Przejdź do treści

Jak „o tym” rozmawiać z dziećmi? [VIDEO]

Jak rozmawiać z dziećmi o seksie? Zwykle to bardzo krępujące wyzwanie.

Wszelkie pytania i wątpliwości rozwiewa Karo Akabal sex coach i założycielka Sex & Love School.

Karo Akabal

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Starali się o dziecko przez 10 lat, dziś są rodzicami… bliźniaków! Joanna: „Nie wolno tracić nadziei”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Starania o dziecko to nieraz wieloletnia walka – ze zdrowiem, z systemem leczenia, z samym sobą. Joanna wraz z mężem walczyli 10 lat. Przeszli setki badań, 7 inseminacji, 3 procedury in vitro. Pomimo trudów i chwil zwątpienia zawsze wierzyli w sukces. I słusznie! Dziś są rodzicami bliźniaków – poznaj ich historię, która daje całą masę pozytywnej energii.

Początek starań był 10 lat temu?

Joanna: Tak, początek był przed dekadą. W pierwszym etapie próbowaliśmy z partnerem naturalnie. I to przez dłuższy okres – trzy lata. Utrudnieniem był fakt, że mąż pracuje za granicą i niestety ma go cały czas tutaj. Mówi się, że jeżeli przez rok starań nie ma dziecka, to znaczy, że już coś jest nie tak. U nas, jak widać, trochę przedłużyliśmy ten okres. Trzy lata starań naturalnych, dopiero po tym czasie udałam się do lekarzy. Najpierw do zwykłych ginekologów – od jednego, do drugiego. Rok zajęło mi takie chodzenie i przyznam szczerze, że podejście lekarzy na których trafiłam, chyba nie było za dobre.

Często słyszy się, że lekarze ginekolodzy „pierwszego kontaktu” nie zawsze profesjonalnie zaczynają pracę z niepłodnością.

Miałam trzech lekarzy, których podejście było praktycznie żadne. Już na wstępie pojawiało się pytanie: „A  co takiego pani robi w tym kierunku?”. Było to żenujące… Dopiero czwarty lekarz podszedł do mnie profesjonalnie. Tylko spojrzał i powiedział, że mam PCO. Kazał mi podnieść brodę, pytał się o owłosienie. Diagnoza była praktycznie od razu, po czym oczywiście miałam różne badania, lekarz chciał się po prostu upewnić i rzeczywiście okazało się, że mam brak owulacji. Mieliśmy później monitorowane cykle, dość długo to trwało. Co jednak ważne, miałam bardzo dobry kontakt z tym właśnie lekarzem. Zyskałam przy nim prawdziwą nadzieję, że się uda, że będzie w porządku, że PCO to nie jest wyrok.

Nadzieja jest bardzo ważna.

Dokładnie, był to prawdziwy lekarz z sercem. Niestety jednak nawet jego serce nie pomogło. Chodziłam do niego półtora roku i w końcu rozłożył ręce. Powiedział, że jego praca się w tym miejscu kończy i proponuje nam klinikę leczenia niepłodności. Minęły już wtedy 3-4 lata odkąd zaczęliśmy się starać, a dziecka dalej nie było.

Nie było na co dalej czekać.

Tak, doktor przyznał, że nie ma co tracić czasu. I to było dobre – nie przeciągał niepotrzebnie sprawy, nie szukał kolejnych badań, tylko wysłał nas do specjalistycznej kliniki. Tak też zrobiliśmy.

W pierwszej klinice, do której trafiliśmy, spędziliśmy rok. Nie przypadła nam ona jednak do gustu. Bardzo źle się tam czułam. Wydawało mi się, że mój problem ich nie interesuje. Zrobili mnóstwo badań, ale z lekarzem nie miałam żadnego kontaktu na płaszczyźnie międzyludzkiej. Zmieniliśmy więc klinikę. W kolejnej trafiłam na bardzo dobrego lekarza, który po przejrzeniu mojej teczki, skomentował: „Kto pani powiedział, że pani nie zajdzie w ciążę?”. Gdy wyszłam z gabinetu byłam w ogromnej euforii! Spędziliśmy w tej klinice 4 lata i to właśnie tam przeszłam siedem inseminacji. To był najcięższy dla mnie okres.

Porusza pani bardzo ważną sprawę – nie są istotne tylko kwestie medyczne, ale też to, co w międzyczasie dzieje się z psychiką człowieka.

To prawda. Czas inseminacji był najcięższy zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża. Podczas pierwszej inseminacji byliśmy nastawieni, że nam się uda! Tym bardziej, że lekarz mówił: „Jasne, jak najbardziej”. Okazało się jednak, że ciąży brak. Druga inseminacja – ciąży brak. Z każdą kolejną, gdy jechałam na betę, to było… ciężkie do opisania. Z jednej strony miałam myśli, że tym razem będzie sukces. Z drugiej, że może jednak los tak chciał i nie będziemy mieć dzieci. Tyle razy już się nie udało… Tak to wyglądało za każdym razem.

Dla mnie inseminacje były gorsze, niż późniejsze in vitro. Być może dlatego, że było ich tak dużo. Non stop robiliśmy dodatkowe badania, do tego strasznie przytyłam, a moje ciało zaczęło się pod wpływem hormonów zmieniać. Nie wiedziałam, czy chcę dalej iść w tę stronę. Nie zrezygnowałam tylko dzięki mojemu mężowi.

Był przy mnie cały czas i mówił: „Uda się, Asia! Próbujmy!”. Na szczęście nasza sytuacja finansowa pozwalała nam na kolejne próby, ale wysiadłam psychicznie. Przy siódmej inseminacji powiedziałam, że już nie chcę. Lekarz zasugerował wtedy byśmy zastanowili się nad in vitro. Kiedy padły te słowa, aż usiadłam.

Usiadła pani z ulgą, czy bardziej z lękiem?

Na początku to było przerażenie. Wiedziałam czym jest in vitro, z czym się wiąże, ale nigdy nie sądziłam, że będzie dotyczyć właśnie mnie. Gdzieś tam w głębi wciąż myślałam, że mamy jeszcze inne szanse, że stanie się jakiś cud i naturalnie uda nam się zajść w ciążę. Zdecydowanie podłamały mnie jednak liczne próby inseminacji.

Przyszliśmy z mężem do domu i zaczęliśmy rozmawiać. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że chyba nie mamy wyjścia. Dlaczego nie? Dla mnie in vitro było i jest z pewnością nadzieją oraz szansą na dziecko. Mieliśmy też to szczęście, że w 2014 skorzystaliśmy jeszcze z „rządkówki”.

Zastanawiam się w takim razie, jak pani patrzy na to wszystko, co obecnie dzieje się wokół in vitro?

Dla mnie, i nie tylko dla mnie, był to ratunek. Po raz kolejny podkreślam, widzę in vitro jako nadzieję i szansę na dziecko, jakie współczesna medycyna dała tysiącom niepłodnych par. Nie wiem o co to całe halo. Dlaczego ktoś ma mi odbierać prawo do bycia rodzicem?

Zaczęła też pani mówić o partnerze. Słyszę, że byliśmy państwo w tym wszystkim razem. Myślę, że jest to duży potencjał w takiej sytuacji.

Bardzo duży. Gdyby mój mąż zrezygnował, gdyby „się rozpadł” i stwierdził, że to nie ma sensu, ja też bym odpadła. Byłam już w takim momencie, że nie wierzyłam w sukces. To on mówił: „Asia, nie może być aż tak źle! Będziemy próbować do skutku!”.

Ma pani poczucie, że te doświadczanie wzmocniły wasz związek, czy jednak były oddalające?

Mój mąż od 14 lat pracuje zagranicą. Wiadomo jak wygląda życie na odległość, ale in vitro i cała ta historia mimo wszystko nas zbliżyła. Oczywiście były momenty, gdy kłóciliśmy się i razem płakaliśmy. Chociaż miałam poczucie, że problem jest po mojej stronie, nigdy nie usłyszałam od niego słów: „To twoja wina”. Być może przeszły mu przez myśl, ale nigdy ich nie wypowiedział. Nigdy też nie stwierdził, że jego chęć posiadania dzieci jest tak silna, że bez nich nie da rady ze mną być.  Mało tego, przyjeżdżał na każde ważniejsze spotkanie, jakie mieliśmy w klinice. Pomimo tego, że dzieliły nas setki kilometrów chciał w tym być i uczestniczyć. To było dla mnie bardzo ważne.

To jest coś, co zapewne daje ogromnego kopa do walki.

Tak. Siła drugiego człowieka, który jest w tej samej sytuacji, jest szalenie pomocna. On mnie najbardziej rozumiał, a wiem, że jemu też było ciężko. Gdy nie udawały się kolejne próby, widziałam łzy w jego oczach. Mówił: „Asia, będzie dobrze”, ale jego głos drżał. Chciał być silny dla mnie. Dziękuję mu za to, że nie przerwaliśmy tego wszystkiego.

Udało się za trzecim in vitro.

Zgadza się. Za pierwszym się nie udało, ale też pierwsze podejście było z dużym spokojem – co będzie to będzie. Za drugim razem miałam już betę prawie 30, więc była radość. Niestety miałam wtedy ciążę biochemiczną, co było ogromnym ciosem. Ile ja łez wylała, gdy beta zaczęła spadać…

Wszystko działo się w ciągu jednego roku. Klinikę przekroczyłam we wrześniu 2014, w październiku rok później podeszłam do trzeciego in vitro. Poprosiliśmy wtedy o dwa zarodki. Musieliśmy to przedyskutować, bo wiadomo jakie mogły być konsekwencje. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na dwa zarodki i dwa zostały.

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Gdy się udało była tylko radość, czy może pojawił się też jakiś lęk?

Oczywiście, że był lęk. Gdy po 12 dniach jechałam na betę, moja głowa była w zupełnie innym świecie. Był strach, była radość, była euforia, milion myśli przelatywało przez moją głowę. Zapytałam nawet czy mogą do mnie zadzwonić z wynikami, bo nie dam rady po nie przyjechać. Kiedy dotarłam do  domu, musiałam iść spać. Emocjonalnie nie funkcjonowałam. Obudził mnie telefon i usłyszałam, że moja beta wynosi 179. Mówię: „Czy pani się czasem nie pomyliła, czy na pewno moje nazwisko tam widnieje?”. Po dwóch dniach kolejne badanie, później dwa pęcherzyki, pierwsze bicie serduszek… wyliśmy jak bobry! To było cudowne!

To mu być niesamowite uczucie. Po tylu latach marzenie staje się rzeczywistością.

Kiedy w 8. tygodniu usłyszeliśmy bicie serduszek przez cały dzień powtarzałam, że nie wierzę. Cieszyłam się tak bardzo, że chciałam fruwać! Dopiero po paru dniach, gdy emocje opadły, pojawił się strach, czy ciąża się utrzyma. Była to ciąża bliźniacza, więc kolejne ryzyko… Był lęk.

Właśnie – bliźniaki!

Gdy decydowaliśmy się na dwa zarodki, braliśmy pod uwagę, że mogą być bliźniaki. Bardziej jednak patrzyliśmy na to pod kątem zwiększenia skuteczności in vitro w ogóle. A tu nagle, dwa podali, dwa zostały. Bliźniaki to początkowy szok: „Co my zrobimy!?”. Myślę jednak, że tak po prostu musiało być. Ten nasz aniołek, który nie dał rady w czerwcu, postanowił wrócić.

Podwójne wyzwanie.

Podwójne wyzwanie, podwójnie dużo roboty, ale jest to coś niesamowitego. Zresztą do dzisiaj zdarza mi się szczypać i sprawdzać, czy przypadkiem to wszystko nie jest snem. Patrzę czasami na nich, gdy śpią. Ta dwójka małych ludzi jest moimi dziećmi, to niesamowite! Maluchy w czerwcu będą miały roczek. Jest ich wszędzie pełno i są cudowne! Mówią już słowo „mama”, co jest nie do opisania.

Po tylu latach musi to być niesamowita nagroda.

Tak, gdy patrzę na naszą historię z perspektywy czasu, myślę sobie, że w sumie nie było aż tak najgorzej.

Czas robi swoje.

Na pewno nie wolno tracić nadziei. Pomimo tego, że miałam zwątpienia, to zawsze była we mnie iskierka, że musi się udać. Mam swój happy end.

ddd

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Wakacje… ale nie od zdrowej diety! Jak zadbać o jadłospis maluszka?

jadłospis

Wakacje to czas, kiedy trudno oprzeć się pokusom – szczególnie, jeśli chodzi o kaloryczne przekąski. Najczęściej pozwalamy sobie i swoim dzieciom na wiele ustępstw od prawidłowej diety. Podczas urlopu powinniśmy jednak zwrócić szczególną uwagę na to, co spożywają najmłodsi członkowie rodziny. Jakie zdrowe przekąski zaproponować maluchowi? Jak planować posiłki na urlopie? Na te oraz inne pytania związane z żywieniem najmłodszych odpowiadają edukatorzy żywieniowi programu „Zdrowo jemy, zdrowo rośniemy”.

Ustępstwa w diecie a kształtowanie nawyków żywieniowych

Latem rodzice i opiekunowie często przymykają oko na zasady zdrowego żywienia i godzą się na wiele ustępstw w diecie swoich dzieci. Częste podjadanie oraz odstępstwa od prawidłowej diety mogą jednak wykształcić u dziecka nieprawidłowe nawyki żywieniowe, które mogą prowadzić m.in. do otyłości.

Drobne ustępstwa nie muszą oznaczać kształtowania złych nawyków żywieniowych, jeśli występują naprawdę sporadycznie. W przypadku, gdy codzienna dieta dziecka jest urozmaicona i prawidłowo zbilansowana, nie ma się czego obawiać. Ważna jest rozmowa i codzienna edukacja w zakresie prawidłowego żywienia, dzięki której dzieci poznają konsekwencje złego odżywiania oraz dowiedzą się, jak powinny wyglądać zdrowe posiłki” – podkreśla Katarzyna Popielewska, edukator żywieniowy programu „Zdrowo jemy, zdrowo rośniemy”.

Dajmy dobry przykład

Z badania Instytutu Matki i Dziecka „Kompleksowa ocena sposobu żywienia dzieci w wieku od 5. do 36. miesiąca życia – badanie ogólnopolskie 2016 rok” wynika, że niemal 2/3 niemowląt niekarmionych piersią otrzymuje te same posiłki, co reszta rodziny. Co więcej, dieta 88% dzieci starszych – po 1. roku życia – jest zbyt uboga w warzywa, natomiast otrzymują one posiłki dosalane (83%) i nadmierną ilość cukru (75%)1. Dieta dziecka w dużym stopniu zależy od jadłospisu rodziców.

Kształtowanie prawidłowych nawyków żywieniowych u dzieci jest kluczowe dla ich zdrowia teraz i w przyszłości. Łatwiej przekonać malucha do jedzenia warzyw i owoców, jeśli są codziennie obecne na rodzinnym stole. Regularne ich spożywanie oraz wykluczenie z diety wysoko przetworzonych produktów (słodyczy, słonych przekąsek, dań typu fast food) może zapobiec chorobom dietozależnym, takim jak: cukrzyca, nadciśnienie tętnicze czy otyłość. Dlatego, by dać swoim dzieciom dobry przykład, rodzice powinni spożywać wartościowe posiłki – również podczas wakacji” – radzi Maria Paluczek, edukator żywieniowy programu „Zdrowo jemy, zdrowo rośniemy”.

Czym zastąpić niezdrowe przekąski?

Zdrowy rozsądek to najlepszy doradca. Podczas pobytu w wakacyjnych kurortach trudno uniknąć deseru w postaci lodów lub gofrów. Jeżeli decydujemy się na kupno dziecku gofra, zrezygnujmy ze słodkich posypek, bitej śmietany czy syntetycznych polew, a w zamian zaproponujmy świeże owoce. Tłuszcze trans, zawarte w hamburgerach, hot-dogach czy pizzy, również należy ograniczyć w diecie malucha do minimum.

„Produkty z dodatkiem soli, cukru, konserwantów, sztucznych barwników czy tzw. polepszaczy smaku zachęcają do spożycia ładnym opakowaniem, kolorem i smakiem. Z powodu łatwego dostępu, braku możliwości przygotowywania wartościowego posiłku czy pod presją próśb rodzice kupują tego typu artykułu spożywcze dziecku, a tym samym przyzwyczajają je do słonego i słodkiego smaku. Między innymi dlatego takie przetworzone, kaloryczne produkty warto zastąpić zdrową, naturalną przekąską w postaci orzechów, bakali, świeżych lub suszonych owoców. By ugasić pragnienie, dziecko zawsze powinno pić wodę” – dodaje Maria Paluczek.

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie. Rozmowa z Dominiką Musiałowską – założycielką Fundacji

Fundacja Insulinooporność

Z Dominiką Musiałowską, założycielką Fundacja Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie rozmawia Jolanta Drzewakowska

Swoją działalność na rzecz osób z insulioopornością prowadzisz od dłuższego czasu (strona, fanpage na facebooku i grupy). Dlaczego założyłaś Fundację? Co było momentem w którym o tym pomyślałas?

Swoje działania kierowane do osób chorujących na insulinooporność zaczęłam prowadzić już w 2013 roku. Traktowałam to jako zajęcie dodatkowe, hobby, coś czym mogłam zajmować się po pracy. Później projekt zaczął się rozrastać, zaczęłam organizować konferencje, spotkania, treningi, zaczęłam traktować to powoli jako coś więcej niż zwykły blog, jak pracę. Jednocześnie prowadziłam swoją działalność gospodarczą związaną z marketingiem, pracowałam w agencji reklamowej, ale cały czas rozwijałam projekt Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie, który stale się rozrastał i zwiększał swoją popularność. W pewnym momencie poczułam, że stoję w miejscu i nie wiem co dalej. Urodziłam córeczkę, poszłam na urlop macierzyński i miałam chwilę na podjęcie decyzji. Co później? Co dalej? Co z projektem? Zdecydowałam, że czas skupić się na insulinoopornych jeszcze bardziej. Wiem, że jest to potrzebne. Nie chciałam zakładać kolejnej działalności gospodarczej. Wspólnie z mężem przeanalizowaliśmy wszystkie za i przeciw i doszliśmy do wniosku, że Fundacja będzie najlepszym rozwiązaniem.

Jakie główne przeszkody napotkałaś przy zakładaniu fundacji a co było najprzyjemniejsze?

Łatwo nie było. Przede wszystkim miałam duże problemy z rejestracją Fundacji w Krajowym Rejestrze Sądowym. Prawie pół roku minęło zanim otrzymałam wpis do KRS a dokumenty składałam pięć razy. Co chwilę dostawałam informacje, że czegoś brakuje, że zabrało przysłowiowej „kropki”. Pod koniec poziom mojej frustracji osiagnął apogeum, już chciałam się poddać. Dostałam informacje, że tym razem zabrakło słowa „fundacja” w statucie. Konsultowałam dokumenty i statut z dwoma prawnikami i notariuszem i zgodnie stwierdzili, że to już „zbędne czepialstwo”. Byłam wściekła. Poszliśmy na dyżur w KRS i powiedzieliśmy, że nie wyjdziemy dopóki ktoś nie powie nam, że wszystko jest już w porządku. I miesiąc później otrzymaliśmy w końcu wpis do KRS. Druga trudność to praca z kilkumiesięcznym maluchem u boku, ale to już osobny temat 🙂 .
Natomiast z przyjemnych rzeczy było to, że zaraz po oficjalnej informacji, że zakładam fundację, pojawiło się mnóstwo propozycji współpracy, odezwało się wielu specjalistów w tym lekarzy, dietetyków, instruktorów sportowych, pracowników służby zdrowia, studentów chętnych do pomocy. Od razu ruszyliśmy „z kopyta” z kolejnymi projektami.

Jakie cele Ci przyświecają?

Przede wszystkim zależy mi na zwiększaniu świadomości na temat insulinooporności.

Zarówno wśród pacjentów, żeby wiedzieli co to jest i jak mają się leczyć jak i wśród specjalistów, którzy pracują z insulinoopornymi, żeby zobaczyli, że jest to problem, którego nie należy bagatelizować. Bardzo ważna jest dla mnie też integracja środowiska pacjenckiego. Żeby pacjent miał miejsce gdzie może porozmawiać, poznać inne osoby i otrzymać wsparcie.

Jak chcesz je realizowac?

Na Facebooku mamy pięć grup wsparcia dla pacjentów oraz fanpage. To tam najwięcej się dzieje każdego dnia. Na grupach mamy po kilkanaście tysięcy członków. Każdego dnia dodajemy kolejne kilkadziesiąt osób, akceptujemy kilkanaście postów. Razem z naszymi administratorkami każdego dnia staramy się udzielać odpowiedzi na pytania członków grup oraz rozmawiać, udzielać wsparcia. Poza internetem, organizuję konferencje na temat insulinooporności, szkolenia dla dietetyków i innych specjalistów, spotkania grup wsparcia, treningi sportowe. 10 czerwca odbyła się pierwsza konferencja organizowana przez Fundację – Konferencja Insulinooporność – Problem XXI wieku. Przed nami od września warsztaty dla pacjentów i dietetyków w Poznaniu, a w październiku i grudniu szkolenia w Warszawie. W 2018 odbędzie się konferencja dla rodziców i dzieci na temat zdrowego stylu życia i profilaktyki zdrowotnej a za rok w czerwcu kolejna edycja Konferencji Insulinooporność – Problem XXI wieku. Dodatkowo, razem ze specjalistami, którzy współpracują z naszą fundacją, tworzymy broszury edukacyjne, materiały, piszemy artykuły na blogu www.insulinoopornosc.com a pod koniec września ukaże się moja pierwsza książka Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie, która mam nadzieję będzie bazą wiedzy dla wielu z nas.

Co stanowi obecnie dla Ciebie największe wyzwanie?

Praca i macierzyństwo 🙂 . Moja córka ma roczek. Raczkuje, jest jej wszędzie pełno. Wyzwaniem będzie najbliższy rok, zanim pójdzie do żłobka lub przedszkola. Na ten moment pracujemy w duecie ;). Wykorzystuję każdą jej drzemkę, chwilę samodzielnej zabawy, wieczory oraz czas gdy mój mąż wróci z pracy i się nią zajmie a ja usiądę na chwilę do komputera. Dużo pracuję na smartfonie, który mam ciągle przy sobie, dzięki czemu mogę odpisywać na maile, pisać artykuły czy rozmawiać podczas spacerów z córką czy w tzw. międzyczasie. Dochodzi do tego zmęczenie, nieprzespane noce, stres związany z macierzyństwem i zdrowiem mojej córki, problemy z koncentracją.

Mam nadzieję, że jednak podołam wyzwaniu i z pomocą wielu wspaniałych ludzi, stworzymy coś, co pomoże niejednej osobie chorującej na insulinooporność wrócić do zdrowia.

A tu >>KLIK<<  przeczytacie poprzednią naszą rozmowę z Dominiką.

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Bezpłatne inseminacje w InviMed dla 120 par

Young man kissing his pregnant wife's belly

12 czerwca 2017 r. klinika leczenia niepłodności InviMed w Warszawie rozpoczyna kwalifikacje do inseminacji w ramach badań klinicznych nad nowym lekiem zwiększającym skuteczność zabiegu. Do kliniki mogą zgłaszać się pary, którym z nieznanych przyczyn przez rok nie udało się zajść w ciążę. Wszystkie analizy oraz zabiegi będą wykonane bezpłatnie.

O udział w badaniach klinicznych mogą ubiegać się pary z niewyjaśnioną niepłodnością trwającą co najmniej rok. Kobieta musi mieć co najmniej 20 lat i nie więcej niż 38. W ramach kwalifikacji do programu oboje partnerzy przejdą bezpłatną diagnostykę niepłodności. Nawet jeśli mają aktualne badania lub historię leczenia zlecony im zostanie komplet wszystkich badań, zgodnych z Ustawą o leczeniu niepłodności, w tym badanie dróg rodnych oraz drożności jajowodów Sono-HSG, a także analiza nasienia. Program wyklucza możliwość skorzystania z nasienia dawcy.

U kobiet, które spełnią wymagane kryteria zostanie wykonana inseminacja wewnątrzmaciczna z nasieniem partnera.

Podczas badań klinicznych będziemy stosować eksperymentalną metodę inseminacji, polegającą na przepłukiwaniu jajowodów specjalnym roztworem z lekiem, który może poprawić szanse na zajście w ciążę. Jest to substancja, która korzystnie wypływa żywotność plemników – mówi dr n. med. Tomasz Rokicki, dyrektor medyczny klinik leczenia niepłodności InviMed.

Klinika InviMed w Warszawie jest jedynym ośrodkiem klinicznym w Polsce, który przeprowadzi badanie. Zostało to zatwierdzone przez Komisję Bioetyczną przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie oraz Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.

Aby uzyskać więcej informacji i umówić się na wizytę kwalifikacyjną, należy zadzwonić pod numer 500 900 888 lub wysłać e-mail na adres invimed@invimed.pl

Więcej informacji o klinikach leczenia niepłodności InviMed można znaleźć na www.invimed.pl.

Zabiegi będą realizowane w ramach badań klinicznych

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.