Przejdź do treści

Jak wspomóc naturę

579.jpg

Inseminacja należy do jednej z najpopularniejszych metod wspomaganego rozrodu. Ta metoda uważana jest za najprostszą i najmniej obciążającą kobietę. Na dodatek jest stosunkowo tania.

Obecnie w medycynie wspomagania rozrodu stosuje się kilka rodzajów inseminacji. Najpowszechniejszą metodą jest inseminacja domaciczna, w której do zapłodnienia dochodzi przez wstrzyknięcie bezpośrednio do szyjki macicy kobiety nasienia wcześniej pobranego od mężczyzny. Do wykonania zabiegu wykorzystuje się starannie wyselekcjonowane, najsprawniejsze i najwartościowsze plemniki. Selekcję przeprowadza się, stosując np. test migracyjny. W probówce umieszcza się 1 ml pozyskanego nasienia, a następnie przykrywa się je 2 ml pożywki. Następnie probówka leżakuje przez godzinę w inkubatorze CO2, w temperaturze 37 st. Przez ten czas sprawne plemniki wypływają na górę.

Aby uniknąć przeszkód, np. w postaci zbyt gęstego śluzu szyjkowego, nasienie jest wprowadzane do jamy macicy przy wykorzystaniu cewnika.

Drugim typem zabiegu jest inseminacja doszyjkowa. Zazwyczaj jest stosowana w sytuacjach, gdy problemy natury anatomicznej utrudniają lub całkowicie uniemożliwiają odbycie prawidłowego stosunku seksualnego. Coraz popularniejsza staje się także inseminacja dojajowodowa. To stosunkowo nowa metoda, którą się zaleca, jeśli nie ma większych zastrzeżeń co do jakości nasienia partnera.

Dalszą część tekstu przeczytasz w 3 numerze naszego magazynu.

Marlena Jaszczak

absolwentka SWPS, kobieta o wielu talentach.

Jak przetrwać walkę z niepłodnością? Oto 5 cennych wskazówek – zadbaj o siebie!

walka z niepłodnością

Walka z niepłodnością to codzienne zmagania, od których trudno uciec. Myśli wciąż i wciąż wracają do jednego tematu. A co ważne, zdrowie psychiczne jest w staraniach równie ważne, co zdrowie fizyczne. Jak możesz o siebie zadbać?

5 wskazówek, które pomogą Ci w staraniach
1. Lekarz, któremu ufasz

Odpowiedni lekarz jest podstawą. Leczenie niepłodności to długotrwały proces, który wymaga zaangażowania nie tylko z twojej strony, ale i ze strony medyków. Jeśli nie masz poczucia bycia wysłuchaną i zaopiekowaną, nie obawiaj się konsultacji u innego doktora, czy też w innej klinice. Znajdź miejsce, które pozwoli ci czuć się komfortowo i pewnie.

2. Sposób na stres

We współczesnym świecie stres obarczany jest odpowiedzialnością za niemal wszystkie problemy. I nic dziwnego! Owszem, może być korzystny, ale w nadmiarze i w nieodpowiednich momentach potrafi zrujnować nam nie tylko samopoczucie, ale też funkcjonowanie somatyczne. Zdecydowanie nie pomaga też w płodności. Znajdź więc zajęcie, które pozwoli ci zmniejszyć napięcie i chociaż na chwilę oderwać głowę. Lubisz tańczyć? Świetnie – lekcje salsy są dla ciebie. Kochasz kino? Znakomicie – zainwestuj w miesięczny karnet na filmy ulubionego reżysera. A może medytacja i ćwiczenia oddechowe? Świetnie działają, co udowodniły badania, o których pisaliśmy w naszym portalu >>KLIK<<

3. Akupunktura

Leczenie niepłodności często wiąże się z dużymi kosztami finansowymi. Akupunktura jest jedną z tańszych metod wsparcia starań. Pomaga nie tylko się zrelaksować, ale też ułatwia pracę układu hormonalnego. Jeśli zaś chodzi o panów, jest to jedna z lepszych alternatywnych metod leczenia zaburzeń erekcji!

4. Lektury

Tę wskazówkę można potraktować na dwa sposoby. Z jednej strony, dobra literatura to znakomita forma rozrywki i szansa na oderwanie się od codziennych problemów. Z drugiej, warto zerknąć na strony książek, które poświęcone są właśnie problemom niepłodności. Może okazać się to bardzo wspierające i dodające otuchy.

Po jakie tytuły warto sięgnąć?

Dieta dla płodności, czyli wszystko co przyszły rodzic powinien wiedzieć

O in vitro na spokojnie. Niezwykła książka wyjątkowej autorki

Nadzieja na nowe życie

Księga Adoptowanego Dziecka

5. Ktoś kto wysłucha

Jest to wskazówka, którą zdają się powtarzać wszyscy eksperci – niepłodność nie jest problemem, z którym powinniśmy walczyć w pojedynkę. Przede wszystkim, świetnie jeśli możesz porozmawiać ze swoim partnerem. To podstawa, która daje siłę do walki i buduje pomiędzy wami bliskość. Z drugiej strony, warto szukać też wsparcia na zewnątrz. Nie o wszystkim chcemy się dzielić z ukochaną osobą, boimy się o jej uczucia, nie chcemy dodatkowo obciążać. Kiedy jednak dusimy w sobie emocje, które w staraniach są ogromne – lęk, złość, żal, wstyd – robimy sobie sami krzywdę. Jeśli mamy przyjaciółkę, której ufamy, warto poszukać oparcia na jej ramieniu. Możemy też sięgnąć po pomoc terapeutyczną – psychoterapeuty, czy też odpowiedniej grupy wsparcia. Ludzie to istoty społeczne, warto o tym pamiętać.

Inspiracja: „babble.com”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Historia matki i córki z in vitro: Żeby w przestrzeń mówiąc, usłyszeć: Jestem człowiekiem.

in vitro malgosia

Irena nie mogła mieć dzieci. Dwa poronienia, wieloletnie leczenie niepłodności. Zdecydowała się w latach 90. na in vitro. Na świat przyszły dwie dziewczynki – Małgosia i trzy lata później Ania. Obie w 2009 r. zagrały w spektaklu „Bal na Planecie Ziemia”.  O życiu po in vitro, tolerancji, Bogu, spektaklu i polityce z Ireną Kowalewską i jej córką Małgosią – studentką Uniwersytetu Warszawskiego, w ich pięknym mieszkaniu na poddaszu jednej z kamienic na warszawskim Powiślu rozmawia Artur Pastuszka.

AP: Zagrałaś, Małgosiu, w spektaklu, który w dużej części opowiadał o Twoim życiu. Jak czuje się dziecko wcielając się w postać innego dziecka, które ma taką samą historię?

MK: Na pewno było mi łatwiej. Nie musiałam być jakąś spektaklową „Dziewczynką nr 1”, mogłam być sobą. Tylko sceniczna Mama nie była moja. Nie rozumiałam wtedy tego, co mówili aktorzy. Nie miałam pojęcia, kto to jest „Ojciec Dyrektor”…Dopiero teraz, kiedy po latach oglądałam „Bal na Planecie Ziemia” na Youtube, doceniłam, jak inteligentny jest to spektakl; jak wiele wnosi, jak ważne jest to wszystko, co  ja mówiłam, co mówiła tam moja „Matka Ziemia”, „Ojciec Słońce”, pani „Moherowy Beret”, o czym mówiły teksty piosenek… Wtedy ważniejsze było dla mnie to, co się działo na scenie, że teatr, publiczność… Wtedy na tym się skupiałam, że  takie wielkie – „WOW!”

Czy przy tej okazji wróciły wspomnienia?  Pytam o te, które pamięta się latami. Otoczenie zachowuje się w różny sposób, ludzie mają różny poziom wiedzy, tolerancji…

 M.K.: Ja byłam wychowywana tak, że in vitro to jest coś normalnego. Byłam „od zawsze” przeświadczona o tym, że  jedni się rodzą  tak, a inni inaczej. Nie przypuszczałam nawet, że można o in vitro myśleć jak o czymś „złym” czy „nienormalnym”. Nawet jako dziecko, kiedy ktoś mówił o in vitro w jakiś dziwny, nieprzychylny sposób, to ja nie rozumiałam o co chodzi! Ale pamiętam jedną sytuację z okresu, kiedy przygotowywałam się  do spektaklu i pytano mnie, dlaczego ja mam zagrać? A ja mówiłam, że dlatego, że jestem z in vitro, to jakiś chłopak powiedział mi coś nieprzyjemnego. Poza tym – nic. Później, jak już byłam trochę starsza zdarzały się te sytuacje częściej. Jedna była dla mnie bardzo, bardzo przykra. Ale nie czuję, żeby mnie to nadal bolało, bo wiem jak jest naprawdę. Jestem tak wychowana.

A.P.: „Kim jestem, świecie, kim jestem? Czy jestem człowiekiem?!” – pytasz w spektaklu, a echo powtarza – człowiekiem – człowiekiem – człowiekiem… Czy, podobnie jak bohaterka spektaklu, miałaś takie wątpliwości?

M.K.: Nie. Nigdy. No właśnie w tym jest „problem”, że… Nie potrafię tego wyjaśnić… Ja, jako dziecko nie miałam pojęcia, że można to uznać za coś innego, coś wykraczającego poza jakąś normę, że to jakaś „nowość”. Ja nie widziałam tego                  z takiej perspektywy. Później, kiedy zaczęły się dziać te „afery” wokół in vitro, a ja byłam nieco bardziej świadoma, mogłam bardziej zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie myślą o tym  inaczej niż ja.

 

Zatem „Uciekałam i wracałam” to nie jest tekst Twojej piosenki? Nie miałaś ucieczek mentalnych?

 

M.P.: Nie. Ja się chyba nawet trochę tym chwaliłam. Ale wrócę jeszcze do spektaklu. Pamiętam, że, zwłaszcza tą jedną sceną,  bardzo się przejęłam i – kiedy przyswajałam kwestię „Kim jestem, świecie, kim jestem? Czy jestem człowiekiem?” – wiedziałam, że muszę to dobrze zrobić, żeby mówiąc to w przestrzeń, usłyszeć, że Jestem Człowiekiem! Ostatnio wysłałam link do spektaklu swojemu chłopakowi do Londynu… Powiedział, że łezka się kręci i dreszcze idą po ciele.  To było ważne.

Powiedziałaś wcześniej, żekiedy byłaś trochę starsza, zdarzały się sytuacje mniej sympatyczne i była taka, która szczególnie utkwiła w Twojej pamięci… Chcesz o tym opowiedzieć?

M.P.: Tak. Nie ma problemu! Były różne sytuacje. Zdarzyło się, że ktoś w mojej obecności zażartował: „Jak pijesz przez słomkę z szklanki, to na pewno jesteś z probówki”. Zwróciłam uwagę, że nie powinien tak żartować, bo zapewne nie powiedziałby rasistowskiego żartu przy czarnoskórym, a nie wie czy nie jestem z in vitro… Ale to były sytuacje, kiedy mogłam spokojnie wyjaśnić, co leży mi na sercu i nie było mi z tym źle. Bardziej  bolało mnie wówczas to, że przez nieświadomość ludzie mówią takie rzeczy. Ale to było małe piwo, bo zdarzały się też sytuacje, kiedy słyszałam, że nie mam biologicznych rodziców, że jestem wyrzutkiem, jakimś potworem – miksturą ze szklanki. Albo przeczytałam coś w Internecie…

większy fragment rozmowy zostanie opublikowany w numerze wrześniowym Chcemy Być Rodzicami

Artur Pastuszko

Aktor, Dyrektor Generalny i Artystyczny at Open Europe Art. Artur Pastuszko - Platforma Artystyczna. Student 5 roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS

Tęczowe dziecko: „Ciąża po stracie może pojawić się szybko, ale towarzyszące jej emocje, to już zupełnie inna historia”

tęczowe dziecko

Wiele lat temu w pewnej rodzinie urodziło się dziecko. Dziewczynka, zdrowa, w terminie. Rodzina była spora, ale dość typowa jak na tamte czasy – trzech chłopców i dwie dziewczynki. Rosła w poczuciu bycia uwielbianą przez ojca, kochaną przez starsze rodzeństwo i nieustannie pilnowaną przez matkę. Kiedy była dzieckiem, matka nigdy nie spuszczała z niej oka, karmiła ją długą piersią, z opowieści dziewczynka wiedziała, że w niemowlęctwie często była dodatkowo monitorowana przez maszynę mierzącą oddech.

Jej matka mówiła, że dziewczynka nigdy nie płakała. Nie miała powodu. Jej wszystkie zachcianki i pragnienia były spełniane w mgnieniu oka, ale też w miarę możliwości rodziców w tamtych niełatwych ekonomicznie czasach. Była więc postrzegana przez rodzinę jako bardzo grzeczne i spokojne niemowlę, które wyrosło na zadowolone z życia dziecko.

Dziewczynka zawsze wiedziała, że miała starszego brata, który zmarł jako niemowlę. Znała jego imię, często się o nim mówiło w domu, wiedziała, kiedy przypadały jego urodziny. Usłyszała też kilka razy, że „gdyby jej brat nie zmarł, jej by nie było”. Nie zostało to jednak nigdy powiedziane bezpośrednio do niej, usłyszała rozmowy rodziców i starszych braci. Kiedy dzieci w szkole opowiadały o swoich rodzinach, ona również mówiła o swoich rodzicach i rodzeństwie. Także tym, które zmarło przed jej narodzinami, informując jednocześnie mocno zaskoczonych kolegów, że ona „urodziła się dlatego, że zmarł jej brat”.

Śmierć, odchodzenie, strata…

Temat śmierci zawsze był obecny w jej życiu, podobnie jak poczucie winy. Im była starsza, tym bardziej jasne było dla niej, jak wielkie poczucie winy miała jej matka, kobieta gorliwie wierząca, przekonana, że śmierć dziecka była karą za stosowanie antykoncepcji. Kiedy dziewczynka trochę podrosła policzyła, że jej rodzice byli bardzo młodzi, kiedy zmarł ich syn. Ona natomiast urodziła się dlatego, że jego zabrakło w dramatycznych okolicznościach. Rosła więc w przekonaniu, że powinna zrobić w swoim życiu coś nietuzinkowego, zostać kimś wyjątkowym.

Były wiec fantazje o misjach, medycynie uprawianej gdzieś w ubogich rejonach świata, było pragnienie możliwie najlepszych ocen, które przyniosłyby rodzicom dumę z niej. Ale to często się nie udawało. Nie była wybitnie uzdolniona, ciężka praca też nie zawsze przynosiła zamierzone efekty. Rosło więc poczucie winy i wstydu. Z czasem pojawiła się depresja, poczucie bycia niewiele wartą, zajmującą nie swoje miejsce. Ilekroć jednak myślała o tym, dlaczego tak się czuje, nie znajdowała żadnego uzasadnienia. Przecież nikt nigdy nie powiedział nic wprost, rodzice byli bliscy i wspierający. Dopiero w terapii, a i to nie od razu, zaczęła łączyć fakty. To, co było częścią jej życia, co nie było żadną tajemnicą, miało jednak na nią wpływ. Czy była to sama śmierć dziecka, czy bardziej trauma młodych rodziców, którzy nie mieli szans przepracować żałoby? Można się zastanawiać.

Tęczowe dzieci

W tamtych czasach nieznane było pojęcie „tęczowych dzieci”.  Jednym ze sposobów radzenia sobie ze stratą była właśnie kolejna ciąża. O „tęczowych dzieciach” mówi się od niedawna, choć sama sytuacja jest znana od zawsze. „Rainbow baby” to dziecko, które rodzi się krótko po śmierci innego dziecka: w niemowlęctwie, poronieniu lub po narodzinach martwego dziecka. Nazwa „tęczowa” wiąże się z tęczą, która przychodzi po burzy. Sugeruje więc szczęśliwe zakończenie po bardzo trudnym, dramatycznym nawet ciągu wydarzeń.

Zakończenie, choć wyczekiwane i radosne, nie jest łatwe do osiągnięcia. Ciąża po stracie może pojawić się szybko i bez większego wysiłku, ale emocje, które jej towarzyszą, to już zupełnie inna historia. Wiele kobiet, które jej doświadczyły mówi wręcz, że normalna ciąża po stracie nie jest możliwa. Trudno się cieszyć i być podekscytowanym, kiedy skupia się na każdym, najdrobniejszym objawie. Kobietom w ciąży po stracie towarzyszy nie tylko lęk, ale również poczucie winy, wynikające z tego, że znowu są w ciąży, że „zapomniały” o tamtym dziecku, że po prostu próbują żyć dalej i być szczęśliwe. Czasami ma to również bardzo praktyczny wymiar; mają rzeczy przygotowane lub nawet używane przez dziecko, którego już nie ma. Czy mają więc prawo z nich korzystać? Czy trzeba wszystko wymienić, a jeśli tak, to czy nie potwierdza to tezy, że utracone dziecko zostało zbyt szybko zapomniane? Pytań i wątpliwości może być wiele.

Również otoczenie może uznać, że kolejna ciąża rozwiązuje problem. Inni z kolei uznają, że pojawia się dziecko- zastępstwo, że za szybko, że nie ten moment. A w rodzicach może to z kolei uruchamiać nieświadome lęki i wątpliwości.

Przeżyć i kochać

Rodzicielstwo po stracie może wydawać sprawą oczywistą, być może nawet dla niektórych rodziców problem jest sztuczny. Przecież każde dziecko traktowane jest w wyjątkowy, niepowtarzalny sposób. Również te, którą rodzą po stracie. Jednak siła i jakoś emocji doświadczanych podczas śmierci dziecka lub straty ciąży jest niebanalna, a żałoba konieczna. I w żałobie właśnie leży zasadnicze źródło zdrowienia. Nieprzeżyta żałoba, zaprzeczone cierpienie związane ze stratą rzeczywiście może doprowadzić donie zamierzonego przecież obciążania kolejnego dziecka własnymi emocjami.

Również wielu dorosłych nie jest świadomych tego, że pojawiło się „w zastępstwie” za kogoś. Czują, że żyją w czymś cieniu, bywają porównywani do zmarłego dziecko, słyszą że urodzili się, ponieważ inne zmarło. Albo też starają się nie zawieść za wszelką cenę, być idealni, wszystko robić perfekcyjnie.

Narodziny to powód do radości i celebracji, ale czasami przebiegają w cieniu tragedii. Wtedy trzeba dokonać niezwykle trudnej sztuki pogodzenia uczuć związanych ze stratą i z początkiem. Znaleźć sposób na pamiętanie, które nie obciąża.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Zbyt dużo cukru utrudnia zajście w ciążę? Sprawdź, co o diagnozie PCOS mówi dietetyczka

dieta w pcos

Dietetyczka Michele Chevalley Hedder przyjrzała się kobietom, które mają postawioną diagnozę PCOS oraz ich sposobowi żywienia. Zaznacza, że nawet połowa z nich może cierpieć z powodu insuliooporności.

PCOS prezentuje wiele symptomów – od problemów z płodnością lub brakiem owulacji, do zmian nastrojów, otyłości, czy trądziku. Pomimo coraz większej powszechności występowania tej dolegliwości, eksperci wciąż nie wiedzą, co jest dokładną przyczyną zespołu policystycznych jajników. Australijska dietetyczka zauważyła, że są przypadki bez zdiagnozowanej przyczyny, które mogą być powiązane ze spożyciem cukrów.

Duża część przypadków może być napędzana insulinoopornością i powiązana z dysfunkcjami cukru we krwi” – mówi i dodaje: „W większości przypadków, które obserwujemy teraz w roku 2017, PCOS może być złagodzone i skorygowane tylko poprzez pożywienie” – jej słowa cytuje „Daily Mail”. Zaznacza, że cukier jest winowajcą wielu procesów i stanów chorobowych organizmu. Co ważne, nie zawsze jest to jednak cukier pochodzący z produktów, które powszechnie uznawane są za „śmieciowe jedzenie”. Często kryje się on w pozornie zdrowej żywności.

Dietetyczka podkreśliła, iż nie tylko objawy PCOS, ale także pojawiające się problemy z nieprawidłowym poziomem glukozy we krwi można u kobiet z PCOS załagodzić. „Nie twierdzę, że każda kobieta z PCOS może być wyleczona odżywianiem, ale zaznaczam, że ludzie powinni poddać to obserwacji” – ocenia.

O powiązaniu insulinooporoności i zespołu policystycznych jajników pisaliśmy już w naszym portalu: „Jest to jeden z najczęściej występujących przypadków. Niektóre badania wskazują, że nawet 50-70 proc. kobiet z PCOS ma insulinooporność, niezależnie od tego, czy są szczupłe, czy też nie. Wysoki poziom insuliny i leptyny hamuje owulację i pobudza jajniki do produkcji testosteronu”.

Sprawdź więcej: >>KLIK<<

PCOS i dieta – oto ciekawostki:

Kieliszek czerwonego wina pomoże w PCOS? Sprawdź, co mówią badania!

Mleko sojowe pomocne w PCOS – sprawdź, co mówią eksperci

Oto twój nowy sprzymierzeńca w walce z PCOS – MAGNEZ!

 

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.