Przejdź do treści

Jajniki z drukarki 3D przełomem w leczeniu niepłodności

Naukowcy z Northwestern University w Stanach Zjednoczonych dokonali przełomu w leczeniu niepłodności. Wszczepili myszom bioprotezy jajników wydrukowane na drukarce 3D. Osiągnięto oczekiwany efekt – urodziło się zdrowe mysie potomstwo. Czy to oznacza, że niepłodne kobiety już niebawem będą mogły cieszyć się macierzyństwem?

Jest na to ogromna szansa – szczególnie dla pacjentek po zabiegach onkologicznych, które straciły jajniki lub tych, które cierpią na zaburzenia hormonalne.

 

Sztuczny jajnik pełni funkcję bioprotezy – po jej wszczepieniu doszło do owulacji a w konsekwencji do naturalnego zapłodnienia. Wyniki badań są tym bardziej optymistyczne, że myszy karmiły małe własnym mlekiem, co oznacza, iż przesyłanie sygnałów hormonalnych odbywało się bez żadnych przeszkód.

Jajniki wyprodukowano z żelatyny i choć druk każdemu kojarzy się z czymś prostym, to nikomu dotąd nie udało się stworzyć tak skomplikowanej konstrukcji geometrycznej. Tym bardziej, że z jednej strony musiała ona wytrzymać proces wszczepiania, a z drugiej być na tyle porowata, by bez problemu przebiegł proces zadomowienia się w organizmie i przepuszczania substancji. I co najważniejsze bioprotezy musiały być tak skonstruowane, by mogły się w nich rozwijać komórki jajowe.

Amerykańskie naukowczynie (cały zespół stanowią kobiety) z wielkim optymizmem patrzą w przyszłość. Przygotowują się do przeprowadzenia eksperymentów na świniach. Jeśli zakończą się one sukcesem, już w ciągu kilku najbliższych lat możemy spodziewać się niewiarygodnego przełomu, którego konsekwencje odmienią los wielu par.

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego

Kinga długo walczyła o swoje marzenia – dzisiaj jest mamą: „Uśmiech Ignasia wynagradza nam cztery długie lata starań”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Cztery lata starań, kilka prób inseminacji, przygotowania do in vitro – Kinga i Mikołaj dużo przeszli, by móc w końcu mieć swój happy end. Ignaś urodził się na początku tego roku: „Mogę powiedzieć jedno: nie żałuję żadnej złotówki, którą wydaliśmy na wizyty u lekarzy. Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy, żeby spełnić nasze największe marzenie, jakim było posiadanie dziecka” – podkreśla dziś z dumą i radością Kinga.

Trudne początki

Czerwiec 2012 roku był początkiem nowej drogi zakochanych – ślub. Początkowo Kinga i Mikołaj nie starali się jeszcze o malucha. Dopiero po kilku miesiącach podjęli pierwsze próby: „W kwietniu 2013 roku nie dostałam okresu. Zrobiłam trzy testy ciążowe, które wychodziły negatywne. Jednak na początku maja nadal nie było miesiączki. Tym razem test był pozytywny. Bardzo cieszyliśmy się z mężem” – opowiada Kinga i dodaje: „Radość nie była nam dana na długo. Poroniłam. Parę dni później ginekolog nie był nawet w stanie stwierdzić czy byłam w ciąży. Dopiero badanie Beta hCG wykazało, że tak”. Szpital nie był potrzebny, a lekarz zapewnił, że wszystko jest w porządku i kazał starać się dalej. Miesiące mijały, a ciąży wciąż nie było…

Obwiniałam siebie. Myślałam, że gdybym może poszła zrobić badania z krwi, to udałoby się utrzymać ciążę. Płakałam tak, żeby nikt nie widział – emocje w Kindze były w tym czasie ogromne. Była też jednak motywacja do dalszego szukania rozwiązań. Para odwiedziła kolejnego lekarza. Niestety i tym razem niczego nowego się nie dowiedzieli: „Wtedy też zaczęłam myśleć, że coś jest nie tak. Wiedziałam, że skoro minął rok od poronienia i nic się nie dzieje, musimy szukać pomocy”.

Nowa nadzieja

W połowie 2014 roku Kinga i Mikołaj trafili do specjalisty, który otoczył ich opieką: „Wywiad, zlecenie badań hormonalnych, dokładne określenie dnia cyklu, monitoring i skierowanie męża do androloga. Dostaliśmy wtedy nowych, pozytywnych sił do walki” – opowiada.

Pomimo wyczerpującej pracy przyszli rodzice spełniali wszystkie zalecenia doktora, w tym comiesięczne monitoringi: „Przez 1,5 roku jeździliśmy 2-3 razy w miesiącu na badanie cyklu. Zmęczona po rannej zmianie przyjeżdżałam na szybki obiad i pędziłam na badanie, ale czego nie robi się, by spełnić swoje największe marzenie” – wspomina. „Po pierwszym monitoringu byliśmy zadowoleni, bo wiedzieliśmy, że występuje owulacja. Dostałam tabletki hormonalne, po których co prawda przytyłam 10 kilo, ale jeśli miało to pomóc, nic nie było ważne. W międzyczasie byliśmy też z mężem u androloga, u którego wizyta była dla nas obojga wielkim przeżyciem. Po badaniu dowiedzieliśmy się, że nasienie nie jest dobrej jakości.” To właśnie w tym czasie lekarz zasugerował inseminację.

Oboje byliśmy załamani. Mąż zaczął obwiniać siebie, że to przez niego nie możemy mieć dziecka. Ja jednak nigdy tak nie pomyślałam! Mówiłam mu, że jest to nasz wspólny problem. Kochałam go i kocham takim, jakim jest. Niezależnie od tego, czy mielibyśmy mieć dziecko, nie chciałam obwiniać ani jego, ani siebie” – w opowieści Kingi widać, jak wielki wpływ na związek ma ich historia. Ogrom emocji i trudnych przeżyć nie pozostaje bez echa. Kinga i Mikołaj szli jednak wspólną ścieżką ramię w ramię.

Siła, starania, walka

Zapadła decyzja o inseminacji, a przy pierwszym zabiegu pojawiła się duża nadzieja. Zbliżało się Boże Narodzenie, co było dobrym znakiem – byłby to znakomity prezent na gwiazdkę. Niestety. W 2015 roku para łącznie przeszła cztery nieudane inseminacje. Każde poprzedzone z pozoru doskonałą okazją – wymarzony prezent na urodziny, na Walentynki, na Wielkanoc… „Oboje byliśmy załamani. Nie mieliśmy już sił, aby walczyć dalej. Zawsze jednak przychodziła chwila, gdy mówiłam sobie: ‘Kinga, musisz wstać i walczyć, nikt inny tego za ciebie nie zrobi’”.

Po tylu próbach lekarz zasugerował in vitro. Pojawił się więc kolejny specjalista i kolejne badania. „Tak, zdecydowaliśmy się na in vitro. Mąż wahał się dłużej. Rozumiałam go, bo też był we mnie lęk, ale wiedziałam, że trzeba spróbować” – mówi z determinacją Kinga. Po kilku miesiącach stawiła się więc na laparoskopię i histeroskopię. „Bardzo bałam się zabiegu. Zastanawiałam się, czy wszystko będzie w porządku i co jeśli okaże się, że nie mogę mieć dzieci?!” – opowiada. Rzeczywiście podczas zabiegu pojawiły się nieprawidłowości, które mogły przeszkadzać w zajściu w ciążę. Po skutecznym leczeniu doktor dał parze kolejne miesiące na naturalne starania: „Byłam zła, bo po laparoskopii umawialiśmy się na in vitro, a tu lekarz stwierdził, że daje nam kolejne pół roku na zajście w ciążę. Nie wierzyłam, że po tylu próbach uda nam się naturalnie”.

Szczęście ponad wszystko

Para podeszła jednak do starań bez presji, za to z radością i na luzie. I tak byli już nastawieni na in vitro. „Gdyby ktoś mi powiedział, że zajdę w ciążę naturalnie, nie uwierzyłabym mu!” – wciąż z wielkim zaskoczeniem mówi Kinga. Nie po raz pierwszy okazało się jednak, że los może zaskoczyć. „24-ego maja 2016 roku zobaczyliśmy na USG małą ruszającą się fasolkę” – mówi z dumą szczęśliwa dziś mama.

Pierwszy moment z synkiem jest niezapomniany, wspaniały, cudowny. Ogarnia wtedy człowieka bezgraniczna miłość do dziecka. Gdy spojrzy się na taką małą kruszynkę, to zapomina się o wszystkich złych chwilach. Uśmiech Ignasia, przytulenie, zapach, dotyk wynagradzają nam te cztery długie lata i godziny spędzone w szpitalach” – opowiada Kinga i daje ogromną nadzieję wszystkim walczącym o swoje marzenia parom. Każda droga jest inna, każda ma swoje zakręty do pokonania. Nigdy jednak nie wiadomo, czy to właśnie za kolejnym zakrętem nie znajduje się szczęśliwe zakończenie.

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Pokarm mamy to najlepszy posiłek dla noworodka. Co zrobić, gdy karmienie piersią nie wychodzi?

Pierwsze dni karmienia piersią mają istotny wpływ na to, jak potoczy się mleczna droga mamy i dziecka. Pomoc w początkach laktacji niejednokrotnie ma wpływ na jej powodzenie w kolejnych tygodniach i miesiącach. Mama, która otrzyma fachowe wsparcie i pomoc, ma szansę karmić wyłącznie piersią nie tylko w pierwszym półroczu życia dziecka, ale i kontynuować karmienie piersią w następnych miesiącach.

Niepokojące wyniki badań
Pokarm mamy to najlepszy posiłek dla noworodka. Zgodnie ze stanowiskiem Światowej Organizacji Zdrowia należy karmić dziecko wyłącznie piersią przynajmniej do jego 6. miesiąca życia, a następnie przy jednoczesnym rozszerzaniu diety kontynuować ten sposób karmienia do 2. roku życia malucha, a nawet dłużej.

Tymczasem, z najnowszego badania Instytutu Matki i Dziecka „Kompleksowa ocena sposobu żywienia dzieci w wieku od 5. do 36. miesiąca życia – badanie ogólnopolskie 2016 rok” wynika, że tylko 54% polskich mam karmi piersią przynajmniej do 6. miesiąca życia dziecka, a jedynie 6% – wyłącznie piersią. Podobne konkluzje dał projekt badawczy realizowany w latach 2014-2015. Z tego badania wynikało, że już kilka dni po porodzie aż 25% mam nie karmi swoich dzieci wyłącznie piersią. Spośród mam, które nie karmiły piersią, większość zakończyła karmienie w ciągu pierwszego miesiąca życia dziecka! Skoro problem zaczyna się często zaraz po porodzie, oznacza to, że mamę trzeba wspierać od pierwszych prób karmienia. Nikt nie zrobi tego lepiej niż położna, która ma wiedzę zarówno o okresie połogu, jak i o laktacji. Polskie kobiety chcą karmić piersią i w ich opinii pomoc doradcy laktacyjnego czy położnej ma kluczowy wpływ na długość karmienia piersią.

Najważniejszy pierwszy krok

Rola położnej w opiece nad matką i noworodkiem jest określona w prawie. W okresie noworodkowym warunki prawidłowej laktacji i żywienia realizowane są poprzez: dostarczenie matce wyczerpujących informacji na temat korzyści i metod karmienia piersią, przeprowadzenie instruktażu w zakresie prawidłowego karmienia piersią, zachęcenie matki do przystawiania noworodka do piersi po zaobserwowaniu wczesnych oznak głodu, obserwację przystawień i pozycji przy piersi, niepodawanie noworodkom wody, glukozy, mleka modyfikowanego bez wskazań medycznych, niestosowanie smoczków w pierwszych 4 tygodniach laktacji. Najlepiej, by pierwsze przystawienie dziecka do piersi odbyło się już na sali porodowej, w ciągu dwóch godzin po porodzie. Położna w szpitalu pomaga i doradza, co jednak dzieje się, gdy kobieta wraz z dzieckiem wychodzą do domu? Mama ma prawo do domowych wizyt położnej środowiskowej, która wtedy bada dziecko i sprawdza, czy mama dobrze czuje się po porodzie, ale także ocenia, jak kobieta radzi sobie z karmieniem piersią. Może sprawdzić również sposób przystawienia dziecka do piersi czy pozycję karmienia. Żeby skorzystać z możliwości kontaktu z położną, należy zapisać dziecko do przychodni rejonowej. Przy problemach z laktacją mama karmiąca piersią może udać się także do poradni laktacyjnej. Często prowadzone są one przez wykwalifikowane położne z certyfikatami doradcy laktacyjnego. Wiele kobiet wskazuje, że najlepsze, co je spotkało w czasie karmienia piersią, to położna z certyfikatem doradcy laktacyjnego, połączenie idealne i gwarantujące sukces laktacyjny.

Mleko na zdrowie

Podczas bezpośredniego kontaktu z kobietą karmiącą położna ma szansę wytłumaczyć, że karmienia piersią można się nauczyć, że z czasem stanie się ono źródłem nie tylko pokarmu dla dziecka, ale także satysfakcji dla mamy. Należy wielokrotnie podkreślać, jak ważny dla dziecka jest pokarm matki w okresie 1000 pierwszych dni życia, kiedy kształtują się i rozwijają wszystkie narządy. Wtedy jego organizm jest szczególnie wrażliwy, a właściwe żywienie na tym etapie ma wpływ na zdrowie dziecka teraz i w przyszłości.

Dlaczego kobiety rezygnują z karmienia piersią?

Zdecydowanie najważniejszą rolą położnej w zakresie karmienia piersią jest edukacja. Okazuje się bowiem, że najczęstszym powodem zaprzestania karmienia piersią, podawanym przez matki, jest przekonanie, że dziecko się nie najada. A przecież każdy kryzys laktacyjny jest do przezwyciężenia. Kolejną przyczyną zbyt szybkiego odstawienia od piersi może być zbyt wczesne rozszerzanie diety. Aż 61% niemowląt w Polsce ma dietę rozszerzaną przed 5. miesiącem życia, a zbyt wczesne wprowadzanie produktów uzupełniających może mieć wpływ na mniejsze spożycie mleka matki. Położna, poza udzieleniem porad związanych z karmieniem piersią, może podpowiedzieć matce, gdzie szukać wiedzy o rozszerzaniu diety dziecka, kierować na strony internetowe programów edukacyjnych oraz do poradników przygotowanych specjalnie dla młodych mam.

Informacje o karmieniu piersią i żywieniu dziecka w kluczowym okresie 1000 pierwszych dni życia można znaleźć na stronie www.1000dni.pl.

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

6 rzeczy, o których wiedzą tylko niepłodni

niepłodni

Nikt się tego nie spodziewa. Przez lata większość dorosłych zastanawia się, jak uniknąć ciąży i kiedy wreszcie są gotowi na rodzicielstwo, niektórym się to nie udaje. Ironia losu. I nagle brutalnie przechodzą ze świata zdrowych, płodnych i mających kontrolę  nad własnym ciałem w rzeczywistość pacjentów dotkniętych przewlekłą chorobą. Zyskują wiedzę, którą trudno się podzielić z kimkolwiek, ponieważ odczuwa się wstyd oraz obawę, że nikt nie zrozumie, o ile sam tego nie przeszedł. I rzeczywiście, osoby nie mające osobistego doświadczenia niepłodności mogą nie wiedzieć jak zareagować na zwierzenia bliskich nawet osób. Mogą nie wiedzieć tego, co jest codziennością osób niepłodnych.

1. Za te pieniądze można kupić samochód.

Albo przyzwoicie wyposażyć mieszkanie, nauczyć się nowego języka lub kilkukrotnie pojechać na wakacje. Co kto lubi.  Leczenie niepłodności jest bardzo kosztowne. Wiele par musi podchodzić do kilku procedur po kilka razy. Mniej inwazyjne i w związku z tym tańsze metody, takie jak inseminacja, mają też znacznie niższą skuteczność, dlatego trzeba kilku prób.

Do tego dochodzą koszty dojazdów, dni wolnych w pracy, nieplanowanych wizyt. Taka jest rzeczywistość na całym świecie, dlatego też wiele krajów refunduje, przynajmniej częściowo, koszty leczenia. Jest to wydatek, na który trudno pozwolić sobie żyjąc z przeciętnej pensji.

Ponoszone koszty, brak pewności połączony z relatywnie niewielką i zależną od wielu czynników skutecznością leczenia niepłodności może silnie odbijać się na samopoczuciu osób leczących się. Leczenie niepłodności jest specyficzną sytuacją, ponieważ nie jest procedurą ratującą życie, trudno nawet mówić, że ma poprawić jego jakość. A jednocześnie dotyka najbardziej fundamentalnych potrzeb i praw człowieka – prawa do bycia rodzicem. Nie można tego wycenić, a jednocześnie rzeczywistość finansowa może stanąć na drodze do dziecka. Bardzo niewiele wiemy na temat sytuacji osób, których zwyczajnie na leczenie niepłodności nie stać.

2. Okienka czasowe

Czas jest w leczeniu niepłodności jest podstawą. Nie można przełożyć wizyty, nie można w innych dniach zrobić usg jajników niż te wyznaczone, nie można zapomnieć wziąć dawki leku, ponieważ może to wpłynąć na cały proces leczenia. Trzeba być bardzo uważnym na symptomy płynące z ciała podczas stymulacji, ponieważ zignorowanie niektórych może mieć bardzo poważne konsekwencje. To ma, oczywiście, przełożenie na jakość codziennego życia.

3. Rozczarowania

Najbardziej bolesny element rzeczywistości osób niepłodnych. Niezależnie od tego, czy jeszcze starają się naturalnie, czy podjęli już leczenie, czeka ich szereg rozczarowań. W zasadzie stają się one normą. Wprawdzie kobiety do 35 roku życia mają nawet 40% szans na powodzenie procedury in vitro, ale już u kobiet po 40 roku życia szansa na spada do zaledwie 11%. Również droga do rozpoczęcia leczenia prowadzi przez kilka lub nawet kilkadziesiąt comiesięcznych rozczarowań.

Jednocześnie osoby długo starające się o dziecko często bombardowane są „dobrymi radami” i historiami ze szczęśliwym zakończeniem. Może to być pomocne, można tego typu uwagi bliskich odbierać jako wyraz troski i wsparcia, ale też bywa to bardzo irytujące. Zwłaszcza wskazówki z serii: wyluzuj, jedź na wakacje lub Kowalscy adoptowali, a rok później urodziło się im biologiczne dziecko. Można zbadać, ile par po adopcji staje się również rodzicami biologicznymi, jednak takie badanie nie miałyby żadnej wartości, poza statystyką. Bo przecież adopcja nie jest lekiem na niepłodność.

4. Emocjonalna huśtawka

Krótko po rozpoczęciu cyklu kobieta lecząca się z powodu niepłodności zaczyna brać leki. I rozpoczyna się czekanie. I nadzieja, modlitwy, zaklinanie rzeczywistości. Nadzieja na to, że w tym cyklu, ta inseminacja, to in vitro w końcu się powiedzie. I tak przez kilka lat. Niezwykle męcząca i obciążająca emocjonalnie sytuacja.

5. Ból fizyczny

Leczenie niepłodności boli. Tak zwyczajnie, fizycznie. Bolą miejsca po wkłuciach, bolą mięśnie, zmaltretowany brzuch, bolą jajniki, ból może pojawić się po pobraniu komórek jajowych. Ból fizyczny połączony z emocjonalną jazdą na kolejce górskiej może być bardzo trudny do wytrzymania, tak dla kobiety, jak i jej otoczenia.

6. Ciąże wokół

Niepłodność nie zatrzymuje życia, przynajmniej tego na zewnątrz. Niezależnie od tego, jak bardzo cierpią osoby niepłodne, z jakimi problemami się mierzą i jak bardzo czują niesprawiedliwie traktowane przez los, inni ludzie zostają rodzicami. Często ciąże wokół nas w jakiś sposób są poruszające, ale kiedy czeka się na własne dziecko, stają się zwyczajnie bolesne. Nawet kiedy życzy się przyszłemu rodzicowi jak najlepiej.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Instynkt macierzyński – prawda i mit

instynkt macierzyński

Ludzkość nie przetrwałaby, gdyby nie instynkt, zwłaszcza macierzyński. Kobiety zachodzą w ciążę, rodzą, karmią piersią. Instynkt macierzyński przyspiesza w pewnym momencie; podporządkowuje sobie inne życiowe cele, a niemożność jego realizacji wywołuje bolesne uczucia. Kiedy wreszcie dziecko się rodzi, kobieta karmi je piersią, taka jest naturalna kolej rzeczy. Wieź z dzieckiem pojawia się również instynktownie, bo matka biologiczna jest predystynowana do tego, by kochać, chronić i dbać o swoje dziecko.

Instynkt jest biologiczny; podlega wpływom hormonów oraz innych zjawisk zachodzących w organizmie oraz na styku człowiek-środowisko zewnętrzne.

Czy tak rzeczywiście jest? Instynkt jest definiowany jako zachowanie automatyczne, nieodwracalne, wywoływane przez środowisko biologiczne, nie jest wyuczalny i w zasadzie nie podlega modyfikacji na drodze uczenia się, jest wreszcie typowe dla określonego gatunku.

Ale przecież nawet w tak podstawowym obszarze, wspólnym dla wszystkich gatunków, jak rozmnażanie się, nie ma rzeczy pewnych i powtarzalnych. Wiele matek nie jest w stanie – z wyboru, niechęci lub ogromnych trudności – karmić piersią, przeżywa wczesne macierzyństwo bardziej jak konieczny do przejścia etap, nieprzyjemny i naznaczony ogromnym zmęczeniem. Wiele nie kocha swoich dzieci od pierwszego dnia; czasami potrzebują wielu miesięcy, żeby poczuć coś do swojego dziecka.

A jeśli macierzyństwo byłoby zależne przede wszystkim od instynktu, to co z kobietami, które nie decydują się na dzieci? Które nie czują, że chcą być matkami i wybierają inne sprawy w życiu ponad rodzicielstwo? Na ile więc macierzyństwo jest doświadczeniem instynktowym?

Biologia czy świadomy wybór?

Psychologia dla opisania działań instynktownych sięga po termin „popęd”. Jest to znaczna różnica; już Freud mówił popędzie śmierci i życia. W tym rozumieniu macierzyństwo byłoby pragnieniem życia właśnie. Ale dążeniem ku życiu będzie również dbanie o własne samopoczucie, o odpowiednią ilość i jakość snu, odpoczynek. To wszystko zwykle nie idzie w parze z wczesnym macierzyństwem.

Kilka lat temu widzami wstrząsnął film Musimy porozmawiać o Kevinie. Wstrząsnął nie tylko dlatego, że pokazuje okrutną zbrodnię, ale również dlatego, że przełamuje tabu macierzyństwa. Okazuje się, że oprócz miłości, matka może do dziecka żywić wiele innych uczuć. Może go zwyczajnie nie lubić, nie rozumieć, czuć się nim przytłoczona i zmęczona, może czuć, że wraz z jego narodzinami znalazła się w potrzasku. Matka może zupełnie nie radzić sobie z płaczem dziecka. Może być wreszcie tak głęboko nieszczęśliwa, że fantazjuje o śmierci własnej lub dziecka. Czasami te fantazje realizuje.

Próbując wytłumaczyć to zjawisko, chętnie sięgamy po terminy medyczne. Mówimy wówczas o depresji lub nawet psychozie poporodowej, które w skrajnych przypadkach wymagają interwencji lekarskiej i hospitalizacji. Te skrajne przypadki pokazują jednak zwielokrotnioną rzeczywistość, z która radzi sobie większość młodych matek. Emocje, których doświadczają są często bardzo nieprzyjemne i wywołują ogromne poczucie wstydu i porażki. Matki zaczynają się zadręczać myślą, że nie kocha swojego dziecka, że na nie nie zasługuje i że z pewnością coś z nią jest nie tak. Nie mają pojęcia, że inne kobiety podobnie przechodzą początki macierzyństwa i że można jednocześnie odczuwać złość, irytację i zmęczenie oraz miłość.

Popęd a przyjemność

Wydaje się, ze skoro coś jest wrodzone, to jest naturalne i w związku z tym musi być dobre dla człowieka. A skoro jest dobre, to powinno również być źródłem przyjemności. A tak przecież nie jest. Nawet jeśli macierzyństwo jest zjawiskiem w części instynktownym lub popędowym, to wcale nie musi wiązać się z przyjemnością czy radością. Oprócz biologii jest jeszcze psychika, doświadczenia, historia, które również determinują to, jak funkcjonujemy na co dzień, jak przeżywamy macierzyństwo.

Wydaje się, że najbardziej skrajnym dowodem na to, że macierzyństwo w relatywnie niewielkim stopniu jest zależne od instynktu są bardzo intensywne próby regulowania własnej płodności. Źródła donoszą, że już w starożytności kobiety starały się planować swoje macierzyństwo sięgając choćby po aborcję. Dopiero ostatnie dziesięciolecia zaowocowały realnymi i bezpiecznymi środkami antykoncepcyjnymi, z których kobiety chętnie i świadomie korzystają. Czyżby więc rozwój technologii zaburzył nasz instynkt, czy może raczej dzieci pojawiały się jako skutek życia seksualnego, niekoniecznie chciany? I paradoksalnie to rozwój antykoncepcji wymusił podejmowanie świadomych i przemyślanych decyzji. Okiełznanie biologii pozwoliło też zobaczyć, czym naprawdę jest macierzyństwo – kombinacją wielu czynników, mieszanką wielu uczuć, nauką i adaptacją, zdolnością do przystawania się i akceptacją zmian. Nie pojawia się z dnia na dzień, nie ma więc powodu oczekiwać od siebie zbyt wiele.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami