Przejdź do treści

Jan Klawiter: jestem przeciwnikiem in vitro, ale szukam kompromisu

jankla.jpg

Jan Klawiter (poseł niezrzeszony) złożył w Sejmie kontrowersyjny projekt nowelizacji ustawy o in vitro. Pod projektem podpisali się m.in. Marek Biernacki i posłowie Ruchu Kukiz’15. Zdaniem wielu specjalistów nowe przepisy znacząco obniżą skuteczność metody. Spytaliśmy go o cel i dalsze losy ustawy.

Jaki jest cel ustawy?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Jan Klawiter, poseł niezrzeszony: Zgodnie z definicją naukową życie ludzkie zaczyna się od momentu poczęcia i od tej chwili należy chronić życie i zdrowia dziecka poczętego. Potwierdza to też jednoznacznie ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka. Nie można dopuszczać do sytuacji, w której życie dziecka jest niszczone, a  jego zdrowie narażane na szwank.  Nowa ustawa przewiduje ograniczenie ilości tworzonych zarodków do jednego.

Rozumiem, że obecna ustawa in vitro nie przewiduje ochrony życia?
Poprzednia ustawa dawała możliwość przygotowywania kilku zarodków i niszczenia ich w procesie wstępnej selekcji. Nie mówi też, co robić z zamrożonymi zarodkami po 20 latach przechowywania.

Dlaczego akurat teraz projekt ustawy trafił do Sejmu?

Już w ubiegłym roku, gdy pod obrady Sejmu po raz pierwszy trafiła obecna ustawa o in vitro, rozmawiałem z paroma parlamentarzystami o dokonaniu pewnych ograniczeń w liczbie tworzonych zarodków. Wtedy oddźwięk był niewielki. To moja pierwsza kadencja w Sejmie i dopiero teraz mogę poprawić ustawę, która niezgodna jest z przepisami obowiązującego prawa.
Według obecnych zapisów zarodek jest grupą komórek. Przecież ja też jestem grupą komórek. To podobna definicja do przedwojennego powiedzenia „koń, jaki jest każdy widzi”, jednak ona nie oddaje rzeczywistości. Wspólną bazą powinna być informacja naukowa – życie zaczyna się od momentu poczęcia – tego się trzymajmy.

Projekt ustawy nie obniży skuteczności in vitro do minimum? Czy to nie jest równoznaczne z zakazem procedury?

Projekt nie zabrania stosowania metody in vitro, nie taki jest cel ustawy, chociaż już sam zabieg, nawet z jednym zarodkiem, nie jest dobry dla dziecka, też stwarza zagrożenie dla jego życia i zdrowia. W nowej ustawie nie zgadzamy się tylko na tworzenie pięciu czy więcej zarodków, prowadzenie ich obserwacji, niszczenie słabszych i mrożenie silniejszych.


Obecna ustawa pozwala na wytworzenie sześciu zarodków, ale nie dopuszcza do ich niszczenia.
Dopuszcza. W ustawie jest zapis powalający na utylizację słabszych zarodków oraz badania preimplantacyjne, które jeśli wykażą chorobę dziedziczną, to zarodki również mogą być zniszczone. Samo badanie polega na pobraniu kilku komórek z zarodka. Kliniki oficjalnie informują, że badanie może doprowadzić do obumarcia zarodka, że jest ingerencją w organizm. To również stwarzanie zagrożenia dla życia.
Obowiązująca ustawa nie pozwalała natomiast na selekcję zarodków pod względem płci. Ale od tego też był jeden wyjątek. Można było zniszczyć zarodek, jeśli dana choroba genetyczna przenosiła się tylko po linii żeńskiej lub męskiej.

Wracając do poprzedniego pytania, prawdopodobnie ustawa obniży skuteczność metody. Porównując ustawę in vitro do kodeksu ruchu drogowego – obniżamy dopuszczalną prędkość, przez co owszem, wolniej się przemieszczamy, co zmniejsza naszą mobilność, ale jesteśmy bezpieczniejsi. Kiedyś umierało na drogach pięć tysięcy osób, teraz dwa tysiące. Chronimy życie i zdrowie człowieka.

A Pan jest przeciwnikiem in vitro?

Jestem przeciwnikiem. Przestrzeganie prawa naturalnego jest najlepszym rozwiązaniem. Jestem katolikiem, nie będę nikomu doradzał, żeby zastosował metodę in vitro, która jest rozdzieleniem aktu współżycia i prokreacji.

Według mnie powołanie nowego życia to sfera sacrum. Każdy człowiek ma prawo do poczęcia w normalnych warunkach. Zamiana rzeczonego sacrum na technologię jest niegodne człowieka, dlatego ja odradzałbym stosowanie tej metody. Kto chce może z niej skorzystać.


Jarosław Soja z partii Razem nazwał Pana „
katolickim fundamentalistą”.
Gdybym chciał narzucić wszystkim wokół swój „katolicki fundamentalizm” to ustawa miałaby jedno zdanie „Nie dopuszcza się stosowania metody in vitro”. W ogóle. To moje prywatne zdanie, ale nie jestem sam, reprezentuję określone środowisko, uważam że trzeba szukać kompromisów. Społeczeństwo to nie tylko katolicy. Musimy kierować się wspólnymi wartościami i interesami.

Sam rezygnuję z części swoich poglądów, aby druga strona była w stanie zaakceptować rozwiązania, które proponujemy.

Muszę jednak pilnować pewnych fundamentów, a życie ludzkie jest takim fundamentem. Konstytucja gwarantuje człowiekowi godność od początku życia, a nauka jednoznacznie określa, że początkiem życia jest poczęcie.


Czy projekt ustawy jest kompromisem? Dla niektórych par będzie on przekreśleniem marzeń o dziecku.
Dlaczego pani tak mówi? „In vitro” nie będzie zabronione. Jak wspomniałem, analogicznie do zmniejszenia dopuszczalnej prędkości, zmiana ustawy być może będzie przedłużała dojście do celu, ale będzie bezpieczniejsza dla dziecka, które powołujemy do życia. In vitro wciąż jest udoskonalane.

Ustawa zakazuje także mrożenia zarodków. Dla niektórych kobiet kriotransfery są jedyną szansą na macierzyństwo.
Dlaczego?

W przypadku np. choroby kobiety lub nieregularnego cyklu zarodek musi zostać zamrożony na czas przygotowania organizmu kobiecego do transferu.
Mrożenie zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia chorób czy defektów. Jeżeli kobieta zachoruje w trakcie przeprowadzania zabiegu, to powstanie sytuacja nadzwyczajna i lekarz zastosuje takie metody, które nie dopuszczą do zniszczenia zarodka i być może będzie go musiał zamrozić na krótki okres czasu.

Jeżeli uda się wytworzyć sześć komórek i je zapłodnić, to te które nie zostaną podane, zostają zamrażane. Nie można podać wszystkich na raz.
Tutaj nie będzie takiej potrzeby. Zostanie zapłodniona jedna komórka. Nie będzie też potrzeby hiperstymulacji jajników, czyli podawania dużych ilości hormonów, która również ma ujemny wpływ na zdrowie kobiety, może np. powodować zakrzepicę żył. W wyniku zapłodnienia metodą in vitro zwiększa się prawdopodobieństwo urodzenia martwego dziecka, dzieci żywe natomiast mają częściej wady wrodzone. Brak nadmiernej stymulacji jajników poprawi te wskaźniki.

Dlaczego kobiety nie mogą same decydować?
Szukamy wspólnego rozwiązania. Kto ma słuszność – słabszy czy silniejszy, jak wyważyć racje poszczególnych stron? Ustawa jest kompromisem, nie możemy ot tak decydować o życiu innych. Wiem, że nie wszyscy się zgadzają z definicją życia od momentu poczęcia, niektórzy uważają, że życie zaczyna się, gdy wykształcą się komórki nerwowe, albo dopiero po urodzeniu.

Możliwość wyboru daje nam wolność. Dlaczego ludzie sami nie mogą wybierać?

Mogą wybierać. Równie dobrze mogłaby pani spytać „dlaczego nie mogę poruszać się lewą stroną ulicy?”. Teoretycznie można jechać przeciwnym pasem dopóki nie będzie kolizji, tym samym narażać życie i zdrowie innych uczestników ruchu. Jest wybór, ale gdzieś muszą mieć miejsce uzgodnienia, które ten ruch uporządkują i zapewnią nam bezpieczeństwo. Pytanie – jakie wartości przyjmujemy jako fundamentalne?

Obecna ustawa nie jest kompromisem. Jeśli dla osób, które uważają, że fundamentem jest życie zaczynające się wraz z momentem poczęcia, a tych jest większość, to musimy znaleźć wspólne reguły gry.


Za skrajną uważało się propozycje ustawy Jarosława Gowina, ale nawet on zakładał możliwość mrożenia zarodków.
Nie ma żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o przechowywanie komórek rozrodczych. Ale czy musimy mrozić dziecko, żeby czekało np. na moją śmierć? To nielogiczne. Dopóki żyję, to mogę mieć dzieci, po śmierci nie.

Śledząc w ubiegłym roku losy ustawy o in vitro – od posiedzeń podkomisji do głosowania w Senacie – czułam się zażenowana poziomem niewiedzy wielu polityków. Ci ludzie mieli znikome informacje na ten temat. Spór o in vitro jest sporem ideologicznym, a powinien być dyskusją medyczną. A dlaczego Pan się zajął in vitro?
Wielu posłów i senatorów nie ma odpowiedniej wiedzy na temat „in vitro”. Ja działam jako reprezentant Prawicy Rzeczypospolitej, moje ugrupowanie przygotowało projekt ustawy. Jeden promil ludzi zna metodę in vitro na tyle dobrze, aby ją przeprowadzić. Jednak dyskutujemy o tym, jak ta procedura wpływa na ludzkie życie. Co my wiemy o procesie rozpadu jądrowego? Ja jako chemik i technolog leków, mam pewną wiedzę na ten temat, ale wszyscy zabieramy głos. In vitro nie jest sprawą tylko fachowców, to sprawa społeczna.

Podczas ostatnich dyskusji w Sejmie i Senacie miałam wrażenie, że większość parlamentarzystów nawet nie przeczytała ustawy. Posłowie i senatorowie nie mieli pojęcia, o czym mówią, a decydowali za tysiące ludzi. A czy projekt tej ustawy był konsultowany z ekspertami?
Był. Konsultowaliśmy ze światem medycyny wszystkie wymogi technologiczne. Był dyskutowany przez dziesiątki osób.

Z kim? Z jakimi lekarzami?
Przedłożyliśmy projekt do laski marszałkowskiej, zapewne teraz znajdą się jego przeciwnicy i zwolennicy, będziemy go dyskutować na posiedzeniach  komisji oraz na forum Sejmu. Każdy będzie mógł przedstawić swoje argumenty.

Osoby wybrane do Sejmu i Senatu nie znają się na wszystkim. W ścisłym stanowieniu prawa i twórczej debacie bierze udział 5-10 proc. polityków. Nie jestem w stanie ogarnąć całej sejmowej dyskusji. W parlamencie działa ok. 50 różnych komisji, sam jestem tylko w dwóch z nich. Nie podejmuję specjalistycznych tematów, na których się nie znam. Posłowie powinni korzystać z pomocy specjalistów. Jednak konsekwencje naszych decyzji rozważamy według swojego sumienia. Reprezentuję pewną grupę ludzi, która mnie wybrała. Oni mają określone poglądy i oczekiwania. Muszę brać pod uwagę ogólne dobro narodu i ważyć poszczególne kwestie we własnym sumieniu.

Dla mnie in vitro nie jest dobrą metodą, ale wiem, że jest grupa ludzi, która będzie chciała z niej korzystać. Nie urządzam im życia do końca, daję im prawo do wyboru. Nie możemy jednak przekraczać podstawowych reguł gry, czyli poszanowania dla życia ludzkiego od momentu poczęcia.


Ciekawą mieszanką są pomysłodawcy projektu, m.in. Pan, posłowe Ruchu Kukiz’15 i, co było dużym zaskoczeniem, Marek Biernacki z Platformy Obywatelskiej.
To nie powinno być zaskoczeniem. Pan Marek Biernacki, przynajmniej w 90 proc. przypadków spraw etycznych,  głosował za życiem. Takich ludzi w Platformie jest więcej. Przed wyborami pani premier Ewa Kopacz wywierała niesamowitą presję na członków swojego klubu, żeby głosowali za ustawą in vitro. W PO nie było swobody głosowania.

Po prawej stronie sceny politycznej będzie swoboda głosowania?
Nie jestem w stanie tego powiedzieć. To nie jest sprawa tylko PiS-u czy Platformy i powinna być na nowo przedyskutowana, aby uzyskać kompromis.

Uda się przegłosować projekt ustawy?
Jeśli miałbym zgadywać – na 80 proc. tak.
 
Magda Dubrawska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Program dofinansowania in vitro w Chojnicach utknął w martwym punkcie

opóźnienia w chojnickim programie in vitro
Burmistrz obiecał zająć się sprawą dofinansowania in vitro w marcu 2017 roku / fot. Pixabay

Na początku tego roku wszystko wskazywało na to, że Chojnice wyłożą pieniądze na dofinansowanie zabiegów in vitro. Taką wolą wykazał się burmistrz miasta Arseniusz Finster. – Uważam, że in vitro powinno być stosowane – mówił wówczas. Co wyszło z tych planów?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Impulsem do działania dla Chojnic były działania Gdańska. W listopadzie 2016 roku w tym mieście ruszyły prace ekspertów, w celu uruchomienia miejskiego programu leczenia niepłodności metodą in vitro. Dokładnie rok później chętne pary z Gdańska mogły już zgłaszać się o dofinansowanie procedury.

Zobacz także: Rusza gdański program in vitro. 

Obietnice burmistrza

Inicjatywa ta zainspirowała Chojnice, które również planowały wprowadzenie u siebie podobnego programu. Innym impulsem do działania były marcowe demonstracje podczas czarnego protestu. To wtedy, w Dniu Kobiet, w Chojnicach padła deklaracja o finansowaniu zabiegów zapłodnienia pozaustrojowego.

Gmina może przecież wspierać swoich mieszkańców także w tych obszarach, w których nie wspierają nas rządzący. To legło u podstaw sformułowania podczas wiecu w Chojnicach w Dniu Kobiet, że będę próbował przeforsować refinansowanie in vitro w Chojnicach – cytowała słowa burmistrza Finstera „Gazeta Pomorska”.

Zobacz także: Czarny protest – czy leczenie niepłodności jest prawem człowieka

Opóźnienia w chojnickim programie in vitro

Za słowami nie poszły jednak czyny. Problemy zaczęły się już w czerwcu 2017 roku. Nie ustalono, kto znajdzie się w specjalnie powołanym zespole, który ma wnieść projekt pod obrady. Jak tłumaczył wówczas burmistrz, opóźnienia wynikały z obserwacji sytuacji in vitro w innych miastach.

Chojnice chciały uniknąć błędów, przez które finansowanie in vitro mogłoby zostać odrzucone. Finster zapewnił, że w sierpniu program będzie gotowy.

Prace utknęły jednak w martwym punkcie, czyli w urzędzie. Na ostatnim posiedzeniu rady padły pytania o przyszłość programu in vitro w Chojnicach.

– Rzeczywiście można się zająć 10, 15 tematami, ale to wszystko gdzieś umyka. Tematy, które włożyłem do zamrażarki z datą ważności są takie, że się nie zepsują – zapewnia burmistrz.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: chojnice24.pl, Gazeta Pomorska

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

„Staraczki”, nie oglądajcie tego filmu! Na co nie wolno ci iść do kina?

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Jeśli starasz się o dziecko, lub jesteś po poronieniu, albo w ciąży, błagam Cię nie idź na ten film do kina – apeluje jedna z kobiet na grupie osób starających się o zajście w ciążę w mediach społecznościowych.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Dlaczego kobietom starającym się o dziecko odradza się oglądanie tego filmu?

Po premierze filmu Botoks w Internecie zawrzało od kontrowersyjnych komentarzy. „Staraczki” (czyt. osoby starające się o zajście w ciążę – przyp. red) w swojej grupie dyskutują, co dobrego zrobił ten film, a dlaczego nie warto oglądać niektórych scen.

Botoks – recenzja „staraczek”

Zapytaliśmy o to jedną z nich Ewę Miterę, członkinię grupy na facebooku „In vitro – marzenia i oczekiwania”, która otwarcie mówi o swoim problemie z niepłodnością. Ona sama opisała w specjalnym poście swoje wrażenia z filmu Botoks.

„Dziewczyny wczoraj byłam w kinie na filmie „Botoks”. Film bardzo mną wstrząsnął. Pokazuje trochę rzeczywistość służby zdrowia i firm farmaceutycznych. Dużo wątków dotyczyło tematu związanego z niepłodnością. Pewne sceny mnie bardzo poruszyły i wzruszyły – aborcja, poród, scena z oddawaniem nasienia. Było w nim również na temat suplementacji wspomagającej płodność opartej na nieprawdziwych danych naukowych”

Na scenie z oddaniem nasienia krzyknęłam na całe kino

Film – zdaniem Ewy – pokazał, jak na osobach niepłodnych można zarobić. Było w nim też in vitro.
– Bardzo wstrząsnęła mną scena o aborcji, porodzie i śmierci, ale i ta, gdzie bohaterka oddała swoje komórki za granicę – opowiada Ewa Mitera. – A scena, gdzie było pokazane oddanie nasienia, oburzyła mnie. Jeszcze bardziej reakcja publiczności.

Ludzie się śmiali a ja wrzasnęłam na całe kino: co w tym śmiesznego?! Film dla mnie przerażający,  ale prawdziwy. Wielokrotnie płakałam…

Czy zachęciła by pani, albo poleciła film, skoro poruszone zostało tyle ważnych kwestii dotyczących osób walczących z niepłodnością w dość bezceremonialny sposób?
– Raczej bym zachęciła, mimo iż sceny są przerażające, ale z drugiej strony demaskują i pokazują bardzo bolesne kwestie. Na przykład to, jak instytucje medyczne zarabiają pieniądze na parach walczących z niepłodnością, które mają niezbyt dużą wiedzę na ten temat – mówi Pani Ewa. – Czasem warto otworzyć oczy. Czy obejrzałabym go po raz drugi? Nie wiem. Przytłoczyło mnie to wszystko. To chyba nie na moją wrażliwość. Sceny z aborcją masakra… płakałam i byłam w szoku. To ta słynna scena, w której płód ląduje w naczyniu i pielęgniarka wynosi go i pozostawia. Przypomniało mi się wtedy, że to scena oparta na faktach; o tej historii było głośna burza medialna w Polsce.

Inne opinie o filmie Botoks na grupie „staraczek”:

„Odradzam wszystkim „staraczkom”. Dużo prawdy, ale sceny drastyczne. Wyszłam i długo ryczałam.”

„Film w sposób drastyczny pokazuje, jak kliniki na nas żerują. Taka jest prawda. Żerują na nas – ludziach, którzy pragną mieć dziecko. Za wszystko trzeba płacić. Kolejne wizyty, badania i ciągle kasa, kasa, kasa. Ja jestem pracownikiem służby zdrowia. Na samym początku mojej walki o zajście w ciążę, myślałam że da się uzyskać pomoc z NFZ, szybko jednak musiałam zweryfikować swoje myślenie.”

„Byłam na filmie. Jestem po stracie i film dobił mnie totalnie.”

„Oglądałam Botoks. Moja siostra ma problem, by zajść w ciąże i kategorycznie zabroniłam jej iść na niego do kina”.

„Dobry film, który pokazuje prawdziwą ciemną stronę etyki lekarskiej, firm farmaceutycznych itd.”
„Jestem w ciąży i po tym, co przeczytałam na temat tego filmu na pewno się nie wybiorę”

POLECAMY: 

Jak to jest wiedzieć, że nie mogę mieć dzieci – film

Weronika Tylicka

dziennikarka, związana od początku z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Cztery lata i ponad osiem tysięcy dzieci z in vitro. Program 500+ znacznie droższy

in vitro kontra 500+
fot. Pixabay

Rządowy program in vitro odpowiadał za 20 proc. wzrostu urodzeń w roku 2016. Tylko w ciągu czterech lat dzięki programowi urodziło się 8395 dzieci. Rząd zrezygnował jednak z refundacji in vitro, wprowadzając w zamian program 500+. Co więcej kosztuje państwo?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Program dofinansowania do procedury zapłodnienia pozaustrojowego który działał w latach 2013-2016, kosztował państwo niespełna 240 mln zł. Łącznie dzięki tej inicjatywie narodziło się ponad osiem tysięcy dzieci. Podsumowanie zrobił ekonomista z Wrocławia – Rafał Mundry, który wystąpił do ministerstwa o dane dotyczące efektów rządowego programu in vitro.

Zobacz także: Kontrowersyjna ustawa przegłosowana. Czy to koniec lokalnych programów in vitro?

8,4 tys dzieci, koszt: ćwierć miliarda zł

BUM! W 2016 za wzrost urodzeń w 20% odpowiadał rządowy program in vitro. Wzrost urodzeń w 2016 r. – 12,9 tys. dzieci. Liczba dzieci z programu in vitro w 2016 r. – 2,6 tys. dzieci. Łącznie do dziś w programie urodziło się 8,4 tys. dzieci. Koszt 0,2 mld zł/4 lata. Koszt programu 500+ = 24 mld/rok” – opublikował swoje wyliczenia na Twitterze Mundry.

http://

Zobacz także: Ile kosztuje in vitro w Polsce?

In vitro kontra 500+

W bieżącym roku odnotowano wzrost narodzin. Zdaniem Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, jest to zasługa programu 500+ oraz poprawiającej się koniunktury gospodarczej, jak i korzystnych zmian na rynku pracy.

Jak zauważa jednak Rafał Mundry, choć rządowy program in vitro wygasł 30. czerwca 2016 roku, do dziś wykonywane są jeszcze transfery zarodków, co również przekłada się na liczbę narodzin w Polsce.

Jak wynika z analizy, program in vitro był bardziej opłacalny dla państwa niż promowany przez minister Elżbietę Rafalską program 500+. Ten pierwszy kosztował bowiem ćwierć miliarda zł w ciągu czterech lat, natomiast obecny program to wydatek rzędu 20 mld rocznie. Jedno dziecko „kosztowało” państwo 25 tys. zł, czyli o 30 razy taniej niż 500+.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: money.pl, Oko Press

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Dawstwo komórek jajowych – czy potrzebne są regulacje?

Fot.Fotolia
Fot.Fotolia – komórka jajowa

Przez Stany Zjednoczone przetacza się właśnie dyskusja związana z tym, czy dawstwo komórek jajowych powinno być regulowane prawnie. Rzecz dotyczy tego, czy należy w jakiś sposób przechowywać dane osób, które decydują się oddać swoje komórki jajowe.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wiadomo, że wiele kobiet nie zostałoby matkami, gdyby nie komórka innej kobiety. Nie ma wątpliwości, że jest to niezwykły dar. Jednak bardzo niewiele wiadomo, jakie (i czy w ogóle) konsekwencje ponoszą kobiety, które przechodzą intensywną stymulację hormonalną.

Dyskusja zaczęła się od Jessiki, dawczyni komórki jajowej, która zmarła na raka

Amerykańska debata została zapoczątkowana 14 lat temu przez dr Jennifer Schneider, której córka (Jessica Grace Wing) trzykrotnie oddawała swoje komórki jajowe. Jednak krótko po ostatniej procedurze, w wieku zaledwie 31 lat zmarła na raka okrężnicy Jej matka zaczęła się wówczas zastanawiać się, czy stymulacje hormonalne, którym została poddana jej córka miały wpływ na pojawienie się choroby. Oczywiście, takiego związku nie musi istnieć, jednak Jessica była wcześniej zdrową osobą, dbającą o siebie, nieobciążoną rodzinnie ryzykiem nowotworu. Kiedy jej matka zaczęła drążyć temat ewentualnego związku pomiędzy stymulacją hormonalną a rozwojem nowotworów okazało się, że nie ma żadnych badań. Wiadomo, że bezpośrednio i krótkoterminowo nic się nie dzieje. Nikt natomiast nie prowadzi statystyk, nie śledzi losów kobiet. Niewiele wiadomo więc na temat ich zdrowia fizycznego oraz psychicznego .

Rejestr kobiet oddających komórki jajowe – czy potrzebny?

Wątpliwości pogrążonej w żałobie matki oraz jej postulaty, żeby stworzyć rejestr kobiet oddających komórki jajowe spotkały się z różnym przyjęciem. Przede wszystkim zarzucano jej, że jej argumentacja jest przede wszystkim emocjonalna, a nie merytoryczna. Podkreślano, że zasadnicza większość kobiet chce pozostać anonimowa i nie chce mieć kontaktu ani z potencjalnymi rodzicami, ani też z dziećmi. Co więcej, mają do tego prawo. Zmuszanie ich do rejestrowania się mogłoby znacznie zmniejszyć ilość kobiet chętnych do podzielenia się czymś niezwykle cennym.

Sytuacja kobiet decydujących się oddać swoje komórki jajowe jest szczególna. Pokazuje, w jaki sposób prawo spotyka się z psychologią. Z jednej strony dotyczy to wpływu dobrowolnej procedury na zdrowie fizyczne kobiety. Z drugiej jednak wiąże się z konsekwencjami emocjonalnymi, jak również świadomością oraz rzeczywistą dobrowolnością przystąpienia do procedury.

Anonimowość i jej możliwe konsekwencje – ciekawe badania

W gruncie rzeczy nie wiadomo, na ile kobiety rzeczywiście chcą pozostać anonimowe, a na ile nie mają wyboru, ponieważ prawo w wielu krajach nie reguluje kwestii dawstwa. Jedne z nielicznych w tym obszarze badań przeprowadziła dr Diane Tober. Przeprowadziła ona 90 bezpośrednich wywiadów oraz przepytała przy pomocy platformy internetowej 180 kobiet, które zdecydowały się ofiarować swoje komórki jajowe. Okazało się, że bardzo niewiele z nich rzeczywiście nie chciało mieć żadnej wiedzy na temat losów swoich komórek. Zdecydowana większość chciała wiedzieć, że z ich komórek urodziły się dzieci, które są kochane i wychowują się w szczęśliwych rodzinach. Chciały zobaczyć zdjęcia dzieci, a nawet otrzymywać co jakiś czas informacje od ich rodziców. Wydaje się więc, że nawet jeśli dawstwo komórek jest procedurą silnie zbiologizowaną, a komórka jest tylko komórką, nawet jeśli uważamy, że życie zaczyna się od pierwszego uderzenia serca czy nawet narodzin, to jednak psychika jest znacznie bardziej złożona. Być może fantazje o przyszłym dziecku pojawiają się w umysłach kobiet i mężczyzn na długo przed ciążą. Komórka jajowa biologicznie jest tylko komórką, ale jednocześnie reprezentuje różnorodne pragnienia, nadzieje i obawy.

Motywacja i dobrowolność

Do leczenie niepłodności oraz do procedury dawstwa komórek jajowych przystępują osoby dorosłe i świadome swoich działań, potrzeb i ograniczeń. Osoby leczące się lub kobiety oddające komórki jajowe często zżymają się na pomysł konsultacji psychologicznych przed przystąpieniem do procedury czy w jej trakcie uważając, że jest to naruszenie ich fundamentalnych praw do rodzicielstwa oraz decydowania o swoim ciele. To prawda, nikt nie ma prawa wkraczać, oceniać czy zabraniać. Ale o konsultacji psychologicznej można myśleć jak o rozmowie, szansie na zobaczenie innej perspektywy . Zasada rozmowy terapeutycznej jest bezstronność i nieoceniająca atmosfera. Wszystko to, co związane z płodnością jest w jakiś sposób „emocjonalne”, nawet jeśli jesteśmy pewni, że wiąże się jedynie z racjonalnością i nauką. Okazuje się jednak, że nawet w tak ważnej sprawie, jaką się dawstwo komórek jajowych wiedza nie może wystarczyć, bo zwyczajnie jej nie ma. Są jakieś obserwacje, jakieś hipotezy, prawdopodobieństwa. Warto motywację do dawstwa zbadać jak najgłębiej, pomoże to uniknąć późniejszych wątpliwości i niemożliwych do cofnięcia decyzji. Trudno to zrobić samemu.

Nie ma nic złego w wątpliwościach, podobnie jak nie ma nic złego w złożonej motywacji stojącej za chęcią podzielenia się swoimi komórkami jajowymi. Kobiety mają prawo do wiedzy na temat możliwych skutków ich uczestnictwa z procedurze medycznej. Nie ma powodu bać się pytań i odpowiedzi. Tylko w ten sposób możemy być uczciwi wobec siebie i innych.

POLECAMY:

Niepłodność idiopatyczna

Jest wyrok sądu w sprawie pomyłki in vitro w Policach

 

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami