Przejdź do treści

Jak nie zwariować w szale świątecznych zakupów

108.jpg

Aż 30 proc. świątecznego domowego budżetu przeznaczamy na prezenty, tylko niewiele więcej, bo 33% pochłaniają wydatki na artykuły spożywcze. – wynika z Raportu Deloitte ,,Polaka przepis na Święta – szturm na sklepy czy zakupy kontrolowane”.

Jak robić przedświąteczne zakupy, by sprawiały więcej przyjemności niż stresu doradza Agnieszka Nizio, dyrektor Centrum Handlowego 3 Stawy z Katowic.

1. Przygotuj listę

Na przedświąteczne zakupy najlepiej udać się z listą. Warto jak najwięcej rzeczy przemyśleć i zaplanować jeszcze w domu. W ten sposób zaoszczędzimy czas, nerwy i zapanujemy nad wydatkami. Jednocześnie warto podczas zakupów mieć ,,oczy otwarte”. Jeżeli wpadnie nam w oko coś wyjątkowego warto zmienić plany i nie uganiać się za czymś, czego ostatecznie nie znajdziemy. Tym bardziej, że w sklepach można trafić na wiele przedświątecznych obniżek.

2. Nie czekaj na ostatni moment

Warto zapisać na liście propozycje awaryjne. Pamiętajmy, że to okres przedświąteczny i wiele rzeczy może być wykupionych, a sklepy nie zawsze nadążają z uzupełnianiem oferty. Jeżeli zamierzamy kupić na prezent ubrania, zróbmy to jak najwcześniej. Przed samymi Świętami popularne rozmiary mogą być przebrane. Pośpiech nie jest dobrym doradcą.

3. Ustal limit

Ustalmy sobie limit, jaki chcemy przeznaczyć na prezenty i konsekwentnie się go trzymajmy. Dzięki temu nie zrujnujemy portfela i jednocześnie sprecyzujemy propozycje prezentowe. Prezent drogi wcale nie musi być dobry. Czasem za niewielką kwotę można kupić coś, co sprawi bliskiej osobie radość.

4. Zachowaj paragony i uważaj na ,,świąteczne hity”

Są to rzeczy szczególnie promowane i eksponowane w czasie świąt np. książki, zabawki lub gry planszowe. Czasem sprzedawane w promocyjnych cenach. Weźmy pod uwagę, że inny członek rodziny może wpaść na ten sam pomysł.

Dobrze jest zachować wszystkie paragony. Dzięki temu możemy uratować sytuację po świętach, jeżeli kupiliśmy zły rozmiar lub prezent się powtórzył. Czasem warto skonsultować swoje plany z innymi członkami rodziny. Pamiętajmy jednak, że nie wszystkie produkty można zwrócić. Najlepiej zapytać o to sprzedawcę.

5. Sprawdźmy towar przed zakupem

Jeżeli decydujemy się na sprzęt elektroniczny lub urządzenia na baterie, koniecznie poprośmy w sklepie o sprawdzenie czy dobrze działa. Mamy do tego pełne prawo, a sprzedawca obowiązek. Dzięki temu można uniknąć rozczarowania bliskiej osoby w Wigilię.

6. Cierpliwość i życzliwość

Sprzedawca też człowiek i może się pomylić, dlatego bądźmy cierpliwi i życzliwi. Nie zakładajmy, że obsługa sklepów jest naszym wrogiem, zazwyczaj jej także zależy, by pomóc rozwiązać nam problem. Każde nieporozumienie, zwrot lub reklamację można wyjaśnić spokojnie i bez zbędnych nerwów. Pamiętajmy, że w tym okresie praca w handlu jest szczególnie ciężka. Nie ma sensu psuć sobie i innym świątecznego nastroju.

7. Nie kupuj prezentu na siłę

Trudno podejmować decyzje zakupowe, kiedy jest się zmęczonym i sfrustrowanym. Czasem dobrym rozwiązaniem może okazać się karta upominkowa. Aż 28% Polaków deklaruje, że cieszyłoby się z bonu na ubrania lub kosmetyki.

8. Zachowaj zdrowy rozsądek

W przedświątecznym wyścigu zakupowym nie zapominajmy o tym, co podczas Świąt jest najważniejsze. Święta to nie konkurs na najlepszy prezent i najpiękniej udekorowany stół lub choinkę, ale czas, który mamy miło spędzić z bliskimi. 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Cudu na święta nie będzie

111.jpg

Zawsze unikałam jak ognia podchodzenia do programu in vitro czy kriotransferu w czasie, gdy zbliżają się święta czy jakakolwiek rocznica. Nie chciałam dodatkowego rozczarowania, bałam się, że zamiast pięknego prezentu w postaci dwóch kresek na teście będę mieć stos chusteczek mokrych od łez.

Gdy podchodziłam do kriotransferu w listopadzie, miałam nastawienie: „I tak się nie uda”. Jedynym bowiem jego celem było zabranie z kliniki zarodków, tak abym mogła zmienić placówkę i przystąpić do programu refundacyjnego.

Nie przyszło mi wtedy nawet do głowy, jak to się wszystko potoczy, ale – jak widać – życie pisze nam różne scenariusze. Nie miałam specjalnych nadziei, a więc tym razem nie miałam też żadnych obsesji (a o tym tak naprawdę miał być ten felieton): nie biegałam co chwila do łazienki, nie sprawdzałam, czy powiększyły mi się piersi – byłam spokojna, bo przecież na nic nie liczyłam. 

Pod koniec pierwszego tygodnia od transferu pojawia się informacja, że są jeszcze miejsca w programie refundacyjnym na ten rok w Białymstoku, w bardzo dobrej, rekomendowanej klinice. Myślę sobie: super! Dzwonię, umawiam się na wizytę. Koniec roku jest idealny, w pracy nic się nie dzieje, pojedziemy razem z mężem do Białegostoku. Będzie spokojnie i będziemy razem. Umawiam się z lekarzem, żeby zrobić szybciej badanie poziomu beta-hCG i jeśli nie jestem w ciąży (a przecież na pewno nie jestem), to muszę odstawić leki i zaczynamy kolejne podejście.

Na badanie krwi beta-hCG w ósmym dniu po transferze jadę spokojna. Wiem, że na pewno wyniki będą negatywne, a ja mam plan B – podejście w ramach refundacji. I tu nagle szok. Wynik badania jest pozytywny! Jeszcze niska wartość, ale przecież jest jeszcze wcześnie. Patrzę na kartkę i nie mogę uwierzyć. Czyżby to twierdzenie, że jak odpuszcza głowa, to się zaczyna udawać, było prawdą? Ze szczęścia chce mi się płakać. Dzwonię do męża, rodziców, siostry – jak to cudnie, że w święta będę w wymarzonej ciąży! Kolejne dni są pełne euforii. Beta-hCG rośnie, immunolog każe podać wlew, żeby zwiększyć szansę. Nie chodzę do pracy, żeby nie ryzykować. Jest cudnie. Niestety, niedługo.

Beta-hCG zaczyna wolniej przyrastać. Pocieszam się, że ciąża to nie matematyka i że według najnowszych badań wyniki są w normie. W sercu jednak zaczyna narastać wielki strach. Wspólnie z lekarzem decydujemy, że teraz spokojnie czekam na USG. Dajemy szansę tej ociupince we mnie. Te dziesięć dni jest dla mnie okropne. Mam nie myśleć ani się nie stresować, ale ciągle się zastanawiam, czy dam radę, czy się uda. Wpadam w stan, w którym tak naprawdę na niczym nie mogę się skupić czy skoncentrować, bo czekam. Czekam…

Resztki wyrzutów sumienia, że nic nie robię, zabijam. Przecież tak długo się starałam, a teraz jest szansa, więc sobie nie wybaczę, jeśli nie zrobię wszystkiego, żeby się udało. Znajomi dzwonią, co z sylwestrem, rodzina pyta, co ze świętami, a ja czekam i czekam. I czekam.

Wreszcie wielki dzień. Badanie USG. W klinice już świąteczny nastrój: kolorowa choinka, z głośników lecą piękne świąteczne piosenki, wszyscy są uśmiechnięci, panie pielęgniarki życzą pięknych widoków na USG. A ja, siedząc pod gabinetem, jestem mokra ze strachu, bo nie wiem, czego się dowiem. I niestety, nie ma dla mnie dobrych wieści.

Beta-hCG spadło. To była ciąża biochemiczna. Nie mam już więcej zarodków, a na udział w programie w tym roku jest już za późno.

Chce mi się wyć. Dlaczego znowu mnie to spotyka, dlaczego się nie udaje, i to jeszcze przed świętami? Przecież zawsze tak pilnowałam, żeby nie sprawiać sobie takich „prezentów”, a już tym bardziej na swoje ukochane święta Bożego Narodzenia! W tym roku pewnie będzie mi wyjątkowo ciężko je znieść. Cudu na święta nie będzie.

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Męski chromosom Y a zapłodnienie

106.jpg

Chromosom Y, symbol męskości, nie jest potrzebny do zapłodnienia. Wystarczą do tego jedynie znajdujące się w nim dwa geny – twierdzi pochodząca z Polski prof. Monika A. Ward z Uniwersytetu Hawajskiego na łamach „Science” i „Science Express”.

 

Jak informuje Polska Agencja Prasowa prof. A. Ward przeprowadziła eksperymenty na myszach, które wykazały, że do zapłodnienia nie jest potrzebny cały chromosom Y. Wystarczą jedynie dwa geny: Sry, od którego zależy rozwój jąder, oraz Eif2s3y – sterujący spermatogenezą (procesem powstawania i dojrzewania plemników). „Czy to oznacza, że chromosom Y (albo jego znaczna część) nie jest już potrzebny? Tak, mając na uwadze najnowsze osiągnięcie w technice wspomaganego rozrodu” – twierdzi badaczka na stronie internetowej Uniwersytetu Hawajskiego w artykule „Two Y genes can replace the Y chromosome for assisted reproduction in mice”. Dodaje jednak, że w naturalnej prokreacji bez całego chromosomu Y zapłodnienie nadal nie jest możliwe. Prof. Monika Ward wraz ze swym zespołem przeprowadziła eksperyment, w którym wykorzystała zmodyfikowane samce myszy. Zamiast pełnego chromosomu Y miały one jedynie dwa geny: Sry oraz Eif2s3y. Nie były jednak zdolne do zapłodnienia, bo w ich organizmie plemniki nie mogły już w pełni dojrzewać.

Yasuhiro Yamauchi z zespołu polskiej uczonej dokonał na komórkach rozrodczych myszy sztucznego zapłodnienia. Polegało ono na tym, że nie w pełni jeszcze dojrzałe jeszcze plemniki, tzw. spermatydy, wstrzyknął do komórki jajowej (jest to tzw. metoda ROSI). Uzyskano w ten sposób zarodek, który wprowadzono następnie do organizmu samicy gryzonia, która urodziła potomstwo. Nie wiadomo jeszcze, na ile ta technika jest bezpieczna u ludzi. W przyszłości daje ona jednak nadzieję na doczekanie się potomstwo również mężczyznom, którym nie można dziś pomóc. Prof. Monika A. Ward twierdzi, że przy zastosowaniu sztucznego zapłodnienia wystarcza minimalna zawartość chromosomu Y, jeśli tylko znajdują się nim dwa geny – Sry oraz Eif2s3y.

Źródło: PAP – Nauka w Polsce

Joanna Rawik