Przejdź do treści

Kampania ministra oburza wielu a rani niepłodnych

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Burza wokół społecznej kampanii ministra zdrowia odnośnie prokreacji nie milknie. Zdaniem ekspertów obraża ona uczucia osób niepłodnych. Stowarzyszenie „Nasz Bocian” wystosowało już list do resortu zdrowia  wyrażający swoje oburzenie.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kampania ministerstwa oburza niepłodnych

Osoby niepłodne czują się oburzone i obrażone kampanią zrealizowaną przez Ministerstwo Zdrowia ze środków publicznych, która sugeruje, iż problemy z płodnością wynikają z rozwiązłości seksualnej” – pisze w liście do ministra Stowarzyszenie „Nasz Bocian” (…) Niestety, Panie Ministrze, stres odczuwany przez niepłodnych pacjentów znacząco wzrósł, odkąd Pańską decyzją wstrzymano Narodowy Program Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego in vitro, co dla wielu z nich oznacza wyrok bezdzietności”.

Czytaj też: Kompleksowy program prokreacyjny działa, niestety tylko na papierze

 

Dużo ruchu i zdrowe jedzenie nie udrażnia jajowodów i nie poprawia jakości nasienia

„W tym świetle chcielibyśmy uzyskać wiedzę, jakie konkretne działania terapeutyczne prowadzi Ministerstwo Zdrowia wobec półtoramilionowej grupy niepłodnych obywateli?  – pyta w liście do ministerstwa stowarzyszenie Nasz Bocian. – Ile środków publicznych wydatkowano i ile dzieci się urodziło dzięki wdrożonemu przez Ministerstwo we wrześniu 2016 roku programowi kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce, skoro dzięki programowi refundacji in vitro, zrealizowanemu w latach 2013- 2016 przez ministra Bartosza Arłukowicza, urodziło się do tej pory ponad 8000 dzieci? Część z nich urodziła się w rodzinach, które stały się liczne wyłącznie dzięki metodzie in vitro, ponieważ dużo ruchu i zdrowe jedzenie, zgodnie ze współczesną wiedzą medyczną, nie wpłynęły na udrożnienie jajowodów i usunięcie endometriozy u matek tych dzieci, ani nie zwiększyły liczby i morfologii plemników ich ojców. Natomiast prawdopodobnie poziom stresu u niepłodnych pacjentów był w tamtych latach niższy, ponieważ Ministerstwo Zdrowia wspierało leczenie niepłodności zgodnie z medycyną opartą na dowodach (Evidence Based Medicine) i nie proponowało nam zamiast terapii inspirowania się królikami, w przypadku których jeden samiec zapładnia wiele samiczek, co słownikowo nie nazywa się „monogamią”, a w istocie jest skakaniem z kwiatka na kwiatek, używając frazeologii kampanii zrealizowanej przez Ministerstwo Zdrowia”.

List Stowarzyszenia Nasz Bocian w całości przeczytasz tu

– Kampania jest wielce stygmatyzująca, nieuczciwa i oderwana od faktów naukowych – uważa Marta Górna, przewodnicząca zarządu Stowarzyszenia „Nasz Bocian”. – Chociażby ze względu na przesłanie: Żyj zdrowo, „nie kicaj z kwiatka na kwiatek” a nie będziesz miał problemów z płodnością. Zdrowy tryb życia ma wpływ na zdrowie, ale nie leczy wszystkich schorzeń i chorób odpowiadających za niepłodność. Zdrowe jedzenie nie udrożni jajowodów ani nie wyleczy endometriozy.

Kampania kosztowała 540 procedur in vitro

Anna Krawczak ze Stowarzyszenia „Nasz Bocian” powiedziała w audycji „Analizy” w radiu TOK FM, że nie jest przekonana, czy wydawanie 2 mln 700 tys. złotych na taką kampanię jest słusznym pomysłem, zwłaszcza w świetle faktu, że program dofinansowania in vitro został skasowany przez ministerstwo zdrowia za kadencji ministra Konstantego Radziwiłła a narodowy program wspomagania prokreacji, który miał być odpowiedzią na in vitro do tej pory nie ruszył a mija już 14 miesięcy odkąd go ogłoszono.

Za kwotę, którą wydano na kampanię o królikach można byłoby sfinansować 540 procedur in vitro, z których poczęłoby się 170 dzieci” – powiedziała oburzona Anna Krawczak ze stowarzyszenia „Nasz Bocian” w radio TOK FM.

Psycholog jest wstrząśnięta treścią spotu

– Kampania ta jest obrażająca dla społeczeństwa a dodatkowo dla osób które mają problem z płodnością i od lat starają się zajść w ciążę zadaje ból – mówi Jolanta Piątek-Perlak, psycholog perinatalny pracujący na co dzień z kobietami zmagającymi się z niepłodnością i stratą dziecka. – Podpisuję się dwiema rękoma pod listem protestacyjnym przeciwko tej kampanii.

Osoby niepłodne czują się oburzone i obrażone kampanią zrealizowaną przez Ministerstwo Zdrowia ze środków publicznych, która mówi: „żyj jak królik i rozmnażaj się jak królik”.
Ma ona zachęcić Polaków do większej dzietności. Pary zmagające się z niepłodnością nie zachęciła. Wręcz obraziła i zraniła.
W internecie zawrzało. W komentarzach naszego serwisu o tematyce niepłodnościowej również nie brakowało słów krytyki dla spotu.

„Jak zobaczyłam te kampanie miałam ochotę rzucić w telewizor nożem, bo akurat kroiłam warzywa na obiad. Tak mną to wzburzyło” – napisała pani Kamila.

„To pokazuje jak wielkie jest niezrozumienie tematu” – Anna

„Jestem w szoku po obejrzeniu tego spotu. Wrze we mnie a z drugiej strony chce mi się ryczeć bo to spot społeczny pokazujący jak zostać rodzicami promujący starania o dziecko. Ja jestem człowiekiem kobietą a nie królikiem! To chore porównanie i nic nie daje ani tym bardziej nie uświadamia, że starania o dziecko nie są łatwe tym bardziej jeśli jest diagnoza niepłodność. I tak ministerstwo zdrowia promuje jak robić dzieci dorosłym ludziom- przecież dziecko nawet wie skąd się biorą dzieci. Ministerstwo zdrowia powinno bardziej skupić się na poważnych problemach jak niepłodność, in vitro i ostatnia sytuacja z lekarzami. I w ten sposób znów nie pokazuje się prawdy tylko mydli oczy królikami. Mnie to zabolało…  Ewa”

POLECAMY tekst poniżej w którym możesz zobaczyć spot o którym mowa.

Szkoda im na in vitro, ale maja pieniądze na króliki

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

9 lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia – WASZE HISTORIE

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Moc, z jaką można walczyć o swoje marzenia, jest ogromna. Niewątpliwie prawdziwą siłaczką jest w tej kwestii Dorota. 9 lat starań o dziecko, inseminacje, in vitro – ilość i skala przeżytych w tym czasie emocji są aż trudne do wyobrażenia. „Gdybym miała przystąpić do wszystkiego od nowa, to mimo wszystko powiedziałabym: TAK, TAK, TAK!”.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Czas start!

Stojąc na ślubnym kobiercu nie myślałam kiedy i ile chcę mieć dzieci” – zaczyna swoją opowieść Dorota. Miała wtedy 23 lata, a jej świeżo poślubiony mąż 25. Po roku małżeństwa postanowili, że może warto duet zamienić na tercet. „Podzieliłam się podjętą decyzją z przyjaciółką, która też wtedy rozpoczęła starania o malucha. Byłam przeszczęśliwa, że będziemy miały dzieci w tym samym wieku!” – wspomina. I o ile koleżanka po dwóch miesiącach okazała się być w ciąży, w kolejnym miesiącu następna znajoma, po upływie 2 miesięcy też siostra cioteczna, o tyle u Doroty było bez zmian. Ciągle nic.

Młodzi żyli jednak aktywnie. Wiele podróżowali, spędzili trochę czasu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Zwiedzali, poznawali tamtejszą kulturę, ale i pracowali. 2008 rok był czasem, gdy na stałe postanowili zapuścić korzenie w Polsce. Wtedy też rozpoczęły się wizyty u specjalistów. Pierwsze wyniki badań hormonalnych i badań nasienia nie były najgorsze. Na początek pojawiły się więc leki stymulujące i monitoring – nic. Konsultacje u specjalistów w innym mieście – nic. Naprawdę nie było się do czego przyczepić! Zaproponowano więc inseminację. „Mieliśmy dwie. Niestety bez skutku” – mówi Dorota.

Zmiany, zmiany, zmiany

Z dziewczyny ważącej zaledwie 60 kg urosłam do 70kg. Hormony zrobiły swoje… Puchłam i miałam wilczy apetyt, którego niczym nie byłam w stanie zahamować. Stałam się nerwowa i wszczynałam awantury  – o nic! Być może chciałam w ten sposób wykrzyczeć swój ból i bezradność… Zawsze byłam i dalej jestem uśmiechnięta i mimo niepowodzeń starałam się być dobra dla innych. Owszem, jestem też szczera do bólu, co może nie ułatwia przyjaźni ze mną, ale zależy mi przede wszystkim na zaufanych ludziach – na jakości przyjaźni, a nie ilości. Leczenie jednak sprawiło, że się zmieniłam” – dodaje.

Wtedy też pojawił się pomysł o przerwie. „Dalej walczyliśmy, ale po cichu, sami w domu. Skupiliśmy się na sobie, na pracy. Wciąż wierzyłam wtedy, że nadejdzie w końcu dzień, gdy zobaczę te cholerne dwie kreski!” – mówi w dużych emocjach Dorota. „Tak, to była frustracja. Wszyscy dookoła widzieli, jak bardzo mnie to przygnębia. Co roku w Sylwestra słyszałam życzenia, że ‘w tym roku wam się uda’. Doprowadzały mnie one do szału! Wreszcie przyszedł czas, że życzenia były już tylko uściskami… bez słów” – dodaje.

Nowe rozdanie

Szczególnie ważne było w tym momencie wsparcie, jakie Dorota znajdowała w mężu. To on zaproponował by pojechać do innej kliniki i znaleźć nowych lekarzy. Tym sposobem trafili do jednej z warszawskich placówek. „Lekarz nas zbadał, przejrzał wyniki dotychczasowych badań i powiedział, że w naszym wypadku widzi dwie opcje: albo jeszcze jedna inseminacja, albo decydujemy się na in vitro. Wychodząc od niego poczułam się chora. Skoro nasze badania są dobre, to po co in vitro?!” – zastanawiała się Dorota. Przez kolejny rok biła się z myślami. Cierpiała w tym czasie nie tylko ona, ale i związek, a seks stał się mechaniczną czynnością pod tytułem: „idziemy do łóżka, bo nadchodzi jajeczkowanie”. Trwało to już około 6 lat… Na początku 2012 roku decyzja zapadła.

Wykonaliśmy mnóstwo badań, lekarz zlecił mi tabletki hormonalne na wyciszenie jajników, później ruszyliśmy z zastrzykami  na wzrost pęcherzyków. Stres, który przeżywałam podczas zastrzyków, był niemiłosierny. Później była punkcja. W 7. rocznicę ślubu odbył się transfer dwóch zarodków” – opisuje. Wiązało się to z olbrzymią radością, ale i ogromem oczekiwań. „Po około 15-stu dniach zrobiłam HCG. Byłam w ciąży! Pierwszy raz po tylu latach starań byłam w ciąży!” – mówi w wielkich emocjach Dorota. Niestety radość nie trwała długo.

W pewien sobotni wieczór zobaczyłam krew. Rozpacz i strach, jakie się wtedy pojawiły, są nie do opisania. Ból, nawet nie fizyczny, a psychiczny, wiązał się ze stratą czegoś więcej, niż ‘tylko’ dziecka. Oprócz niego straciłam siebie. Świat przestał istnieć. To był 12. tydzień ciąży” – w słowach Doroty wciąż czuć trud, z jakim musiała się wtedy mierzyć. „W szpitalu doszedł również ból fizyczny, ale był niczym w porównaniu z tym, co działo się we mnie. Kolejne dni były puste. Nie pamiętam z nich nic” – dodaje.

Kosmiczna siła

Następne miesiące miały być odpoczynkiem, regeneracją i nabieraniem sił. Po 4 miesiącach kolejne podejście i podanie dwóch zarodków. Był to grudzień, ale niestety bez prezentu gwiazdkowego. Upragnionych dwóch kresek tym razem nie było. Para nie odpuszczała jednak. W lutym 2013 roku zabrali ostatnie dwa zarodki – test wyszedł pozytywny! „Pojawiła się we mnie wielka radość i pewność, że teraz nic się złego nie stanie. Niestety już po tygodniu zaczęłam mocno krwawić. Straciłam ostatnią nadzieję…” – znów słychać z słowach Doroty ból. W zasadzie to sama już nie wiem co straciłam. Chyba nawet nie była to nadzieja, bo trwałam w swego rodzaju nicości. Nie miałam nic – mówi. Lekarze próbowali w tym czasie odnaleźć przyczynę poronień, ale z badań niczego się nie dowiedzieli. Wyniki były idealne. „Niby jestem zdrowa, a nie dość, że nie mogę zajść w ciążę, to jeszcze nie umiem jej utrzymać… kolejne ciosy…” – opisuje Dorota.

To niesamowite jak wiele sił musiała wtedy mieć – ona i jej mąż. Pomimo strat próbowali dalej, szukali nowych rozwiązań. Zmienili w tym czasie lekarza i podjęli decyzję o kolejnej próbie in vitro. Tym razem uzyskali 9 zarodków, z czego wspólnie z embriologiem wybrali dwa. Testy pokazały, że Dorota jest w ciąży! Znów wielka radość, ale i coraz więcej obaw, czy tym razem się uda?

Dwa tygodnie później okazało się, że oba zarodki się zagnieździły i noszę pod sercem dwoje dzieci. Strach był jeszcze większy! Robiłam badania, chodziłam co dwa tygodnie do lekarza i podpatrywałam jak rosną. Brzuszek rósł, a chłopcy – tak, synowie! – mieli się dobrze. Ciąża przebiegała bez problemów, a my w tym czasie remontowaliśmy nowe, większe mieszkanie, w którym widziałam już biegające dzieci” – gdy Dorota opowiada o tym czasie, nie ukrywa szczęścia.

Szczęście na wyciągnięcie ręki

Pomimo obaw wszystko szło dobrze. Całą trójkę konsultował profesor, który miał za sobą niejeden bliźniaczy poród i zapewnił im profesjonalną opiekę. Podczas rutynowej wizyty u prof. u  jednego z bliźniąt wystąpiły złe przepływy.  „Zostałam skierowana do szpitala, a maluchom trzeba było dać dwa zastrzyki na płucka, na wypadek gdyby trzeba było przeprowadzić wcześniejsze cesarskie cięcie. Dotrwałam jednak do 39. tygodnia ciąży” – opisuje Dorota.

Poród zaplanowany był na 18. lutego o godzinie 9:00. „Nigdy nie czułam aż tak ogromnego stresu. Kochana pani Ania, pielęgniarka, zawiozła mnie na cesarskie cięcie na wózku, bo nogi miałam jak z waty, w uszach mi świstało i nie mogłam zebrać myśli. Trzęsłam się jak galareta” – opisuje Dorota. „Wreszcie nadszedł moment, gdy profesor powiedział: ‘Zaczynamy’. Nastąpiła cisza. Nawet gdyby miał wtedy miejsce jakiś wybuch, to nie wiem czy bym go usłyszałam. Czekałam już tylko na usłyszenie płaczu moich dzieci. Jest pierwsze. Zaraz potem drugie. Pokazali mi synów. Wreszcie są na świecie. Nasze dzieci! Nasze dzieci! Nasze dzieci!”.

Juliusz i Franciszek urodzili się dokładnie 18. lutego 2014 roku o godzinie 9:02 i 9:03. Po dziewięciu latach starań rodziców, w końcu są. Chłopcy mają dziś 3 lata i 8 miesięcy. „Okropne łobuziaki! Nie da się nad nimi zapanować” – mówi ze śmiechem dumna mama i dodaje: „Są naszym całym światem!”.

Teraz Dorota ma już za sobą największy żal i frustrację związaną z tymi wszystkimi latami. Jednak jak mówi, mogło się to udać tylko dzięki miłości. „Wsparcie męża było ogromne, wspierali mnie też rodzice. Są to najważniejsze osoby w moim życiu i zawdzięczam im wszystko” – podsumowuje. Gdy zastanawia się, czy dziś poszłaby tą samą drogą, nie ma wątpliwości. Jedyne co mogłoby być inne, to krótsze zwlekanie z decyzją o in vitro. „Niepłodność idiopatyczna to chyba w tym temacie najgorsza przypadłość. Nie wiesz nawet co możesz leczyć, jakich działań powinnaś się podjąć. Mnie z niemożności zajścia w ciążę wyleczyło in vitro. Moje dzieci, które urodziły się dzięki tej metodzie, są najpiękniejszymi i najmądrzejszymi dzieciakami. Kocham ich” – czy są lepsze słowa by podsumować Happy End?

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Co to jest naprotechnologia i czy może zastąpić in vitro?

co to jest naprotechnologia
/ fot. Fotolia

Niektórzy w nią nie wierzą, inni właśnie ze względu na wiarę przy planowaniu dziecka polegają głównie na niej. Warszawa chwali się, że dzięki realizacji projektu opartego na tej metodzie już trzy rodziny spodziewają się potomstwa. Mowa o naprotechnologii.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Co to jest naprotechnologia?

Naprotechnologia to metoda diagnozowania i leczenia niepłodności, jej nazwa pochodzi od słów Natural Procreative Technology (Metoda Naturalnej Prokreacji). Korzysta się w niej z osiągnięć ginekologii, chirurgii i endokrynologii. Jest to całkowicie naturalna metoda opracowana przez profesora Thomasa Hilgersa pod koniec lat 80′ XX wieku.

Polega na monitorowaniu i utrzymaniu zdrowia rozrodczego i opiera się głównie na naturalnych sposobach planowania rodziny, akceptowalnych przez Kościół Katolicki. Skupia się m.in. na obserwacji cyklu, śluzu, temperatury, samopoczucia kobiety, dzięki czemu można wyznaczyć dni płodne i wykryć ewentualne zaburzenia. Metoda ta maksymalizuje dobre okoliczności do zajścia w ciążę, ale sama w sobie nie leczy niepłodności.

Co ciekawe, nazwa naprotechnologia jest zastrzeżona znakiem towarowym. Z tego względu osoby nieupoważnione nie mogą posługiwać się tą nazwą, ani przeprowadzać badań na ten temat. Jedynymi recenzentami badań są również praktycy naprotechnologii.

– Hilgers nie praktykuje 21-wiecznej, zachodniej i opartej na faktach medycyny – twierdzi dr Richard Paulson z University of Southern California Keck School of Medicine.

Jednocześnie zwraca uwagę na często powtarzany mit na temat niskiej, w porównaniu do in vitro, ceny za kurację. A ceną często jest tu czas. Jeżeli pacjentka bezskutecznie korzysta z naprotechnologii przez 10 lat, jej szanse na ciążę drastycznie maleją.

Należy też zaznaczyć, że ceny w placówkach korzystających z metody naprotechnologii do tanich nie należą. Za jedną konsultację w poznańskiej klinice zapłacimy 300 zł. Do tego trzeba doliczyć jeszcze diagnostykę – koszty wizyty u alergologa, dietetyka.

Statystyki kontra rzeczywistość

To prawda, że in vitro nie gwarantuje cudownego uleczenia niepłodności. Tylko 30 proc. kobiet po pierwszym podejściu do zabiegu udaje się urodzić dziecko. Dla kobiet powyżej 30. i 40. roku życia współczynnik ten jest jeszcze niższy. W Polsce skuteczność in vitro mieści się w granicach 36 proc., w niektórych klinikach odnotowuje się nawet 41 proc. udanych zabiegów.

Często przytacza się argument, że przy zastosowaniu metod naprotechnoogii skuteczność wynosi do 60 proc. O takich liczbach mówi prof. Włodzimierz Sawicki, kierownik Katedry i Kliniki Położnictwa Chorób Kobiecych i Ginekologii Onkologicznej II WL Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Warto przy tym zaznaczyć, że ze względu na wcześniej wspomniany zastrzeżony znak towarowy, osoby nieupoważnione nie mogą prowadzić badań nad skutecznością metody. W żadnej szanowanej bazie medycznej nie ma też obiektywnych badań oceniających skuteczność naprotechnologii.

Zobacz także: In vitro – objawy pacjentów

Alternatywa dla in vitro?

Naprotechnologia często na równi stawiana jest z in vitro. Nic bardziej mylnego! W pewnych przypadkach naprotechnologia nigdy nie pomoże w staraniach o dziecko. Takiego zdania jest m.in. prof. Marian Szamatowicz, „ojciec polskiego in vitro”. –

Naprotechnologia nigdy nie zastąpi in vitro! To musi być wyraźnie powiedziane. Dane dotyczące skuteczności leczenia metodą in vitro, sposoby leczenia można znaleźć w literaturze fachowej. Natomiast o zaletach naprotechnologii mamy tylko informacje gazetowe. Są opinie ludzi, którzy tego typu procedurę wykonują i niestety, mimo że oferują nieskuteczne leczenie, to jeszcze biorą za to niemałe pieniądze – mówi profesor, który jako pierwszy w Polsce w 1987 roku dokonał udanego zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego.

Należy nadmienić, że nie każdy rodzaj niepłodności leczy się w ten sam sposób. W klasycznej medycynie, gdy zawiodą wszystkie metody leczenia objawowego, pozostaje in vitro. Natomiast przy naprotechnologii pacjent może albo pogodzić się z bezdzietnością, albo adoptować dziecko.

– Termin naprotechnologia jest nieporozumieniem, to przecież zwykłe postępowanie diagnostyczno-terapeutyczne, które my, lekarze zajmujący się leczeniem niepłodności, stosujemy u par chcących zajść w ciążę. […] Nazywanie powszechnie dostępnych metod stosowanych od kilkudziesięciu lat rewolucyjną metodą leczenia niepłodności to hipokryzja – twierdzi prof. Jerzy Radwan.

Zobacz także: Przyczyny o objawy niepłodności

Po objęciu rządów przez Prawo i Sprawiedliwość wygaszono rządowy projekt leczenia niepłodności metodą in vitro. Wygląda na to, że władza chce jeszcze bardziej utrudnić sprawę. Samorządy, które same wykładają pieniądze na lokalne projekty in vitro, od niedawna o zgodę na rozpoczęcie programu muszą pytać podległą ministrowi zdrowia Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT).

W Warszawie, która również z własnej kasy dofinansowuje zabiegi in vitro, od tego roku działa pilotażowy program leczenia niepłodności metodą naprotechnologii. Na lata 2017-2019 na ten cel miasto przeznaczy 300 tys. zł.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: motherjones.com, proinvitro.pl, Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Kiedy możesz podejrzewać u siebie niepłodność immunologiczną?

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Niepłodność immunologiczna to scenariusz, który rzadko jest brany pod uwagę przez pary bezskutecznie starające się o dziecko. A to ona uniemożliwia poprawne zagnieżdżenie się zarodka oraz jego rozwój. Jakie objawy stanowią o tym, że możesz cierpieć na choroby układu odpornościowego uniemożliwiające zajście w ciążę albo prowadzące do poronienia?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kiedy podejrzewać niepłodność immunologiczną?

Kiedy można podejrzewać niepłodność immunologiczną i kto w pierwszej kolejności powinien wykonać badania? Pary ze stwierdzoną niepłodnością, szczególnie o niejasnej genezie, kobiety z historią poronień nawykowych (przynajmniej 3 razy z rzędu doszło do poronienia), chorujące na endometriozę, z częstymi epizodami stanów zapalnych oraz po nieudanych zabiegach in vitro.

Polecamy: Nie możesz zajść w ciążę? Winny jest twój układ odpornościowy. Zobacz czym jest niepłodność immunologiczna?

Niepłodność immunologiczna – objawy

U kobiet może również dochodzić do alergii na nasienie partnera (ang. Human seminal plasma allergy – HSPA), zwaną także nadwrażliwością. Wtedy po kilku lub kilkunastu godzinach po kontakcie z nasieniem u kobiety mogą wystąpić objawy miejscowe takie jak:

  • świąd,
  • pieczenie,
  • zaczerwienienie i obrzęk sromu lub pochwy,
    a także objawy ogólnoustrojowe:
  • pokrzywka,
  • duszności,
  • kaszel, nudności,
  • wymioty,
  • a nawet wstrząs anafilaktyczny, stanowiący zagrożenie życia.Takiej reakcji również winna jest reakcja immunologiczna partnerki na kontakt z antygenem prostaty (PSA), znajdującym się w plazmie nasienia.
    Najczęściej spotykanym mechanizmem jest tutaj reakcja przeciwciał IgE.

Zespół antyfosfolipidowy a niepłodoność immunologiczna

Innym zaburzeniem związanym z nieprawidłową odpowiedzią układu odpornościowego jest zespół antyfosfolipidowy (APS, zespół Hughesa), w którym dochodzi do wytworzenia przeciwciał antyfosfolipidowych. Przeciwciała atakują tkanki organizmu, co może doprowadzić do poronień nawykowych, zakrzepicy czy zaburzeń neurologicznych. Aby nie dopuścić do utraty ciąży, której ryzyko w tym wypadku jest wysokie, zaleca się wykonanie testów laboratoryjnych m.in. na obecność przeciwciał antykardiolipinowych oraz antykoagulantu tocznia. Schorzenie wymaga leczenia lekami wpływającymi na układ krzepnięcia.

Czytaj też: Przeciwciała kardiolipionowe utrudniały mi zajście w ciążę

Układ odpornościowy a niepłodność męska

U mężczyzn do zaburzeń (np. na skutek wytwarzania przeciwciał przeciwko własnym plemnikom) mogą prowadzić stany zapalne  narządów płciowych  związane z urazem jąder czy niedrożnością nasieniowodów.

Badania diagnostyczne w kierunku zaburzeń immunologicznych powinien również poprzedzać wywiad rodzinny po stronie kobiety oraz mężczyzny pod kątem występowania chorób autoimmunologicznych np. reumatoidalnego zapalenia stawów, zapalenia tarczycy typu Hashimoto czy tocznia rumieniowatego.

Jak diagnozować niepłodność immunologiczną?

Świadomość społeczna jest wciąż niska, a waga problemu ogromna w zakresie diagnozy niepłodności immunologicznej. Na szczęście coraz więcej klinik wyposażonych jest w specjalistyczne laboratoria, które zajmują się diagnostyką i leczeniem immunologicznych przyczyn problemów z zajściem w ciążę, patologii implantacji zarodka oraz poronień nawykowych.

Im wcześniej para podejmie działania, tym większa szansa na  ciążę – zapewnia ekspert Gyncentrum.

Szacuje się m.in., że zaburzenia immunologiczne mogą być przyczyną 65-70% utrat ciąż u kobiet z poronieniami nawykowymi.

Konsultacja: Dr n. med. Wojciech Sydor, specjalista chorób wewnętrznych, angiologii oraz immunologii klinicznej. Absolwent Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie oraz Biologii Molekularnej na Wydziale Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii UJ.
Klinika Leczenia Niepłodności i Diagnostyki Prenatalnej Gyncentrum w Katowicach

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Jak pokochać i zaakceptować siebie… niepłodną – felieton

samoakceptacja.r

Jak akceptować, lubić, kochać siebie, gdy pada diagnoza: niepłodność! – szczery do bólu i łez felieton. Ważne słowa o samoakceptacji przy niepłodności. Poznaj historię Ewy.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Długo zbierałam się, by napisać te kilka słów. Jak akceptować, lubić, kochać siebie, życie, gdy pada diagnoza: NIEPŁODNOŚĆ. Ale wiem, że to ważne słowa, że chcę się tym z Wami podzielić.

Diagnoza: niepłodność =  śmierć upragnionych marzeń

Pamiętam, jak usłyszałam: diagnoza niepłodność. Poryczałam się przy pani doktor jak dziecko…. W głowie miałam tysiące myśli. Ja kobieta niepłodna? Przecież tak bardzo chce mieć dziecko!!!! Moje ciało i moja głowa tak bardzo się na to nie zgadzało. Jak to, ja żona nie dam mężowi upragnionego dziecka. Dręczyłam się pytaniami: Dlaczego ja? Co ja takiego zrobiłam? Wtedy miałam mnóstwo myśli i pytań. Najgorsze było to, że czułam się niewartościowa. Czułam, się wybrakowaną kobietą. Z uszczerbkiem. Wadliwa. Winna.

Wszystko się w moim życiu zaczęło zmieniać…

Początki były ciężkie: wizyty badania leczenie i zero wiedzy na temat niepłodności. Z miesiąc na miesiąc czekałam czy mi się spóźni okres.
Spóźnił się to robiłam test. Potem beta i nic. Przyszedł okres i od nowa…
Seks… eh zauważyłam że się zmieniło z mojej strony wiele. Inicjowałam współżycie z mężem zazwyczaj tylko dni płodne. Moje libido spadało do zera. Traktowałam seks jak zadanie a może uda się zajść w ciążę. Widziałam jak zmienia się moje ciało: waga górę lub stoi w miejscu, trądzik, hirsutyzm, rozstępy, cellulit, brzuch….jedyny plus cycki większe 🙂 I te cykle nieregularne i długie…
Z czasem zdobywałam wiedzę. Pomocny był internet, magazyn dla niepłodnych, rozmowy z osobami co mają ten sam problem.

W końcu powiedziałam sobie: dość!

Przyszedł czas gdy powiedziałam dość! Ja sama siebie „niszczę”.
Muszę się ogarnąć, bo inaczej popadnę w paranoję lub depresję.
Wzięłam się w garść. Wzięłam się za siebie. Robiłam i robię to, co mnie interesuje i to, co lubię. Otaczam się tylko prawdziwymi i pozytywnymi ludźmi. Odcięłam się od toksycznych i fałszywych tzw. znajomych. Przede wszystkim zaczęłam mówić głośno o niepłodności szanując przy tym czyjeś zdanie. Nigdy nie pozwoliłam na to, by ktoś coś mi narzucał.
Moje życie, moje sprawy, moje kredki i to ja koloruję tak jak ja chcę.
Z seksu z powrotem zaczęłam czerpać radość, kiedy przyjdzie nam ochota, a nie wtedy, gdy „trzeba”.
Nic na siłę, bo nie o to chodzi.
Zaczęłam cieszyć się życiem i małymi rzeczami. I wiecie co? Poczułam wreszcie że jestem w 100% wartościową kobietą, pomimo tego, że nie ma dziecka. Zauważyłam też jak ten czas niepłodności zmienił mnie, moje spostrzeżenia i poglądy. Zmienił mnie… już nie jestem tą samą Ewą.

Samoakceptacja niepłodności

Dekalog staraczki Ewy:

  • Wiem jedno, że warto robić coś dla siebie, by być szczęśliwą.
  • Warto pomyśleć o sobie trochę w walce z niepłodnością.
  • Warto mieć nadzieję.
  • Nie warto się obwiniać. To nie ja, to natura zaszwankowała.
  • Warto rano spojrzeć w lustro i powiedzieć: dam radę, jestem silna.
  • Warto wstać po upadku i iść do przodu.
  • Warto uwierzyć w siebie.
  • Warto wierzyć w swoje marzenia.
  • Najważniejsze dla mnie to jest zrozumienie i wsparcie.
  • Żyje się raz. Życie jest zbyt piękne i trzeba się cieszyć każdym dniem i łapać garściami ile się da.

POLECAMY:

Felieton – Dziewczyna w windzie

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.