Przejdź do treści

In vitro – Terapia a nie fanaberia – felieton męskim okiem

Plemniki i komórka jajowa - rysunek na tablicy

Irytuje mnie, gdy słyszę wypowiedzi niektórych osób, które przekonują, że in vitro to nie jest  żadną terapią, bowiem nie rozwiązuje problemu jakim jest niepłodność. O dyskryminacji osób korzystających z in vitro w naprawdę mocnych słowach.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przecież nie jest to jedyna procedura medyczna, która działa właśnie na takiej zasadzie, czyli osiąga efekt terapeutyczny, ale nie likwiduje pierwotnego problemu. Nie trzeba szukać daleko aby przytoczyć inne przykłady powszechnie uznawanych procedur medycznych, które działają dokładnie tak samo, jak in vitro.

Na przykład zastrzyki z insuliny stosowane w leczeniu cukrzycy nie wyleczą przecież trzustki, ale wyręczą ją w wypełnianiu zadań, a co za tym idzie efekt terapeutyczny zostanie osiągnięty. Podobnie proteza nogi nie sprawi, że utracona noga nagle odrośnie, ale umożliwi w miarę normalne funkcjonowanie i poprawi komfort życia. Jakoś nie słychać głosów, że należy zaprzestać stosowania protez czy insuliny gdyż są przeciwko naturze.  Uznawanie jedynie procedury in vitro jako jedynej będącej przeciw naturze jest niesprawiedliwe i krzywdzące.

In vitro: procedura medyczna lecząca niepłodność

In vitro to przecież nic innego jak jednak z procedur medycznych, której celem jest osiąganie efektu terapeutycznego głównie w stosunku do osób borykającą się z problemem niepłodności. A niepłodność jest oczywiście chorobą, która jak każda inna znalazła swoje miejsce w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10. Jako N97 oznaczona jest niepłodność kobiet a jako N46 mężczyzn. Dla odmiany cukrzyca insulinozależna to E11. Dlaczego zatem twierdzić, że leczenie jednej z chorób jest właściwe i zgodne z naturą i godnością człowieka, a innej już nie? Kto i dlaczego ma prawo podejmować takie decyzje?!

Czytaj też: Ostatnia szansa na vitro. Czy rząd zniszczy ich marzenia? 

In vitro: kto płaci za tę chorobę?

Moim zdaniem kluczowe jest, aby zacząć patrzeć na in vitro jako na metodę terapeutyczną, a  niepłodność zacząć postrzegać jak jedną z wielu chorób. Wystarczy już, że zapłodnienie in vitro nie jest refinansowane ze środków publicznych.

Przecież osoby borykające się z problemem niepłodności płacą normalne składki na NFZ, a jednak za leczenie swojej przypadłości muszą dodatkowo płacić ogromne pieniądze. Być może osoby takie wolałby aby NFZ przestał refundować operacje bariatryczne (odchudzające) a zaczął refundować kosztowne leczenie niepłodności.

Należy przy tym zwrócić uwagę, że problem niepłodności pomijając oczywistą konsekwencję niemożliwości posiadania potomstwa, wiąże się z szeregiem problemów natury psychicznej jak depresja oraz może utrudniać normalną egzystencje w społeczeństwie. Dokładnie tak, jak paraliż nóg utrudnia egzystencję w społeczeństwie osobie bez wózka inwalidzkiego. Nikt jednak nie krzyknie, że wózek inwalidzki jest wbrew naturze!

In vitro a protesty obrońców życia

O społecznej ignorancji dla problemu in vitro świadczą niewątpliwie protesty tak zwanych obrońców prawa do życia, którzy demonstrują z plakatami zamrożonych kilku miesięcznych płodów. Przecież zarodek jaki bierze udział w procedurze zapłodnienia pozaustrojowego wygląda diametralnie inaczej.

To tylko kilka komórek, z której może lecz nie musi niestety powstać nowe życie. Osoby leczące się w klinikach in vitro byłby wielokrotnie bardziej szczęśliwe, gdyby transferowane zarodki wyglądały tak jak na plakatach przeciwników in vitro bowiem zapewne szansa  na ciąże z takich zarodków byłaby zdecydowanie większa. Tak jednak nie jest, a podany zarodek wcale nie musi zagnieździć się w macicy przyszłej matki… Dokładnie jak przeszczep narządu może, ale nie musi się przyjąć…

Złote rady o adopcji zamiast in vitro

Fatalnym jest gdy osoby borykające się z problemem niepłodności słyszą od innych osób „złote rady” , że mogą adoptować sobie dziecko.  Szkoda tylko, że osoby dające takie rady same nie adoptują dziecka. Domy dziecka wtedy nie byłyby tak przepełnione, bowiem wiele jest osób dających takie wspaniałe rady. Przecież adopcja to bardzo skomplikowana sprawa, o wiele bardziej złożona w porównaniu z posiadaniem biologicznego dziecka. Po pierwsze nie każdy jest gotowy aby zdecydować się na adopcje. Po drugie dzieci adoptowane często mają różne problemy zdrowotne, a nie każdy jest gotów wziąć na wychowanie chore dziecko. Decyzja o ewentualnej adopcji jest sprawą indywidualną każdego człowieka, i na pewno nie należy dawać rad tego typu osobom mającym problemy z płodnością. Dokładnie tak samo jak obrońcy życia walczą o zakaz aborcji chorych płodów, ale jednak sami nie ustawiają się w kolejce, aby adoptować chore dzieci. Najłatwiej zawsze decyduje się za innych czy ocenia postępowanie innych osób…

Czytaj też: Adopcja a niepłodność

In vitro: dyskryminowane społecznie

Jak już wcześniej pisałem in vitro wiąże się z ogromnymi kosztami, a nie jest refundowane przez Państwo. W związku z powyższym nie każdego stać na taką droga terapię. Niektórzy decydują się spróbować zebrać środki w internecie w ramach finansowania społecznościowego, które tak doskonale sprawdza się w przypadku innych chorób. Niestety, przeważnie napotykają na ogromne niezrozumienie i wiele negatywnych uwag. Często słyszy się, że skoro nie stać ich na in vitro to jak ma być ich stać na utrzymanie dziecka i że w związku z tym nie powinni go mieć. Czy na pewno tak jest, że utrzymanie dziecka kosztuje 60 tys rocznie czyli 5 tysięcy miesięcznie? Skąd taka kwota? Tyle bowiem potrafią kosztować dwa cykle terapii in vitro połączone z zaawansowaną diagnostyką. Takie dwie terapie z powodzeniem można odbyć w ciągu jednego roku. Czy zatem na pewno porównanie kosztów terapii in vitro do utrzymania dziecka jest zasadne? Poza tym niezrozumiałym wydaje się być, że finansowanie społecznościowe sprawdza się do zbierania środków na chore dzieci, a nie sprawdza się gdy ktoś chce zebrać środki na to aby mieć zdrowe dziecko dzięki in vitro, a co za tym idzie nie musieć zbierać pieniędzy na jego leczenie.. Czy na pewno nie lepiej zapobiegać niż leczyć ? Nie ma też niestety żadnych fundacji które umożliwiłyby zbieranie 1% podatku na leczenie niepłodności. Dlaczego tak choroba jest tak bardzo dyskryminowana społecznie?

In vitro: nie tylko na niepłodność

Kończąc należy podkreślić, że in vitro nie jest tylko i wyłącznie dedykowane osobom borykającą się z problemem niepłodności rozumianej jako niemożliwość zajścia w ciążę. In vitro umożliwia badanie genetyczne już na etapie blastocysty umożliwia wczesne wykrycie chorób przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Dzięki temu można sprawić, że dziecko narodzone będzie pozbawione ciężkiej choroby a co za tym idzie cierpienia, bólu czy nawet  przedwczesnej śmierci. Przecież żaden rodzic nie chce, aby jego dziecko cierpiało czy spędzało życie w szpitalu zamiast na placu zabaw. Dlaczego zatem nie miałby uchronić go od tego dzięki analizie genetycznej w stadium blastocysty? Obrońcy życia pewnie stwierdzą, że efektem takiej analizy jest to, że chore zarodki pozostają zamrożone w klinikach leczenia niepłodności co jest nieludzkie. Żaden problem, mogą przecież zgłosić się sami do takiej kliniki i adoptować taki zamrożony zarodek, a potem patrzyć jak cierpi po narodzeniu. Ale nie.. przecież osoby podnoszące takie argumenty mają przeważnie swoje cudowne bezproblemowe życie i gromadkę zdrowych dzieci. Dzięki temu mają czas aby oceniać pod względem moralno-etycznym postępowania innych…  Przecież gdyby siedzieli 24 godziny na dobę w szpitalu z chorym dzieckiem nawet przez głowę by im nie przyszło, że mogą stanąć na ulicy z absurdalnym transparentem pokazującym zamrożone kilkumiesięczne dzieci… Ale zdecydowanie prościej ocenia się innych, gdy samemu nie ma się pojęcia o tym co to znaczy mieć chore dziecko czy wyprawić swojemu dzieciątku pogrzeb zamiast imprezę na pierwsze urodziny…

In vitro pozwala uniknąć cierpienia zarówno dziecka jak i rodzica, cierpienia zarówno psychicznego oraz fizycznego i tak należy na nie patrzyć. Nie można też zastąpić go naprotechnologią, bowiem problemy które może rozwiązać zapłodnienie pozaustrojowe są zupełnie innego kalibru, niż te na które może pomóc obserwacja ciała kobiety….

Mam nadzieję, że społeczne postrzeganie in vitro w końcu się zmieni a osoby skazane na tą terapię dostaną należne społeczne wsparcie a nie potępienie..

Autor: Kacper K. bloger, który pisze o staraniach właśnie z in vitro z PGD po stracie dwóch córek http://facet-o-invitro.pl/

POLECAMY:

Rokowania w leczeniu niepłodności – najnowsze badania ESHRE

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Wybierz swoją położną na medal! Ruszyła piąta edycja kampanii

Plakat kampanii Położna na medal 2018
mat. organizatora

Ciepła, troskliwa, wyrozumiała, służy radą i pomocą – w tych słowach można określić dobrą położną. To ona wspiera pacjentkę w trudnych chwilach, motywuje do działania i otacza troskliwą opieką – nie tylko podczas porodu, ale także w trakcie ciąży, połogu oraz na etapie przygotowań do porodu. Już dziś każda mama może podziękować swojej położnej za cud narodzin i zgłosić swoją położną do 5. edycji konkursu „Położna na medal”.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

1 kwietnia 2018 r. ruszyła piąta  edycja kampanii społeczno-edukacyjnej „Położna na medal”, której inicjatorem jest Akademia Malucha Alantan. Celem akcji jest podnoszenie świadomości społecznej dotyczącej roli położnej w okresie okołoporodowym oraz pokazanie, że położna to wsparcie, źródło rzetelnej wiedzy, a także osoba, do której warto mieć zaufanie.

Znasz położną na medal? Oddaj na nią swój głos

Zgłoszeń do konkursu można dokonywać od 1 kwietnia do 31 lipca br. Głosy można oddawać przez cały czas trwania kampanii – do 31 grudnia br.

Nominacje i głosy przyjmowane są na stronie www.poloznanamedal2018.pl.

Nagrodzone położne udzielą cennych porad

Ambasadorkami piątej odsłony kampanii i konkursu „Położna na medal” zostały laureatki edycji poprzedniej: Monika Wójcik, Elżbieta Wójtowicz i Marzena Langner-Pawliczek. Przez 12 miesięcy będą one dzieliły się swoją wiedzą i poradami na temat opieki okołoporodowej.

Ponadto w trakcie kampanii – jak co roku – prowadzone będą działania edukacyjne dotyczące roli położnej podczas ciąży, porodu i połogu.

– Rola położonej nie ogranicza się tylko do sali porodowej. Dziś położna jest przygotowana do tego, aby sprawować opiekę nad kobietą przez całe życie: od narodzin aż do śmierci. (…) Cieszymy się, że to właśnie dzięki Akademii Malucha Alantan możemy co roku nagradzać położne, które wykazały się empatią, zaangażowaniem i indywidualnym podejściem do rodzącej – podkreśla Iwona Barańska, pomysłodawczyni i organizatorka kampanii „Położna na medal”.

Patronat nad piątą edycją kampanii „Położna na medal” objęły: Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych, Polskie Towarzystwo Położnych, Fundacja Rodzić po Ludzku oraz Stowarzyszenie Dobrze Urodzeni.

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

„Ten zawód pozwala mi czynić coś dobrego” – poznaj kobiety, które SĄ dla innych kobiet! Oto „Położne na medal”

Fot. Facebook Położna na medal

Każdy człowiek stara się wybrać dla siebie ścieżkę, która najbardziej mu pasuje. Niektóre z tych dróg wymagają więcej, inne mniej wysiłku. Gdy jednak wyborem staje się zawód położnej, można być pewną, że wyzwań nie zabraknie. Jak widzą swój zawód laureatki plebiscytu „Położna na medal”? Kim są położne, które zdobyły serca kobiet?

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kobieta musi czuć w położnej oparcie. Ta osoba, która stoi po drugiej stronie, bierze sprawy w swoje ręce. Przeprowadza kobietę przez poród.
Elżbieta Wójtowicz
„Lubię to co robię i mam do tego pasję”

Pierwsze miejsce zdobyła w tym roku Monika Wójcik z województwa małopolskiego. Zdobyła niemal 1400 głosów. „Wspaniała położna z pasją! Mająca w sobie skromność i pracowitość, a zwłaszcza empatię, której teraz tak mało wokół” – mówią o niej pacjentki. Nic więc dziwnego, że została zgłoszona do konkursu. I chociaż było to dla niej zaskoczeniem, to na pewno dodającym energii i dumy: „Tak, to jest niesamowite uczucie i kopniak motywacyjny do dalszej pracy. Polecam takie przeżycie każdemu!” – mówi w rozmowie z nami zwyciężczyni plebiscytu „Położna na medal”.

Fot. Facebook Położna na medal

Chcemy Być Rodzicami: Pomówmy o konkretach – jak to się stało, że została pani położną?

Monika Wójcik: Moja prababcia była akuszerką. Odbierała porody domowe, bo tak się właśnie wtedy rodziło. W kolejnych zaś pokoleniach siostra mojej mamy została położną, teraz już emerytowaną i kuzynka mojej mamy. W rodzinie mam także wiele pielęgniarek. Można więc śmiało powiedzieć, że jest to zawód, który przechodzi u mnie z pokolenia na pokolenie.

Jestem zatem ciekawa, jaką dało to pani perspektywę. Wyobrażam sobie, że jeszcze zanim sama zaczęła pani pracować, musiała pani słyszeć wiele opowieści. Rozminęły się one z rzeczywistością, czy może potwierdziły?

Szczególnie duże wsparcie miałam ze strony cioci. Na studiach dużo uczyłyśmy się z książek, natomiast równie wiele dowiedziałam się właśnie od siostry mojej mamy. Przedstawiała mi ona swoje doświadczenie. Tym samym przybliżyła wiele praktycznych aspektów związanych z naszym zawodem i tym, jak to tak naprawdę na tej porodówce wygląda.

Niemniej jednak, po skończeniu studiów, poszłam na zupełnie inny oddział, który prawie w ogóle nie kojarzony jest z położnictwem – oddział noworodkowy, neonatologiczny. W tym zaś miejscu wiele zawdzięczam koleżankom, do których to grupy dołączyłam. To one pokazały mi od A do Z, jak wygląda praca z noworodkami. W trakcie kształcenia położnych jest to oddział dość pobieżnie traktowany i wszystkiego musiałam uczyć się niemal od zera.

Wystraszyło to panią, czy może jeszcze bardziej zachęciło do pracy?

Powiem szczerze, że zachęciło. Neonatologia zawsze mnie interesowała. Jest to dziedzina medycyny, która ciągle się rozwija i z roku na rok bardzo wiele się zmienia.

Jeśli już mowa o latach, od kiedy wykonuje pani swój zawód?

Zawód wykonuję od 2008 roku – w tym roku minie 10 lat. Natomiast w szpitalu pracuję od 2009 roku.

Czy w tym okresie zauważył może już pani zmiany w położnictwie, być może w nauczaniu nowych położnych?

Niekoniecznie, chociaż być może położnictwo rzeczywiście bardziej otwiera się właśnie na noworodki. Dawniej na oddziale noworodkowym pracowały pielęgniarki i w wielu szpitalach dalej tak jest. Często nie są to położne, pomimo że mamy do tego kwalifikacje i spokojnie możemy pracować także tam.

Jeśli zaś chodzi o porównania, to słyszałam od cioci wiele opowieści o tym, jak wyglądało to w latach 80-tych i na początku 90-tych. To, jak się dawniej rodziło, a jak wyglądają porody teraz, jest ogromną zmianą. Chociażby fakt, iż zarówno na porodówkach, jak i salach poporodowych, mogą być obecnie ojcowie, czy też inne osoby towarzyszące. Nie ma już swego rodzaju reżimu, który zabraniał bycia z kobietą w tych jakże trudnych pierwszych dniach. Szpitale zdecydowanie otwierają się na ludzi.

Wydaje się to być słuszne, jeśli weźmiemy po uwagę wsparcie emocjonalne, a emocji wokół porodu jest przecież bardzo dużo.

Zarówno wokół samego porodu, jak i po nim. Jest wtedy ogromna huśtawka hormonalna, duży spadek progesteronu, który po prostu nie pozwala kobiecie np. opanować łez. Miałam niedawno sytuację, gdy pacjentka przyszła do dyżurki po paracetamol i się… rozpłakała. Tak to wygląda po porodzie i wspaniale, jeżeli ktoś z bliskich jest wtedy przy kobiecie i ją wspiera. My też staramy się załagodzić trudne początki, ale oparcie ze strony rodziny jest najważniejsze.

No właśnie, położne opiekują się nie tylko stroną medyczną, ale wspomnianymi już emocjami. Zastanawiam się, jak duży jest to element pani pracy?

Powiedziałabym, że duży i bardzo znaczący. Przykładowo, często spotykam się z postawą mam, które od razu muszą umieć i wiedzieć wszystko najlepiej, a wszelkie pomyłki traktują w straszne emocjonalny i wręcz ambicjonalny sposób. Nawet zapięcie pampersa, które nie zawsze wychodzi, jest obarczone własną krytyką: „Jejku, co to się stało?!”. No nic się nie stało, dzieciątko się posikało, trzeba je tylko przebrać i tyle. Staram się pokazać im podejście nieoceniające i absolutnie pozbawione oskarżeń. W pierwszych dniach spokojne wytłumaczenie tego, co się właściwie dzieje, jest mamom bardzo potrzebne.

We współczesnym świecie oceniania jest bardzo dużo. Oceniania i właśnie presji bycia najlepszą.

Co więcej, wszędzie pełno jest często sprzecznych ze sobą informacji. Te biedne mamy naczytają się ich z różnych źródeł i tak naprawdę po porodzie nie wiedzą co zrobić. Tu czytały tak, tam inaczej i jak w tym całym zamieszaniu sprawić, żeby wszystko było dobrze?! Trzeba tu powolutku, małymi kroczkami pokazać co, dlaczego i jak. Dzięki temu zazwyczaj mama wychodzi z oddziału już uspokojona, zadowolona i gotowa do dalszej drogi.

A czy wybrałaby pani tę pracę jeszcze raz?

Jest to trudne pytanie. Na razie wydaje mi się, że tak. Ja jednak po prostu lubię to co robię i mam do tego pasję.

 

„Zmiana stała się za naszym pośrednictwem – nas położnych”

Zdecydowanie pasję do położnictwa ma także Elżbieta Wójtowicz, którą w konkursie „Położna na medal” organizowanym przez Akademię Malucha Alantan doceniono 1250 głosami. Zajęła ona drugie miejsce i jak mówi, jest to dla niej ogromnie wzruszające przeżycie: „Dowiedziałam się o tym ze łzą w oku. Jest to wielka gratyfikacja i muszę powiedzieć, że po ogłoszeniu konkursu spotkałam się z niesamowitymi dowodami wdzięczności. Panie zaczęły do mnie pisać, wysyłać wiadomości, a nawet przychodzić do szpitala. Pojawiły się kobiety, które spotkałam 20-kilka lat temu. Mówiły, że rodziły ze mną i pamiętają mnie. Jest to coś, co pozwala nam w tym ciężkim zawodzie żyć w autentycznym poczuciu dobrze spełnionej pracy” – mówi w rozmowie z nami.

Takie słowa oddają sensu podobnych konkursów. Pokazują, jak wielką rolę możemy spełniać swoją pracą w życiu innych ludzi. Dają też o wiele szerszą perspektywę na daną profesję. W tym wypadku doświadczenie pani Elżbiety tę perspektywę zwiększa dodatkowo, bowiem historie, o których wspominała w rozmowie z nami zwyciężczyni, Monika Wójcik, pani Elżbieta przeżyła na własnej skórze.

Fot. Facebook Położna na medal

Elżbieta Wójtowicz: Pracuję 34 lata. Gdy zaczynałam pracę, położnictwo i opieka nad kobietą rodzącą wyglądały po prostu anachronicznie. Kobiety były wtedy moim zdaniem wręcz ubezwłasnowolnione i nie mogłam na to patrzeć. Pracuję w dużym szpitalu, wiec porodówka również była bardzo duża. Znajdowało się tam 5 łóżek porodowych i sala z szóstym, oddzielnym łóżkiem. Nie było sprzętu jednorazowego użytku. Cały sprzęt był wyjaławiany na trakcie porodowym, my to wszystko robiłyśmy. Gotowałyśmy strzykawki, gotowałyśmy igły – to były właśnie te czasy. Kobieta, gdy miała mieć podłączoną kroplówkę, musiała mieć igłę wielorazowego użytku, która w każdym momencie się wysuwała. Trzeba było jej obwiązać i unieruchomić rękę na specjalnej desce. To wszystko wyglądało strasznie.

Nie było też aparatów do słuchania tętna płodu. Jeśli któraś z nas miała ebonitową słuchawkę (Pinarda), to już było znakomicie, ale były to głównie słuchawki metalowe. Przykładałyśmy je do brzucha, słuchałyśmy tętna i tak przechodząc przez całą porodówkę – zaczynając od pierwszego łóżka, kończąc na piątym – wracałyśmy z powrotem i robiłyśmy to samo. Te czasy były okropne także i dla nas, pracowników.

Przyszłam do pracy w towarzystwie czterech moich rówieśniczek, weszłyśmy w stary skład. Byłyśmy przerażone tym, co widziałyśmy i powolutku, przy pomocy naszych wspaniałych młodych lekarzy, którzy mieli tyle lat ile my, zaczęłyśmy zmieniać pewne zwyczaje.

Chcemy Być Rodzicami: Musiało być to bardzo trudne. Nie zawsze nowe pokolenia spotykają się z przychylnością starszych.

My naprawdę wiedziałyśmy na czym polega poród i dobre jego prowadzenie, takie prawdziwe – kobiece. Ruch, zmiana pozycji, indywidualna opieka, to wszystko jest kobiecie bardzo potrzebne.

Powoli zaczęła wykruszać się starsza kadra, pojawił się nowy sprzęt do monitorowania, detektory do wysłuchiwania tętna płodu, pojawiły się pierwsze aparaty USG. Jednak lata 80-te to przede wszystkim zamknięte porodówki, drzwi bez klamek, kobieta bez swojej bielizny i żadnej własnej rzeczy. Przyszła mama nie mogła pić, nie mogła jeść, ewentualnie trochę wody. Teraz jest zupełnie inaczej i muszę powiedzieć, że zmiana stała się za naszym pośrednictwem – nas położnych. To my zaczęłyśmy zmieniać ten świat, ponieważ dostrzegłyśmy potrzeby kobiet. Wiedziałyśmy na czym ma polegać poród prowadzony w dobrej, ciepłej atmosferze. Gdy mamy dobrą współpracę z rodzącą, porody wyglądają zupełnie inaczej i nie muszą się ciągnąć wiele godzin, tak jak to było kiedyś.

Słyszę tutaj przede wszystkim ogromne pokłady empatii i podstawową zmianę, jaka musiała zajść, czyli otwarcie się także na tę stronę związaną z emocjami kobiety.

Przede wszystkim przestało się je traktować instrumentalnie. To jest najważniejsze. Trzeba było dostrzec człowieczeństwo, bo człowiek w stosunku do drugiego człowieka musi umieć je okazać. Obojętnie czy to jest kobieta, czy mężczyzna – położnictwo to taki zawód, który wymaga właśnie zachowywania się po ludzku. Pojawia się wtedy więź emocjonalna, empatia, życzliwość, ciepło, troska. Niezbędne jest też wpatrzenie się w człowieka razem z przeżywanymi przez niego trudnościami, a w czasie porodu wcale nie są to proste momenty. Ból i stres zmienia ludzi. Pojawiający się strach i lęk wywołują także w każdej z nas niekoniecznie łatwe emocje, z którymi musimy sobie radzić.

Rozumiem, że muszą mieć panie umiejętność zachowania dystansu?

Ogromnego dystansu, ale do porodu trafiają przeróżne kobiety. Różnie wykształcone, różnie wychowane, mające przeróżne oczekiwania i należy tym oczekiwaniom sprostać. Trzeba być osobą, która dopasowuje się i stara się odnaleźć potrzeby każdej kobiety, w każdym momencie.

Skoro została pani tak doceniona, to zakładam, że musi to być pani silna umiejętność. Jestem ciekawa czy też ma pani poczucie, że ta nagroda jest swego rodzaju podziękowaniem od pacjentek?

Jest to niezwykle wzruszające, ponieważ traktuję to jako ukoronowanie mojej 34-letniej praktyki zawodowej, która jest naprawdę ciężka. Chcę to podkreślić – nasza praca jest bardzo ciężka, niezwykle odpowiedzialna i wyczerpująca. Widzimy wiele bardzo stresujących sytuacji i tak naprawdę nigdy nie wiemy, jak skończy się poród. Jest to bowiem dynamika i dopóki nie położy się dzieciaczka na brzuchu mamy, dopóki nie usłyszy się jego płaczu, nie dotknie się ciałka, to każda z nas, położnych towarzysząca kobiecie rodzącej, ma na swoich barkach ogromny bagaż stresu. Pomimo jednak, że mam w sobie jakiś pokład niepokoju, nie mogę tego pokazać kobiecie, która rodzi. Gdy wszystko kończy się bezpiecznie, dla rodziców jest to ogromne szczęście, dla mnie także duża ulga.

Istotne jest w takim razie ogromne zaangażowanie ze strony położnej.

Równie ważne jest to, iż praca na trakcie porodowym wymaga pracy zespołowej. Nie da się tam pracować w pojedynkę. Na porodówkach niezbędne jest wspieranie siebie w trudnych momentach, dodawanie sobie otuchy, uzupełnianie wzajemnej wiedzy i ogromna życzliwość. To, z kim się pracuje, jest bardzo ważne, ponieważ atmosfera wpływa na jakość naszej pracy.

Na traktach porodowych pracują wybrane osoby. To nie są dziewczyny z przypadku, przynajmniej nie powinny być. Jeżeli zespół jest w miarę stałą, zgraną grupą, to na pewno atmosfera na porodówce dla wszystkich pań jest jak najlepsza.

Nie ukrywam, że bardzo ważna jest także współpraca położnych z lekarzami. Akurat ja pracuję w ośrodku, gdzie mam dużą samodzielność, otrzymuję wiele życzliwości i sympatii. Mam bardzo dobry zespół lekarski i myślę, że nasz ośrodek jest dzięki temu nie tylko na dobrym medycznym poziomie, ale także międzyludzkim. Jest to bardzo ważne.

Mówi pani, że nie da się tam być z przypadku. Czy zatem wszyscy mają w sobie tyle determinacji do pracy na porodówce?

Ludzie pytają czasem, skąd bierze się siłę do takiej właśnie pracy. Jest to bowiem praca dwuzmianowa, noce, całe dnie – po 12 godzin. Po wielu latach pracy nie ukrywam, że czasami po wielogodzinnym dyżurze i dużej ilości porodów, człowiek po prostu nie ma siły się podnieść. Czasami jednak to nie ilość porodów jest wyznacznikiem wykonanej pracy, tylko to, co się dzieje. Wystarczy jeden poród, który jest bardzo obciążający psychicznie, wymagający ogromnego nakładu pracy, a nawet moich wielkich emocji. Jest to coś, co potrafi zabrać mi ogromną ilość energii. Skąd ją zatem biorę, mam jeszcze siłę rozmawiać i uśmiechać się? Przede wszystkim daje mi ją rodzina, która jest oparciem i akumulatorem. Oni mnie ładują i to dzięki nim czuję się dobrze. Mam rodzinę, która pozwala mi na spełnianie się w stosunku do innych ludzi.

Czyli niezbędna jest równowaga?

Dokładnie, bo człowiek szczęśliwy potrafi oddać szczęście innemu człowiekowi. Mam w sobie taką świadomość, że wybrałam zawód, którego wykonywanie pozwala mi czynić coś dobrego. I tu nie chodzi o jakieś górnolotne stwierdzenia. Skoro jednak jestem położną, to powinnam to robić tak, jak umiem najlepiej.

Przede wszystkim empatia, człowieczeństwo, troska, zaopiekownie się, zrozumienie, współczucie, ale też stawianie granic. Kobieta musi wiedzieć, że ma do czynienia z kimś, kto nie będzie razem z nią płakał. Kobieta musi czuć w położnej oparcie. Ta osoba, która stoi po drugiej stronie, bierze sprawy w swoje ręce. Przeprowadza kobietę przez poród i wskazuje jej takie, czy inne ścieżki, wiarygodnie mówiąc o tym, co będzie się działo. Mam takie swoje motto: „Wspaniałe są owoce dobrych wysiłków”. To jest bardzo ważne w moim życiu.

Plebiscyt „Położna na medal” wydaje się być tym owocem.

Dla tych osób, które biorą w nim udział i widzą, że ktoś oddaje na nie głosy, jest to coś niezwykle budującego. Jest to docenienie człowieka poza murami szpitala, co jest swego rodzaju świadectwem naszej pracy. Dzięki temu widzę, że zasiałam jakieś małe ziarenko, które zostawiłam w myślach, w duszy, w emocjach kobiety i to powoduje, że chce się żyć.

 

Zobacz też:

Gala finałowa kampanii i konkursu „Położna na medal”

Wcześniak w domu – jak się o niego zatroszczyć? Sprawdź, co radzi położna

Jak dobrze przygotować się do porodu? Rozmowa z położną – ambasadorka 4. edycji kampanii „Położna na medal”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

To zioło zadba o twoje zdrowie! Wiesiołek na płodność

wiesiołek na płodność
fot. Pixabay

Poprawia wygląd skóry i włosów, łagodzi objawy PMS i może znacząco pomóc w staraniach o dziecko. Wiesiołek na płodność – przeczytaj, jak działa!

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wiesiołek (Oenothera L.) to rodzaj roślin zielnych z rodziny wiesiołkowatych. Należy do niego ok. 120 gatunków pochodzących  z Ameryki Północnej, Południowej oraz Azji. W Polsce możemy spotkać ok. 30 gatunków, a najpospolitszym z nich jest wiesiołek dwuletni.

Rośnie zazwyczaj na terenach przydrożnych. Roślina ta kwitnie od czerwca do sierpnia i ciężko ją wtedy przeoczyć, ponieważ rodzi intensywnie pachnące i jaskrawożółte kwiaty.

Zobacz także: Przywrotnik na płodność. „Ziele Matki Boskiej”, które pomoże ci zajść w ciążę

Sekret wiesiołka

Wiesiołek od lat wykorzystywany był w medycynie ludowej. Również współcześnie tę roślinę stosuje się w celach leczniczych, a naukowcy dowiedli, że ma zbawienny wpływ na zdrowie.

Najważniejszą częścią wiesiołka są nasiona ukryte w kwiecie. To  z nich produkuje się olejek, który posiada niezwykle ważne dla zdrowia nienasycone kwasy tłuszczowe z grupy omega-6: kwas linolowy oraz kwas gamma-linolenowy.

Zobacz także: Aletra lecznicza na płodność. Będziesz zaskoczona, co potrafi ta roślina!

Wiesiołek pomocny w wielu schorzeniach

– Wiesiołek jako roślina lecznicza najczęściej stosowany jest w chorobach skóry, chorobach układu krwionośnego i zaburzeniach natury psychicznej. Olej z wiesiołka uzupełnia nienasycone kwasy tłuszczowe w naszym organizmie, które są składnikiem komórek organizmu – wyjaśnia Violetta Gdańska, mistrz naturopata i znawczyni ziół.

Wiesiołek znajduje również wykorzystanie przy leczeniu chorób immunologicznych i reumatycznych–  działa kojąco na stawy oraz jest pomocny przy złamaniach i uszkodzeniach innych elementów układu kostno-mięśniowego.

Zobacz także: Rozmaryn na płodność. Jak go stosować, by zwiększyć szanse na ciążę?

Wiesiołek na płodność

Wiesiołek to również zioło niezwykle przyjazne kobietom. – Stosuje się go przy nieregularnych cyklach miesiączkowych oraz dla złagodzenia napięcia przedmiesiączkowego. Reguluje ilość i jakość śluzu szyjkowego – wyjaśniła Violetta Gdańska.

– Jak widać wiesiołek ma również dobroczynny wpływ na płodność, jednak stosowanie go u kobiet starających się o dziecko należy skonsultować z lekarzem, ponieważ rośliny tej nie powinno się spożywać w okresie poowulacyjnym – zaznacza ekspertka.

Trzeba również pamiętać, żeby w okrasie ciąży wstrzymać kurację, ponieważ może doprowadzić do skurczów macicy.

Oprócz oleju z wiesiołka można spożywać ususzone, zmielone nasiona w dawce dwóch łyżek dziennie.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: www.creation.net.pl, www.ekologia.pl, www.sekrety-zdrowia.org 

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

PCOS a niepłodność. Wszystko, o czym powinnaś wiedzieć

PCOS a niepłodność
fot. Fotolia

PCOS dotyka nawet 15 proc. kobiet i może powodować trudność z naturalnym poczęciem. PCOS a niepłodność – wszystko, o czym powinnaś wiedzieć.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zespół policystycznych jajników, czyli PCOS, jest zaburzeniem hormonalnym dotykającym coraz więcej kobiet w wieku rozrodczym. Dokładna przyczyna powstania tej choroby nie jest do końca znana. Podejrzewa się jednak, że duże znaczenie ma tu genetyka. Najczęściej w rodzinie takiej kobiety są krewne- matka, ciotka lub siostry, które również cierpią na PCOS.

Do najczęstszych objawów PCOS zalicza się brak lub nieregularne miesiączki, owłosienie w nietypowych miejscach, trądzik, nadwagę i w końcu problemy z zajściem w ciążę.

Zobacz także: Zespół policystycznych jajników nie przekreśla ciąży!

PCOS a niepłodność

PCOS jest jedną z najczęstszych przyczyn kobiecej niepłodności. Charakteryzuje się zwiększonym stężeniem męskich hormonów.

U kobiet z zespołem policystycznych jajników dochodzi do zaburzenia prawidłowego rozwoju pęcherzyka jajnikowego, w którym mieści się komórka jajowa. Nie dochodzi również do owulacji, czyli najkorzystniejszego momentu do poczęcia dziecka.

To wszystko powoduje powstanie cykli bezowulacyjnych, przez co zajście w ciążę staje się nie lada wyzwaniem. Warto jednak zaznaczyć, że nie wszystkie pacjentki z PCOS mają trudności z naturalnym poczęciem.

Zobacz także: 5 specjalistów, którzy pomogą Ci wygrać z PCOS

PCOS a niepłodność – przede wszystkim diagnoza

Pierwszym krokiem do podjęcia leczenia jest przede wszystkim zdiagnozowanie choroby. Ta odbywa się zazwyczaj na podstawie tzw. kryteriów rotterdamskich. PCOS diagnozuje się w przypadku:

  • braku owulacji lub rzadkiego jej występowania
  • klinicznego i/lub biochemicznego hiperandrogenizmu (dużej ilości męskich hormonów)
  • obecności policystycznych jajników (powyżej 12 pęcherzyków o wielkości od 2 do 9 mm w jajniku lub co najmniej 10ml objętości jajnika)

Jeżeli 2 na 3 z tych kryteriów zostaną spełnione, u pacjentki diagnozuje się PCOS.

Zobacz także: Kieliszek czerwonego wina pomoże w PCOS? Sprawdź, co mówią badania!

PCOS a niepłodność – leczenie

Nie znając dokładnych mechanizmów powstania tej choroby, nie możemy mówić o jej wyleczeniu. Stosuje się natomiast leczenie objawowe, które dotyczy nieregularnych miesiączek, trądziku, hirsutyzmu (nadmiernego owłosienia), łysienia oraz niepłodności.

U kobiet z nadwagą zaleca się w pierwszej kolejności zrzucenie zbędnych kilogramów. Zmniejszenie masy ciała o 10 proc. może poskutkować przywróceniem prawidłowej owulacji nawet u połowy kobiet z PCOS!

Lekarze często przepisują pacjentom leki wykorzystywane w cukrzycy typu II- metforminę i rozyglitazon. Po takiej kuracji często owulacja wraca do normy lub łatwiejsze jest przeprowadzenie stymulacji jajeczkowania.

Z kolei w przypadku problemów z miesiączką stosuje się zazwyczaj progestageny oraz tabletki antykoncepcyjne, które mają przywrócić regularny cykl miesiączkowy. Tabletki antykoncepcyjne dwuskładnikowe są pomocne w unormowaniu poziomu hormonów we krwi.

W przypadku nadmiernego owłosienia, problemów z cerą, czy łysienia, leczenie bywa długotrwałe, a efekty terapii nie są długofalowe. Lekarze zazwyczaj zalecają pacjentkom przyjmowanie doustnych leków antykoncepcyjnych, leków zmniejszających insulinooporność i spironolaktonu. Na problemy z cerą pomocny jest natomiast octan cyproteronu.

Zobacz także: Dieta przy PCOS – co jeść i czego unikać? Radzi dietetyk

PCOS i szanse na ciążę

Jak już wcześniej wspomniano, w PCOS występują cykle bezowulacyjne. Aby przywrócić płodność stosuje się stymulację owulacji. Polega ona na podaniu na początku cyklu miesiączkowego leków stymulujących jajeczkowanie. Do tego celu stosuje się zazwyczaj klomifen. Należy jednak pamiętać, że jedną z konsekwencji stymulacji owulacji jest zwiększenie ryzyka ciąży mnogiej.

Kolejnym ze sposobów leczenia PCOS są również zabiegi – resekcja klinowa, laparoskopowe nakłuwanie jajnika, czy zmniejszenie grubości osłonki jajnika, dzięki którym owulacja może powrócić do normy. Efekty operacji nie są jednak trwałe.

Inną skuteczną metodą dającą kobietom z PCOS szansę na macierzyństwo jest in vitro. W przypadku pacjentek z zespołem policystycznych jajników jest to proces złożony. W pierwszej kolejności pęcherzyki obecne w jajnikach muszą zostać zlikwidowane. Potem następuje stymulacja, a po kilku lub kilkunastu dniach pacjentka posiada już pęcherzyki gotowe do wzrostu. Wtedy procedura in vitro ma największe szanse powodzenia.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Invicta www.mp.pl, parenting.pl

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.