów zdrowotnych, niepłodności, a niektóre mogą okazać się groźne dla życia.

Zobacz także: Biorę, piję, palę i… chcę być rodzicem! 

Sprawdź czy jesteś nosicielem

Prowadzisz aktywne życie seksualne? Masz więcej niż jedną partnerkę seksualną? Przydarzył Ci się przypadkowy seks bez zabezpieczenia? Przynajmniej raz w roku profilaktycznie wykonaj badania w kierunku chorób wenerycznych! Wczesna diagnoza i podjęte leczenie dają większe szanse na wyleczenie.

Obecnie medycyna dysponuje nowoczesnymi metodami diagnostycznymi i skutecznymi sposobami leczenia, które pozwalają skutecznie wyleczyć bądź zahamować rozwój choroby u zakażonej osoby.

Nosicielstwo większości patogenów wywołujących choroby weneryczne można łatwo zdiagnozować przy pomocy badań molekularnych wykonanych techniką PCR (ang. polymerase chain reaction, reakcja łańcuchowa polimerazy). Jest to obecnie jedna z najczulszych metod wykrywania zakażeń mikroorganizmami. Co więcej, badanie to może być wykonane z moczu. Próbkę do badania możesz więc pobrać sam!

#Zbadaj się, bądź pewny siebie

Trwa kampania „Zbadaj się, bądź pewny siebie” organizowana przez Gyncentrum Laboratoria Genetyczne oraz Śląskie Laboratoria Analityczne. Celem kampanii jest szczerzenie wiedzy na temat ryzyka zakażeń oraz konsekwencji chorób wenerycznych wśród mężczyzn aktywnych seksualnie. Akcja ma także zachęcić mężczyzn do wykonywania badań w kierunku chorób wenerycznych.

W pakiecie taniej! Tylko teraz badania w kierunku chorób wenerycznych w korzystnych pakietach aż do 65% taniej! Szczegóły akcji na www.profilaktyczni.pl

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

Wirus RS to śmiertelne zagrożenie dla wcześniaków. Lekarze apelują o wspólne działania

Noworodek
fot. Fotolia

Wirus RS, wywołujący infekcje dróg oddechowych, jest najczęstszą przyczyną infekcji dróg oddechowych wśród niemowląt. Szczególnie zagraża wcześniakom, które wymagają profilaktycznej terapii leczniczej. Ta zaś jest w Polsce tylko jedna, w dodatku Ministerstwo Zdrowia refunduje ją wyłącznie wcześniakom urodzonym do 28. tygodnia ciąży. To najgorsza sytuacja w całej Europie – oceniają lekarze.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Polscy neonatolodzy od wielu miesięcy walczą o rozszerzenie programu refundacyjnego – tak, by objęło profilaktyką wirusa RS również wcześniaki urodzone między 29. a 32. tygodniem ciąży. Wielokrotnie apelowali w tej sprawie do Ministerstwa Zdrowia, ale ich dotychczasowe starania okazały się bezowocne.

Profilaktyka wirusa RS: droga, ale skuteczna

MZ argumentuje swoje odmowy względami ekonomicznymi, choć producent w ostatnim czasie obniżył cenę leku o 30%. Jedna dawka leku kosztuje obecnie 3-3,5 tys. zł – sporo, ale znacznie mniej niż leczenie krótko- i długofalowych powikłań wirusa RS. A te uwzględniają m.in. niewydolność oddechową, zapalenie oskrzeli, zapalenie płuc, zapalenie krtani i tchawicy oraz znaczny wzrost ryzyka zachorowania na astmę.

Wcześniaki urodzone przed 32. tygodniem ciąży, które ulegną zakażeniu wirusem RS, niemal zawsze wymagają leczenia szpitalnego w warunkach intensywnej terapii. W ubiegłym roku z powodu wirusa RS zmarło minimum sześcioro wcześniaków niepoddanych profilaktyce.

Lekarze podkreślają: potrzeba wspólnych działań

Aby wpłynąć na plany Ministerstwa Zdrowia w zakresie szerszej refundacji leku, neonatolodzy postanowili zaangażować rodziców do wspólnych działań. W klinice neonatologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie skierowano do nich nawet apel o aktywne poparcie postulatów zgłaszanych przez lekarzy.

„Na podjęcie pozytywnej decyzji bardzo istotnie może wpłynąć reakcja rodziców dzieci urodzonych przedwcześnie, narażonych na infekcję tym wirusem. Dlatego zachęcamy Państwa do aktywnego poparcia naszych starań poprzez pisanie listów do Ministerstwa Zdrowia, udzielanie wywiadów itp. Im więcej przejawów tego typu aktywności przekazanych przez Państwa do Ministerstwa Zdrowia, tym większe szanse, aby wasze dzieci były chronione przed tym wirusem w znacznie większym zakresie niż to się dzieje do tej pory” – czytamy w liście, który pojawił się na tablicy w klinice neonatologii.

Polska i Rumunia w ogonie Europy

Powyższe słowa skierował do rodziców pediatra i neonatolog prof. Ryszard Lauterbach. Jak podkreśla, spośród krajów europejskich tylko Polska i Rumunia mają tak niskie nakłady na ochronę wcześniaków przed wirusem RS.

– Na Węgrzech, w Czechach i Słowacji ten lek podlega refundacji do 32. tygodnia. Z kolei we Włoszech, Grecji, Szwajcarii czy w Niemczech profilaktykę stosuje się u wszystkich dzieci urodzonych przed 36. tygodniem ciąży. Czasami zdarza się, że u dziecka urodzonego w 32. tygodniu ciąży, z powodu jej niekorzystnego przebiegu, stwierdza się rozwój płuc na poziomie 27. czy 28. tygodnia. A czasami bywa odwrotnie – podkreśla neonatolog prof. Ryszard Lauterbach.

Wirus RS, czyli syncytialny wirus nabłonka oddechowego, jest odpowiedzialny za 70% infekcji u dzieci do drugiego roku życia. Co roku atakuje niemal 90% dzieci urodzonych przedwcześnie. Te, które urodziły się między 29. a 32. tygodniem ciąży, wymagają szpitalnego leczenia w warunkach intensywnej terapii trzy razy częściej niż urodzone w 35. tygodniu ciąży.

 Źródło: gazeta.pl, poradnikzdrowie.pl, politykazdrowotna.com

Przeczytaj również: Sztuczne łono nadzieją dla wcześniaków. Biobag – medyczne odkrycie 2017 roku

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.