Przejdź do treści

Jak zaakceptować korzenie biologiczne dziecka

Jak zaakceptować korzenie biologiczne dziecka

Mam trójkę dzieci, dwójkę adoptowałam, jedno urodziłam naturalnie. Być może właśnie dlatego częściej niż inne mamy które adoptowały, słyszę pytanie „czy adoptowane dzieci kochasz tak samo?”. Dyskusje o tym, czy w ogóle różne osoby można kochać tak samo, nie są przypisane tylko do adopcji.

Nie będę zatem roztrząsać odpowiedzi na to konkretne pytanie. Wystarczy odwiedzić fora i poczytać dylematy osób rozważających pojawienie się drugiego dziecka. Ich miłość do tego pierwszego wydaje sie być tak silna, i wypełniająca całkowicie przestrzeń do kochania w rodzicach, że obawiają się, jak można pokochać kolejne dziecko? Czy tak samo? Czy tak samo mocno? Na tych forach można znaleźć cały wachlarz odpowiedzi, od tych całkowicie rozsądnych, uzasadnionych i popartych badaniami, doświadczeniami, cytatami, po zupełnie irracjonalne, czy wręcz śmieszne. Jak to na forach. Polecam poczytać i wybrać sobie swoją własną odpowiedź.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

To pytanie, porównujące miłość do dziecka adopcyjnego w kontekście miłości do dziecka biologicznego, ma jednak inne podstawy. Z jednej strony aspekt społeczny.

Adopcja wciąż jest mało rozumiana przez ludzi z nią niezwiązanych. Mało się o niej mówi i rzadko w realnych barwach

Z drugiej jednak strony to pytanie „czy kocham tak samo” de facto jest pytaniem, czy można pokochać dziecko spłodzone i urodzone przez kogoś innego? To pytanie pada w moim kierunku czasem też od rodziców adopcyjnych i wyraźnie słyszę w nim obawę: „Czy łatwo jest zaakceptować korzenie biologiczne adoptowanego dziecka?”

Na temat korzeni biologicznych i znaczenia ich akceptacji napisałam już w dziale adopcji kilka tekstów (m.in. Życie w trójkącie, czyli rodzice, dziecko, rodzice; Otwarta adopcja; Matka adopcyjna i matka biologiczna – partnerki czy rywalki).

Dla poczucia pełnego przyjęcia dziecka do swojej rodziny konieczne jest zaakceptowanie jego korzeni. Właściwie każdy, adoptując, dowiaduje się w trakcie procedury przygotowawczej w ośrodku, że te korzenie są i nie da się ich „wymazać” z życia dziecka. A próby zatajania istnienia rodziny biologicznej, prowadzą do wielu dramatycznych sytuacji i poczucia niższości u adoptowanego dziecka, mimo życia w kochającej rodzinie (polecam wywiad z Bożeną Łojko – do przeczytania tutaj).

Jednak to od rodziców adopcyjnych zdarza mi się słyszeć negatywne komentarze, kim to byli lub są rodzice biologiczni ich dziecka i z jak patologicznego środowisko ono została wyrwane. Nie podważam faktu, że w większości przypadków tak właśnie jest. Tylko że z drugiej strony mamy adopcyjne często bardzo ochoczo podkreślają, że kochają tak samo mocno, jakby urodziły. Tego faktu też nie podważam. Rozumiem, że trudno sobie wyobrazić, o co chodzi z tymi korzeniami, jeśli się nie było samemu, jako dziecko, w takiej sytuacji.

Może być trudno zrozumieć, jak bardzo ważne jest dla dziecka, żeby czuć autentyczną siłę miłości do siebie I równocześnie CZUĆ autentyczną akceptację TEGO, skąd do rodziny przychodzi

Akceptację, która sama w sobie jest pozytywna i nie pozostawia miejsca na negatywne komentarze o biologicznych rodzicach, dziadkach, rodzeństwie biologicznym czy środowisku. Wszystko to jest integralną częścią każdego dziecka, każdego człowieka.

Jak zaakceptować te korzenie? Czy to jest trudne? Wykorzystam fakt, że jestem mamą adopcyjną i biologiczną. Zapraszam do mojego doświadczenia i spojrzenia na swoją sytuację, poprzez to co zaobserwowałam, tłumacząc moim dzieciom, czym są ich korzenie biologiczne.

Byłam w ciąży, tej biologicznej. Wiedziałam, że dziecko jakie noszę w brzuchu, w połowie jest mną, a w połowie ojcem, bo taki zestaw genów otrzymuje. Zatem spodziewałam się, że będzie trochę takie jak ja, a trochę takie jak mój mąż. Intuicyjnie wiedzieliśmy, że urodzę syna, później potwierdziło to USG. Moje myśli od razu poszybowały w kierunku tego, jak będzie wyglądał – brązowe oczy po tacie i ciemne włosy po mnie. (Moje obydwie córki mają moje niebieskie oczy i blond włosy tatusia, chcieliśmy odmiany :)) Pomyślałam też, że skoro ja i mój mąż jesteśmy wysocy, to synkowi wzrostu też nie zabraknie. I nagle myśl, która zakołatała w mojej głowie. Czy tylko o nas chodzi? Każdy genetyk od razu powie, że w genach jest niesiony cały zapis z obydwu połączonych w naszym dziecku rodzin. Przecież teściowie są bardzo niscy! O rety, mój syn wcale nie musi być wysoki. Gdzieś tam słyszałam, ile to cech dziedziczy dziecko po dziadkach. Ostateczny dowód dla mnie to fakt, że mąż jest bardzo podobny do swojego dziadka, odziedziczył po nim wzrost i jest  olbrzymem, mimo niskich rodziców… Powiem tak, czekałam na syna z niecierpliwością pomieszaną z ciekawością, jaki on faktycznie będzie? Mogło mi się nie podobać, że istnieje ryzyko, że będzie niski, ale czy mogłam coś zmienić?

Mogłam TYLKO ZAAKCEPTOWAĆ JEGO KORZENIE BIOLOGICZNE I TO, CO WRAZ Z NIMI PRZYNIESIE DO NASZEJ RODZINY nasz syn

A teraz adopcyjne ciąże z moimi córkami. Jedną zobaczyłam, gdy miała niespełna dwa miesiące, druga przeszło dwa i pół roku. Jedyne co mogłam zobaczyć w tym momencie (gdy łzy nieco zmniejszyły swoją intensywność, pozwalając cokolwiek zobaczyć), to ich niebieskie oczęta i blond włoski. Tyle widziałam i niewiele więcej wiedziałam. Co za tym idzie dalej? Do kogo będą podobne, jakie będą miały swoje kody genetyczne? Będą niskie, wysokie, utalentowane muzycznie, czy sportowo, uparte i stanowcze, czy spokojne i przyjacielskie? Czy mogłam coś zmienić? Wcześniej tak, mogłam zrezygnować z adopcyjnej ścieżki. Ale gdy już taką drogę wybrałam i urodziły się te moje dziewczyny, mogłam TYLKO ZAAKCEPTOWAĆ ICH KORZENIE BIOLOGICZNE I TO CO WRAZ Z NIMI PRZYNIOSĄ DO NASZEJ RODZINY.

Chcę przez to powiedzieć, że samo zaakceptowanie korzeni nie jest trudniejsze niż w przypadku biologicznie rodzonych dzieci. Jedynym wyzwaniem jest brak pełnej wiedzy, jakie te korzenie faktycznie są. Czy to chodzi o wygląd, czy o prawdopodobieństwo występowania jakichś talentów, czy chorób. Gdy korzenie znam od początku, na tyle dokładnie na ile znam swoją i męża rodzinę, jest łatwiej sobie wyobrażać, spodziewać się, oczekiwać. Często tym oczekiwaniom się ulega.
Teraz gdy widzę, do kogo podobny jest mój syn, spodziewam się określonych zachowań, czy CECH wyglądu. Dzięki adopcji jestem od tego wolna. Córki są dla mnie całkowitą zagadką i każdego dnia na nowo odkrywam je
Na nowo doceniam, jakim cudem jest każdy człowiek na ziemi. Wystarczy go akceptować, takim jaki jest i uczyć się go. Lubię gdy mój syn, na pytanie „Do kogo ty jesteś podobny?”, odpowiada zupełnie naturalnie „Do siebie”.

Kocham moje dzieci, mocno, bezwarunkowo, szaleńczo, zaborczo, różnorodnie. Tak samo zapewne jak każda matka kocha swoje. Najważniejsze że kocham je takimi, jakie są, razem z ich biologicznymi korzeniami, tymi znanymi bardziej i mniej.

Najnowszy numer magazynu Chcemy Być Rodzicami do kupienia w http://www.chcemybycrodzicami.pl/sklep/ a wersja elektroniczna zawsze na e.chbr.pl

 

Magdalena Modlibowska

Szefowa działu Adopcja w magazynie „Chcemy Być Rodzicami” i zastępczyni redaktor naczelnej, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książek „Odczarować adopcję” i „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów dot. adopcji, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Rozwiązanie stosunku adopcji może naruszać dobro dziecka. Rzecznik Praw Dziecka wytyka sądom błędy

Rozwiązanie stosunku adopcji może naruszać dobro dziecka
fot. Fotolia

Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak napisał do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry w sprawie regulacji odnoszących się do rozwiązania stosunku adopcji. Rzecznik jest zdania, że postępowania nie są prowadzone w sposób gwarantujący w pełni ochronę dobra dziecka.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Adopcja powoduje powstanie takie samego stosunku prawnego jak w przypadku biologicznych rodziców i ich potomstwa. Zdarza się jednak, że ta więź prawna zostaje przerwana. O rozwiązaniu stosunku przysposobienia w szczególnych sytuacjach decyduje sąd. Jednocześnie sąd może też orzec o obowiązku alimentacyjnym.

Zobacz także: Nie dostała zasiłku na adoptowane dziecko, bo zawiesiła działalność gospodarczą

Rozwiązanie stosunku adopcji – jak to wygląda w praktyce?

Sprawie rozwiązania stosunku adopcji postanowił się przyjrzeć Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak. Przeanalizował 507 akt spraw sądowych, które dotyczyły postępowań o rozwiązanie adopcji w latach 2010 – 2017. W 280 przypadkach sąd zdecydował o rozwiązaniu stosunku adopcji, w 207 sprawach powództwo oddalono, a pozostałe 20 postępowania są w toku.

RPD zauważył, że w tego typu sprawach sądy nie korzystają z alternatywnego sposobu rozwiązania sporu, jakim są mediacje. Wśród 507 przejrzanych spraw, tylko w jednym przypadku sąd skierował rodzinę na mediację. Ta zakończyła się ugodą.

– Choć każda z badanych spraw miała swoją specyfikę, analiza akt pozwoliła dostrzec, że postępowania o rozwiązanie stosunku adopcji nie są prowadzone w sposób gwarantujący w pełni ochronę dobra małoletniego adoptowanego – napisał Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak w liście do ministra Ziobry.

Zobacz także: Procedura adopcji zagranicznych słabo chroni prawa polskich dzieci

Inne grzechy polskich sądów

Ponadto, tylko w 24 proc. przypadków małoletniemu przydzielono kuratora. Tymczasem sąd opiekuńczy powinien ustanowić kuratora dla każdego małoletniego w procesie o rozwiązanie adopcji, ponieważ występuje on jako strona (powód lub pozwany). Rodzic w tym przypadku nie ma prawa reprezentować dziecka.

Marek Michalak zauważył również, że wysłuchanie dziecka nie jest w sądach brane pod uwagę. Na 248 spraw, tylko w 60 przypadkach sąd wysłuchał małoletniego.

Michalak zarzuca również sądom brak należytej staranności w gromadzeniu i przeprowadzaniu dowodów, małą aktywność prokuratorów, czy brak rozstrzygnięcia w sprawie obowiązku alimentacyjnego względem dziecka.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Rzeczpospolita 

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Policjant adoptował dziecko bezdomnej narkomanki

Policjant adoptował dziecko bezdomnej narkomanki
fot. Fotolia

To miała być zwykła interwencja. 23 września policjant Ryan Holets patrolował ulice w Alboquergue w Nowym Meksyku, kiedy otrzymał telefon o kradzieży w pobliskim sklepie spożywczym. Nie przyszło mu wtedy do głowy, jakie konsekwencje przyniesie ta akcja…

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Po otrzymaniu zgłoszenia Ryan Holets udał się w miejsce rabunku. Za sklepem, w którym doszło do kradzieży, znalazł 35-letnią Crystal Champ i jej partnera Toma Key’a. Para zażywała heroinę.

Zobacz także: Dał jej życie dwa razy – najpierw adoptował, później oddał część wątroby. Czy można pokochać bardziej?

Kobieta była w ciąży

Kiedy policjant zbliżył się do pary zauważył, że kobieta jest w zaawansowanej ciąży. Champ przyznała, że jest uzależniona od heroiny. – Zabijesz swoje dziecko. Dlaczego to robisz? – zapytał kobietę policjant. Ta zareagowała łzami.

Rozmowę zarejestrowała kamera umieszczona w mundurze Holetsa. Później, w wywiadzie dla CNN Crystal przyznała, że popiera wolność wyboru w sprawie aborcji, jednak nigdy nie rozważyłaby tej opcji w swoim przypadku.

Policjant adoptował córkę bezdomnej narkomanki

Para zażywała heroinę // Źródło: Daily Mail

Zobacz także: 10 gwiazd, które adoptowały – ich droga do rodzicielstwa

Policjant adoptował dziecko narkomanki

Po 11 minutach rozmowy z policjantem Crystal powiedziała, że ma nadzieję, że ktoś adoptuje jej dziecko. Po tych słowach wyraz twarzy policjanta kompletnie się zmienił – twierdzi Champ. Holets wyjął i pokazał parze zdjęcie swojej żony i czwórki dzieci, po czym zaproponował, że adoptuje ich dziecko.

Rebecca – żona Ryana również nie zawahała się ani przez chwilę, kiedy usłyszała o propozycji męża.

– Uważamy, że Bóg wezwał nas, żeby to zrobić – twierdzi Recebba.

12 października Crystal Champ wydała na świat córeczkę. Dziecko urodziło się z zespołem odstawiennym (NAS). Rebbeca i Ryan nazwali dziewczynkę Hope, co znaczy Nadzieja.

– Ona potrzebuje stabilnego otoczenia, bezpiecznego życia. Musi być bezpieczna, otoczona troską, musi mieć warunki do rozwoju, a ja nie mogę jej teraz tego dać – mówi biologiczna matka Hope.

Policjant adoptował córkę bezdomnej narkomanki

Ryan Holets wychowuje teraz piątkę dzieci // Źródło: CNN

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Daily Mail

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Michał Wiśniewski o świątecznej akcji „Wiśnia Dzieciom”

Muzyk Michał Wiśniewski niczym Święty Mikołaj w grudniu przemierza całą Polskę, aby spotkać się z dziećmi z Domów Dziecka. W jego inicjatywę „Wiśnia Dzieciom” z każdym rokiem angażuje się coraz więcej osób. O tym skąd wziął się pomysł na akcję, jak wygląda organizacja takiego przedsięwzięcia oraz o tegorocznych planach na święta Michał opowiedział redakcji Chcemy Być Rodzicami. 

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Ania Wencławska: Opowiedz proszę, skąd wziął się pomysł na akcję „Wiśnia Dzieciom”.

Michał Wiśniewski: Wydawało mi się to całkiem naturalne. Ktoś nas poprosił o to, żebyśmy zjawili się w Domu Dziecka w Dąbrowie Rusieckiej i pojechaliśmy tam oczywiście. Wtedy naprawdę w domach dziecka była mega ciężko. Ale za każdym razem widziałem tą determinację wychowawców i przede wszystkim determinację dyrekcji. W tamtym czasie musieli sobie radzić chodząc od domu do domu prosząc o pieniądze.

Zobacz także: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach”

AW: Jak wyglądała organizacja tegorocznej edycji „Wiśnia Dzieciom”?

MW: Zawsze jeżdżę do dzieciaków w drugim i trzecim tygodniu grudnia i tak też jest tym razem. Startujemy w Białymstoku 8. grudnia i kończymy 18. grudnia. Odwiedzamy zawsze 20 placówek. Być może akcja nam się rozszerzy, jeżeli znajdę osoby chętne do działania. Ale teraz praktycznie robię to ja i żona. Umówmy się – nie należy to do najłatwiejszych zadań, bo wszystko jest na naszej głowie. Ciężko jest to ogarnąć, bo jest coraz więcej ludzi, którzy chcą pomagać i nie jesteśmy tego w stanie logistycznie ogarnąć. Ale jak co roku, tak i teraz sobie poradziliśmy.

Michał Wiśniewski na spotkaniu z dziećmi w Samowie // fot. Facebook – Michał Wiśniewski

AW: Jeżeli któryś z naszych czytelników chciałby się włączyć w akcję, gdzie może wysłać przygotowaną paczkę?

MW: Bezpośrednio do Domów Dziecka. Nie przyjmujemy żadnych pieniędzy. W tym roku dostaliśmy bardzo dużo prezentów od różnych firm i to nas trochę logistycznie przerosło (żeby je porozwozić – red.). Jedynie New Yorker wysłał paczki bezpośrednio do placówek. Zawsze publikujemy listę Domów Dziecka, które zostały przez nas wybrane. Można do nich napisać, zadzwonić. Na pewno każda pomoc jest mile widziana.

Zobacz także: 10 gwiazd, które adoptowały – ich droga do rodzicielstwa

AW: Słyszałam, że jesteś zwolennikiem tradycyjnych świąt. Czy w tym roku też tak spędzisz ten czas?

MW: Tak absolutnie. U mnie to się praktycznie nie zmienia, ale to tylko dlatego, że jestem tradycjonalistą i dla mnie to jest ważne. To jedyny dzień w roku, kiedy możemy wszyscy się razem zobaczyć, wyściskać, przeprosić za to, co było złe, życzyć sobie wszystkiego najlepszego. Oczywiście jak to w każdej patchworkowej rodzinie dzielimy się świętami. Czasami obchodzę Wigilię 23. grudnia.

Pełną wersję wywiadu przeczytasz w styczniowym magazynie Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Ta akcja odmieniła jego życie! Strażak uratował dziewczynkę, później ją adoptował

Strażak uratował dziewczynkę, później ją adoptował.
fot. Facebook - Marc Hadden

Czyn tego strażaka stał się w ostatnich dniach tematem szeroko komentowanym przez media na całym świecie. Strażak uratował dziewczynkę. Potem po raz drugi podarował jej życie.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pochodzący z Karoliny Południowej strażak Marc Hadden uratował już dziesiątki ludzkich istnień. Jednak ta akcja w jego karierze była wyjątkowa i całkowicie odmieniła jego życie.

Początek historii miał miejsce 14. listopada 2011 roku. Marc Hadden był właśnie w trakcie obiadu, kiedy otrzymał zgłoszenie na numer alarmowy. Pomocy potrzebowała kobieta skarżąca się na silny ból brzucha.

Zobacz także: Policjant adoptował dziecko bezdomnej narkomanki

Strażak pomógł rodzącej

Na miejscu okazało się, że kobieta była w zaawansowanej ciąży, z czego nie zawała sobie sprawy. Tym sposobem Marc przyjął pierwszy w swoim życiu poród.

– To było niesamowite słyszeć płacz dziecka – wspomina strażak. Nie spodziewał się, że dwie doby później będzie już ojcem uratowanej dziewczynki…

Zobacz także: Dał jej życie dwa razy – najpierw adoptował, później oddał część wątroby

Strażak uratował dziewczynkę, później ją adoptował

Następnego dnia żona Marca – Beth udała się do szpitala, żeby sprawdzić stan zdrowia świeżo upieczonej mamy i jej dziecka. Okazało się, że kobieta nie czuła się na siłach, aby wychować córeczkę. Podjęła decyzję o przekazaniu dziecka do adopcji.

Marc i Beth mieli już dwoje synów, jednak od dawna marzyli o trzecim dziecku. Ze względu na komplikacje związane z dwiema pierwszymi ciążami, jedynym wyjściem dla małżeństwa była adopcja. Para podjęła decyzję w jednej chwili.

– Modliłam się o adopcję od lat – opowiada Beth. – Wtedy w szpitalu ta kobieta popatrzyła na mnie i powiedziała: „chcę, abyś adoptowała moje dziecko”. Zadzwoniłam do Marca i poznajmiłam: „chyba będziemy mieli dziecko”.

Po 48 godzinach dziewczynka o imieniu Rebecca Grace była już w domu małżeństwa. – Zawsze marzyłem o córeczce. To wspaniałe – przyznaje Hadden.

Dziewczynka ma już sześć lat i zna swoją historię. Jak śmieje się Marc, Rebecca opowiada nawet ludziom o tym, jak tatuś pomógł jej przyjść na świat.

Marc Hadden z rodziną // fot. Facebook – Marc Hadden

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: people.com, independent.co.uk

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.