Przejdź do treści

Jestem w ciąży – ilość stresu wzrosła.

Czym różni się ciąża po in vitro od zwykłej? Fizjologicznie niczym, ale pod względem psychicznym – wszystkim…

 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Magda, lat 38:

Zawsze myślałam, że jak już w końcu uda mi się zajść w ciążę, to odetchnę i będę się rozkoszować tym „cudownym stanem”. O, jak bardzo się myliłam! Dopiero gdy już się udało, zaczęły się nerwy.

Najpierw tradycyjnie – oczekiwanie na dwie kreski. Dla mnie to sam początek stresu, bo dwie kreski widziałam już kilka razy i na tym się kończyło. Potem co dwa dni sprawdzanie przyrostu beta-hcg, najlepiej z wpisywaniem w kalkulatory, żeby mieć pewność, że dobrze rośnie. O stresach typu: „u Anki była większa” albo „u Kaśki lepiej rosła” nawet nie wspominam. Ten czas był dla mnie jednym wielkim oczekiwaniem na serduszko. Byłam wtedy w szpitalu, więc nie mogłam pozwolić sobie na ciągłe bieganie na USG i sprawdzanie, czy już jest pęcherzyk, czy serduszko już bije. Musiałam grzecznie czekać na konkretny moment. Nie ukrywam, że był to czas, w którym poznałam tzw. ciemną stronę forum internetowego, bo koleżanki czekały wraz ze mną, równie niecierpliwie, i zasypywały mnie smsami i mailami, a ja nic nie mogłam im powiedzieć, bo sama przecież nic nie wiedziałam, a w szpitalu nikt specjalnie nie przejmował się moimi błagalnymi pytaniami: „Kiedy USG???”. To był dla mnie bardzo trudny okres, ponieważ do tej pory nigdy nie udało mi się utrzymać ciąży dłużej niż do 7. tygodnia. Dodatkowo był szpital, hiperstymulacja w najokazalszym wydaniu i rodzinna tragedia, do której wolę nie wracać.

W końcu nadszedł ten wielki dzień – salowa wpadła i powiedziała: „Biegiem na USG, Profesor czeka”. Ręce tak bardzo trzęsły mi się ze strachu, że nie mogłam zawiązać szlafroka. Czekając pod gabinetem, mało nie zemdlałam. I w końcu upragnione badanie potwierdzające bicie serca mego dziecka! Był to jak do tej pory jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Kiedyś myślałam, że serduszko uspokoi moje nerwy. Nic z tego. Po wypisaniu ze szpitala rozpoczął się czas odliczania od wizyty do wizyty u lekarza. Najchętniej zamieszkałabym w gabinecie, żeby na bieżąco monitorować, co dzieje się wewnątrz mnie, czy dzidziuś rośnie. Kiedy brzuch mnie bolał, martwiłam się, że boli, gdy nie bolał, narzekałam, że nie boli. I wiem, że zabrzmi to idiotycznie, ale bardzo cieszyły mnie mdłości, bo to przecież najlepszy sygnał, że spodziewam się dziecka. Opis poszczególnych tygodni ciąży znałam na pamięć, czytałam o nich po 100 razy, nie wspominając już o wszelkich normach. W pierwszym trymestrze bałam się  powiedzieć komukolwiek o moim stanie i niezbyt dobrze czułam się na tzw. wątkach ciężarówkowych na forum, bo mentalnie ciągle jeszcze byłam staraczką, właściwie do tej pory nią jestem, choć to już 26. tydzień…

Marzyłam o zakupie urządzenia do słuchania tętna płodu, ale małżonek zdecydowanie się sprzeciwił, bał się, że każda ewentualna zmiana sprawi, że będę się jeszcze bardziej denerwować. W oczekiwaniu na test PAPP-A i USG nerwy dochodziły do zenitu. Po otrzymaniu wyników uspokoiłam się na niecały tydzień, a potem znów czekałam na kolejną wizytę. Lekarki pocieszały mnie, że gdy tylko zacznę czuć ruchy dziecka, to trochę się uspokoję. Wolne żarty: najpierw denerwowałam się, że jeszcze nie czuję ruchów, a po prostu nie potrafiłam ich rozpoznać, potem, że jest ich za mało albo za dużo i tak w kółko. Jedyny tydzień względnego spokoju przeżyłam w szpitalu, bo tam panie położne słuchały maluszka kilka razy dziennie, więc i ja spałam spokojnie.

A potem znowu nerwy przed USG połówkowym i ciągły strach: „co z szyjką?”, „czy donoszę?”, „czy wszystko będzie ok?”. Nie wiem, czy jestem odosobnionym, rozhisteryzowanym przypadkiem, czy po prostu ciąża po wielu latach walki właśnie tak wygląda. Jest zupełnie inna, niż ją sobie wyobrażałam, pełna lęków i niepokojów. Może w trzecim trymestrze to się zmieni. Tak czy inaczej nie omieszkam o tym opowiedzieć.

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Jest pani przypadkiem jeden na milion”. Endometrioza i farmakologiczna menopauza nie przekreśliły jej marzeń

endometrioza a ciąża
fot. unspash.com - Andrew Seaman

Karolina to prawdziwa wojowniczka. Chociaż cierpi na endometriozę, choroba nie przekreśliła jej największych pasji, czyli malowania i pisania. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie- stała się dla Karoliny inspiracją. Poznaj historię naszej bohaterki i dowiedz się, w jaki sposób pomimo endometriozy i wprowadzenia w stan farmakologicznej menopauzy udało jej się naturalnie zajść w ciążę.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W maju 2008 roku po wielu miesiącach kuracji hormonalnej okazało się, że mam dwie duże torbiele na obu jajnikach. Szybko trafiłam na stół. Kiedyś nie było takich problemów jak teraz, gdzie czytam, że dziewczyny czekają miesiącami na zabieg. Ja czekałam niespełna miesiąc.

W szpitalu usunięto mi obie torbiele. Podczas laparoskopii okazało się „przy okazji”, że ogniska endometrium mam rozsiane po całej jamie otrzewnej. Były w zatoce Douglasa i w miednicy mniejszej. Na obchodzie po zabiegu, dowiedziałam się, że udrożniono mi przy okazji jajowody, choć nie było o tym nawet najmniejszej wzmianki na wypisie.

Ordynator nie miał dla mnie dobrych wieści. Powiedział mi, że, tu cytuję: „u pani bez in vitro się nie obejdzie”. Pamiętam jego słowa doskonale, bo długo wbijały mi się jak szpilki w umysł i serce. Do domu wróciłam po kilku dniach.

Zobacz także: Z endometriozą w gabinecie. Prawdziwe historie pacjentek

Farmakologiczna menopauza pozostawała jedynym rozwiązaniem

Po dwóch tygodniach od zabiegu trafiłam do mojego ginekologa, który mnie uspokoił, mówiąc, że mimo iż moje jajniki to w konkursie piękności nie mogą startować, to je mam. Mam też macicę i drożne jajowody, więc prawie wszystko, co jest potrzebne do zajścia w ciążę.

Wiadomo, bez pierwiastka męskiego nic się nie da zrobić, dlatego mówię, że prawie wszystko. Po kolejnych dwóch tygodniach miałam jeszcze jedną kontrolę. Nim zdążyłam zejść z leżanki już miałam łzy w oczach.

Torbiele odrastały. Upłynął dopiero miesiąc od zabiegu, a już pojawiły się nowe. Nie były takie okazałe jak te, które mi operowano (6,5 i 5,8 cm) ale ewidentnie odrastały. Mój, widać było, że zmartwiony lekarz postanowił wprowadzić mnie w stan farmakologicznej menopauzy.

Jak to miało wyglądać? Tu też pozwolę sobie wpleść fragment mojej książki:

Miałam w aptece zakupić 3 zastrzyki. Każdy kosztował 500 zł i każdy miał sprawić, żebym z ginekologicznego punktu widzenia stała się babcią. Każdy zastrzyk miałam przyjmować co miesiąc. Nie pamiętam już dokładnie, kiedy miałam zacząć, ale pamiętam doskonale, że jeździłam do pielęgniarki, bo sama nie umiałam się ukłuć. Wywoływało to we mnie bardzo nieprzyjemne uczucie. Trochę odrazy, trochę strachu, trochę – O matko! Ja tego nie zrobię!

Po pierwszym zastrzyku miałam nie mieć miesiączki. W końcu menopauza, to menopauza. Jak mocno się zdziwiłam, kiedy jednak się pojawiła. Skończyło się badaniem, które nie wykazało żadnych nieprawidłowości.

Zobacz także: Ciąża po menopauzie jest niemożliwa? Jej przypadek temu przeczy!

Zaskoczeń ciąg dalszy

Tak się ponoć nie dzieje. Jak widać moja przysadka miała inne zdanie na temat odbywanej menopauzy niż było przewidziane. Przyjęłam to do wiadomości. Grunt, że torbieli nie było.

Dowiedziałam się za to, że po drugim zastrzyku, to już okresu na pewno mieć nie będę. Czyżby? Był. O czasie, co do dnia. Znów badanie i brak wyjaśnienia. Mi już było wszystko jedno. Byle ten szajs na moich jajnikach się nie pojawiał.

Niestety farmakologiczna menopauza wiązała się z całym hormonalnym bajzlem opisywanym wówczas przez moja mamę, która to akurat przechodziła ją naturalnie. Czyli raz było mi gorąco, za chwilę zimno. Płakałam bez powodu, po czym śmiałam się jak wariatka z głupot. Czułam się okropnie rozchwiana i miałam lęki. Czułam się słabo, albo jakby rozpierała mnie energia. Coś okropnego.

W końcu przyszła pora na trzeci i ostatni zastrzyk. Tu, uwaga! Uwaga! „Pani Karolino, po ostatnim zastrzyku proszę już spokojnie czekać na miesiączkę”.

Zobacz także: Dr Jan Olek odpowiada czytelniczkom, jak leczyć endometriozę. „Czasem można oszukać przeznaczenie”

Endometrioza a ciąża. Czy to w ogóle możliwe?

Torbieli nadal nie było. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy takowa miesiączka się nie pojawiła. Po kilku dniach od „terminu”, zadzwoniłam ponownie do lekarza. Ponownie trafiłam na kozetkę. I szok!

Jaki? Największy, jaki w życiu przeżyłam, wliczając wszystko co spotkało mnie do dnia dzisiejszego! Byłam w ciąży!!! Lekarz, naprawdę dobry lekarz, który swego czasu był ordynatorem ginekologii w szpitalu, którego praktyka lekarska grubo przekraczała 20 lat, był tak zdziwiony, że przez chwilę odebrało mu mowę. Dopiero po pewnym czasie, który wydawał się dla mnie przysłowiową wiecznością, wycedził:

Jest pani, jak jeden przypadek na milion.

Pamiętam, że się trzęsłam. Do dziś widzę, jak na monitorze USG pokazuje mi palcem pęcherzyk. Nie był on tam, gdzie powinien, ale był. Nie pytaj mnie gdzie był, nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że nie był zagnieżdżony w macicy.

Badanie trwało długo. Za długo, jak na fale emocji, które mnie zalewały. Pytania wdzierały mi się go głowy jedno za drugim. Nic nie mówiłam. Tylko słuchałam. Słuchałam tego, co mówi lekarz i tego, co krzyczy moja głowa. Co z tego pozostało mi w pamięci?

„Ciąża?!!! Jak to możliwe?! Jeden na milion?! Ale jak to możliwe?! Przecież ja nie mogę mieć dzieci bez in vitro?! W sumie, jak to on mówił? Ma pani dwa jajniki, drożne jajowody i macicę, więc szansa jest…”

Tylko, że teraz jeszcze miałam tą całą menopauzę. O co tu chodzi? Czy jajeczko dotrze tam, gdzie jego miejsce? Co będzie, jeśli nie? Wtedy będzie trzeba usunąć?”

I jeszcze wiele, wiele innych pytań, które zalewały mój umysł prawdziwym tsunami. Odczuwane emocje były skrajne!

Zobacz także: Rola diety w terapii i profilaktyce endometriozy – wykład dietetyk Joanny Gizy

Niesamowite zakończenie niesamowitej historii

W tamtym okresie zmieniłam pracę na nową, gdzie po 3 miesiącach mnie zwolnili. Było o tej „akcji głośno w całym Trójmieście. Najpierw w dwa miesiące firma zatrudniła około pięćdziesięciu nowych pracowników, tylko po to, (to czysto moja złośliwa opinia) żeby po trzech kolejnych miesiącach zwolnić niemal setkę ludzi. Byłam wśród tych zwolnionych.

Szybko znalazłam inną pracę. Zostałam asystentką dyrektora w firmie zajmującej się ubezpieczeniami. Tylko, że po miesiącu dowiedziałam się, że mam być i asystentką i tą, co sprzedaje ubezpieczenia. Ja nie z tych, co potrafią sprzedawać. Ja potrafię malować, trochę projektować, dobrze piszę, ale sprzedawanie nie jest w żaden sposób wpisane w zestaw moich umiejętności.

Zwolniłam się za porozumieniem stron. Zdążyłam się zarejestrować w Urzędzie Pracy i dokładnie tydzień później usłyszałam te słowa: „jest pani w ciąży”.

Tak, teraz jak o tym piszę, wszystkie ówczesne emocje zalewają mnie na nowo: Strach! Panika!  Co będzie jeśli jajeczko powędruje do innego endometrium, niż to w macicy? Znowu zabieg? Jeśli można to tak nazwać! Co jeśli jednak zagnieździ się, gdzie powinno? Przecież nie mam pracy!

M. zarabia średnio, więc jak my się utrzymamy? Jeszcze moje studia! Jak ja je skończę? Mam wzięty kredyt, żeby je kontynuować, który spłacałam do tej pory regularnie. Niby nie jakiś strasznie wielki, bo było to około 450 zł miesięcznie, ale teraz nie mam przecież pensji!

Czy my w ogóle jesteśmy gotowi na rodzicielstwo? M. dopiero się do mnie wprowadził. Pamiętam, że jego mama trochę popłakiwała, bo dziecko z domu wyfrunęło. A teraz, dosłownie miesiąc później mamy jej przekazać kolejne „rewelacje”?

Szok! – To ja w końcu jednak mogę mieć dzieci?! Radość! – To ja naprawdę jednak mogę mieć dzieci?!!! Oczywiście jajeczko zawędrowało tam, gdzie powinno i w czerwcu 2009 roku zostałam mamą.


endometrioza a ciąża

fot. Karolina Staszak

Karolina jest mamą, malarką i aktywną pisarką. Jej najnowsza książka nosi tytuł Co teraz? Moja ukochana została matką!”. W planach ma również wydanie publikacji na temat swojej choroby: „Dziennik endometriozy. Nadzieja”.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Słowa, które leczą. Wirtualne wsparcie po diagnozie MRKH [LIST]

Kobieca dłoń obemuje filiżankę z kawą, obok kolorowe kwiaty i książka z motywcyjnym cytatem /Ilustracja do tekstu: Wirtualne wsparcie po diagnozie MRKH
Fot.: Pixabay.com

MRKH obiło Cię z każdej strony – obiło rodzącą się w Tobie kobiecość i seksapil, prawym sierpowym sprzedało cios prosto w macierzyństwo, gdzieś z łokcia dostałaś po pewności siebie. Choć niepewnie się to wszystko zaczyna, masz nadzieję, że jednak odpiszę – kompletnie mnie nie znając.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

XXI wiek rządzi się swoimi prawami. Szeroko rozwinięte social media pokazują nam skrawki z życia zwykłych ludzi – wiemy, gdzie idą, co robią, co piją, jakie kwiaty kupują, po co robią to, co robią, i jaki widzą w tym sens. Jestem z pokolenia, dla którego Facebook, Instagram czy Snapchat to nie nowość, a narzędzie komunikacji umożliwiające kontakt nie tylko z osobami najbliższymi, ale też tymi kompletnie mi nieznajomymi. Ale! Żeby podreperować reputację człowieka XXI wieku, powiem szczerze, że brakuje mi pisania listów.

Będąc jeszcze nastolatką, pisałam listy ze swoją koleżanką z Bydgoszczy. Pamiętam, że kiedy widziałam przez szpary skrzynki pocztowej białą albo kolorową kopertę, na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. A po nim – grymas zniecierpliwienia – bo klucz miała mama, więc sama tej skrzynki na dany moment otworzyć nie mogłam. Czekałam i ćwiczyłam cierpliwość, a potem z lubością rozrywałam kawałki koperty, by dostać się do krótkiej historii z życia gimnazjalistki.

Dziś jest trochę inaczej. Siadam przy biurku, naciskam magiczny przycisk i… klik! Mam wiadomość. Otwieram wirtualny list od Ciebie, siedemnastej z kolei. Od siedemnastej trochę zagubionej, lekko nieśmiałej i obawiającej się mojej reakcji bo oddajesz mi przecież klucz do swojej intymności. Czytam z zapartym tchem o tym, jak starasz się poradzić z diagnozą. Moje oczy pędzą po torze liter składającym się na historię Twojego istnienia, a właściwie chwilowego upadku.

ZOBACZ TEŻ: Urodziłam się bez macicy

Dostrzec jasne barwy

MRKH obiło Cię z każdej strony – obiło rodzącą się w Tobie kobiecość i seksapil, prawym sierpowym sprzedało cios prosto w macierzyństwo, gdzieś z łokcia dostałaś po pewności siebie. Choć niepewnie się to wszystko zaczyna, masz nadzieję, że jednak odpiszę – kompletnie mnie nie znając, nie widząc koloru moich oczu, zapachu zielonej herbaty stojącej w srebrnym kubku czy sposobu w jaki układam swoje nogi, kiedy siedzę. Piszesz do mnie i masz nadzieję, że dam Ci znać chociaż jednym zdaniem.

Dwa lata temu założyłam bloga, by pokazać innym, czym jest MRKH. Jak każda kobieta chciałam przeżywać z Tobą swoje kryzysy, swoje smutki, ale też dzielić się chwilami najszczerszego piękna. Pokazywać Ci każdego dnia, że szczęście wali do mnie z każdej strony – od tej normalnej, kiedy tańczę na przystanku, i od tej, kiedy łzy radości zraszają mi policzki. Chciałam i chcę pokazywać Ci, jak można zżyć się z diagnozą, jak ją polubić – mimo kryzysów. I dałam Ci też adres, na który możesz napisać do mnie każdego dnia, o każdej porze. Dzięki temu chciałam, byś uwierzyła, że nie można się bać, a z MRKH można być PIĘKNĄ.

Pogotowie mailowe po diagnozie MRKH

Siedemnaście razy mój adres mailowy stał się dla kogoś ostoją, opieką, cieniem rzuconym w słoneczny dzień, ochłodą, otrzeźwieniem. Kołem ratunkowym. Takim niecodziennym pogotowiem, które odpowie na każde wezwanie.

Najczęściej zadawane pytania czy prośby dotyczyły lekarzy, u których można dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej rzadkiej choroby. Na następnym miejscu uplasowała się niewiedza, z czym się „je” całego Rokitańsky’ego – jak wygląda diagnostyka, przebieg operacji i pielęgnacja po niej. Jednakże największym problemem, z którym wielokrotnie spotkałam się w tych siedemnastu mailach, był strach przed zawarciem związku partnerskiego. W mojej głowie zawsze rodziło się wtedy pytanie: dlaczego takie kobiety, jak my, nie mają wsparcia ze strony psychologa czy seksuologa, który podpowiedziałby, jak w takiej sytuacji się zachować, jak znaleźć partnera i co najważniejsze – jak powiedzieć mu o chorobie?

Na te i wiele innych pytań staram się odpowiadać systematycznie z wielką dokładnością, cierpliwością, zasobem wiedzy czy wsparciem na tyle ogromnym, by odbiorca po drugiej stronie poczuł moc wirtualnego listu. Za każdym razem, odpisując, mam nadzieję, że przez sieć tego całego zero-jedynkowego systemu przecieknie pewność siebie, którą chcę podarować każdej kobiecie z MRKH. I wiem, że ten konkretny mail wnosi do życia MRKH-owskich dziewczyn wiele dobrego.

PRZECZYTAJ TEŻ: Kiedy lekarz jest pacjentem…

Tagi:

Agnieszka Wasilewska

Studentka pielęgniarstwa AHE w Łodzi, pedagog, animatorka zabaw dla dzieci i wolontariuszka Fundacji DKMS Polska. Miłośniczka zielonej herbaty i dobrych kryminałów. Nie wyobraża sobie życia bez pomagania – to jeden z czynników, który napędza ją do działania i do życia. Bo troska o jednego człowieka to miłość, ale o wiele osób – to pielęgniarstwo.

Zaryzykować życie córki czy synów? Tę dramatyczną decyzję wymusiło na niej życie

dDłoń noworodka w dłoni matki /Ilustracja do tekstu: Dramatyczna decyzja matki: Zaryzykować życie córki czy synów

Młodzi rodzice byli podekscytowani, gdy dowiedzieli się, że za kilka miesięcy mogą powitać na świecie trojaczki. Żadne z nich nie podejrzewało, że ich nieopisana radość ustąpi wkrótce miejsca niezwykle dramatycznym chwilom, a ich skutki mogą zaważyć na ich przyszłym życiu.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Chloe i Rohan z Australii byli już rodzicami trójki zdrowych i uroczych chłopców. W głębi serca oboje pragnęli jednak, by ich rodzina powiększyła się też o dziewczynkę. Postanowili spróbować jeszcze jeden, ostatni raz. Nie spodziewali się, że efektem tych starań będą… trojaczki.

– Podczas USG powiedziano nam, że nasze czwarte i ostatnie dziecko będzie tak naprawdę czwartym, piątym i szóstym. Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia. Jestem jednocześnie przerażona, podekscytowana, przejęta i przepełniona szczęściem oraz niemal wszystkimi innymi emocjami, które może sobie wyobrazić człowiek – pisała wówczas na swoim fanpage’u.

Dramatyczna decyzja matki: kogo ratować?

Obawy Chloe i Rohana szybko przykryła wzbierająca fala ogromnej radości. Gdy powoli przygotowywali się do powitania na świecie potrójnego szczęścia: dwójki chłopców i wymarzonej córeczki, sytuacja przybrała niespodziewany obrót. Rutynowe badanie wykazało, że dwójka chłopców zabiera zbyt dużo miejsca w macicy Chloe, co poważnie zagraża dziewczynce.

Sytuacja z dnia na dzień się komplikowała. Lekarze byli zdania, że żeński płód najprawdopodobniej nie przetrwa. Jedyną szansa, by go uratować, był przedwczesny poród. Ten jednak wiązał się z zagrożeniem dla pozostałych płodów. Niebezpieczeństwa dla nich można byłoby uniknąć, gdyby Chloe pozwoliła na naturalne obumarcie płodu córeczki.

Te nieoczekiwane wieści spadły na młodych rodziców jak grom z jasnego nieba. Z dnia na dzień stanęli przed decyzją wręcz niemożliwą do podjęcia. Przed tak trudnymi, dramatycznymi i obciążającymi wyborami nie powinien stawać przecież nikt. Załamana Chloe czuła w głębi serca, że żadne rozstrzygnięcie tej patowej sytuacji nie będzie dostatecznie racjonalne i dobre.  Ale decyzję – mimo to – trzeba było podjąć…

CZYTAJ TEŻ: Z jego nasienia narodziło się dziecko innego mężczyzny. Niesamowity przypadek w USA

Walcząc o wszystkie dzieci

– W tamtym okresie ledwie mogłam tego wszystkiego słuchać. Mój umysł skupiał się tylko na myśli: „Chcę, by przeżyły wszystkie moje dzieci”. Rozważyłam wszystkie alternatywy, zebrałam niezbędne informacje i próbowałam dowiedzieć się, co czeka moje dzieci w każdym ze scenariuszy… Wiedziałam, że będzie trudno, ale nie potrafiłam nie zawalczyć o córeczkę. Wiedziałam, że jest silna – przetrwała przecież do 28. tygodnia ciąży, nie mając dla siebie praktycznie żadnych składników odżywczych w macicy.

 

Chloe przyznaje, że czuła się winna, że decyduje się na przedwczesny poród, narażając tym samym  swoich synów na zagrażające ich zdrowiu procedury. Samopoczucie mamy pogarszały dodatkowo zdrowotne komplikacje Pearl (bo takie imię otrzymała córeczka). Odnotowano u niej spadek wagi urodzeniowej, z trudem walczyła też z infekcjami i wymagała podłączenia do specjalistycznej aparatury.

– Czasem czułam, że podjęłam złą decyzję, że powinnam zdecydować się na inna opcję, w której żadne z dzieci by nie cierpiało. Trudno było mi poradzić sobie z tymi uczuciami, a nawet przyznać się do nich – wspomina Chloe.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Męska perspektywa niepłodności. „Bezradność i wykastrowanie to dwa podstawowe uczucia, których doświadczałem”

Szczęśliwy finał

Ale czas mijał, a cała trójka dzieci stawała się silniejsza. W czasie, gdy Chloe koncentrowała się na zdrowiu dwójki chłopców, którzy wciąż czekali na swój czas, by przyjść na świat, Rohan wziął na siebie obowiązki rodzicielskie nad pozostałymi dziećmi. Wspólny wysiłek i odwaga obojga rodziców przyniosły wspaniałe rezultaty. Wkrótce urodzili się oczekiwani synowie, a Pearl z pomocą lekarzy wybrnęła z początkowych kłopotów zdrowotnych. I choć dziś – dwa lata od urodzin – jest nieco mniejsza od swoich młodszych braci, wiedzie prym wśród piątki rodzeństwa.

Takie zakończenia dają nadzieję każdej parze, która mierzy się z komplikacjami w okresie ciąży. Oby takich finałów było jak najwięcej!

Źrodło: fempositive.com, facebook.com/chloeandthebeans

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Wcześniak mniejszy od iPada. Poznaj niesamowitą historię walecznej dziewczynki

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.