Przejdź do treści

Historia, która daje siłę wszystkim przyszłym mamom! Iwona: „Trzeba walczyć o swoje marzenia”

Fot. Bartek - archiwum prywatne / pexels.com
Fot. Bartek - archiwum prywatne / pexels.com

Droga do upragnionego macierzyństwa nie zawsze jest autostradą – prostą i szybką. Iwonie jej przebycie zajęło niemal cztery lata. Nagrodą za trudy, ogromne cierpienie i twardą szkołę życia jest ośmiomiesięczny dziś syn. Co przeszła i jakie daje rady kobietom w podobnej sytuacji?

„Chcemy Być Rodzicami”: Pani droga do macierzyństwa trwała kilka lat.

Iwona: Zaczęła się w 2012 roku. Na początku  ogóle nie zakładaliśmy, że coś może być nie tak. Kiedy jednak po dłuższym czasie nie było efektów, udałam się do lekarza. Oczywiście nic nie zrobił, tylko kazał czekać. „Natura robi swoje, proszę próbować przez rok i jeśli nic się nie będzie działo, to dopiero wtedy pomyślimy” – usłyszałam. Nie dawałam jednak za wygraną i chodziłam do jednego lekarza, do drugiego. W końcu trafiłam do specjalisty, który już po trzech nieudanych miesiącach zlecił zabieg laparoskopowy – kauteryzację jajników. Przeprowadzono mi też badanie drożności jajowodów. Oczywiście okazało się, że wszystko jest w porządku, ale przez kolejny rok dalej nic się nie działo.

Odwiedzałam kolejnych lekarzy, przeprowadziłam mnóstwo badań, a w międzyczasie dookoła rodziły się kolejne dzieci. Wiadomo, cieszyłam się, ale było mi też przykro, nie wiedziałam jak reagować. Był taki miesiąc, gdy w bliskim mi otoczeniu urodziło się siedmioro dzieci. Emocje były straszne. Gdy byłam z rodziną, cieszyłam się. Wracałam do siebie, płakałam.

Wciąż jednak nie poddawaliśmy się. Dostawałam kolejne leki, które powodowały, że przybywało mi kilogramów. W międzyczasie przeprowadziliśmy też kilkukrotnie badania męża. W jednej klinice wychodziły super, w innej beznadziejnie. Po pewnym czasie byłam już w takiej rozpaczy, że nic mnie nie cieszyło. Nie miałam już siły udawać. Dlaczego to właśnie na mnie padło?!

Wyobrażam sobie, że muszą to być bardzo trudne emocje. Czy jednak żaden lekarz nie był w stanie nic zrobić?

W końcu trafiłam do doktora, który zlecił mi jedno, zmieniające wszystko badanie. Był to test tolerancji glukozy. Proste badanie krzywej cukrowej i insulinowej. Okazało się, że mam insulinooporność. Zaczęłam przyjmować leki hormonalne, stosowałam niesamowicie restrykcyjną dietę i brałam metforminę. Po sześciu miesiącach schudłam 12 kilogramów i udało mi się zajść w ciążę.

Byłam w ciąży sześć tygodni i dwa dni. Miałam wizytę lekarską równo w szóstym tygodniu ciąży, kolejną w dziewiątym. W jej trakcie okazało się, że od 2,5 tygodnia płód jest martwy. Wizyta lekarska była w piątek, niestety dopiero w poniedziałek przyjęli mnie do szpitala. Proszę sobie wyobrazić weekend, który wtedy przeżyłam. Siedziałam w domu z myślą, że mam w sobie martwe dziecko. Nie słuchałam, gdy ktoś mi mówił, że to tylko zarodek i mała komórka. Dla mnie to było dziecko.

Czy mogła pani liczyć na wsparcie i pomoc?

W szpitalu nie ma co mówić. Sama miałam zaaplikować sobie tabletki wczesnoporonne, co było dla mnie prawdziwym koszmarem. Gdy zaś podeszłam do pielęgniarek z pytaniem, co dalej, bo nie wiedziałam czy to stanie się samo, czy może pojawi się ból i potrzebuję leków, dostałam plastikowy kubeczek do wody. Powiedziano mi tylko, że mam łapać wszystko do badania. Kompletnie rozwaliło mnie to psychicznie… Stres, wizyty u psychologa, niestety bardzo się załamałam, zrezygnowałam wtedy z pracy. Myślałam, że już sobie z tym wszystkim nie poradzę.

Nie poddała się pani jednak?

Lekarze kazali mi odczekać przynajmniej pół roku, zanim w ogóle zacznę próbować po raz kolejny. Nie dałam jednak za wygraną. Dwa i pół miesiąca później byłam w kolejnej ciąży. To już jest Bartek. Urodził się 25-ego lipca. Ma teraz osiem miesięcy, rozwija się wspaniale i jest bardzo pogodnym dzieckiem.

Fot. Bartek - archiwum prywatne Iwony

Fot. Bartek – archiwum prywatne Iwony

Jest pani przykładem niezwykłej siły!

To prawda, trzeba być bardzo silnym i bardzo zmotywowanym. Niestety żyjemy w takich czasach, że należy samemu o wiele kwestii zadbać. Nie było tak, że chodziłam do lekarzy i czekałam aż oni mi coś mądrego powiedzą. Przeczytałam mnóstwo artykułów na tematy dotyczących mnie problemów. Sama prosiłam o badania, które uważałam, że są ważne. Sama brałam też leki, które okazywały się pomocne. Konsultowałam to oczywiście z lekarzami, ale inicjatorką byłam ja. Robiłam wszystko, co wiedziałam, że nie zaszkodzi, a może pomóc.

Jeżeli komuś bardzo zależy, to angażuje się całym sobą, tak jak to pani opowiada.

Wszystkie wyjazdy – na wakacje, do rodziny, czy do znajomych, były podyktowane tym, że w danym dniu muszę iść na monitoring. Nieważne było, że właśnie jest piątek i wszyscy gdzieś wyjeżdżają. Jeździłam nawet do innych miast, wszędzie tam, gdzie akurat przyjmował mój lekarz.

Zastanawiam się, jaki ma to wpływ na związek. Domyślam się, że są to niezwykle obciążające momenty.

Mam to szczęście, że mój mąż jest osobą bardzo wspierającą. Zawsze był przy mnie, jeździł ze mną na wszystkie badania i cały czas powtarzał, że będzie dobrze. Był moją ostoją. Mieliśmy oczywiście chwile załamania, chwile kryzysu, bo ile można?! Ile można się starać i dlaczego akurat nam się takie rzeczy trafiają?!

Mówiła pani także o dalszej rodzinie. Czy pojawiała się presja?

Tak, czułam presję. Szczególnie na początku – co, kiedy, jak. Początkowo nic nie mówiłam, trzymałam wszystko w sobie, sama próbowałam sobie poradzić. W pewnym momencie stwierdziłam jednak, że już dość. Trzeba walczyć i co więcej, zmobilizować do tej walki innych.

Rozumiem, że odbija się to nie tylko na życiu jednej osoby, ale na funkcjonowaniu całego otoczenia.

To prawda, na wizytach u rodziców, na kontaktach ze znajomymi. Byłam niemiła i zdaję sobie z tego sprawę. Miałam jednak to szczęście, że każdy mnie rozumiał i wiedział w jakiej jestem sytuacji. Przede wszystkim nie mogę powiedzieć nic złego na mojego męża. On tak samo jak ja bardzo pragnął dziecka i był osobą, która mnie w tym wspierała. Powtarzał, że będzie dobrze.

To bardzo ważne, że była to wasza wspólna walka, bo rozumiem, że tak właśnie było?

Oczywiście, rodzicielstwo było u nas przemyślane i zaplanowane. Mieliśmy warunki do tego, żeby być rodzicami. Nie jesteśmy już nastolatkami, mój mąż ma 37 lat, ja 32. Psychicznie byliśmy gotowi.

A czy są jakieś wskazówki, które udzieliłaby pani innym kobietom w podobnej sytuacji?

Przede wszystkim, nie wolno bać się lekarzy. Nieraz patrzymy na doktora, jak na jakiegoś boga – on mi pomoże! Bardzo często jest to blokujące. Nie potrafimy wydusić z siebie żadnego słowa, bo boimy się, że go wzburzymy, urazimy i wtedy nie mamy już co liczyć na jakąkolwiek pomoc.

Sama miałam na początku takie myślenie. Bałam się, bo przecież to od niego zależy, czy będę matką, czy nie. W którymś momencie doszłam jednak do wniosku, że on jest tutaj dla mnie. Jeśli mam pytania, to je zadaję i chcę dostać odpowiedź.

Nie wierzę w to, gdy ktoś mówi: „Kiedy odpuścisz, to się uda”. Ja do samego końca walczyłam. Oczywiście psychika robi swoje, ale jest bardzo wiele kwestii, które należy wykluczyć. Wiele badań, które trzeba zrobić. Chociażby insulinooporność. Jest to choroba cywilizacyjna, a lekarze wciąż nie kierują na odpowiednie testy. Owszem, mój doktor mnie na nie skierował, ale żaden poprzedni lekarz nawet o tym nie wspomniał.

Gdy dowiedziała się pani o ciąży była już tylko radość?

Skąd, dopiero wtedy zaczął się horror! Ogromny strach o to, czy donoszę dziecko. Jedną ciążę straciłam i cały czas miałam w głowie, że może się to powtórzyć.

A czy rzeczywiście coś się działo?

Nie działo się nic złego, czułam się bardzo dobrze, ale pomimo to miałam w sobie ogromny lęk. Kobiety jadące na USG przeważnie się cieszą, a ja jechałam jakby mieli mnie tam krzyżować. Stres był ogromny. Przed badaniami prenatalnymi nie spałam w nocy, wymiotowałam, nie jadłam, bo tak bardzo bałam się tej wizyty.

Bartek jest jednak na świecie. Widocznie Happy End był pani pisany!

Nie mogło być inaczej. Trzeba walczyć o swoje marzenia.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Zbyt dużo cukru utrudnia zajście w ciążę? Sprawdź, co o diagnozie PCOS mówi dietetyczka

dieta w pcos

Dietetyczka Michele Chevalley Hedder przyjrzała się kobietom, które mają postawioną diagnozę PCOS oraz ich sposobowi żywienia. Zaznacza, że nawet połowa z nich może cierpieć z powodu insuliooporności.

PCOS prezentuje wiele symptomów – od problemów z płodnością lub brakiem owulacji, do zmian nastrojów, otyłości, czy trądziku. Pomimo coraz większej powszechności występowania tej dolegliwości, eksperci wciąż nie wiedzą, co jest dokładną przyczyną zespołu policystycznych jajników. Australijska dietetyczka zauważyła, że są przypadki bez zdiagnozowanej przyczyny, które mogą być powiązane ze spożyciem cukrów.

Duża część przypadków może być napędzana insulinoopornością i powiązana z dysfunkcjami cukru we krwi” – mówi i dodaje: „W większości przypadków, które obserwujemy teraz w roku 2017, PCOS może być złagodzone i skorygowane tylko poprzez pożywienie” – jej słowa cytuje „Daily Mail”. Zaznacza, że cukier jest winowajcą wielu procesów i stanów chorobowych organizmu. Co ważne, nie zawsze jest to jednak cukier pochodzący z produktów, które powszechnie uznawane są za „śmieciowe jedzenie”. Często kryje się on w pozornie zdrowej żywności.

Dietetyczka podkreśliła, iż nie tylko objawy PCOS, ale także pojawiające się problemy z nieprawidłowym poziomem glukozy we krwi można u kobiet z PCOS załagodzić. „Nie twierdzę, że każda kobieta z PCOS może być wyleczona odżywianiem, ale zaznaczam, że ludzie powinni poddać to obserwacji” – ocenia.

O powiązaniu insulinooporoności i zespołu policystycznych jajników pisaliśmy już w naszym portalu: „Jest to jeden z najczęściej występujących przypadków. Niektóre badania wskazują, że nawet 50-70 proc. kobiet z PCOS ma insulinooporność, niezależnie od tego, czy są szczupłe, czy też nie. Wysoki poziom insuliny i leptyny hamuje owulację i pobudza jajniki do produkcji testosteronu”.

Sprawdź więcej: >>KLIK<<

PCOS i dieta – oto ciekawostki:

Kieliszek czerwonego wina pomoże w PCOS? Sprawdź, co mówią badania!

Mleko sojowe pomocne w PCOS – sprawdź, co mówią eksperci

Oto twój nowy sprzymierzeńca w walce z PCOS – MAGNEZ!

 

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Zbyt częste korzystanie z komórki w czasie ciąży może szkodzić dziecku – sprawdź, co mówią badania!

komórka w ciąży

Dzisiejszy świat trudno jest sobie wyobrazić bez telefonów komórkowych – praktycznie się z nimi nie rozstajemy. Warto wziąć jednak pod uwagę fakt, że nie są one obojętne dla naszego zdrowia. Jak się okazuje, także dla zdrowia naszych przyszłych dzieci. O czas i częstotliwość korzystania z komórek powinny w szczególności zadbać kobiety w ciąży.

Zbyt dużo i zbyt długo

Dzieci matek, które często rozmawiały przez telefon komórkowy w tracie bycia w ciąży, wykazują większe prawdopodobieństwo nadpobudliwości. Jeśli matki, w okresie ciąży, rozmawiały przez komórkę 4 razy dziennie lub łącznie ponad godzinę, ryzyko nadpobudliwości u ich dzieci w wieku 5-7 lat wynosi 28 proc. Eksperci wskazują przy tym, że dzieci matek nieużywających telefonów w czasie ciąży, mają mniejsze ryzyko problemów zarówno behawioralnych, jak i emocjonalnych. Może wiązać się to z falami radiowymi, znanymi szerzej jako promieniowanie elektromagnetyczne, które pojawia się właśnie w kontekście używania komórek.

Skąd takie wnioski? Naukowcy z całego świata przeanalizowali 83 884 par – matka i dziecko. Badania odbywały się w latach 1996-2011 w takich krajach jak Dania, Holandia, Norwegia, Hiszpania, czy też Korea. Wyniki wzbudziły obawy, ale eksperci słusznie ostrzegają przed niepotrzebną nadinterpretacją, co opisuje „Daily Mail”. Sami nie są bowiem pewni, czy przyczyną ewentualnych problemów jest właśnie telefon komórkowy, czy też pewne zachowania rodziców. Owszem, mogą być one związane także z formą korzystania z  telefonów komórkowych, ale i stylem kontaktów z dzieckiem. Jeśli to telefon przyciąga uwagę rodzica bardziej niż płacz malucha, nic dziwnego, że rodzi to problematyczne zachowania.

Komórkowy zawrót głowy

Nie są to jedyne badania i wskazówki dla przyszłych rodziców, które pojawiają się właśnie w kontekście telefonów komórkowych. Wcześniej głównie ich temat pojawiał się w przypadku mężczyzn. Po pierwsze, częste noszenie telefonów komórkowych w kieszeni – blisko jąder, może podwyższać ich temperaturę. Wpływa to na jakość i ilość plemników. Po drugie, pisaliśmy już w naszym portalu: „W 2012 roku opublikowane zostały wyniki badań, które mówiły o wpływie urządzeń bezprzewodowych takich jak laptopy, czy komórki na plemniki. Okazało się, że narzędzia podłączone do Wi-Fi działały szkodliwie na nasienie, za co może być odpowiedzialne promieniowanie fal elektromagnetycznych.” Warto wziąć wszystkie doniesienia pod uwagę, ale z zachowaniem zdrowego rozsądku i umiaru. Problem wydaje się być bowiem dużo bardziej złożony.

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Drodzy panowie – wczesne chodzenie spać może pomóc wam zostać tatą!

jakość spermy

Na jakość spermy wpływ ma bardzie wiele czynników. Dieta, wysiłek fizyczny, brak używek, a także… sen! O tym, że jest on niezwykle ważny dla naszego zdrowia w ogóle, wiedzą chyba wszyscy. Teraz okazuje się, że ma także wpływ na męskie nasienie.

Naukowcy z Harbin Medical University w Chinch odkryli, że mężczyźni zasypiający w godzinach 20-22 mają najlepszą ruchliwość spermy, co zwiększa szansę na zapłodnienie. Monitorowali oni wzorce snu u 981 zdrowych mężczyzn. Jedna grupa dostała za zadanie zaśnięcie właśnie w powyższych godzinach. Druga musiała zaś zasnąć pomiędzy 22-24, a trzecia po północy. Uczestnicy badania byli poproszeni także o nastawienie budzików tak, by mogli spać sześć godzin lub mniej, siedem do ośmiu lub dziewięć godzin i dłużej. Naukowcy regularnie pobierali przy tym próbki nasienia w celu sprawdzenia liczebności plemników, ich kształtu i ruchliwości, o czym donosi „Daily Mail”.

Jakie były wyniki? Mężczyźni, którzy chodzili spać po północy, mieli niższą liczbę plemników, a czas ich życia być krótszy niż w innych grupach. Jeszcze gorsze parametry wykazywali jednak mężczyźni, którzy spali sześć godzin lub mniej. Podobnie wpływało spanie przez dziewięć godzin i dłużej.

Eksperci uważają, że niewłaściwy czas odpoczynku jest szkodliwy bowiem zwiększa poziom przeciwciał antyspermowych. Jest to typ białka wytwarzany przez układ odpornościowy, który może niszczyć zdrowe plemniki.

Chcesz wiedzieć więcej o męskich sprawach?

Sperma – czy ma płeć? Fakty i mity o męskim nasieniu

Plemniki – 9 zaskakujących faktów na temat męskich pływaków

7 interesujących faktów o spermie – warto wiedzieć!

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Nasza Redaktorka Naukowa, dr Karina Sasin, nominowana do prestiżowej nagrody!

Fot. screen "120 under 40"
Fot. screen "120 under 40"

Nasza Redaktor Naukowa, dr Karina Sasin, została nominowana w konkursie „120 under 40” w kategorii „Media”. Jest to już 2. edycja programu mikro-grantów dla młodych (poniżej 40. r.ż) aktywistów działających na rzecz realizacji praw do zdrowia reprodukcyjnego organizowanego przez Bill&Melinda Gates Institute for Population and Reproductive Health.

Corocznie, od 2016 do 2020 wybieranych jest 40 wyróżniających się działaczy w zakresie zdrowia reprodukcyjnego, by w roku 2020 świat był bogatszy o 120 młodych i zmotywowanych liderów nadających kierunek zmianom w zakresie teorii i praktyki zdrowia reprodukcyjnego.

Karina Sasin to lekarka, naukowczyni i aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Jest stałą redaktorką naukową „Chcemy Być Rodzicami”, gdzie pisze nie tylko o kwestiach medycznych, ale także szeroko pojętych aspektach równościowych, politycznych i psychologicznych związanych ze zdrowiem reprodukcyjnym, walką z niepłodnością i prawami kobiet.

Zastanawiam się dlaczego lekarze nieuznający prawa pacjentek do zdrowia reprodukcyjnego wybierają specjalizacje będące filarami realizacji tych praw: ginekologia i położnictwo, perinatologia czy genetyka kliniczna. Jest to bardzo niepokojące, gdyż są dziesiątki innych specjalizacji, w których nie mieliby konfliktu sumienia, ot chociażby geriatria, patomorfologia, epidemiologia czy zdrowie publiczne.

WIĘCEJ: Kiedy lekarz jest pacjentem…

 

Kluczowy moment procedury kontrolowanej hiperstymulacji jajników do zapłodnienia pozaustrojowego. Owiany tajemnicą, gdyż w Polsce wykonywany w sedacji (popularnie, choć niepoprawnie, zwanej narkozą). W tym artykule postaramy się przybliżyć Wam jak wygląda ten zabieg oczami pacjentki.

WIĘCEJ: Jak wygląda punkcja jajników?

 

Kolejne rządy III RP tylko pogłębiały kryzys realizacji podstawowych praw człowieka do których należy prawo do zdrowia reprodukcyjnego. Przez 28 lat nie wprowadzono rzetelnej edukacji seksualnej, leczenie niepłodności nie jest świadczeniem gwarantowanym, a klauzula sumienia (relikt przeszłości w pozostałych krajach Europy) panoszy się ponad miarę i to lekarze-fanatycy dyktują i ograniczają kobietom ich podstawowe prawa.

WIĘCEJ: Przekonać przekonanych?

Wyrażam głęboką nadzieję, że środowisko polskich ginekologów pójdzie w ślady swoich kolegów zza południowej, północnej i zachodniej granicy, gdzie przeprowadzane są już przeszczepy macicy, a Polska dołączy do zaszczytnego grona krajów dbających o zdrowie reprodukcyjne. Oczywiście brak dobrej woli politycznej jest dużym problemem, ale jeśli środowiska eksperckie połączą siły z organizacjami pacjenckimi, to nawet ministerialni biurokraci w swoich okopach na Miodowej nie dadzą rady takim oddziałom partyzanckim! Zjednoczenie w walce o wspólne dobro i interesy powinno być dla obu grup wystarczająco ważne, by zjednoczyć siły.
My, Polki, Europejki, Obywatelki Świata zasłużyłyśmy sobie na przestrzeganie naszego konstytucyjnego prawa do opieki zdrowotnej i posiadania rodziny!

WIECEJ: Dwie strony barykady

Zachęcamy do głosowania na naszą Kandydatkę w dniach 1-11 czerwca na stronie internetowej konkursu: www.120under40.org

U góry jest zielony przycisk „vote”, ktory przekieruje do utworzenia konta za pomoca adresu email i umozliwi zaglosowanie oraz opublikowanie linku na FB/Twitter.

 

 

a TUTAJ wywiad z Kariną ❤

Fot. Screen www.120under40.org

Fot. Screen www.120under40.org

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.