Przejdź do treści

Trzy lata oczekiwań na cud. Najpierw lekarz podejrzewał, że to zapalenie żołądka!

Dziecięce buciki w dłoni
fot. Pixabay

Odkąd pamiętam miałam problemy ginekologiczne. Wciąż torbiele, nieregularne cykle, upławy. Każdy lekarz sądził, że to całkiem normalne, ot – zaburzenia okresu dojrzewania. Ale ile można dojrzewać…?  – zaczyna swoją opowieść Natalia.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W końcu trafiłam jednak na lekarza, który przejął się wynikiem mojej cytologi. Zostałam skierowana do kliniki w Poznaniu i jednocześnie do poradni i endokrynologa. Badanie w poradni wykazało zmiany nabłonkowe oraz wirusa HPV 16. Byłam przerażona… Miałam wtedy 19 lat i już takie schorzenia! Kazano mi wrócić za pół roku i w tym czasie obserwować, czy dzieje się coś niepokojącego…Uwielbiam gdy lekarze każą czekać! Byłam wściekła!

Wyniki badań i załamanie

W międzyczasie dostałam się na oddział na endokrynologii ginekologicznej. Spędziłam tam trzy dni, w tym czasie wykonano mi masę badań. Nareszcie ktoś zadawał mi pytania i odpowiadał też na moje.
Przy wypisie załamałam się totalnie. Dostając wypis i rozpoznanie czułam jakbym zapadała się pod ziemię z powodu ciężaru, jaki czułam wtedy na sercu. Oprócz niepłodności zdiagnozowano u mnie także m.in. hirsutyzm, niedoczynność tarczycy. Nie zwracałam na resztę uwagi. Miałam wrażenie że słowo NIEPŁODNOŚĆ jest podkreślone i napisane na czerwono. Cieszę się, że nie byłam sama w tym momencie I mogłam liczyć na chłopaka, który odbierał mnie ze szpitala .

Całą drogę do domu zastanawiam się: dlaczego? Czy jestem aż tak złym człowiekiem? Dlaczego to akurat ja? Tyle ludzi zostaje rodzicami i porzuca dzieci. Dlaczego my, którzy tak bardzo tego chcemy, nie możemy?
Wedle zaleceń mój partner miał zrobić dodatkowe badania, a ja zacząć brać leki. I znów kontrola za jakiś czas.

Oczywiście tego samego dnia wykupiłam receptę i wedle zaleceń rozpoczęłam leczenie. Cykle wywołane były regularnie. Po pół roku czas na wizyty kontrolne. W poradni okazało się, że zmiany są uśpione i nie są groźne. Cytologia jest na poziomie pierwszym, zatem sytuacja opanowana. Światełko we mgle! Coś się zaczęło dziać na moją korzyść. Jednak kontrola u endokrynologa była dość powierzchowna. Bez badań. Dopisano mi tylko lek na owulację. W międzyczasie zaręczyliśmy się wraz z K.

Po tej wizycie nastał czas na badania nasienia. Nie musiałam go namawiać. Wiedziałam, że wiele to go kosztuje, ale nawet przez chwilę nie wycofywał się ze swojej decyzji. Bardzo chciał dziecka.

Emocje niepłodności

Wyniki badań wyszły rewelacyjnie. Co z jednej strony powinno cieszyć, ale…. Wzbudziło to we mnie wyrzuty sumienia, że to moja wina, że przeze mnie nie będziemy mieć nigdy dzieci. Że nie spełnię się nigdy jako matka, zatem nie będę w 100 proc. kobietą. Nie zliczę przepłakanych nocy. Długo nie umiałam przyznać się K., dlaczego tak płaczę i co mnie męczy. Potrafiłam wybudzić się w nocy z płaczem, bo śniło mi się, że jestem w ciąży.

Popadłam w paranoję… Czułam nienawiść do matek, które szły z dziećmi koło mnie na ulicy. Wiem, że to chore, do tej pory nie umiem wyjaśnić tego uczucia. Zazdrość? Złość? Przecież te kobiety nigdy mi nic nie zrobiły, nie mają pojęcia o moich problemach… Byłam tego świadoma, ale mimo wszystko nie umiałam zwalczyć tego złego nastawienia.

Zobacz także: Czy negatywne emocje pomagają parom niepłodnym?

Odpuściłam

Zdarzyło się kiedyś, że nie miałam recepty na leki i musiałam zrobić przerwę. Wtedy organizm od razu się zbuntował, miesiączka się nie pojawiła, wykonałam tonę negatywnych testów na owulację. Mimo to, łudziłam się. Co miesiąc biegłam do apteki po test ciążowy. Nie mówiłam już o nich K., bo widziałam co powie.”Za bardzo się nakręcasz, musisz odpuścić, bo popadniesz w paranoję”.

Raz testy były całkiem negatywne, raz miały jedną wyraźną kreskę, a drugą bladą. Jednak ciąży nadal nie było. Mijały tygodnie, miesiące, lata…

W maju 2017 roku odstawiłam leki. Byłam od stycznia na diecie, zmieniałam pracę, zajęłam się przygotowaniami do ślubu… zwolniłam tempo i odpuściłam. Miesiączka o dziwo się pojawiła!
Jednak nie sprawdzałam już dni płodnych, postanowiłam zająć się tym po ślubie. Obrałam swego rodzaju pogląd że tak musi być i może Bóg czeka na ślub, bo chce, by wszystko było w odpowiedniej kolejności.

W czerwcu i lipcu miesiączki także się pojawiły. W sierpniu już nie. Dzień przed ślubem ciekawość wzięła górę, zrobiłam test. Jednak wynik okazał się taki, jak wiele poprzednich. Jedna kreska ciemna, druga jasna i ledwo widoczna. No cóż, tym razem bez emocji „wzięłam to na klatę”.

Lekarz podejrzewał zapalenie żołądka

Minął sierpień. Po powrocie z podróży poślubnej zaczęłam się źle czuć, leżałam bez sił w domu, wszystko mnie bolało i okropnie wymiotowałam. Znając wynik testu nie myślałam nawet o ciąży. Bolały mnie piersi tak, jak przed miesiączką, więc na nią czekałam.

Wiele osób sugerowało mi ciążę, ale zbywałam ich tłumacząc się negatywnym wynikiem testu. Z K. z czasem nauczyłam się rozmawiać o wszystkim. Gdyby nie on i jego otwartość dawno bym zwariowała.

Chciałabym dodać, że bliskość drugiej osoby jest bardzo ważna. Czasem nie trzeba nawet rozmawiać, chodzi o to, by móc chociaż przy kim się wypłakać. Często lepiej razem pomilczeć, niż kogoś męczyć setkami pytań.

Narzekając sobie na mój stan bolących piersi K. wypalił „może jesteś w ciąży?” – wyśmiałam go wtedy.
Na drugi dzień miałam wizytę u lekarza rodzinnego, po opisie objawów stwierdził zapalenie żołądka. W międzyczasie, z dnia na dzień, rzuciłam papierosy, bo wywoływały mdłości. Lekarz uznał to za normalne przy ostrym zapaleniu i wypisał receptę.

Zobacz także: Dziewięć lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia

Podczas badania myślałam, co ugotuję na obiad

Po tej wizycie miałam jeszcze chwilę czasu, więc udało mi się dostać na szybką wizytę do ginekologa. Oczywiście pewna siebie poprosiłam lekarza o leki na wywołanie miesiączki, bo znów się nie pojawiła  Tłumaczyłam to stresem przed ślubem. Lekarz jednak uznał, że warto zrobić USG, popatrzyłam na niego z niechęcią i burknęłam „nie ma po co, jestem niepłodna”.

Przemilczał to, poczułam się głupio, mogłam ugryźć się w język. Podczas badania myślałam o tym, co ugotuję na obiad. Wtem lekarz poprosił, abym popatrzyła na monitor. – Czy widzi tu coś pani? – zapytał mnie. – Jakąś czarną plamę – odpowiedziałam.  – Nie plamę, tylko 10-cio tygodniową ciążę – stwierdził.

Otworzyłam buzię i nie umiałam wydusić z siebie słowa. Wstałam i usiadłam przy biurka lekarza. – Wszystko w porządku? Cieszy się pani – dopytywał lekarz.  – Oczywiście, że tak, ale jak to możliwe? – zastanawiałam się w szoku. – A więc musi to być cud – powiedział z uśmiechem.

fot. z archiwum Natalii

fot. z archiwum Natalii

Tornado emocji

Po tych słowach lekarza polał się strumień łez. Nie byłam na to przygotowana, ręce trzęsły mi się okropnie. Milczałam i słuchałam uważnie doktora. Zalecił mi założenie karty ciąży w rejestracji. Wyszłam. Czułam, że jestem blada, każdy na mnie patrzy, a ja łapię się za brzuch i zastanawiam się, czy na pewno mi się to nie śni.

W rejestracji kolejka. Wyszłam na dwór. Zawsze marzyłam, by przekazać K. tę nowinę w jakiś oryginalny sposób, aby zapamiętał tę chwilę do końca życia. Ale emocje robią swoje. Zatem dzwonię . – Wracam z pracy do domu już. I co tam u lekarza? – usłyszałam w słuchawce. – Jestem w ciąży! – krzyknęłam.  ( W odpowiedzi usłyszałam ryk i płacz). –  No to świetnie! – cieszył się K. i użył przy tym niecenzuralnego słowa.

Reszty rozmowy nie pamiętam. Skupiłam się na jego reakcji, na tym, że jest szczęśliwy. Zakładając kartę ciąży wciąż nie wierzyłam… Podczas rozmowy z panią pielęgniarka uświadomiłam sobie, że wszystkie moje dotychczasowe dziwne objawy idealnie pasują do początku ciąży, a ja zupełnie tego nie zauważyłam. Wróciłam do domu znów ryk szczęścia i strachu. Tak na to czekałam, a czuję się tak niegotowa.

Wciąż nie byłam w stanie uwierzyć w to, co się wydarzyło. Bałam się, że to jakaś pomyłka, że lekarz pomylił dziecko z torbielą i moje szczęście zaraz pryśnie jak mydlana bańka. Dopiero na drugi dzień gdy ochłonęłam, opuścił mnie lęk i zaczęła się olbrzymia radość.

Dramatyczny poród i chwile grozy

Od 20 kwietnia 2018 roku Nikodem jest już z nami. Waży 4,1 kg i mierzy 60 cm, poród odbył się siłami natury w obecności męża. Niestety nie obyło się bez komplikacji ze względu na wielkość maluszka oraz jego ułożenie. Rodził się z zaciśniętą pięścią przy skroni.

To doświadczenie nie było łatwe. W poniedziałek przyjęto mnie na patologię ciąży, ponieważ miałam podejrzenie zatrucia ciążowego. Wkluczono je jednak i kazano mi zostać w szpitalu, bo termin porodu przewidziano na czwartek.

Nikt mnie nie zbadał, musiałam czekać na bolesne skurcze. W piątek w nocy coś zaczęło się dziać- rozwarcie na sześć cm, KTG szalało, po godzinie byłam już na porodówce. Rodziłam tylko przy położnej, żaden lekarz się nie pojawił.

Po kilku godzinach udało się wyprzeć pół główki, jednak ta cofnęła się. Położna już wiedziała co jest grane – bardzo duże dziecko. Zawołała lekarza. Nagle puls maluszka zaczął zanikać. Męża natychmiast wyproszono z sali.

Kiedy lekarzowi udało się wydobyć dziecko nastała cisza. Byłam w szoku. Położna zaczęła reanimować maleństwo. Skamieniałam, dopiero po chwili zaczęłam pytać, co się dzieje. Synek został zabrany i dopiero po 20 minutach dowiedziałam się, że jest stan jest dobry, ale musi pozostać pod obserwacją.

Malutki pozostał w inkubatorze na oddziale neonatologii. Nie mogłam chodzić, nie byłam w stanie się podnieść, żeby go zobaczyć małego, coś strasznego. Zobaczyłam go dopiero po południu. To był zarówno najszczęśliwszy, jak i najgorszy dzień w moim życiu.

Synek dostał tylko pięć punktów w skali Apgar, miał złamany obojczyk i porażenie splotu barkowego. Po dwóch dobach wyszedł z  inkubatora, a po trzech był już ze mną na sali.

Teraz czeka nas sporo kontroli u lekarzy, ale najważniejsze, że Nikodem jest ze mną, że żyje! Powinnam się cieszyć, że wszystko jest już dobrze, ale gdzieś z tyłu głowy wciąż wraca ten czarny scenariusz

Zajście w ciążę było dla mnie cudem i to, że położna uratowała mojego synka również nim jest. Mieliśmy sporo szczęścia.

Po akcji porodowej położna cała we krwi przytuliła mnie i zaczęła płakać . To był niesamowity gest .

Moja rada dla Was

Wiem, jak szczęście innej kobiety może boleć osoby walczące o dziecko. Wiem, że może być wam ciężko to czytać i nie jednej lecą łzy. Ale chcę abyście widziały, że niepłodność nie jest wyrokiem. Trzeba temu cholerstwu stawić czoła! Wiara czyni cuda. Ja na mój cud czekałam trzy lata. Zapewne wiele z was czeka dłużej wasza wiara usycha. Nie poddawajcie się, walczcie!

Po rozmowie z wieloma osobami doszłam do wniosku, że dzięki temu, że odpuściłam – udało nam się. Wyłączyłam mózg na ciążę. Dałam sobie czas, przestałam ulegać presji.

Zmiana diety, zmiana otoczenia (pracy), znalezienie pasji czy zajęcia, odciążenie głowy od ciągłej myśli o ciąży i dobry lekarz to wskazówki które mogę Wam pozostawić. Każda z Was jest inna.

Niepłodność nie jest jednoznacznym wyrokiem! Trzymam kciuki za każdą z Was kobietki! Nieważne ile macie lat, skąd jesteście, jaka jest przyczyna, bądźcie wsparciem dla siebie nawzajem, bo nikt lepiej nie zrozumie tego bólu. Życzymy Wam jak najwięcej siły, wiary, wytrwałości, przyjaznych ludzi wokół i zdrowego rozsądku, bo nie tylko ciało jest ważne w tej walce. Ważne też jest nasze serce i dusza.
Samych pogodnych dni i spełnienia tego jedynego marzenia. Natalia.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Słowa, które leczą. Wirtualne wsparcie po diagnozie MRKH [LIST]

Kobieca dłoń obemuje filiżankę z kawą, obok kolorowe kwiaty i książka z motywcyjnym cytatem /Ilustracja do tekstu: Wirtualne wsparcie po diagnozie MRKH
Fot.: Pixabay.com

MRKH obiło Cię z każdej strony – obiło rodzącą się w Tobie kobiecość i seksapil, prawym sierpowym sprzedało cios prosto w macierzyństwo, gdzieś z łokcia dostałaś po pewności siebie. Choć niepewnie się to wszystko zaczyna, masz nadzieję, że jednak odpiszę – kompletnie mnie nie znając.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

XXI wiek rządzi się swoimi prawami. Szeroko rozwinięte social media pokazują nam skrawki z życia zwykłych ludzi – wiemy, gdzie idą, co robią, co piją, jakie kwiaty kupują, po co robią to, co robią, i jaki widzą w tym sens. Jestem z pokolenia, dla którego Facebook, Instagram czy Snapchat to nie nowość, a narzędzie komunikacji umożliwiające kontakt nie tylko z osobami najbliższymi, ale też tymi kompletnie mi nieznajomymi. Ale! Żeby podreperować reputację człowieka XXI wieku, powiem szczerze, że brakuje mi pisania listów.

Będąc jeszcze nastolatką, pisałam listy ze swoją koleżanką z Bydgoszczy. Pamiętam, że kiedy widziałam przez szpary skrzynki pocztowej białą albo kolorową kopertę, na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. A po nim – grymas zniecierpliwienia – bo klucz miała mama, więc sama tej skrzynki na dany moment otworzyć nie mogłam. Czekałam i ćwiczyłam cierpliwość, a potem z lubością rozrywałam kawałki koperty, by dostać się do krótkiej historii z życia gimnazjalistki.

Dziś jest trochę inaczej. Siadam przy biurku, naciskam magiczny przycisk i… klik! Mam wiadomość. Otwieram wirtualny list od Ciebie, siedemnastej z kolei. Od siedemnastej trochę zagubionej, lekko nieśmiałej i obawiającej się mojej reakcji bo oddajesz mi przecież klucz do swojej intymności. Czytam z zapartym tchem o tym, jak starasz się poradzić z diagnozą. Moje oczy pędzą po torze liter składającym się na historię Twojego istnienia, a właściwie chwilowego upadku.

ZOBACZ TEŻ: Urodziłam się bez macicy

Dostrzec jasne barwy

MRKH obiło Cię z każdej strony – obiło rodzącą się w Tobie kobiecość i seksapil, prawym sierpowym sprzedało cios prosto w macierzyństwo, gdzieś z łokcia dostałaś po pewności siebie. Choć niepewnie się to wszystko zaczyna, masz nadzieję, że jednak odpiszę – kompletnie mnie nie znając, nie widząc koloru moich oczu, zapachu zielonej herbaty stojącej w srebrnym kubku czy sposobu w jaki układam swoje nogi, kiedy siedzę. Piszesz do mnie i masz nadzieję, że dam Ci znać chociaż jednym zdaniem.

Dwa lata temu założyłam bloga, by pokazać innym, czym jest MRKH. Jak każda kobieta chciałam przeżywać z Tobą swoje kryzysy, swoje smutki, ale też dzielić się chwilami najszczerszego piękna. Pokazywać Ci każdego dnia, że szczęście wali do mnie z każdej strony – od tej normalnej, kiedy tańczę na przystanku, i od tej, kiedy łzy radości zraszają mi policzki. Chciałam i chcę pokazywać Ci, jak można zżyć się z diagnozą, jak ją polubić – mimo kryzysów. I dałam Ci też adres, na który możesz napisać do mnie każdego dnia, o każdej porze. Dzięki temu chciałam, byś uwierzyła, że nie można się bać, a z MRKH można być PIĘKNĄ.

Pogotowie mailowe po diagnozie MRKH

Siedemnaście razy mój adres mailowy stał się dla kogoś ostoją, opieką, cieniem rzuconym w słoneczny dzień, ochłodą, otrzeźwieniem. Kołem ratunkowym. Takim niecodziennym pogotowiem, które odpowie na każde wezwanie.

Najczęściej zadawane pytania czy prośby dotyczyły lekarzy, u których można dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej rzadkiej choroby. Na następnym miejscu uplasowała się niewiedza, z czym się „je” całego Rokitańsky’ego – jak wygląda diagnostyka, przebieg operacji i pielęgnacja po niej. Jednakże największym problemem, z którym wielokrotnie spotkałam się w tych siedemnastu mailach, był strach przed zawarciem związku partnerskiego. W mojej głowie zawsze rodziło się wtedy pytanie: dlaczego takie kobiety, jak my, nie mają wsparcia ze strony psychologa czy seksuologa, który podpowiedziałby, jak w takiej sytuacji się zachować, jak znaleźć partnera i co najważniejsze – jak powiedzieć mu o chorobie?

Na te i wiele innych pytań staram się odpowiadać systematycznie z wielką dokładnością, cierpliwością, zasobem wiedzy czy wsparciem na tyle ogromnym, by odbiorca po drugiej stronie poczuł moc wirtualnego listu. Za każdym razem, odpisując, mam nadzieję, że przez sieć tego całego zero-jedynkowego systemu przecieknie pewność siebie, którą chcę podarować każdej kobiecie z MRKH. I wiem, że ten konkretny mail wnosi do życia MRKH-owskich dziewczyn wiele dobrego.

PRZECZYTAJ TEŻ: Kiedy lekarz jest pacjentem…

Tagi:

Agnieszka Wasilewska

Studentka pielęgniarstwa AHE w Łodzi, pedagog, animatorka zabaw dla dzieci i wolontariuszka Fundacji DKMS Polska. Miłośniczka zielonej herbaty i dobrych kryminałów. Nie wyobraża sobie życia bez pomagania – to jeden z czynników, który napędza ją do działania i do życia. Bo troska o jednego człowieka to miłość, ale o wiele osób – to pielęgniarstwo.

„Jest pani przypadkiem jeden na milion”. Endometrioza i farmakologiczna menopauza nie przekreśliły jej marzeń

endometrioza a ciąża
fot. unspash.com - Andrew Seaman

Karolina to prawdziwa wojowniczka. Chociaż cierpi na endometriozę, choroba nie przekreśliła jej największych pasji, czyli malowania i pisania. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie- stała się dla Karoliny inspiracją. Poznaj historię naszej bohaterki i dowiedz się, w jaki sposób pomimo endometriozy i wprowadzenia w stan farmakologicznej menopauzy udało jej się naturalnie zajść w ciążę.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W maju 2008 roku po wielu miesiącach kuracji hormonalnej okazało się, że mam dwie duże torbiele na obu jajnikach. Szybko trafiłam na stół. Kiedyś nie było takich problemów jak teraz, gdzie czytam, że dziewczyny czekają miesiącami na zabieg. Ja czekałam niespełna miesiąc.

W szpitalu usunięto mi obie torbiele. Podczas laparoskopii okazało się „przy okazji”, że ogniska endometrium mam rozsiane po całej jamie otrzewnej. Były w zatoce Douglasa i w miednicy mniejszej. Na obchodzie po zabiegu, dowiedziałam się, że udrożniono mi przy okazji jajowody, choć nie było o tym nawet najmniejszej wzmianki na wypisie.

Ordynator nie miał dla mnie dobrych wieści. Powiedział mi, że, tu cytuję: „u pani bez in vitro się nie obejdzie”. Pamiętam jego słowa doskonale, bo długo wbijały mi się jak szpilki w umysł i serce. Do domu wróciłam po kilku dniach.

Zobacz także: Z endometriozą w gabinecie. Prawdziwe historie pacjentek

Farmakologiczna menopauza pozostawała jedynym rozwiązaniem

Po dwóch tygodniach od zabiegu trafiłam do mojego ginekologa, który mnie uspokoił, mówiąc, że mimo iż moje jajniki to w konkursie piękności nie mogą startować, to je mam. Mam też macicę i drożne jajowody, więc prawie wszystko, co jest potrzebne do zajścia w ciążę.

Wiadomo, bez pierwiastka męskiego nic się nie da zrobić, dlatego mówię, że prawie wszystko. Po kolejnych dwóch tygodniach miałam jeszcze jedną kontrolę. Nim zdążyłam zejść z leżanki już miałam łzy w oczach.

Torbiele odrastały. Upłynął dopiero miesiąc od zabiegu, a już pojawiły się nowe. Nie były takie okazałe jak te, które mi operowano (6,5 i 5,8 cm) ale ewidentnie odrastały. Mój, widać było, że zmartwiony lekarz postanowił wprowadzić mnie w stan farmakologicznej menopauzy.

Jak to miało wyglądać? Tu też pozwolę sobie wpleść fragment mojej książki:

Miałam w aptece zakupić 3 zastrzyki. Każdy kosztował 500 zł i każdy miał sprawić, żebym z ginekologicznego punktu widzenia stała się babcią. Każdy zastrzyk miałam przyjmować co miesiąc. Nie pamiętam już dokładnie, kiedy miałam zacząć, ale pamiętam doskonale, że jeździłam do pielęgniarki, bo sama nie umiałam się ukłuć. Wywoływało to we mnie bardzo nieprzyjemne uczucie. Trochę odrazy, trochę strachu, trochę – O matko! Ja tego nie zrobię!

Po pierwszym zastrzyku miałam nie mieć miesiączki. W końcu menopauza, to menopauza. Jak mocno się zdziwiłam, kiedy jednak się pojawiła. Skończyło się badaniem, które nie wykazało żadnych nieprawidłowości.

Zobacz także: Ciąża po menopauzie jest niemożliwa? Jej przypadek temu przeczy!

Zaskoczeń ciąg dalszy

Tak się ponoć nie dzieje. Jak widać moja przysadka miała inne zdanie na temat odbywanej menopauzy niż było przewidziane. Przyjęłam to do wiadomości. Grunt, że torbieli nie było.

Dowiedziałam się za to, że po drugim zastrzyku, to już okresu na pewno mieć nie będę. Czyżby? Był. O czasie, co do dnia. Znów badanie i brak wyjaśnienia. Mi już było wszystko jedno. Byle ten szajs na moich jajnikach się nie pojawiał.

Niestety farmakologiczna menopauza wiązała się z całym hormonalnym bajzlem opisywanym wówczas przez moja mamę, która to akurat przechodziła ją naturalnie. Czyli raz było mi gorąco, za chwilę zimno. Płakałam bez powodu, po czym śmiałam się jak wariatka z głupot. Czułam się okropnie rozchwiana i miałam lęki. Czułam się słabo, albo jakby rozpierała mnie energia. Coś okropnego.

W końcu przyszła pora na trzeci i ostatni zastrzyk. Tu, uwaga! Uwaga! „Pani Karolino, po ostatnim zastrzyku proszę już spokojnie czekać na miesiączkę”.

Zobacz także: Dr Jan Olek odpowiada czytelniczkom, jak leczyć endometriozę. „Czasem można oszukać przeznaczenie”

Endometrioza a ciąża. Czy to w ogóle możliwe?

Torbieli nadal nie było. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy takowa miesiączka się nie pojawiła. Po kilku dniach od „terminu”, zadzwoniłam ponownie do lekarza. Ponownie trafiłam na kozetkę. I szok!

Jaki? Największy, jaki w życiu przeżyłam, wliczając wszystko co spotkało mnie do dnia dzisiejszego! Byłam w ciąży!!! Lekarz, naprawdę dobry lekarz, który swego czasu był ordynatorem ginekologii w szpitalu, którego praktyka lekarska grubo przekraczała 20 lat, był tak zdziwiony, że przez chwilę odebrało mu mowę. Dopiero po pewnym czasie, który wydawał się dla mnie przysłowiową wiecznością, wycedził:

Jest pani, jak jeden przypadek na milion.

Pamiętam, że się trzęsłam. Do dziś widzę, jak na monitorze USG pokazuje mi palcem pęcherzyk. Nie był on tam, gdzie powinien, ale był. Nie pytaj mnie gdzie był, nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że nie był zagnieżdżony w macicy.

Badanie trwało długo. Za długo, jak na fale emocji, które mnie zalewały. Pytania wdzierały mi się go głowy jedno za drugim. Nic nie mówiłam. Tylko słuchałam. Słuchałam tego, co mówi lekarz i tego, co krzyczy moja głowa. Co z tego pozostało mi w pamięci?

„Ciąża?!!! Jak to możliwe?! Jeden na milion?! Ale jak to możliwe?! Przecież ja nie mogę mieć dzieci bez in vitro?! W sumie, jak to on mówił? Ma pani dwa jajniki, drożne jajowody i macicę, więc szansa jest…”

Tylko, że teraz jeszcze miałam tą całą menopauzę. O co tu chodzi? Czy jajeczko dotrze tam, gdzie jego miejsce? Co będzie, jeśli nie? Wtedy będzie trzeba usunąć?”

I jeszcze wiele, wiele innych pytań, które zalewały mój umysł prawdziwym tsunami. Odczuwane emocje były skrajne!

Zobacz także: Rola diety w terapii i profilaktyce endometriozy – wykład dietetyk Joanny Gizy

Niesamowite zakończenie niesamowitej historii

W tamtym okresie zmieniłam pracę na nową, gdzie po 3 miesiącach mnie zwolnili. Było o tej „akcji głośno w całym Trójmieście. Najpierw w dwa miesiące firma zatrudniła około pięćdziesięciu nowych pracowników, tylko po to, (to czysto moja złośliwa opinia) żeby po trzech kolejnych miesiącach zwolnić niemal setkę ludzi. Byłam wśród tych zwolnionych.

Szybko znalazłam inną pracę. Zostałam asystentką dyrektora w firmie zajmującej się ubezpieczeniami. Tylko, że po miesiącu dowiedziałam się, że mam być i asystentką i tą, co sprzedaje ubezpieczenia. Ja nie z tych, co potrafią sprzedawać. Ja potrafię malować, trochę projektować, dobrze piszę, ale sprzedawanie nie jest w żaden sposób wpisane w zestaw moich umiejętności.

Zwolniłam się za porozumieniem stron. Zdążyłam się zarejestrować w Urzędzie Pracy i dokładnie tydzień później usłyszałam te słowa: „jest pani w ciąży”.

Tak, teraz jak o tym piszę, wszystkie ówczesne emocje zalewają mnie na nowo: Strach! Panika!  Co będzie jeśli jajeczko powędruje do innego endometrium, niż to w macicy? Znowu zabieg? Jeśli można to tak nazwać! Co jeśli jednak zagnieździ się, gdzie powinno? Przecież nie mam pracy!

M. zarabia średnio, więc jak my się utrzymamy? Jeszcze moje studia! Jak ja je skończę? Mam wzięty kredyt, żeby je kontynuować, który spłacałam do tej pory regularnie. Niby nie jakiś strasznie wielki, bo było to około 450 zł miesięcznie, ale teraz nie mam przecież pensji!

Czy my w ogóle jesteśmy gotowi na rodzicielstwo? M. dopiero się do mnie wprowadził. Pamiętam, że jego mama trochę popłakiwała, bo dziecko z domu wyfrunęło. A teraz, dosłownie miesiąc później mamy jej przekazać kolejne „rewelacje”?

Szok! – To ja w końcu jednak mogę mieć dzieci?! Radość! – To ja naprawdę jednak mogę mieć dzieci?!!! Oczywiście jajeczko zawędrowało tam, gdzie powinno i w czerwcu 2009 roku zostałam mamą.


endometrioza a ciąża

fot. Karolina Staszak

Karolina jest mamą, malarką i aktywną pisarką. Jej najnowsza książka nosi tytuł Co teraz? Moja ukochana została matką!”. W planach ma również wydanie publikacji na temat swojej choroby: „Dziennik endometriozy. Nadzieja”.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Zaryzykować życie córki czy synów? Tę dramatyczną decyzję wymusiło na niej życie

dDłoń noworodka w dłoni matki /Ilustracja do tekstu: Dramatyczna decyzja matki: Zaryzykować życie córki czy synów

Młodzi rodzice byli podekscytowani, gdy dowiedzieli się, że za kilka miesięcy mogą powitać na świecie trojaczki. Żadne z nich nie podejrzewało, że ich nieopisana radość ustąpi wkrótce miejsca niezwykle dramatycznym chwilom, a ich skutki mogą zaważyć na ich przyszłym życiu.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Chloe i Rohan z Australii byli już rodzicami trójki zdrowych i uroczych chłopców. W głębi serca oboje pragnęli jednak, by ich rodzina powiększyła się też o dziewczynkę. Postanowili spróbować jeszcze jeden, ostatni raz. Nie spodziewali się, że efektem tych starań będą… trojaczki.

– Podczas USG powiedziano nam, że nasze czwarte i ostatnie dziecko będzie tak naprawdę czwartym, piątym i szóstym. Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia. Jestem jednocześnie przerażona, podekscytowana, przejęta i przepełniona szczęściem oraz niemal wszystkimi innymi emocjami, które może sobie wyobrazić człowiek – pisała wówczas na swoim fanpage’u.

Dramatyczna decyzja matki: kogo ratować?

Obawy Chloe i Rohana szybko przykryła wzbierająca fala ogromnej radości. Gdy powoli przygotowywali się do powitania na świecie potrójnego szczęścia: dwójki chłopców i wymarzonej córeczki, sytuacja przybrała niespodziewany obrót. Rutynowe badanie wykazało, że dwójka chłopców zabiera zbyt dużo miejsca w macicy Chloe, co poważnie zagraża dziewczynce.

Sytuacja z dnia na dzień się komplikowała. Lekarze byli zdania, że żeński płód najprawdopodobniej nie przetrwa. Jedyną szansa, by go uratować, był przedwczesny poród. Ten jednak wiązał się z zagrożeniem dla pozostałych płodów. Niebezpieczeństwa dla nich można byłoby uniknąć, gdyby Chloe pozwoliła na naturalne obumarcie płodu córeczki.

Te nieoczekiwane wieści spadły na młodych rodziców jak grom z jasnego nieba. Z dnia na dzień stanęli przed decyzją wręcz niemożliwą do podjęcia. Przed tak trudnymi, dramatycznymi i obciążającymi wyborami nie powinien stawać przecież nikt. Załamana Chloe czuła w głębi serca, że żadne rozstrzygnięcie tej patowej sytuacji nie będzie dostatecznie racjonalne i dobre.  Ale decyzję – mimo to – trzeba było podjąć…

CZYTAJ TEŻ: Z jego nasienia narodziło się dziecko innego mężczyzny. Niesamowity przypadek w USA

Walcząc o wszystkie dzieci

– W tamtym okresie ledwie mogłam tego wszystkiego słuchać. Mój umysł skupiał się tylko na myśli: „Chcę, by przeżyły wszystkie moje dzieci”. Rozważyłam wszystkie alternatywy, zebrałam niezbędne informacje i próbowałam dowiedzieć się, co czeka moje dzieci w każdym ze scenariuszy… Wiedziałam, że będzie trudno, ale nie potrafiłam nie zawalczyć o córeczkę. Wiedziałam, że jest silna – przetrwała przecież do 28. tygodnia ciąży, nie mając dla siebie praktycznie żadnych składników odżywczych w macicy.

 

Chloe przyznaje, że czuła się winna, że decyduje się na przedwczesny poród, narażając tym samym  swoich synów na zagrażające ich zdrowiu procedury. Samopoczucie mamy pogarszały dodatkowo zdrowotne komplikacje Pearl (bo takie imię otrzymała córeczka). Odnotowano u niej spadek wagi urodzeniowej, z trudem walczyła też z infekcjami i wymagała podłączenia do specjalistycznej aparatury.

– Czasem czułam, że podjęłam złą decyzję, że powinnam zdecydować się na inna opcję, w której żadne z dzieci by nie cierpiało. Trudno było mi poradzić sobie z tymi uczuciami, a nawet przyznać się do nich – wspomina Chloe.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Męska perspektywa niepłodności. „Bezradność i wykastrowanie to dwa podstawowe uczucia, których doświadczałem”

Szczęśliwy finał

Ale czas mijał, a cała trójka dzieci stawała się silniejsza. W czasie, gdy Chloe koncentrowała się na zdrowiu dwójki chłopców, którzy wciąż czekali na swój czas, by przyjść na świat, Rohan wziął na siebie obowiązki rodzicielskie nad pozostałymi dziećmi. Wspólny wysiłek i odwaga obojga rodziców przyniosły wspaniałe rezultaty. Wkrótce urodzili się oczekiwani synowie, a Pearl z pomocą lekarzy wybrnęła z początkowych kłopotów zdrowotnych. I choć dziś – dwa lata od urodzin – jest nieco mniejsza od swoich młodszych braci, wiedzie prym wśród piątki rodzeństwa.

Takie zakończenia dają nadzieję każdej parze, która mierzy się z komplikacjami w okresie ciąży. Oby takich finałów było jak najwięcej!

Źrodło: fempositive.com, facebook.com/chloeandthebeans

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Wcześniak mniejszy od iPada. Poznaj niesamowitą historię walecznej dziewczynki

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.